Kategorie: Wszystkie | "Dziewczyny, bądźcie dla nas dobre na wiosnę" | ...bez końca | 0 | 100O i jeden Rabinów | A Puszkina też zapuszkują? | A moze to tylko pomieszanie zmyslow | A nie lepiej być purystą? | Aaaaaaaaaaaaaa...aalfabeta | Ach, gdzież jest litość lub wspolczucia pozór? | Ach, gdzież jest litość lub współczucia pozór? | Adam Mic - Kiewicz | Adaś i Ewka | Aforystyka | Amerykański sen | Autopsychoterapia | Bez sensu to to! | Bez szaleństwa... | Bezmyślne okrucieństwo | Bezradność | Biedna Szymborska | Biedny Kapturek! | Bliźni miłości | Bliźniego miłość... | Blondyn | Blue Bossa | Bojaźń i drżenie | Bratnie dusze | Bruner, ty świnio! | Buddyzm w życiu codziennym | Bóg mi poskapił tej anielskiej miary... | Bóg mi poskąpił tej anielskiej miary... | Bójstwo samo | Caritas | Chiziofrenia | Choroba na śmierć | Chwila ułudy | Chwila wytchnienia | Chłodne upojenie | Cierpienia i radości | Cierpienie i radość | Cleen feed | Cnota niedoli | Co slina na język przyniosła | Co tam panie w polityce? | Co w niebie piszczy | Co ślina na język przyniosła? | Corrida | Coś dla duszy... | Coś tak wulgarnego | Cudotwórstwo | Czarna Perła Tao | Czarny tulipan skrzyżowany z czarna różą | Czarny tulipan skrzyżowany z czarną różą | Czary Mary | Czego nie przysięgał Hipokrates? | Człowiek nie jest rzeczą | Człowiek to brzmi dumnie, ale nie u mnie | Często chowa | Częstochowskie rymy | Deficyt aniołów | Delightful! | Demokratyczne wybory w Oczodołach | Diabłoterapia | Dla wszystkich i dla nikogo | Dnieje | Do samego siebie | Dodatek | Dowcipas dnia | Duma narodowa | Dusze drzew | Dyskretna mgiełka autoironii | Dzielność | Dziki kapitalizm | Dzisiejsza młodzież | Dzisiejsza młodzież nosi ładną odzież | Egzystencjalizm jest chumanizmem | Ekonomia zbawienia | Elegancja Francja | Elegijnie | English gentelman | English gentleman | Epicurus | Ewa tylko ziewa | Falochron | Female | Filozofia bez uczoności | Forever Loving Jah | Gadu, gadu | Gadu, gadu, trochę więcej jadu | Gal Anonim | Gaz dla pedałów | Gaz dla pedałów, młot dla sierpów | Gdy rozum śpi... | Gendarme | Genek, gienialny gieniusz | Geno Typ | Gorący uczynek | Grabarz | Grabarz nonsensu | Gry i zabawy literackie | Głupota przysłowiem narodów | Głębie i tajnie Podświadomego | HIstoria nauczycielką bicia | Herbatka zen | Homo economicus | Homo sapiens czy Homo politicus | Humor absurdalny | Humor nieco absurdalny | Humor, satyra, panie... | I rekiny w oceani mają zębów cały rząd | I rekiny w oceanie mają zębów cały rząd | Indie Wschodnie i Zachodnie | Industrial | Istnieje również wrodzony brak poczucia humoru | Ja tam bynajmniej nie wiem | Jak długo będę jeszcze żył? | Jak uprawiać agresywne dziennikarstwo? Poradnik dla początkujących | Jakże cżęsto powtarza się ta historia | Jakże trudno czasami coś sklecić! | Jan i Małgorzata | Jan z Czarnolasu | Jesienna muzyka | Jeszcze smutniej! | Jeździec Apokalipsy | Językologia | Kaczuszki mandarynki | Karawana idzie dalej | Katedra Adamowego Żebra | Kawa z Kafką | Każdemu według naszych chęci | Każdemu według potrzeb | Każdemu, o czym tylko zamarzy | Kiciuś Miciuś! | Kicuś Micuś! | Kiedy człowiek staje się bestią | Kiedy owce nie milczą | Kij w mrowisku | Kniaź Wiktor | Kochani ludożercy | Kolacja Pani Sowy | Kometa tylko głownia nie ta | Konkwista | Koryfeusz nauki, milośnik sztuki | Koty i inne zwierzęta | Koty, głupoty, palikoty | Kości rzucone są | Kość słoniowa | Kto pierwszy był człowiekiem, kto będzie nim ostatni | Kto pisze teraz historię? | Kuchnia szamańska | Kwiatki Św. Franciszka | Kwiatostan śmierci | Kwitnienie kultury | Kwitnąca wiśnia | La colombina i ciche ukojenie | Lekarzu - lecz się sam! | Lenin wiecznie żywy | Leśmianiada | Lichwiarstwo polskie | Liryki i prztyki | Logika dziejów | Londyńska mgła niepamięci | Londyńskie przygody | Los ofiary | Los puka do moich drzwi | Lotosowy wpis | Ludzie ludziom... | Lunatyzm | Lęk społeczny | Made in Japan | Maligna | Marność nad marnościami | Marność nad marnościami. Rekoleksje Wielkopiątkowe | Marzenia senne | Marzeniologia stosowana | Maszkary i senne dziwadła | Maszkary i senne widziadła odbite w lustrze | Mała czarna z Kafką | Medycyna naturalna | Meine Liebe Augustin! | Melancholia | Melancholia stosowana | Memorabilia | Meszreiw | Meteo | Mgiełka autoironii | Mglisty dzień. Mgła | Mikołak | Mistrz i Małgorzatka | Mistycyzm lunarny | Mistyka i miłość | Mitologia osobista | Mitologia świata | Miłość | Miłość bliźniego | Miłość nie zawsze szczęśliwa | Miś Uszatek | Moc rytuałów | Monada nie ma okien | Mowa potoczna | Mowa ptaków | Mowa serca | Moze ktoś zrozumie, co teraz czuję | Może ktoś się ucieszy? | Może ktoś zrozumie, co teraz czuję | Może to trochę zbyt uszczypliwe | Musicology | Muza lekkich obyczjów | Muzyka przywraca ład serca | Myszoterapia dr Nezumi | Myśli prostego człowieka | Mądrość Natury | Mądrość jak z gazety | Mądrość narodów | Młot na faryzeuszy i hipokrytów | Męstwo bycia | Mówił sen do snu | NIe ma na świecie dwóch takich samych liści, ni kropel deszczu | Na jawie (lecz to, co niejawne pozstaje) | Na stos rzuciliśmy szcześcia los | Na stos rzuciliśmy szczęścia los | Na szczytach hipokryzji | Na zdrowie! | Nad piekną rzeką | Najokrutniejsze zwierzę | Najsłodsza tajemnica | Narastająca senność | Nic dzisiaj ciekawego nie napisałem | Nicość | Nie am dwóch takich samych liści, ni kropel wody | Nie bój się - najwyżej cię rozstrzelają! | Nie czas żałować burz, gdy płoną oczy | Nie czas żąłować burz, gdy płoną oczy | Nie każde szczere złoto jest szczerozłote | Nie ma na świecie dwóch takich samych liści ani kropel wody | Nie ma na świecie dwóćh atkich samych liści lub kropel deszczu | Nie ma takiego smutnego, co by na wesołe nie wyszło | Nie ma zazdrości bez miłości | Nie oddamy nawet guzika | Nie tylko dzielenie włosa na czworo | Nie wiem, ja w ogóle nie myślę | Nie zabijaj! | Nie zabijajcie drzew! | Nie zawsze urocza dzecinada | Niebiańskie szczyty głupoty | Niech pani będzie dzielna! | Niech zapłaczą na moim pogrzebie | Nieco drapieżny wpis | Niekoniecznie ptasi móżdżek | Nienawiść bliźniego | Nieosobiście | Nieprzesłane przesłanie | Niestworzone rzeczy | Nieszkodliwe głupotki | Niewczesna melancholia melomana | Niewczesne rozważania | Niewielka profanacja | Niewielkie przekłamanie | Niskolotnie | No No! Teatr No | No comments! | No no! | Nowa poezja lingwistyczna | Nędzne kabareciarstwo | O Leonardo, po cóż się tak trudzisz? | O dzieleniu włosa na czworo, czyli metodzie scholastycznej | O dzieleniu włosa na czworo, czyli o metodzie scholastycznej | Obciachy | Obscenia i parafrenalia | Obsesja dobrego biustu | Ojej! | Oko w oko z zębem mądrości | Okropieństwa | Okruchy odgrzebane z lawy | Okruchy życia wygrzebane zlawy | Okruchy życia wygrzebane z lawy | Okrutna losu ironia | Orientuj się na orient | Owczarek | Owczarki afgańskie | Owocożerni | PL jak piekło | PO PiS | POeci wszystkich krajów dzielcie się | Pan Tadeusz | Panie pośle, po chrześcijańsku panu wybaczam | Pańska satyra polityczna jest niegramatyczna | Pendant do pewnego przypisu | Perlikowski | Pewna elastyczność zasad | Pewne jak w banku | Piorunujący piorun! | Po owocach poznacie ich! | Po upadku | Pobożne życzenia | Podpatrywanie Natury | Podroby i inne podróbki | Pokolenie Kainowe | Pokorne ciele | Pokorne cielę | Pokusa | Polak potrafi | Polak potrafi! | Politolog i Politowska | Politycznie niepoprawne! | Polonica | Polonika rycerskie | Polucje i ablucje | Pomarańcze i mandarynki | Pomarznąć dobra rzecz | Pomarznąć dobra rzecz! | Pomoc psychologiczna | Poranna kawka z Kafką | Porąbane marzenia | Potężne i głębokie warstwy pierwotnego mitu | Powieść brukowa | Powszechna życzliwość | Powtórka z cynizmu | Poznaj samego siebie | Prawda | Prawda jest jedna i piękna, ale złożona | Prawda popłaca | Prawdziwa metropolia | Prawi i sprawiedliwi | Prawiezmartwychpowstanie | Prawiezmarwtychpowstanie | Prognoza pogody | Pruski smutek | Przecież cię zjem! | Przedagonalny polski agon | Przegląd sportowy | Przeinaczenia | Przez pychę do pokory | Przeżyjesz to, a pote już tylko grób | Przeżyjesz to, a potem już tylko grób! | Przminęło z wiatrem | Prztyczek | Psiapowiednia Majów | Psubrat | Pustka | Pytanie dość retoryczne | Raczej to nie będzie hit | Radosne gonitwy śnieżnych tygrysów | Radość wędrowania | Rejterada Rejtana | Religie nauczą cie pokory | Res Sacra Pecunia | Romans z pop kulturą | Roots, Rock, Reggae | Rozkosze reinkarnacji | Rozmowa nie na telefon | Rozpacz | Rozpacz na wieki wieków | Rozpacz, która podpełza pod gardło | Ruch i świeże powietrze... | Rybołówstwo cudzołożnika | Rycerz pokalany | Samokrytyka | Samotność egzystencjalna | Sekrety pewnego domu handlowego | Seraphic Flames and Heavenly Love | Siedź na dupie i potakuj! | Somatyka | Somatyka logiczna | Spełniona przepowiednia | Spleśniały ser | Sponsorem tej opowieści jest wydawnictwo Błękitny Wieloryb | Sport to zdrowie | Spowiedź morskiego wilka | Stary Sącz i Nowy Sącz | Stary mafioso | Stołeczne stołki | Stratyfikacja społeczna | Suma sumarum | Sumienie rachunku | Sweet Music and Poetry | Sygnały podprogowe | Szalchetne zdrowie | Szczęśliwa pomyłka | Szekspir do żadnej nie należy epoki | Szkarady | Szlachetna gravitas | Szlachetne zdrowie | Słodycze grafomanii | Słówka | Słówko do słówka, a uzbiera się sówka | Tadeusz Bój Jeleński | Taia chińska podróbka | Takie będą rzeczpospolite jakie tego blogu chowanie | Takie tam, pierdoły | Talking Heads | Tania chińska podróbka | Tatiana | Teorie świata nauki | Terapeutyczie | Terapeutycznie | Thames | The Doors. Uchylone drzwi | The Lion cub | The fruit of beauty and despair | To na pewno nie Lec | To nie żadna filozofia | Tragiczne pożegnania | Transformacja duchowa | Trudna sztuka dialogu | Trudno czasmi coś sklecić | Trzylogia | Trója z polskiego | Twarda rzeczywistość | Ty mi tutaj nie filozuj | Tygrysologia stosowana | Tysiac i jeden ptaków | Tysiąc i jeden kotów | Tysiąc i jeden ptaków | Tysiąc różowych kroliczków | Tęsknica | Tęsknota duchowa | Ubekistan | Ucone księgi | Uczeni ludożercy | Uderzenia losu | Uduchowienie | Umrzeć z miłości | Upadek Pierwszego Człowieka | Uroczy wegetarianin | Uszczelnienie systemu podatkowego | Utrata uzębienia | W czym mogę panu pomóc? | Wciąz powtarza się ta sama historia | Wciąż powtarza się ta sama historia | Wdzieczna muzyka przywraca ład serca | Wesola grafomania z morałem | Wiecej broi dla szaleńców w Teksasie | Wieczne powroty | Wiedza radosna | Wielka wygrana | Wielomówstwo, czyli plaga opowiadania | Wierzba płacząca | Wiosny i jesienie | Witch | Więcej broni dla szaleńców w Teksasie | Wojna totalna | Wpis o kształcie piramidy | Wprowadzenie do kruczków prawnych | Wrzucam wszystko do kosza | Wrzątek | Wspomneinei pewnego wspomnienia | Wspomnienie pewnego wspomnienia | Wspomnienie pewnego wspomnienia | Współczesny filister | Wszystkie rybki | Wszystko na A | Wszystko na sprzedarz | Wszystko na sprzedaż | Wygrana | Węzłowato | Wólka Węglowa | Xin Lu, typowa brunetka o granatowych oczach | Z Nietzschego nic nie powstaje | Z księgi wulgaryzmów | Z rupieciarni myśli | Zaczarowany świat zen | Zanim mnie wrzucą do dołu | Zapowiedź Apokalipsy | Zaraz wracam! | Zasada domniemanej winy | Zaskroniec | Zastał Polskę drewnianą... | Zatrzaśnięte drzwi | Zbaw mie Buddo Amido | Zbaw mnie, Buddo Amido | Zdrowy egoizm | Zegar dziejów | Zestrzelenie księżyca | Zginął z rąk słabej kobiety | Zima się nas nie ima | Zjawiskowe | Znak jaskółki | Zrozumieć wartość tego, co nieużyteczne | Zuch zawsze ochoczy! | Zwierzęta pod postacią ludzi | Zwyciestwo konsumpcjonizmu | Ząb mądrości | ie zabijajcie drzew! | ieosobiście | kosmos | Łagodne prawo, ale prawo | Łagodność tygrysa | Śmiechotki, chichotki | Śmiertelna powaga | Śmierć | Światełko w mroku | Świętość, wziętość, nadętość | Życie jest tragiczne | Życie samo | Życzliwe spojrzenia na całość ogródka | Żyć, nie umierać
RSS

