Kategorie: Wszystkie | "Dziewczyny, bądźcie dla nas dobre na wiosnę" | ...bez końca | 0 | 100O i jeden Rabinów | A Puszkina też zapuszkują? | A moze to tylko pomieszanie zmyslow | A nie lepiej być purystą? | Aaaaaaaaaaaaaa...aalfabeta | Ach, gdzież jest litość lub wspolczucia pozór? | Ach, gdzież jest litość lub współczucia pozór? | Adam Mic - Kiewicz | Adaś i Ewka | Aforystyka | Amerykański sen | Autopsychoterapia | Bez sensu to to! | Bez szaleństwa... | Bezmyślne okrucieństwo | Bezradność | Biedna Szymborska | Biedny Kapturek! | Bliźni miłości | Bliźniego miłość... | Blondyn | Blue Bossa | Bojaźń i drżenie | Bratnie dusze | Bruner, ty świnio! | Buddyzm w życiu codziennym | Bóg mi poskapił tej anielskiej miary... | Bóg mi poskąpił tej anielskiej miary... | Bójstwo samo | Caritas | Chiziofrenia | Choroba na śmierć | Chwila ułudy | Chwila wytchnienia | Chłodne upojenie | Cierpienia i radości | Cierpienie i radość | Cleen feed | Cnota niedoli | Co slina na język przyniosła | Co tam panie w polityce? | Co w niebie piszczy | Co ślina na język przyniosła? | Corrida | Coś dla duszy... | Coś tak wulgarnego | Cudotwórstwo | Czarna Perła Tao | Czarny tulipan skrzyżowany z czarna różą | Czarny tulipan skrzyżowany z czarną różą | Czary Mary | Czego nie przysięgał Hipokrates? | Człowiek nie jest rzeczą | Człowiek to brzmi dumnie, ale nie u mnie | Często chowa | Częstochowskie rymy | Deficyt aniołów | Delightful! | Demokratyczne wybory w Oczodołach | Diabłoterapia | Dla wszystkich i dla nikogo | Dnieje | Do samego siebie | Dodatek | Dowcipas dnia | Duma narodowa | Dusze drzew | Dyskretna mgiełka autoironii | Dzielność | Dziki kapitalizm | Dzisiejsza młodzież | Dzisiejsza młodzież nosi ładną odzież | Egzystencjalizm jest chumanizmem | Ekonomia zbawienia | Elegancja Francja | Elegijnie | English gentelman | English gentleman | Epicurus | Ewa tylko ziewa | Falochron | Female | Filozofia bez uczoności | Forever Loving Jah | Gadu, gadu | Gadu, gadu, trochę więcej jadu | Gal Anonim | Gaz dla pedałów | Gaz dla pedałów, młot dla sierpów | Gdy rozum śpi... | Gendarme | Genek, gienialny gieniusz | Geno Typ | Gorący uczynek | Grabarz | Grabarz nonsensu | Gry i zabawy literackie | Głupota przysłowiem narodów | Głębie i tajnie Podświadomego | HIstoria nauczycielką bicia | Herbatka zen | Homo economicus | Homo sapiens czy Homo politicus | Humor absurdalny | Humor nieco absurdalny | Humor, satyra, panie... | I rekiny w oceani mają zębów cały rząd | I rekiny w oceanie mają zębów cały rząd | Indie Wschodnie i Zachodnie | Industrial | Istnieje również wrodzony brak poczucia humoru | Ja tam bynajmniej nie wiem | Jak długo będę jeszcze żył? | Jak uprawiać agresywne dziennikarstwo? Poradnik dla początkujących | Jakże cżęsto powtarza się ta historia | Jakże trudno czasami coś sklecić! | Jan i Małgorzata | Jan z Czarnolasu | Jesienna muzyka | Jeszcze smutniej! | Jeździec Apokalipsy | Językologia | Kaczuszki mandarynki | Karawana idzie dalej | Katedra Adamowego Żebra | Kawa z Kafką | Każdemu według naszych chęci | Każdemu według potrzeb | Każdemu, o czym tylko zamarzy | Kiciuś Miciuś! | Kicuś Micuś! | Kiedy człowiek staje się bestią | Kiedy owce nie milczą | Kij w mrowisku | Kniaź Wiktor | Kochani ludożercy | Kolacja Pani Sowy | Kometa tylko głownia nie ta | Konkwista | Koryfeusz nauki, milośnik sztuki | Koty i inne zwierzęta | Koty, głupoty, palikoty | Kości rzucone są | Kość słoniowa | Kto pierwszy był człowiekiem, kto będzie nim ostatni | Kto pisze teraz historię? | Kuchnia szamańska | Kwiatki Św. Franciszka | Kwiatostan śmierci | Kwitnienie kultury | Kwitnąca wiśnia | La colombina i ciche ukojenie | Lekarzu - lecz się sam! | Lenin wiecznie żywy | Leśmianiada | Lichwiarstwo polskie | Liryki i prztyki | Logika dziejów | Londyńska mgła niepamięci | Londyńskie przygody | Los ofiary | Los puka do moich drzwi | Lotosowy wpis | Ludzie ludziom... | Lunatyzm | Lęk społeczny | Made in Japan | Maligna | Marność nad marnościami | Marność nad marnościami. Rekoleksje Wielkopiątkowe | Marzenia senne | Marzeniologia stosowana | Maszkary i senne dziwadła | Maszkary i senne widziadła odbite w lustrze | Mała czarna z Kafką | Medycyna naturalna | Meine Liebe Augustin! | Melancholia | Melancholia stosowana | Memorabilia | Meszreiw | Meteo | Mgiełka autoironii | Mglisty dzień. Mgła | Mikołak | Mistrz i Małgorzatka | Mistycyzm lunarny | Mistyka i miłość | Mitologia osobista | Mitologia świata | Miłość | Miłość bliźniego | Miłość nie zawsze szczęśliwa | Miś Uszatek | Moc rytuałów | Monada nie ma okien | Mowa potoczna | Mowa ptaków | Mowa serca | Moze ktoś zrozumie, co teraz czuję | Może ktoś się ucieszy? | Może ktoś zrozumie, co teraz czuję | Może to trochę zbyt uszczypliwe | Musicology | Muza lekkich obyczjów | Muzyka przywraca ład serca | Myszoterapia dr Nezumi | Myśli prostego człowieka | Mądrość Natury | Mądrość jak z gazety | Mądrość narodów | Młot na faryzeuszy i hipokrytów | Męstwo bycia | Mówił sen do snu | NIe ma na świecie dwóch takich samych liści, ni kropel deszczu | Na jawie (lecz to, co niejawne pozstaje) | Na stos rzuciliśmy szcześcia los | Na stos rzuciliśmy szczęścia los | Na szczytach hipokryzji | Na zdrowie! | Nad piekną rzeką | Najokrutniejsze zwierzę | Najsłodsza tajemnica | Narastająca senność | Nic dzisiaj ciekawego nie napisałem | Nicość | Nie am dwóch takich samych liści, ni kropel wody | Nie bój się - najwyżej cię rozstrzelają! | Nie czas żałować burz, gdy płoną oczy | Nie czas żąłować burz, gdy płoną oczy | Nie każde szczere złoto jest szczerozłote | Nie ma na świecie dwóch takich samych liści ani kropel wody | Nie ma na świecie dwóćh atkich samych liści lub kropel deszczu | Nie ma takiego smutnego, co by na wesołe nie wyszło | Nie ma zazdrości bez miłości | Nie oddamy nawet guzika | Nie tylko dzielenie włosa na czworo | Nie wiem, ja w ogóle nie myślę | Nie zabijaj! | Nie zabijajcie drzew! | Nie zawsze urocza dzecinada | Niebiańskie szczyty głupoty | Niech pani będzie dzielna! | Niech zapłaczą na moim pogrzebie | Nieco drapieżny wpis | Niekoniecznie ptasi móżdżek | Nienawiść bliźniego | Nieosobiście | Nieprzesłane przesłanie | Niestworzone rzeczy | Nieszkodliwe głupotki | Niewczesna melancholia melomana | Niewczesne rozważania | Niewielka profanacja | Niewielkie przekłamanie | Niskolotnie | No No! Teatr No | No comments! | No no! | Nowa poezja lingwistyczna | Nędzne kabareciarstwo | O Leonardo, po cóż się tak trudzisz? | O dzieleniu włosa na czworo, czyli metodzie scholastycznej | O dzieleniu włosa na czworo, czyli o metodzie scholastycznej | Obciachy | Obscenia i parafrenalia | Obsesja dobrego biustu | Ojej! | Oko w oko z zębem mądrości | Okropieństwa | Okruchy odgrzebane z lawy | Okruchy życia wygrzebane zlawy | Okruchy życia wygrzebane z lawy | Okrutna losu ironia | Orientuj się na orient | Owczarek | Owczarki afgańskie | Owocożerni | PL jak piekło | PO PiS | POeci wszystkich krajów dzielcie się | Pan Tadeusz | Panie pośle, po chrześcijańsku panu wybaczam | Pańska satyra polityczna jest niegramatyczna | Pendant do pewnego przypisu | Perlikowski | Pewna elastyczność zasad | Pewne jak w banku | Piorunujący piorun! | Po owocach poznacie ich! | Po upadku | Pobożne życzenia | Podpatrywanie Natury | Podroby i inne podróbki | Pokolenie Kainowe | Pokorne ciele | Pokorne cielę | Pokusa | Polak potrafi | Polak potrafi! | Politolog i Politowska | Politycznie niepoprawne! | Polonica | Polonika rycerskie | Polucje i ablucje | Pomarańcze i mandarynki | Pomarznąć dobra rzecz | Pomarznąć dobra rzecz! | Pomoc psychologiczna | Poranna kawka z Kafką | Porąbane marzenia | Potężne i głębokie warstwy pierwotnego mitu | Powieść brukowa | Powszechna życzliwość | Powtórka z cynizmu | Poznaj samego siebie | Prawda | Prawda jest jedna i piękna, ale złożona | Prawda popłaca | Prawdziwa metropolia | Prawi i sprawiedliwi | Prawiezmartwychpowstanie | Prawiezmarwtychpowstanie | Prognoza pogody | Pruski smutek | Przecież cię zjem! | Przedagonalny polski agon | Przegląd sportowy | Przeinaczenia | Przez pychę do pokory | Przeżyjesz to, a pote już tylko grób | Przeżyjesz to, a potem już tylko grób! | Przminęło z wiatrem | Prztyczek | Psiapowiednia Majów | Psubrat | Pustka | Pytanie dość retoryczne | Raczej to nie będzie hit | Radosne gonitwy śnieżnych tygrysów | Radość wędrowania | Rejterada Rejtana | Religie nauczą cie pokory | Res Sacra Pecunia | Romans z pop kulturą | Roots, Rock, Reggae | Rozkosze reinkarnacji | Rozmowa nie na telefon | Rozpacz | Rozpacz na wieki wieków | Rozpacz, która podpełza pod gardło | Ruch i świeże powietrze... | Rybołówstwo cudzołożnika | Rycerz pokalany | Samokrytyka | Samotność egzystencjalna | Sekrety pewnego domu handlowego | Seraphic Flames and Heavenly Love | Siedź na dupie i potakuj! | Somatyka | Somatyka logiczna | Spełniona przepowiednia | Spleśniały ser | Sponsorem tej opowieści jest wydawnictwo Błękitny Wieloryb | Sport to zdrowie | Spowiedź morskiego wilka | Stary Sącz i Nowy Sącz | Stary mafioso | Stołeczne stołki | Stratyfikacja społeczna | Suma sumarum | Sumienie rachunku | Sweet Music and Poetry | Sygnały podprogowe | Szalchetne zdrowie | Szczęśliwa pomyłka | Szekspir do żadnej nie należy epoki | Szkarady | Szlachetna gravitas | Szlachetne zdrowie | Słodycze grafomanii | Słówka | Słówko do słówka, a uzbiera się sówka | Tadeusz Bój Jeleński | Taia chińska podróbka | Takie będą rzeczpospolite jakie tego blogu chowanie | Takie tam, pierdoły | Talking Heads | Tania chińska podróbka | Tatiana | Teorie świata nauki | Terapeutyczie | Terapeutycznie | Thames | The Doors. Uchylone drzwi | The Lion cub | The fruit of beauty and despair | To na pewno nie Lec | To nie żadna filozofia | Tragiczne pożegnania | Transformacja duchowa | Trudna sztuka dialogu | Trudno czasmi coś sklecić | Trzylogia | Trója z polskiego | Twarda rzeczywistość | Ty mi tutaj nie filozuj | Tygrysologia stosowana | Tysiac i jeden ptaków | Tysiąc i jeden kotów | Tysiąc i jeden ptaków | Tysiąc różowych kroliczków | Tęsknica | Tęsknota duchowa | Ubekistan | Ucone księgi | Uczeni ludożercy | Uderzenia losu | Uduchowienie | Umrzeć z miłości | Upadek Pierwszego Człowieka | Uroczy wegetarianin | Uszczelnienie systemu podatkowego | Utrata uzębienia | W czym mogę panu pomóc? | Wciąz powtarza się ta sama historia | Wciąż powtarza się ta sama historia | Wdzieczna muzyka przywraca ład serca | Wesola grafomania z morałem | Wiecej broi dla szaleńców w Teksasie | Wieczne powroty | Wiedza radosna | Wielka wygrana | Wielomówstwo, czyli plaga opowiadania | Wierzba płacząca | Wiosny i jesienie | Witch | Więcej broni dla szaleńców w Teksasie | Wojna totalna | Wpis o kształcie piramidy | Wprowadzenie do kruczków prawnych | Wrzucam wszystko do kosza | Wrzątek | Wspomneinei pewnego wspomnienia | Wspomnienie pewnego wspomnienia | Wspomnienie pewnego wspomnienia | Współczesny filister | Wszystkie rybki | Wszystko na A | Wszystko na sprzedarz | Wszystko na sprzedaż | Wygrana | Węzłowato | Wólka Węglowa | Xin Lu, typowa brunetka o granatowych oczach | Z Nietzschego nic nie powstaje | Z księgi wulgaryzmów | Z rupieciarni myśli | Zaczarowany świat zen | Zanim mnie wrzucą do dołu | Zapowiedź Apokalipsy | Zaraz wracam! | Zasada domniemanej winy | Zaskroniec | Zastał Polskę drewnianą... | Zatrzaśnięte drzwi | Zbaw mie Buddo Amido | Zbaw mnie, Buddo Amido | Zdrowy egoizm | Zegar dziejów | Zestrzelenie księżyca | Zginął z rąk słabej kobiety | Zima się nas nie ima | Zjawiskowe | Znak jaskółki | Zrozumieć wartość tego, co nieużyteczne | Zuch zawsze ochoczy! | Zwierzęta pod postacią ludzi | Zwyciestwo konsumpcjonizmu | Ząb mądrości | ie zabijajcie drzew! | ieosobiście | kosmos | Łagodne prawo, ale prawo | Łagodność tygrysa | Śmiechotki, chichotki | Śmiertelna powaga | Śmierć | Światełko w mroku | Świętość, wziętość, nadętość | Życie jest tragiczne | Życie samo | Życzliwe spojrzenia na całość ogródka | Żyć, nie umierać
RSS