Dyskretna mgiełka autoironii

piątek, 04 października 2013

         Zawsze przerażał mnie widok przystojnych męskich manekinów w garniturach i ich uśmiechnięte twarze. Podobnie straszą mnie korpusy bez głowy i czarne manekiny.   Milsze wrażenie zrobiła na mnie mumia kota w British Museum.

                            - O kotek!  - wołało dziecko.  A właściwie, kilkaset dzieci - A kto miał takiego kotka?   

                            - Faraon! - odpowiadały mamy w stu językach i każda ciągnęła swe dziecko za rękę, żeby się nie zamyśliło.

                            - A dlaczego ten pan nie ma głowy? - pytały dzieci pokazując na mnie.

                            - Pewnie się zakochał  - mówiły mamy.

          Tatusiowie są zwykle mniej uprzejmi.  Ale pewien Japończyk sfotografował mnie i dokładnie opisał. Zajrzałem mu przez ramię do notesu:

                            "Człowiek Kromanioński" - napisał, że to niby ja? - "Książę.  Umarł mając 20 lat. Ponieważ leżał w śniegu i lodzie, przetrwał w nienaruszonym stanie. W jego jamie brzusznej wykryto obecność licznych pasożytów.  Przyczyną śmierci księcia było niedożywienie. W wieku dwudziestu lat stracił wszystkie siekacze".

          "Nieźle - jak na zakochanego" - pomyślałem.                

sobota, 21 września 2013

         Dobrze, że nie swojej dziewczynie.  Nie uwierzyłaby!  Przecież widzi, jak jest...Na wszelki wypadek pochowałem już nawet bajkopisarza. Ale się odkopał i ślepy jak kret wychynął na chwilę na świat z nową bajką w pyszczku.

                                                       O GAWRONIE, KTÓRY MÓKŁ NA DESZCZU

         "Jak już kiedyś  mówiłem, gawrony to moje ulubione ptaki.  Dziwne, trochę przestraszone i zawstydzone, umiarkowanie okrutne i dostojne.  Taki też był i ten gawron, który moknął na deszczu.  Dlaczego się nie schował - nie wiem!   Ludzie czasami czują, że to cudowne, że pada deszcz, bo są oszołomieni radością, ale nie ten gawron.  Być może nie czuł nawet, że jest mu zimno, a razy jakie otrzymywał, były mu obojętne.  Oczywiście, nie był nieprzemakalny!  Spacerował sobie, nie czując samotności, ale trochę za bardzo pojedynczo.  Pod skrzydełkami chronił swoje marzenia.  Aż w końcu przeziębił się i umarł.  I tyle go widziano!

                              - Po co opowiadasz tak smutną bajkę? - spytała córeczka.

                              - To bardzo wesoła bajka - powiedziałem - Nie widzisz, że tatuś ma depresję?

                              - A gdzie jest mamusia?

                              - Mamusi nie ma...Wyszła na chwilę po zapałki i nie wróciła.                

                              - To nie będę miała Mamusi? - spytała.

                              - Przecież masz Mamusię! - "

          Powiedział kret zanim wszedł do wilgotnej ziemi.  Jesienią ziemia jest szczególnie wilgotna. A na cmentarzu, gdzie pracował kret, trzeba tylko uważać na szpadel grabarza.  Może coś przeciąć.  Postałem troszeczkę wśród grobów i wypowiedziałem w stronę kreta łacińską sentencję Seneki, czy kogoś takiego (cytuję w tłumaczeniu):  "Nikogo nie utraciłeś. Oczy twoje nie tylko powinny być suche, lecz nawet radosne".

                              - To z "O pocieszeniu do Polibiusza" - ucieszył się kret i zagrzebał się w ziemię.  Mocno tym podkopał moją pozycję.  To naprawdę krecia robota!"

sobota, 07 września 2013

             W książeczce  "The Tao of Dreaming"  (tytuł polskiego przekładu "Tao. Tajemny język snów") odnajdujemy hasło:

                                                                     PORZUCENIE

             "Uczucie, że nas pozostawiono; poczucie zdrady; lęk przed samotnością; utrata łączności z celem życia. Sny o porzuceniu zdarzają się po separacji lub rozwodzie, a także po śmierci ukochanej osoby...Odzwierciedlają one niezaleczony żal, gniew, urazę, rozpacz.  Stawienie czoła tym uczuciom i przepracowanie ich jest częścią procesu wyzdrowienia. Sny o porzuceniu mogą nam uświadomić nasze bloki emocjonalne.

              Natura energii: Jin

              Żywioł: woda"

              (Rosemary Ellen Guiley, przekład Elżbieta Kowalewska).

              Oby był to tylko sen!  Autorka pisze w dość interesujący sposób, dodając sporo do wiedzy wywodzącej się z tradycji chińskiej - zna Junga i psychoanalizę, chociaż nie zawsze jej charakterystyki są równie przekonujące i zwięzłe...Rozpowszechnione jest przekonanie, że łatwiej jest kogoś porzucić, niż być porzuconym i dlatego nawet niektórzy w obawie przed porzuceniem, sami porzucają...Zdarza się jednak, że ktoś, kto sam mógłby odejść, pozwala odejść osobie, którą kocha (to rodzaj psychicznych "forów).  Czasami porzucenie coś w życiu ułatwia - częściej jednak, kiedy odnosi się do osoby, którą kochamy (a która nie jest przecież rzeczą lub osobą przypadkową) jest stratą, której wartości sobie nie uświadamiamy...Dlatego nigdy nie porzuciłbym własnego kota.

             A kiedy śni nam się mysz? 

                                                                "MYSZ

            Prymitywny aspekt zasady męskiej. Myszy reprezentują także chtoniczne, podziemne moce i siły. Szybkie i gwałtowne przemykanie się tych gryzoni odzwierciedla we śnie czyjeś cechy. Myszy są zwierzętami nocnymi. Ożywiają się o zmierzchu i w nocy, a w dzień siedzą cicho.

            Natura energii: jin. Myszy są z natury zdecydowane i ciągle szukają pożywienia, co ma charakter jang, jednakże ich nocny tryb życia, nieuchwytność i skuteczne ukrywanie się kwalifikują je jako jin.

            Żywioł: Metal, jeśli to białe myszki; ziemia - jeśli myszy polne; woda - jeśli myszy z kanałów".

            Zaczynam już trochę rozumieć, dlaczego nazwałem się Nezumi, czyli Mysz.  Jestem mężczyzną, zwierzęciem nocnym (podobnie jak sowa, łasiczka, kret, jeż i wiele innych), to znaczy ożywiam się o zmierzchu, a w ciągu dnia słucham muzyki.  Jestem zdecydowany i męski. Ciągle szukam pokarmu duchowego.  Bywam nieuchwytny na telefonie i skutecznie ukrywam się przed moimi wielbicielami.  Autorka nie wspomina o tym, aby ktoś się mnie bał.

 

                                                  

sobota, 27 lipca 2013

          Klub "Ultima Thule" był prawie pusty.  Kapela "Niepodległość Trójkątów" odwołała swój występ i Czesław "Pawian" Likierski musiał w ostatniej chwili poprosić  Alka Jeżowskiego o zorganizowanie jakichś ludzi.  Alek spotkał mnie na ulicy w przeddzień koncertu i spytał, czy wystąpię.  Przekonywał mnie, że timbre mojego wokalu będzie odpowiedni. Miał grać on, "Pawian",  Staszek "Tyfus" Plamiński, Mirek "Faja", zapomniałem już jak się nazywał i jeden bębniarz z Etiopii, Selassie Demissie. Widownię stanowiły wszystkie dziewczyny grających - ja byłem wtedy jeszcze samotny - i ich koleżanki, oraz sympatie koleżanek i ich z kolei sympatie.  Cena biletu - piątka.  Gołaszewskiego nie było.

          Alek nawalił się przed koncertem i nie stroił, ale i tak wszystkim zarządzał.

          - To jest taki nasz kolega - bardzo nieśmiały, ale możecie go złapać...za słowo - przedstawił mnie siedzącym i leżącym pokotem dziewczynom. 

          Zagrali najpierw intro, a potem ze trzy duby i w końcu Alkowi udało się wypchnąć mnie na scenę.

          - Kolega bardzo lubi Burning Speara, no i oczywiście Marleya.         

          Dziewczyny patrzyły na mnie z pewnym niedowierzaniem.  Nie miałem wyglądu frontmana.  Ratowało mnie jedynie to, że jestem duży i że się nie ogoliłem. A najgorsze było to, że nie wypaliłem nawet dobrego jointa.  

          Zaśpiewałem dwa moje ulubione kawałki - "Bad to Worst" Speara i "So Much Trouble" Boba.  "The Lion Cub" rozkręcił się i dawał dobre wibracje, a każdy z utworów wraz z dubami trwał około dziesięciu minut.  Dziewczyny odlatywały w kosmiczne rejony.  A ja czułem, że mój tenor brzmi jak nigdy dotąd i że nawet moja chrypka jest całkiem naturalna...Ale trzeciego utworu już nie zaśpiewałem - uniosłem się w górę i próbowałem wyskoczyć z okna pierwszego piętra przekonany, że umiem latać.  Naprawdę wydawało mi się, ze to potrafię.  Ale w oknie była krata. Pociemniało mi w oczach i przestraszyłem się, że moje serce przestanie bić.  A wtedy przed moimi oczami ukazał się dziki, afrykański wojownik, niewątpliwie reminescencja okładki płyty Speara "Marcus Garvey".  I nie wiem, co by się ze mną stało, gdyby nie pomocna dłoń Joanki.  

           Tak właśnie poznałem Joankę - moja drugą miłość.  W oczach jej byłem niewątpliwie bohaterem.

           - Byłeś świetny - powiedziała.  Jak Alek opowiadał mi o tobie, że jesteś studentem, to myślałam, że to będą nudy, ale masz taki piękny i mocny, cudowny, porywający wokal.  Wczuwałeś się...

           - I naprawdę to nie był kanał?      

           - Skąd!  W życiu nie widziałam takiego koncertu. Szkoda tylko, że uciekłeś.  Naprawdę daliście czadu.  Niezłe mieliście piece, ale popłynęliście... 

           - To zasługa Alka - powiedziałem skromnie. 

           - Co ty?  Alek był najarany jak Narayan.  Wchodził w nirwanę.  Dobry byłeś ty, Selassie i Pawian na basie.

           - A kto potem śpiewał?

           - Selassie...

           - Mówisz, że się wczuwałem?  

           - No tak. Tylko niepotrzebnie zacząłeś opowiadać o tej Krysi.  