Wieczne powroty

niedziela, 13 stycznia 2013

            Jakże się tego Dostojewskiego szybko połyka i to niezależnie od wieku...Pamiętam, że"Idiotę" czytałem przez trzy dni (i noce), bo bardzo ciekawiło mnie, jak się też skończy.  Miałem wtedy szesnaście lat i też mógłbym powiedzieć "Ośmielam się zauważyć, że mam w sobie coś z Myszkina"...Po wielu latach czytałem go po rosyjsku...Ale proszę się nie bać - tylko trzy pierwsze strony!  Cudowne wrażenie...Rogożyn trochę dla mnie mimo wszystko zbyt namiętny, ale Myszkin - jakbym siebie zobaczył w lustrze!...Uwielbiam sposób, w jaki Dostojewski czasami udaje prostego narratora, który mówi rzeczy oczywiste.  

           Chciałbym napisać kiedyś opowiadanko "Bieski", nawiązujące trochę do treści "Biesów".  Mam wrażenie, że miałbym coś ciekawego do powiedzenia, nie żeby zaraz coś miało mnie łączyć z wielkim pisarzem  - poza może fascynacją, bardziej może chodzi o przedmiot i to wcale nie w jakimś filozoficznym ujęciu.   Broń Boże!   Raczej o tym, co jest teraz...I co teraz, jak wtedy, równie przeraża...           