           - Opowiadałem o Krysi?

           - Tak.  Kiss me neck - chciałam ci już powiedzieć - Bo co nas to obchodzi. 

             Jak zaśpiewałeś "Why can' t  you?" w tym kawałku Speara, to normalnie dostałam orgazmu, ale takiego psychicznego. Ale lele...

             Nigdy się tak w życiu nie czułam.  Wszyscy się wyluzowali, a ty śpiewałeś tak smutno, że nie mogłam wyrobić.  

           - Nie mogłaś wyrobić? 

           - Musiałam sobie włożyć tampon -      

           - To uważasz, że nie było tak źle? 

           - Ty naprawdę to czujesz!  Czujesz, że ludzie nie powinni się zabijać w tej Afryce, ani u nas.  No i najważniejsze, że nie naśladowałeś Boba.  

           - Bo Spear jest lepszy!

           - Jego też nie naśladowałeś. Byłeś sobą! 

           - To dlaczego teraz nie jestem? - zapytałem.

           Joanka pogłaskała mnie po głowie i powiedziała:

           - No bo nie jesteś!  Nie można być zbyt długo sobą.    

           - Byłem sobą, kiedy śpiewałem covery Marley' a i Speara?

           - Gdyby to usłyszeli, to wpadliby w zachwyt!  Śpiewałeś, jakbyś miał za chwilę wyskoczyć przez okno. I wspaniale akcentowałeś - jak West European.  Powiem ci, chciałam cię przelecieć, ale był taki malutki...

           - To bardzo ci dziękuję - powiedziałem nie bez pewnego wzruszenia.  

           - Tak wiem - Krysia!  Naprawdę, żeśmy się z Elką endżojowały...

           - To Elka też była?

           - Miałam ci tego nie mówić.  

           - A stało się coś?

           - Tak.  Ale ci nie powiem.

           I tak mój legendarny i jedyny koncert pozostał już na zawsze owiany tajemnicą.  Alek mówił potem, że było całkiem dobrze, ale sprzęt siadł i musieli przerwać.  Spytałem go, czy wie, co się ze mną działo.  Ale powiedział tylko:

           - Kobiety to kurwy! 

           I coś tam gadał o Witkiewiczu.  Długo potem byłem niepocieszony, ale Joanka w końcu ulitowała się nade mną i powiedziała:

           - Zachowałeś swą cnotę...Ale byłeś naprawdę wielki!  

          

          

          

piątek, 21 czerwca 2013

            Tak człowiek uczy się czasami wolności.   (Był burza i pioruny uderzały dość mocno - tak, że czasami moja skromna pustelnicza chatka trzęsła się.  A ja na szczęście nie musiałem wychodzić z domu). 

niedziela, 09 czerwca 2013

        Krytycznej inteligencji, poczucia obowiązku, powagi życiowej, samodzielności, dyscypliny, konsekwencji w działaniu, logicznego myślenia, odwagi...Oczywiście żartuję. Nie dlatego, że mój kot jest mało pojętnym uczniem, lecz dlatego, że są to cechy, których w ciągu mojego życia nie zdołałem wykształcić.  Dlatego grozą napawa mnie czasami myśl, że jeszcze żyję.  Ale to już pewnie niedługo...Życzliwi ludzie postarają się o to.  

niedziela, 24 lutego 2013

         Przykład myślenia logicznego.  Chociaż w przeszłości  m o g ł o  być inaczej.  To chyba najlepiej tłumaczy powód, dla którego tak zwany czynnik temporalny nie może być dłużej ignorowany w sferze logicznego myślenia.  Niektórzy, jak na przykład wielki poeta (czyli chyba darmozjad? bo chleba nie zjada), deklarują nawet, że ich zwycięstwo będzie "za grobem".  A kwestia tak zwanego moralnego zwycięstwa?  Na to pytanie już może lepiej nie odpowiem.

wtorek, 01 stycznia 2013

             A oto one: 

             "Zwiastujcie między narodami i głoście, podnieście sztandar, głoście, nie ukrywajcie, mówcie: Babilon zdobyty, Bel zhańbiony, Marduk rozbity, zhańbione jego posągi, rozbite jego bałwany" (Jer. 50, 2).  "Zdajemy sobie sprawę z wrażenia, jakie nas ogarnia, gdy mimoza za dotknięciem stula ku sobie pierzaste listki, a w końcu szypułka jak złamana zwisa w dół" (Goethe, "Z mojego życia. Zmyślenie i prawda, ks. XVI). "Kiedy ów wzburzony wir ciągle prze naprzód i toczy przed sobą zwały gęstych i wilgotnych chmur, a zgromadziwszy je zderza ze sobą, wtedy powstaje hałas i niebo grzmi, zupełnie jak wtedy, gdy wstrząsane wiatrami morze wypędza fale z łoskotem na brzegi" (Apulejusz, "O świecie", XII).

            Wydaje się, że los mi sprzyjał, bowiem te wyrwane z różnych dzieł i języków i przetłumaczone na język polski przypadkowo (losowo, z zamkniętymi oczami) wybrane zdania dają pewien jednolity obraz, całkowicie niezależny od kontekstu, w jakim zostały wypowiedziane. 

            Wypełnienie się słów proroka i upadek Babilonu.   Przerażenie i zdziwienie, jakie wywołuje w nas "inteligencja" mimozy.  Przyczyny, dla których słyszymy odgłos pioruna.  Cóż te obrazy mogą mieć ze sobą wspólnego?

            1. Dzieje się coś gwałtownego i zarazem naturalnego.  Zdruzgotanie potężnego państwa, atak na pozornie bezbronną roślinę i jej instynktowna obrona, rozdzierający niebo błysk i łoskot pioruna, budzą w nas uczucia zbliżone do grozy, a jednak naturalne.  Babilon musiał upaść, aby proroctwo wypełniło się.  To naturalne, że zwierzęta i rośliny nie są jednak całkiem pozbawione inteligencji... A nawet budzący zabobonny lęk piorun ma swoje naturalne przyczyny, za którymi ukrywa się domniemana (czy słusznie?) moc potężnej ingerencji. 

            2. To coś jest nieuchronne.  "Zdobyty", "zhańbiony" jest Babilon.  Mimoza broni się przed dotknięciem, jednak jej obrona nie może być skuteczna.  A któż powstrzymałby uderzenie pioruna? (W owych czasach nie znano jeszcze piorunochronu)  

           3. Pierwszy obraz objawia znak pozytywny - chociaż upadek Babilonu mógłby wydawać się tragiczny, cieszymy się z niego; drugi ma znak negatywny - prawdopodobnie nie zamierzaliśmy zaatakować mimozy, a to ona nas atakuje, jest to więc dla nas przykre; trzeci obojętny - bowiem piorunami, jak widać, nie miota bóstwo, lecz dochodzi do pewnego zawirowania, które samo w sobie pozbawione jest jakiegoś celu.  Dowiadujemy się zatem o trzech możliwościach przeżywania wynikłej sytuacji. 

           4. Kolejność owych zdań również nie wydaje się przypadkowa.  Najpierw cieszymy się z tego, co się przydarza rzekomo z woli Opatrzności naszym wrogom, później jesteśmy w stanie pewnego pomieszania, bowiem, jak mimoza, chcielibyśmy odruchowo się bronić i myślimy, a może jednak bóstwo tego wcale nie zamierzało (i to wszystko jedno, czy wyobrażamy sobie siebie jako ową roślinę, czy jako dotykającego ją człowieka), ostatecznie jednak obojętniejemy.  I o ile początkowo jesteśmy pewni, że cierpienie nie pojawia się przypadkowo, a potem już nie mamy, co do tego pewności, to ostatecznie widzimy, że w ogóle nie musi się pojawić - piorun uderza wzbudzając w nas lęk, jednak uderza zapewne gdzieś obok nas.  

           Reasumując:  Wrogowie, którzy nas ciemiężyli, zostaną pokarani. (Możliwość, że my jesteśmy owym Babilonem raczej nie wchodzi w grę, bowiem tekst każe nam się cieszyć z owego cierpienia i widzieć w nim zadośćuczynienie).  Przy okazji bronić się będzie przed nami ktoś niewinny, kogo wcale nie chcemy skrzywdzić, albo my sami będziemy przypisywać krzywdzącą intencję komuś, kto się nią wobec nas nie kierował (mimoza przemyślnie broni się, jednak nie działa w sposób racjonalny).  Gwałtowność owej sytuacji należy jednak ostatecznie przyjąć ze spokojem obserwującego zjawiska natury przyrodnika.  Może dlatego, że radość z cudzego cierpienia byłaby jednak dwuznaczna moralnie? Nawet wtedy, kiedy przyniesie nam upragnioną wolność.  

           Podziwiajcie moją wieszczą wnikliwość.  Czyż nie jest ona godna podziwu?  Ale czy nie jest jednak nieskończenie bardziej godny podziwu Ten, kto mi obraz ów podsunął ku mojemu zbudowaniu? (lub zwykłej orientacji)

sobota, 29 grudnia 2012

          Napisałem przed Świętami kilka długich listów (maili) z życzeniami do osób, które uważałem za bliskie, jednak chociaż były szczere i serdeczne nikt na nie odpowiedział. 

          Podczas wigilii po raz pierwszy nie otrzymałem prezentu i nikt z delektujących się swoimi prezentami nawet tego nie zauważył. 

          Kiedy przychodziłem do swojej pracy załatwiać różne sprawy słyszałem na ogół tylko - pan już nie jest tutaj zatrudniony, chociaż robię dokładnie to samo, co przedtem.  I chociaż wnoszę regularne opłaty, wciąż muszę podpisywać oświadczenia, że wyprowadzę się ze swojego mieszkania, jeśli nie uzyskam specjalnej zgody na dalsze zamieszkiwanie. 

          A dzisiaj, kiedy w księgarni położyłem na chwilę obok siebie moją ulubioną czapkę, ktoś mi ją po prostu zabrał, co jeszcze nigdy w podobnej sytuacji się nie zdarzyło...

          Już trzeci miesiąc nie mogę się leczyć z powodu braku ubezpieczenia.  Przez dwa i pół miesiąca nie wypłacano mi żadnej pensji. 

          W ciągu kilku tygodni z osoby, która ma pewne prawo do istnienia stałem się wyłącznie petentem i niemal bezdomnym, jeśli nie potencjalnym żebrakiem...A przecież życie w okół mnie nie zmieniło się.  Oddziela mnie jednak od niego ściana obojętności.  Jakby wszyscy umówili się, że przestałem być taką sama osobą, jak oni.  Co więcej, mógłbym jeszcze czegoś od nich potrzebować...

          W rzeczywistości sytuacja moja wygląda o wiele gorzej, niż ją opisuję.  Jedak z wielu względów nie o wszystkim, co mnie spotyka, mogę i chcę tutaj napisać.  Starałem się też usunąć wszystko to, co wykracza poza najbardziej banalny opis sytuacji, która spotkać może każdego. 

         A jeśli chodzi o ową czapkę, to dodałem ów drobiazg jedynie dlatego, że jeszcze niedawno, kiedy w tym samym miejscu ją zgubiłem, było dziesięciu chętnych do jej szukania - co stały klient, to jednak stały klient, a dzisiaj nikt nie chciał sobie przerywać pracy...Właśnie przeglądałem pisemko psychologiczne "Charaktery", żeby dowiedzieć się, dlaczego mężczyźni łatwiej popełniają samobójstwo z powodu utraty pracy (nie miałem pieniędzy, żeby je sobie kupić).  Kiedy wyszedłem na mróz bez mojego tradycyjnego "nakrycia głowy", pomyślałem, że to dopiero początek moich nieszczęść.  

          Z pomocą przyszła mi moja matka.  Długo sapiąc wspinała się ze mną na jakieś półki i kazała mi odwijać jakieś torby, aż w końcu znalazła dla mnie różowy moherowy beret, który zastąpił moją czapeczkę w kolorach rasta.  Jest ciepły, wszedł na moją dużą głowę, nie zgniatając okularów...Od dawna już wydawało mi się, że pora dostosować mój wygląd do horroru rzeczywistości w jakiej się znalazłem i przezwyciężyć własną próżność.  To nie wygląd zewnętrzny decyduje przecież o tym, kim jesteśmy.  Czy nie ubierałem się jednak i nie żyłem zbyt kolorowo?...Po drodze jakaś życzliwa dziewczyna spytała mnie, czy mi nie pomóc i czy nie jest mi słabo...Zaczynam więc życie na nowo od miłej konstatacji - ktoś się wreszcie mną zainteresował!  Czy to jednak nie cudowne?  I nawet nocne wrzaski moich kulturalnych sąsiadów nie mącą mojej radości.        

         

wtorek, 18 grudnia 2012

             Dość często zauważano, że niewiele jest słów bardziej mglistych i wieloznacznych od słowa miłość.  Kilka uwag, które chcę na ten temat wypowiedzieć nie ma charakteru scholastycznego, to tylko impresje, służące jakiejś próbie odpowiedzi na postawione w Komentarzu pytanie.  Jest już późno, w ciągu dnia miałem sporo wrażeń i zajęć, poza tym od kilku dni mam poważne kłopoty ze zdrowiem i marzę tylko o tym, aby położyć się spać, mieć chwilę spokoju i nie marznąć. Czego się jednak nie robi dla miłości i w imię miłości!  Proszę mi wybaczyć ten żart - mam wrażenie, że jest sympatyczny i pozbawiony jakiegokolwiek sokratycznego żądła. 

             To nie miłość najczęściej zmienia życie w "koszmar".  Ale, kiedy życie z innych powodów staje się koszmarem, przywoływana na pomoc miłość często zawodzi.  I to nie dlatego, że jest stanem ducha, który powinien być nazwany inaczej, lecz dlatego, że miłość i to nawet miłość uniwersalna, czy jak ktoś woli "duchowa", jest często bezskuteczna wobec ogromu cierpienia i zła.  

             Budda mówi w sposób brutalny: "Nie kochaj, to nie będziesz cierpiał, bowiem to, co kochamy jest zawsze źródłem cierpienia. Jeżeli jesteś tak głupi, że kochasz własne dziecko lub żonę, to z pewnością będziesz bardzo cierpiał, gdy to dziecko umrze, a żona cię opuści, a i tak cierpisz zawsze z powodu rozłąki". 

             W rozumieniu dosłownym słowa te, to nie jest po prostu jeszcze jedna kosmiczna bzdura!  Te słowa ranią!  I dopiero, kiedy wnikamy w  życzliwą intencję Buddy, rozumiemy, że pragnie on nas uwolnić od cierpienia i że jest to swoista terapia szokowa. "Idź na cmentarzysko, zobacz, jak teraz wygląda twoja ukochana i jak po śmierci zmieniają się jej zwłoki, i wstyd się swojego pożądania, kochałeś bowiem worek wypełniony kośćmi, krwią, śluzem, limfą...Co za obrzydliwość!  Jak można przywiązywać się do czegoś takiego".           

             Kiedy nie potrafimy czegoś wyrazić, a jednak chcemy o tym mówić, dość często mówimy, czym to  coś  n i e  jest.  Dajmy na to, że jakiś kosmita nigdy nie widział mgły, słyszał zaś, że na Ziemi jest woda, która spełnia tu ważną funkcję, wie też coś o rzekach, jeziorach, strumieniach i oceanach, a także o tym, że woda przechodzi przez różne stany skupienia...ale mgła. Co to jest mgła?

             Mówię mu więc:  "Ach, mgła!  To bardzo proste, proszę Pana. Po pierwsze, to na pewno nie jest ukrop, czyli woda gorąca, którą możesz poparzyć sobie ręce, ani też bryła lodu.  Mgła też, chociaż wydaje się niezmierzona, różni się od oceanu i dlatego nie pływają w niej ryby. Nie widziałem też, żeby ktoś umarł, bo nie wdychał mgły, podczas gdy długotrwały brak wody prowadzi na ogół do śmierci, itd".

             - A miłość?  - pyta kosmita.

             - Ach, miłość! To dziecinnie łatwe!  Nie jest namiętnością, ani pożądaniem, bo wtedy święci by nie miłowali, a życie w miłości byłoby pozbawionym piękna cierpieniem, nikt jeszcze nie umarł z powodu braku zaspokojenia pożądania, ale ludzie umierają z tęsknoty, itd."      

             Dalej przypominam kosmicie o tym, że Św. Tomasz nazywa miłość przyjaźnią, Spinoza - radością, a Platon tęsknotą za wiecznym pięknem. Później zaś opowiadam mu jak wiele okropnych rzeczy ludzie robią w imię miłości. Nie wiedzą bowiem, co to jest miłość prawdziwa.  I oto zazdrosna konkubina zadźgała nożem swego konkubenta (on zresztą też wybił jej zęby, bo ją bardzo kochał), inkwizytor w imię miłości podpalił stos, a bolszewicy rozstrzelali kolejnego kułaka.  

             - Ale, czy może istnieć miłość bez cierpienia? - pyta Kosmita.

             - Na pewno - mówię, kiedy jest czystą kontemplacją mocy wiecznego i nieskończonego Boga.  Wtedy jest po prostu radością. Ale już myśl o miłosierdziu Bożym lub o nieskończonej dobroci Boga ma w sobie wiele smutku.  