           

piątek, 11 stycznia 2013

           Dawno już nie byłem w Domu Demonów.  Zastanawiałem się nawet, czy potrafię go jeszcze odnaleźć.  Ale w końcu mamy już rok 1755 i naszym udziałem jest niebywałe wręcz przyśpieszenie cywilizacyjne.  Wsiadłem więc w karetę zaprzężoną w 6 koni i popędziłem do Lipska, gdzie jeszcze niedawno kantorem w Kościele Św. Tomasza był mój stary przyjaciel Bach.  Zdaje się, że jednak już zmarł.  Pomodliłem się za duszę mojej drugiej żony Marii Barbary i próbowałem podpytać jakaś staruszkę o drogę do owego domu.  Ta jednak tak była zatopiona w modlitwie, że nie wydała z siebie nawet głosu.  Udałem się więc do kawiarni, aby tam z kolei zapytać.  

          - Owszem, drogi panie - powiedział wąsaty właściciel - W rzeczy samej kiedyś był taki dom na przedmieściu, ale czy teraz jeszcze jest, tego nie wiem.  Był bardzo stary, więc pewnie już całkiem się rozwalił.  Czy warto szukać takiej ruiny? - tę kwestię pozostawiam już jednak do rozstrzygnięcia panu. 

          W końcu przypomniałem sobie, gdzie jest ów dom.   Nie widziałem go od dzieciństwa.  Stał teraz zamknięty, chociaż furtka do ogrodu była otwarta.  Niektóre okna na parterze były zabite deskami, a chwasty w ogrodzie porosły już tak wysoko, że w wieczornej porze miejsce to sprawiało wrażenie całkiem opuszczonego...Ktoś w nim jednak nadal mieszkał!   Z domu dochodziły bowiem jakieś odgłosy.  Jakby ktoś szedł korytarzem, dźwigając coś lub ciągnąc po posadzce.  Lękałem się bardzo uczynić jakiś krok naprzód, jednak mimo woli dłoń moja pochwyciła kołatkę.  Odgłosy z domu na chwilę ustały, a potem drzwi otworzyły się i przede mną stanęła siwa kobieta o złym spojrzeniu.  Ubrana była jedynie w szlafrok, jakby dopiero co wyszła z kąpieli.  Twarz jej jednak była dziwnie poszarzała, a włosy sklejone pajęczyną. 

          - Mówiłam już panu, żeby pan tu nie przychodził - powiedziała jakimś stłumionym, nieobecnym głosem. 

          - Ależ, nie było mnie tu od dzieciństwa, a jak pani widzi dość jestem posunięty w latach.  W zeszłym roku skończyłem 28 lat i wciąż jestem kawalerem. 

          Nie chciałem jej nic mówić o śmierci mojej małżonki. Zbyt bolesne było to bowiem dla mnie wspomnienie.  Kobieta obrzuciła mnie tym samym złym spojrzeniem, jednak nagle jej twarz wypogodziła się i ukazując dłonią wnętrze domu zaprosiła mnie, abym wszedł.  Posadziła mnie na krześle i poczęstowała chińską herbatą, a jej początkowe milczenie szybko zmieniło się w gadatliwość.  Opowiedziała mi o całym swoim życiu, aż do chwili, kiedy jej córka Maria Barbara wyszła za mąż za pewnego kawalera z Prus...Słysząc imię Maria Barbara upuściłem filiżankę tak niefortunnie, że delikatna porcelana potłukła się.      

         - To drobiazg - powiedziała - Ale, czy jednak nie odgadłam dobrze, co cię gnębi?

         - Wolałbym o tym jednak nie mówić, droga pani.  Moja małżonka, Maria Barbara nie żyje już od pięciu lat. 

         - Wiedziałam, że nie mówisz prawdy.  Moja córka uciekła z nim do Prus i zamieszkali razem gdzieś na pomorskim pustkowiu, wśród pokręconych od wichru sosen. To podobno dzika okolica.  Ale i ty masz w oczach jakiś pruski smutek, gagatku! 

         - Gertruda opowiadała mi o swojej matce - rzekłem na to.

         - Jaka Gertruda?  Nie - Maria Barbara?  Czyś aby nie postradał zmysłów?  Jak miała na imię twoja żona?   

         - Gertruda to siostra Marii Barbary.  Opowiadała mi, że mieszkała z siostrą i z matką w jakimś opuszczonym domu pełnym demonów, ale obie stamtąd uciekły.   Mnie zaś opis tego domu wydawał się dziwnie znajomym i w końcu przypomniałem sobie, żem go już kiedyś widział, gdy byłem chłopcem.