             - Czy to dlatego, że istnieją na świecie Herody? - zaśmiał się kosmita i wydawało mi się, że słowo Herod wymówił z japońskim akcentem. 

             - A czym jest kontemplacja Drogi Krzyżowej? - odpowiadam pytaniem - I dlaczego matka Boża jest bolesna. A przecież, któż inny bardziej kocha, hę?

             - Mówisz, jak Żyd! - śmieje się Zielony Ludzik.

             - Możliwe - odpowiadam - Któż z nas jednak nie jest czasami Żydem, poza może samymi Żydami...Ale pragnę Ci powiedzieć, że chociaż miłość nie jest współczuciem, ani poszukiwaniem cierpienia, to nie można kochać nie cierpiąc, chyba tylko tak jak ów boski Platon lub Spinoza. Ale, czy taki zachwyt lub podziw na pewno nazwiemy miłością?

             - Czyli miłość jest zawsze destruktywna? - pyta kosmita.

             - Nie jest!   Mam mówić w sposób obrazowy?  

             - Mnie tam wszystko jedno i tak jestem Wyższą Inteligencją, a ta twoja miłość to chyba jakaś choroba. Czy to się leczy? 

             - Lotos wyrasta z błota...Pan Wokulski kochał Lalkę...Dr Judym, szklane domy...Napoleon kochał wojny...A Chrystus kochał Judasza.

             - No i co z tego?

             - Z wyjątkiem lotosu, wszyscy oni bardzo cierpieli. 

             - I tym żartem chcesz zakończyć? - obruszył się kosmita.

             - Tak - odpowiadam - Nie ma miłości bez niepokoju, tak jak nie ma jej bez marzenia i tęsknoty i bez swoistego idealizmu. I to niezależnie od tego, kogo kochamy...Bo przecież kochamy często istoty doskonalsze od nas i piękniejsze...

             - Czy zacytujesz Lorda Byrona? - wydawało mi się, że kosmita puścił do mnie oko.  Ale mogło mi się tylko wydawać.  Przecież ma tyle różnych oczu i twarzy!

             - Owszem, tak!  - wszystkie polne myszy to robią: "Nie pytaj serca, by tobie odrzekło, ilu łez próżne..."

             - "Czaruj, ideale!..."

             - "Ale mi nie patrz w serce - tam jest piekło!"

             - It's very romantic! - roześmiał się kosmita - Może po prostu starzejesz się?  Przecież to czysta namiętność!

             - "Zawsze kochałem, dziś kocham tak samo, z każdy dniem będę kochał coraz mocniej..."

             - Francesco Petrarka, no, no!  Czemu nie w oryginale?

             - "Io amai sempre..."

             - Strasznie przyziemna ta twoja miłość - powiedział kosmita.

             - Z pozoru tak.  Jednak my, myszy, wznosimy się zwykle o wiele wyżej, nieraz do samego Absolutu!  A jak długo potem się stamtąd spada i jak bolesny jest ten mistyczny upadek...

             - Jak można kochać kobietę! - gorszył się nadal kosmita - przecież to puch marny!  Nawet nie żaden anioł!

             - A jak można kochać Ciebie?  Przecież jesteś taki obcy i wszechwiedzący.  A pod względem naukowym dzielą cię ode mnie miliony lat świetlnych.  Ja dopiero za trzy miliony lat zrozumiem - wtedy bowiem dopiero dotrze do mnie twoje światło - co chciałeś mi zakomunikować.  Ale ty jesteś taki piękny, i dobry i doskonały, i taki Jesteś silny duchem!  I twoja miłość jest taka uniwersalna!

             - Czy nie mylisz mnie aby z Bogiem, albo z jednym z tych Buddów? - zmartwił się kosmita.  

             - Chyba nie...Chociaż nie mam pewności. Najlepiej poucz mnie! - powiedziałem.

             Mówiąc to nieco przechytrzyłem Zielonego Ludzika i wsiadłem w jego kosmiczny wehikuł. Ten zaś uniósł mnie w przestworza Nieskazitelnie Czystej Miłości, nie skalanej żadną namiętnością, ani pożądaniem i całkowicie wolnej od cierpienia.  Widziałem, jak ów ludzik maleje w oczach, a wraz z nim maleje jego wiara.  "Teraz będzie musiał kochać kobietę" - pomyślałem - Czy to jednak nie cudowne!"   

          

 

 

   

 

środa, 05 grudnia 2012

           Miło mi było przeczytać Pani komentarz...Chciałbym więc powiedzieć, dlaczego nie jestem zwolennikiem kasowania napisanych tekstów. Jednak zacznę od owej łatwości pisania i od tego, że postrzegam ją często jako swojego naturalnego wroga.  Kiedyś pewien Profesor filozofii, dla mnie do dzisiaj wielki autorytet, przypisywał mi łatwość pisania i pytał mnie "czy ciągnę jeszcze swoją powieść", której nie znał.  O sobie samym zaś mówił, że mu pisanie przychodzi trudno...Może dlatego jest wybitnym filozofem, podczas gdy ja bywam tylko poetą (jednak nie dlatego akurat, że coś piszę).  Tekstów "na blogu" nie poprawiam w ogóle (pomijając raczej drobne interwencje). Moje utwory "naukowe" potrafię jednak poprawiać wiele razy i w końcu oddaję tylko pierwszy szkic, a po ich opublikowaniu, jestem przygnębiony i smutny, bo tak niewiele udało mi się wyrazić, a ich forma wydaje mi się toporna. 

          Filozofia ma tę przewagę nad literaturą, że prawda i sens, są w niej (czy też powinny być) wszystkim, a literacka forma niczym.  Dlatego lubię czytać "wielkich" filozofów o metafizycznych łbach i hermetycznym języku, chociaż czasami puchnie mi od tego głowa.  Lubię jednak również filozofię literacką, a nawet jest mi ona szczególnie bliska.  Jednak tym, co mnie w filozofii interesuje jest życie samo i jego psychologiczna prawda - prawda wewnętrznego przeżycia.  Nie gustuję natomiast w metaetyce, semiotyce i innych podobnych oschłościach, dzięki którym łatwo można, przy odrobinie pedanterii uzyskać status uczonego...Filozofów tego rodzaju Elzenberg słusznie nazywał niegdyś "biurokratami duszy".  

          Piszę głównie dwa rodzaje literackich tekstów - Fantazje (które uchodzić mogą za "odrealnione") i krótkie opowieści oraz teksty, które mają być w założeniu realistyczne, ale w sposób jedynie czysto psychologiczny.  Jeżeli udaje mi się napisać raz na jakiś czas chociaż jeden tekst drugiego rodzaju - jestem naprawdę zadowolony, bowiem tego właśnie przede wszystkim oczekuję od literatury...Jednak i owe "odrealnione" teksty wyrażają często coś istotnego dla mojego sposobu myślenia i odczuwania...są jakimś odbiciem, czy też odwróceniem marzenia sennego i wyrazem mojej potrzeby stwarzania różnych światów na użytek jakiegoś ukrytego sensu.  

         Oprócz tego pozwalam sobie "na blogu" na pewne narcystyczne prowokacje i bywa, że piszę na przykład jak piętnastolatek. Mój poetycki debiut był bowiem imponujący i od razu przyniósł mi sławę (dość jednak lokalną). Napisało do mnie czterdzieści czytelniczek i jeden starszy pan (miał 24 lata), którego podejrzewałem w związku z tym o homoseksualizm.  A po otwarciu wszystkich owych kopert przekonałem się, jak bardzo jestem uwielbiany i że każda z owych czytelniczek chciałby się ze mną umówić, a jedna, niestety też bardzo już wiekowa (miała 22 lata) zaprosiła mnie nawet na dwa tygodnie do swego mieszkania w Sandomierzu (oczywiście nigdy tam nie pojechałem), przysyłając mi swą wizytówkę. 

        Czytelniczka o imieniu Beata była tak do mnie przywiązana, że po tym, jak nie potrafiłem Jej pocałować na jakimś molo w Świnoujściu, jeszcze przez dziesięć lat donosiła mi o wszystkich swoich chłopakach ("Poznałam Czarka, jest czarujący jak Czarodziej.  Było nam ze sobą cudownie!"), a w końcu o szczęśliwym ślubie (mieszkała na drugim krańcu Polski). 

        Inna, Anna, krótkie spotkanie ze mną przy stoliku w warszawskiej kawiarni, uznała za najważniejsze zdarzenie swojego życia.  Powiedziała mi o tym po całych wiekach, zaskakując mnie podczas dyżuru w moim Instytucie.  Była przejazdem w Warszawie, a ja niestety miałem w tym dniu egzamin i nie mogłem nawet się z Nią spotkać.  Ja jednak zupełnie inaczej zapamiętałem owo spotkanie sprzed lat - wydawało mi się, że mój narcyzm osiągnął wtedy swoje szczyty i że mówiłem same bzdury, a przed wszystkim zupełnie się nią nie interesowałem w przekonaniu, że jestem bardziej kobiecy, niż ona...A jednak, chyba musiało coś przecież w tym być, skoro "nigdy potem nie spotkała już nikogo takiego jak ja".  A kiedy w rok po tym spotkaniu, w wieku 16 lat zostałem sekretarzem klubu poetyckiego i pewien starszy pan (może nawet około trzydziestki) nazwał mnie "inkarnacją Słowackiego" wiadomo było, że jestem już skończony dla literatury.  

        Oto widomy przykład skutków mojej łatwości pisania.  Nazwałem się Narcyzem i teraz każdy tak będzie myślał o mnie!  A tak naprawdę byłem bardzo nieśmiały i może właśnie...miałem ową łatwość pisania, o którą jestem niesłusznie posądzany, a może też i mówienia, i uwodzicielskiego wdzięku?  A teraz, gdybym wykasował swój wpis, to nie będę nawet wiedział, jakim jestem Narcyzem, albo zabraknie mi na to dowodu.  Dlatego lubię czasami czytać swoje listy, notatki i inne tego rodzaju świadectwa mojej niewrażliwości lub głupoty, albo nieświadomości własnego losu.  Zdarza się, że i czegoś innego...prób, poszukiwań, tęsknoty, lęku, miłości, intelektualnych przemyśleń i odkryć, i tym podobnych "głupot". 

       Chciałem nawet kiedyś pisać "Dziennik", jednak na szczęście, nigdy nie potrafiłem w tym wytrwać dłużej niż dwa tygodnie.  Nie wiedziałem, czy ma to być dziennik liryczny, realistyczny, czy intelektualny.  Było to bardzo męczące.  Pisałem na przykład:  "W zeszłym tygodniu dostałem sześć listów od Miss Barbary. W każdym były zdjęcia, a na kopercie mnóstwo znaczków z Królową. Przysłała mi też dwadzieścia funtów. Dzisiaj niebo jest granatowe, a drzewa osypane śniegiem.  W taki dzień umarłbym z tęsknoty, gdybym w ogóle kiedykolwiek mógł żyć.  A wieczorem była burza.  Błyskawice rozdzierały niebo!  Nigdy jeszcze nie widziałem burzy o tej porze roku.  Włączyłem suity wiolonczelowe Bacha z Bylsmą i zacząłem tańczyć.  Bylsma gra z taką werwą!  Wyszedłem na chwilę z domu i szurałem butami po ośnieżonym chodniku.  Tak!  Tołstoj ma rację.  Nie ma nic gorszego, niż upajanie się własnymi przeżyciami.  Basia przyjedzie w przyszłym tygodniu i znowu będziemy tułać się po mieście, jeść w mlecznych barach, a ona się biedna w końcu przeziębi.  Czy ktoś kiedyś ulituje się nad nami?"

        Zaglądam następnego dnia do owego notesu i od razu wszystko cenzuruję i zmieniam.  "Basia pisała. Martwię się o Nią, jest taka nieświadoma. Znowu przysłała tyle pocałunków (krzyżyki), że podejrzewam Ją o jakąś rutynę. Davidowi też takie wysyła.  Dzisiaj niebo jest granatowe, a drzewami targa wiatr.  W taki dzień czuję się jednym z opadających liści, które dzieci miażdżą swoimi bucikami. A teraz jest burza. Błyskawice rozdzierają niebo!  Taka burza w jesieni to rzadkość!  Słuchałem kantat żałobnych Bacha. Leonhardt ma więcej powagi, niż Gardiner, który bardziej troszczy się o "zmysłowe ciało" muzyki.  To zupełnie inna muzyka.  Ale te chóry u Gardinera, są jednak boskie!  Wyszedłem z domu, ale dozorca przyglądał mi się surowo.  Tołstoj trochę przesadza.  Co jest takiego złego w mistycznym upojeniu? Trochę hałasowałem, to prawda.  Basia może przyjedzie, ale dopiero w przyszłym tygodniu.  Utoniemy razem w drzewach i może w końcu wypije sobie ze mną jakąś kawką na Agrykoli, a potem razem zmokniemy.  Najważniejsze, to nie litować się nad sobą!" 

        Po tygodniu zamazuję i usuwam część drugiego tekstu, a w końcu, cały. Muszę być zwięzły: "Za tydzień przylatuje Basia".       

        Jednak najbardziej przemawiają do mnie zdjęcia. Mają cudowną moc ożywiania przeszłości z całym jej pięknem i brzydotą. 

        I oto wychodzę kiedyś ze stodoły, niewyspany, z potarganymi włosami i rozpiętą koszulą, spod której wystaje okazały brzuch i wodzę mętnym wzrokiem po podwórku. Przed chwilą jeszcze spałem po niedzielnym obiedzie, jeszcze nawet nie przetarłem oczu, a już "złośliwy" fotograf robi zdjęcie i pokazuje je potem swemu mężowi, owemu wybitemu profesorowi filozofii:  "Jaki tutaj Pan Bogdan przystojny".  

        Moi studenci mawiają: "Jedynie na tle brzydoty ujawnia się piękno".  Jestem chyba tego żywym przykładem!        

 

         

 

czwartek, 15 listopada 2012

                                                 - No i co z tego, Nezumi?

                                                 - PRZYJEMNIE! 

                                                 - A wiesz, że w Afryce nie ma lelków?

                                                 - A w ZOO?

                                                 - W ZOO też nie ma lelków!

                                                 - Ale jest lwica!

                                                 - Zastanawiam się, Nezumi, czy nawet lwica tam jest. 

                                                 - To przynajmniej są lwiątka.  Bo lwica kiedyś była.

                                                 - A dlaczego napisałeś lipstick?  Czy to, aby nie makaronizm?

                                                 - Bo to bardziej romantycznie.

                                                 - I wszystko na literę L?

                                                 - Chyba tak mi się udało!   Ja tak sam z siebie.  Nawet czasami nie wiem, jak jestem genialny!

                                                 - To wielka sztuka, Nezumi, ja naprawdę cię podziwiam.

                                                 - A jaki talent?

                                                 - No właśnie!

czwartek, 08 listopada 2012

                 Mogą być niebezpieczne dla planety Ziemia, bowiem nagła erupcja tak wielkiej gwiazdy może spowodować trudne do przewidzenia skutki.   Do najczęstszych objawów należy poparzenie marzeniami poety lub porażenie wysokim napięciem tęczy.  Na wszelki wypadek noszę ze sobą kartkę z napisem: Danger!  Wiem bowiem, że fascynacja moją osobowością stwarzać może śmiertelne niebezpieczeństwo. 

sobota, 03 listopada 2012

                        - Moja widmowa egzystencja dobiega końca.   Jestem jak światło gwiazdy, która nie istnieje od miliarda lat -

                        - Na prawdę?

                        - Na prawdę!             

                        - To chyba dobrze?

                        - Raczej tak!  Chociaż nie wiem, co to wszystko znaczy.

piątek, 02 listopada 2012

               Nadzieja:  - To rzeczywiście ważne zagadnienie, chociaż odpowiedź jest banalnie prosta, jak nasza fizjologia...Najgorsza jest jednak głucha rozpacz!  Ta już nie słyszy swojego płaczu.   Zamyka się w sobie i milczy -

               Ja:  - I co byś mi poradziła? 

               Nadzieja:  - Zawsze lepiej popłakać, chociaż to rzecz trochę niemęska, bo to znaczy, że nie rozumiesz, czym jest przeznaczenie. 

               Ja:  - Ja w nie po prostu nie wierzę!

               Nadzieja:  - To tym bardziej, niedowiarku, powinieneś płakać nad sobą!  A teraz nie zawracaj mi już tym głowy, jestem bardzo zajęta!

               Ja:   - Nie nad sobą przecież płaczę!

               Nadzieja:   - To źle, stary durniu!  Powinieneś płakać nad sobą.  Litości chyba nade mną nie masz!