         - Byłeś dziewczynką.  Pamiętam, jak ojciec wziął cię na ręce i powiedział - Moja ukochana Truda!  Zawstydziłeś się.  

         - Znała pani mojego ojca? - spytałem z trudem chwytając powietrze.

         - To przecież mój mąż!  - kobieta spojrzała na mnie z politowaniem - A ty jesteś moją córką, Gertrudo!

         - O, wypraszam sobie!  - powiedziałem -  na imię mam Caspar Ferdinand i pochodzę z Prus.   Jestem szlachcicem i człowiekiem wykształconym. Studiowałem prawo w Heidelbergu i filozofię... 

         - Prawo chyba nie długo!  - wzrok staruszki stał się trochę figlarny. 

         - Nie miałem do niego serca i dlatego porzuciłem uniwersytet, i schroniłem się w wiejskim zaciszu na Pomorzu, należącym do mego starszego brata, gdzie począłem studiować Platona, Cycerona, Plutarcha i innych greckich i rzymskich autorów...Tam właśnie poznałem Gertrudę, która opowiedziała mi o swojej siostrze, a mojej późniejszej żonie, Marii Barbarze. 

         - Mam ci uwierzyć w podobną bajkę - nastroszyła się starsza pani - i schwyciła mnie swą koścista dłonią za lewą pierś -  Ha, ha! - triumfowała - Matka zawsze pozna własną córkę!  Nie pomogło ci nawet to męskie przebranie.  Po co niepokoisz swoją starą matkę? 

         Zauważyłem, że trochę pobladła.

         - Dobrze - powiedziałem - nie będę owijał w wełnę...Przyszedłem cię mamo zamordować - 

         - Co? - spytała staruszka,  nie potrafiąc powstać ze swego miejsca w fotelu - Chyba w bawełnę...

         - Tak, mamo - rzekłem, nakładając na dłonie białe rękawiczki - W bawełnę...

         - I udusisz mnie tak z zimną krwią - zapytała bezradnie mama - Wiedziałam, że jesteś do tego zdolna.

         - Nie, mamo - powiedziałem odsłaniając kły i wyciągając w kierunku jej twarzy moje długie, kościste ręce - przegryzę ci grdykę.

         Widziałem jak staruszka próbuje rozpaczliwie schować się w fotelu i na sam ten widok pociekła mi z ust ślinka.  Nie tknąłem jej jednak.  Chciałem ją tylko cokolwiek przestraszyć.   Była naprawdę poważnie chora i musiałem w niej wywołać wstrząs terapeutyczny, aby odzyskała zmysły. 

         Trwało to długo, najpierw zapadła w sen, a potem poddałem jej zdrowie próbie.  Wysypałem z solniczki trochę soli i podałem jej na łyżeczce.

         - Co pani czuje? - zapytałem

         - Słone!  - odpowiedziała.

         Podałem jej cukier i ponowiłem owo pytanie.

         - Słodkie! - rzekła.

         Po czym nasypałem jej na dłoń pieprzu i jeszcze raz spytałem ją o treść poznawczą jej wrażenia zmysłowego. 

         - Tfu!  Ale gorzkie!  Pali! - wysapała.

         Pozwoliłem jej trochę odpocząć i napić się wody ze szklanki i zapytałem:

         - Czy uważasz, że ja, Caspar Ferdinand, jestem twoją córką Gertrudą?

         - Ależ skąd!  Wcale tak nie uważam -wykrzyknęła -  Gertruda była mężczyzną, a ty - jesteś kobietą! 

         - Dobrze, mamo - powiedziałem - przyjmijmy, że jestem twoją córką, a Gertruda jest twoim synem. Czy nadal jednak uważasz, że ja, to nie ja?

         - Oczywiście, że ty, to nie ty!   Zawsze tak było, dziecko.  Już jak cię urodziłam, byłam przekonana, że jesteś jednym z owych demonów, które owładnęły naszym domostwem.

         Ucieszyłem się, że staruszka zachowała swe dawne poczucie humoru i spytałem ponownie, kim, według jej rozeznania, jestem.