               Rzeczywiście Nadzieja była zapracowana.  Jest matką głupich, a jeszcze musi dorabiać jako Chrześcijańska Cnota!  Współczuję jej, chociaż wolałbym, żeby dała mi trochę więcej...nadziei.

sobota, 20 października 2012

              Powiadają, że był synem Nicponia i Krotochwili.  Już w dzieciństwie przejawiał szczególny dar odczytywania ukrytych znaków.  Z biegiem czasu doskonalił tę swoją umiejętność, aż poczęto go nazywać Wieszczem.  Niestety, nielitościwa śmierć wyrwała go spośród żywych w ten piątek. Niemal w chwilę potem odbył się jego pochówek.  Walerian Niezguła, poeta i wizjoner, zaplanował bowiem swą śmierć w sposób niezmiernie precyzyjny, załatwiając również za drobną opłatą zaświadczenie o własnym zgonie i wszelkie inne dokumenty konieczne do tego, aby móc niezwłocznie spocząć na Smętarzu Paralityków i Oberwańców, przy Kaplicy Udręczenia Pańskiego w Klempach Górnych, dokąd odprowadziły go trzy zrozpaczone kobiety, które w  strumieniach deszczu odczytały kolejno napisaną przez niego mowę pogrzebową, a następnie wyrywając sobie włosy z głowy rzuciły się do grobu.  Opłacona wcześniej grabarka zasypała ów grób, a jej konkubin Waldemar Z. uwiecznił to zdarzenie w swoim telefonie komórkowym.     

              Niezguła pozostawił po sobie przeogromną spuściznę z zakresu lunatyzmu stosowanego oraz marzeniologii.  Niestety, nikomu do tej pory nie udało się rozszyfrować jego tajemnego pisma.  Legenda głosi, że uczynią to dopiero kosmici z Planety Alpha GX 4/28790000000001.  Ze swą misją odczytania genialnego dorobku wyruszyli już cztery miliardy lat temu, jest jednak nadzieja, że rozpoczną ją jeszcze w tym roku świetlnym.  Warto zaczekać!

             A oto fragment mowy pogrzebowej tego genialnego intelektualisty, poszukiwacza przygód i poety:

                                                            "Odchodzę, lecz wkrótce się zjawię,

                                                             We śnie lub na jawie.

                                                             I chociaż ciężki był mój zgon,

                                                             Oprawcom mym powiem won!

 

                                                             To ich obwiniam za ten mord,

                                                             Zbyt wiele roześmianych mord,

                                                             Tych uczestników wszystkich hord.

                                                             Subtelny ginę, jakem Lord!

 

                                                             Jedni sprzedali mnie za srebrniki,

                                                             Innym zrobiono z mózgu siki.

                                                             Lecz nie dbam o ich moczodawców,

                                                             Bom zdobył miliony wyznawców.

 

                                                             Na całym świecie i w powiecie,

                                                             Jeśli nie wiecie tego, to się dowiecie. 

                                                             A teraz milczę jak mój grób,

                                                             Czekajcie na kolejny cud".

 

                   Prorocze to słowa i bliska jest godzina ich wypełnienia."

 

 

                                            

 

                                                         

piątek, 05 października 2012

                     "Opinio est quaedam effoeminata ac levis, nec in dolore magis, quam eadem in voluptate: qua, quum liquescimus fluimusque mollitia, apis aculeum sine clamore ferre non possumus. Totum in eo est, ut tibi imperes".

                    To słuszna uwaga!

sobota, 18 sierpnia 2012

            Czasami staram się na siebie spojrzeć oczami innych ludzi - życzliwych i bliskich lub obojętnych, albo bezlitosnych i szyderczych, chociaż równie często chciałbym stłuc owo zwierciadło społeczne, którego karykaturalny obraz niewiele ma ze mną wspólnego.  Całkiem świadomie pomijam też opinie tych, którzy starają się mnie upokorzyć lub budzą we mnie lęk, bowiem jestem  s o b ą   i  czuję, że nie kochając siebie, nie potrafiłbym kochać innych. Jest we mnie jakaś miłość do życia, chociaż jest ono źródłem cierpienia i rozpaczy.    

            Innym razem uginam się pod wewnętrznym wzrokiem duchowych nauczycieli.  Są oni w moim życiu częstymi gośćmi.   Przeglądam się w umyśle Buddy jak księżyc  w błocie kałuży...ale może jestem tylko tym błotem?   Czuję wtedy prawdziwie franciszkańską pokorę, bowiem ze wstydem uświadamiam sobie, że jestem  n i k i m, a moje życie, chociaż tak wiele w nim doświadczyłem, jest w pewnych swoich przejawach nieudane, a nawet żałosne.

            Jestem człowiekiem raczej słabym, niż złym i temu przypisuje wszystkie nieszczęścia mojego życia.  Mam kilka pospolitych wad i kilka niepospolitych zalet.  O wadach wolę nie wspominać, bo i tak każdy je widzi.   Nie wszyscy jednak zapewne znają moje zalety i dlatego widzą we mnie  k o g o ś   i n n e go, niż jestem.  

            Nie są to jakieś wielkie zalety, być może nawet wcale nie są zaletami, ale z całą pewnością są rzadkie.  Jestem szczery i potrafię na ogół zachować pierwotną niewinność uczucia.  Z usposobienia jestem marzycielem i idealistą, a w swej ufności i wierze w bliskich sobie ludzi potrafię być, czasami wbrew faktom, wytrwały.  Jest we mnie wiele zdrowego współczucia i radości ze szczęścia innych, a także ciekawości życia, którego istota wciąż wydaje mi się tajemnicą.  Staram się też nikogo nie niewolić i nie krzywdzić...Jednak wszystkie te zalety stają się w pewnych okolicznościach wadami, bowiem  n i e   p o t r a f i ę   b y ć   k i m ś   i n n y m, niż jestem.    

            Na szczęście jednak, paradoksalnie i niektóre przynajmniej ze słabości mojego charakteru okazują się czasami dobre, a nawet "zbawcze".   A chociaż uchodzę za osobę życiowo niezaradną i społecznie nieprzystosowaną, i wydaję się być idealną ofiarą ludzi i systemu, to jednak są to tylko pozory.  W istocie bowiem  j e s t e m  k i m ś   i n n y m...i potrafię dzięki kontemplacji wymknąć się czasowi i przestrzeni.

           Staram się czasami nie brać siebie zbyt poważnie, a wtedy moje współczucie zmienia się w politowanie.  I chociaż moje życie jest skończone, obca jest mi rozpacz, że  n i e  j e s t e m  s o b ą.  

poniedziałek, 30 lipca 2012

                                                                      "Przypomnij sobie mysz wiejska i domową, i jej strach i obawę"

                                                                      (Marek Aureliusz, "Rozmyślania")

                - Nezumi to mysz.  Jednak i myszka może być czasami Wielkim Smokiem.  Jeśli w to nie wierzysz, powiem ci, gdzie szukać wiedzy na ten temat.  Kiedy Smok pojawia się na swym polu, a kimś takim jest - według "Księgi Przemian" (I Ching) prawdziwie wielki człowiek - wszystko w okół niego ulega stopniowej przemianie.  Tak wielka bowiem jest transformująca moc jego charakteru. 

               - No i jak tam, no i co tam?  Nezumi, chyba żeś się z członem na łby pozamieniał -  powiedział na to kot Neko - ty i Wielki Smok!  Lepiej mi powiedz dlaczego kurwa kurwie łba nie urwie?  Bo to jest dopiero dla mnie zagadka!

               Przyznaję, że byłem trochę zakłopotany, bo ten łobuz kot przyparł mnie brzuszyskiem do muru.  A jeszcze takie słownictwo!

               - Nie wiem! - zapiszczałem

               - Bo go nie ma! - triumfował Neko i poklepał mnie łapą protekcjonalnie po plecach aż zadrżałem.

               Mój przyjaciel Neko zawsze myśli, że chodzimy jeszcze do podstawówki, chociaż jest przecież rektorem.  Chciałem mu jeszcze coś powiedzieć o tym Wielkim Smoku jednak wolałem schować się w mysią dziurę.

              - A tobie się wydaje, Bodziu, że ty jesteś Marcus Aurelius Kapitolinus! -  zarechotał kocur, ciesząc się, że mnie naprawdę wystraszył - Mamy takich wielu w psychiatryku! 

              Jednak  "when the cats away, the mice will play".  W swojej szparze mam gabinet z książkami i ogromnym globusem na biurku, a cyrkiel służy mi jak geografowi Vermeera do mierzenia przestrzeni na mapie.  Już wkrótce zrealizuję więc swój wielki plan powszechnej przemiany świata. Zacznę jednak ze stoickim spokojem od siebie.  Bowiem, kto przezwyciężył własne namiętności smutek, lęk, rozkosz i pożądanie, ten włada czymś najważniejszym na świecie - własną duszą!  

             A co jak Neko czegoś się dokopie?  Na pewno dowie się, że nie odrobiłem lekcji. Przecież, co to dla niego dokopać się do dołu, w który mnie wrzucono?  Ma takie wielkie szpony!