         - Jesteś Caspar Ferdinand i pochodzisz z Prus.  W majątku twego brata poznałeś Gertrudę, siostrę Marii Barbary, a poprzez nią samą Marię Barbarę, którą następnie poślubiłeś. Niestety jednak, pięć lat temu twoja małżonka zmarła.  Kilka dni temu przypomniałeś sobie o sławnym domu demonów w Lipsku, a ponieważ znałeś go od dzieciństwa, postanowiłeś go odnaleźć, udając się najpierw do Kościoła katedralnego, dla zasięgnięcia wiarygodnej informacji.  Tak mi przed chwilą powiedziałeś, jednak nie wierzę ci - 

         - Więc kim jestem?

         - Jednym z owych demonów, które nawiedzają ten dom.  Kiedy miałeś trzy latka, zachorowałeś na zapalenie płuc i umarłeś. Pochowałam cię na cmentarzu i myślałam już, że nigdy więcej nie będę mieć dzieci - zwłaszcza, że byłam wdową.  Potem jednak urodziła się najpierw Gertruda, a później - Maria Barbara.

         - To dlaczego mówisz, że to ja jestem Gertruda! 

         - Przejęzyczyłam się! - powiedziała kobieta.

         - Ale przecież Maria Barbara nie żyje!  - wykrzyknąłem.

         - Tak.  Nie żyje!  Wyszła za ciebie za mąż i umarła pięć lat temu. 

         - Jak twoja młodsza córka mogła wyjść za mąż za twojego zmarłego już wtedy synka? - oponowałem.

         - Nielogiczne pytanie!  U Boga wszystko jest możliwe - odpowiedziała staruszka i zapadła w drzemkę. 

         Czułem się nadzwyczaj dobrze w tym domu i postanowiłem spędzić w nim jeszcze kilka tygodni w nadziei, że staruszka przestanie w końcu ze mnie żartować i że coś z niej wyciągnę.   Mijały jednak lata, a oboje nie wychodziliśmy z domu.  Zacząłem więc obserwować, czy nie pojawiają się w nim jakieś demony i spisywać swe obserwacje w dzienniku.  A kiedy kobieta zmarła, przebrałem się w jej odzienie i całymi dniami ciągnąłem po podłodze stare firany i kufry z ubraniem, zachowując się zupełnie tak samo jak ona.

         Któregoś wieczoru usłyszałem, że ktoś wdarł się do naszego ogrodu i zakołatał do drzwi. Nasłuchiwałem trwożnie, aż wreszcie je otwarłem... Przede mną stał pewien młodzieniec.

         - Mówiłam już panu, żeby pan tu nie przychodził - powiedziałem jakimś stłumionym, nieobecnym głosem.    

         - Ależ nie było mnie tu od dzieciństwa... - rozpoczął przybysz.        

czwartek, 20 grudnia 2012

                                                     - Dlaczego pan odwołał tę racjonalną przecież decyzję?

                                                     - Bo jestem władny!

                                                     - A czy w przyszłym roku też ją pan odwoła.

                                                     - Nie potwierdzam, ani nie zaprzeczam.

poniedziałek, 18 czerwca 2012

                      Towarzysz Breżniew cierpiał pod koniec życia na demencję.  Kiedyś był na pogrzebie swej prawej ręki, towarzysza Susłowa.

Idą tak, idą w deszczu, a orkiestra gra.  Ktoś pyta Breżniewa - No i jak tam, towarzyszu Breżniew, Jesteście zadowoleni z ceremonii pogrzebowej? Naprawdę tylu ludzi przyszło tu dla naszej sprawy.  I to pośmiertne odznaczenie, naprawdę wzruszyłem się do łez.  

                     - Zadowolony.  Ale gdzie jest Susłow? 

                     Tak to w bywa w życiu wielkich ludzi - tracą pamięć, ale historia o nich nie zapomni.

                   

                    

czwartek, 03 maja 2012

          Usunąłem przed chwilą swój ostatni pogodny wpis...Jestem jak Pan Bóg - i ja mam moc niszczenia tego, co stworzę!...Chociaż Pan Bóg tworząc człowieka lepiej jednak chyba całą rzecz przemyślał!  Pisząc, bawiłem się, mimo zmęczenia, dobrze...ale, jak Boga kocham, chciałem napisać coś utrzymanego w zupełnie innym nastroju... 

          Optymista nie przejmuje się, kiedy wszystko traci.  Kiedy traci zdrowie, środki do życia, kobietę, dom a nawet poczucie, że jest człowiekiem wolnym...Wszystko to i tak jest przecież jak dym i powiew wiatru.  Przekonał się o tym niegdyś nawet król Salomon.  

         Ja jestem raczej pesymistą.  I nie tracę przecież wszystkiego od razu - to powolny, trwający miesiącami i latami proces...coś w rodzaju stopniowej utraty życia...

         Wziąłem ze sobą kozę i poszedłem spytać rabina:

          - Powiedz mi, rabbi...czy ona zostanie ze mną, tak ją przecież kocham, chyba nikt jej tak nie kochał? 

          - Aj! - zaśmiał się rabin, chociaż jego oblicze było poważne - Dla kobiety to jeszcze nic a w każdym razie o wiele za mało -

          - Co mam robić, rabbi?

          - Nic.   Zgromadź tylko majątek i bądź wobec niej twardy a sama cię posłucha.  Kobieta to puch marny!

          - Ale, czy to wystarczy?

          - Musisz prawić jej komplementy, a kiedy trzeba - wytrzaskać po gębie, a zacznie cie szanować...

          - Ach, ona mnie przecież szanuje Rabbi, kto wie, może nawet bardziej niż ja ciebie...

          -...Tylko nie ma dla ciebie czasu...Posłuchaj, co ja ci przeczytam z tej oto księgi!  To starożytna "Psychologia kobiety".

          Rabbi rozparł się na swoim krześle i rzekł swoim zachrypniętym od palenia cygar głosem:     

          - Cytuję!  "Wystarczy, że kobietę pociągają silniej inni niż Ty.  Tworzą wtedy pola swojego wpływu.  Może to być nawet jej matka, siostra, nic nie znaczący kolega, albo były mąż.  Początkowo nie będzie chciała cię porzucić - może na coś jej się jeszcze przydasz.  Ale w końcu zacznie mówić: "Jesteśmy teraz zajęci.  Robimy to i to.  Może odezwę się później"  - I to wtedy, kiedy ty umierasz z rozpaczy! - podsumował ten fragment Rabbi.  

          Znieruchomiałem.

          - "Nie znaczy to, że od razu zacznie cię zdradzać.  To jednak może okazać się kwestią czasu.  Najpierw zaproponuje ci przyjaźń albo da odczuć, że obowiązki przedmałżeńskie męczą ją" -  Rabbi gwałtownie podniósł się z fotela i wykrzyknął:

          - A więc ratuj się, Izaaku!  I nie daj się złożyć w ofierze.  Bo to nie jest ofiara dla Boga!

          - Przyjmijcie Rabbi ode mnie w podzięce za mądrą radę tę oto kozę.  Nie wiem, jak się rozmawia z cadykiem. Właściwie jestem niewierzącym Chrześcijaninem...Ale powiedz mi tylko, czy mam z nią zostać, czy ją opuścić?

          - Uczynisz, jak zechcesz! - rzekł rabbi - i wyszedł z pokoju ciągnąc za sobą kozę. 

          Zatrzymałem się chwilę na progu jego skromnej chatki przy Lester Squire, chcąc uchwycić sens jego słów, zanim udam się do mojego ulubionego antykwariatu.  Wyobraziłem sobie, że jak niegdyś mądry Nachmann z Bracławia przechadzam się po cmentarzu zaludnionym przez ofiary pogromu i nie mogę już odzyskać dawnej radości.  Stałem tak przez chwilę w śmiertelnej ciszy zadając sobie rozpaczliwe pytanie: "A może ona jednak mnie kocha? Gdybym mógł chociaż wziąć ją ze sobą w drogę!", gdy nagle drzwi chatki otworzyły się i usłyszałem za sobą:

          - Najlepiej, jak ze sobą skończysz!

          Do dziś nie wiem, czyje to były słowa. Czy wypowiedział je rabbi, czy może groźny demon, który zaczaił się w mroku?  Wsiadłem w czerwony, piętrowy autobus i pojechałem przed siebie.  Z pierwszej czerwonej budki telefonicznej zadzwoniłem do niej.

          - Kochana.  Czy moglibyśmy się dzisiaj zobaczyć?

          - Sam wiesz, że to nie ma sensu - odpowiedziała słodko.

          Właśnie Big Ben wybijał godzinę czwartą.  Zbliżał się świt.  "Może jutro wyłowią moje ciało z Tamizy.  Przejdę się trochę" - pomyślałem.  Nie napotkałem jednak litościwej duszy. 

           Wszystko jest pustką!