Kategorie: Wszystkie | "Dziewczyny, bądźcie dla nas dobre na wiosnę" | ...bez końca | 0 | 100O i jeden Rabinów | A Puszkina też zapuszkują? | A moze to tylko pomieszanie zmyslow | A nie lepiej być purystą? | Aaaaaaaaaaaaaa...aalfabeta | Ach, gdzież jest litość lub wspolczucia pozór? | Ach, gdzież jest litość lub współczucia pozór? | Adam Mic - Kiewicz | Adaś i Ewka | Aforystyka | Amerykański sen | Autopsychoterapia | Bez sensu to to! | Bez szaleństwa... | Bezmyślne okrucieństwo | Bezradność | Biedna Szymborska | Biedny Kapturek! | Bliźni miłości | Bliźniego miłość... | Blondyn | Blue Bossa | Bojaźń i drżenie | Bratnie dusze | Bruner, ty świnio! | Buddyzm w życiu codziennym | Bóg mi poskapił tej anielskiej miary... | Bóg mi poskąpił tej anielskiej miary... | Bójstwo samo | Caritas | Chiziofrenia | Choroba na śmierć | Chwila ułudy | Chwila wytchnienia | Chłodne upojenie | Cierpienia i radości | Cierpienie i radość | Cleen feed | Cnota niedoli | Co slina na język przyniosła | Co tam panie w polityce? | Co w niebie piszczy | Co ślina na język przyniosła? | Corrida | Coś dla duszy... | Coś tak wulgarnego | Cudotwórstwo | Czarna Perła Tao | Czarny tulipan skrzyżowany z czarna różą | Czarny tulipan skrzyżowany z czarną różą | Czary Mary | Czego nie przysięgał Hipokrates? | Człowiek nie jest rzeczą | Człowiek to brzmi dumnie, ale nie u mnie | Często chowa | Częstochowskie rymy | Deficyt aniołów | Delightful! | Demokratyczne wybory w Oczodołach | Diabłoterapia | Dla wszystkich i dla nikogo | Dnieje | Do samego siebie | Dodatek | Dowcipas dnia | Duma narodowa | Dusze drzew | Dyskretna mgiełka autoironii | Dzielność | Dziki kapitalizm | Dzisiejsza młodzież | Dzisiejsza młodzież nosi ładną odzież | Egzystencjalizm jest chumanizmem | Ekonomia zbawienia | Elegancja Francja | Elegijnie | English gentelman | English gentleman | Epicurus | Ewa tylko ziewa | Falochron | Female | Filozofia bez uczoności | Forever Loving Jah | Gadu, gadu | Gadu, gadu, trochę więcej jadu | Gal Anonim | Gaz dla pedałów | Gaz dla pedałów, młot dla sierpów | Gdy rozum śpi... | Gendarme | Genek, gienialny gieniusz | Geno Typ | Gorący uczynek | Grabarz | Grabarz nonsensu | Gry i zabawy literackie | Głupota przysłowiem narodów | Głębie i tajnie Podświadomego | HIstoria nauczycielką bicia | Herbatka zen | Homo economicus | Homo sapiens czy Homo politicus | Humor absurdalny | Humor nieco absurdalny | Humor, satyra, panie... | I rekiny w oceani mają zębów cały rząd | I rekiny w oceanie mają zębów cały rząd | Indie Wschodnie i Zachodnie | Industrial | Istnieje również wrodzony brak poczucia humoru | Ja tam bynajmniej nie wiem | Jak długo będę jeszcze żył? | Jak uprawiać agresywne dziennikarstwo? Poradnik dla początkujących | Jakże cżęsto powtarza się ta historia | Jakże trudno czasami coś sklecić! | Jan i Małgorzata | Jan z Czarnolasu | Jesienna muzyka | Jeszcze smutniej! | Jeździec Apokalipsy | Językologia | Kaczuszki mandarynki | Karawana idzie dalej | Katedra Adamowego Żebra | Kawa z Kafką | Każdemu według naszych chęci | Każdemu według potrzeb | Każdemu, o czym tylko zamarzy | Kiciuś Miciuś! | Kicuś Micuś! | Kiedy człowiek staje się bestią | Kiedy owce nie milczą | Kij w mrowisku | Kniaź Wiktor | Kochani ludożercy | Kolacja Pani Sowy | Kometa tylko głownia nie ta | Konkwista | Koryfeusz nauki, milośnik sztuki | Koty i inne zwierzęta | Koty, głupoty, palikoty | Kości rzucone są | Kość słoniowa | Kto pierwszy był człowiekiem, kto będzie nim ostatni | Kto pisze teraz historię? | Kuchnia szamańska | Kwiatki Św. Franciszka | Kwiatostan śmierci | Kwitnienie kultury | Kwitnąca wiśnia | La colombina i ciche ukojenie | Lekarzu - lecz się sam! | Lenin wiecznie żywy | Leśmianiada | Lichwiarstwo polskie | Liryki i prztyki | Logika dziejów | Londyńska mgła niepamięci | Londyńskie przygody | Los ofiary | Los puka do moich drzwi | Lotosowy wpis | Ludzie ludziom... | Lunatyzm | Lęk społeczny | Made in Japan | Maligna | Marność nad marnościami | Marność nad marnościami. Rekoleksje Wielkopiątkowe | Marzenia senne | Marzeniologia stosowana | Maszkary i senne dziwadła | Maszkary i senne widziadła odbite w lustrze | Mała czarna z Kafką | Medycyna naturalna | Meine Liebe Augustin! | Melancholia | Melancholia stosowana | Memorabilia | Meszreiw | Meteo | Mgiełka autoironii | Mglisty dzień. Mgła | Mikołak | Mistrz i Małgorzatka | Mistycyzm lunarny | Mistyka i miłość | Mitologia osobista | Mitologia świata | Miłość | Miłość bliźniego | Miłość nie zawsze szczęśliwa | Miś Uszatek | Moc rytuałów | Monada nie ma okien | Mowa potoczna | Mowa ptaków | Mowa serca | Moze ktoś zrozumie, co teraz czuję | Może ktoś się ucieszy? | Może ktoś zrozumie, co teraz czuję | Może to trochę zbyt uszczypliwe | Musicology | Muza lekkich obyczjów | Muzyka przywraca ład serca | Myszoterapia dr Nezumi | Myśli prostego człowieka | Mądrość Natury | Mądrość jak z gazety | Mądrość narodów | Młot na faryzeuszy i hipokrytów | Męstwo bycia | Mówił sen do snu | NIe ma na świecie dwóch takich samych liści, ni kropel deszczu | Na jawie (lecz to, co niejawne pozstaje) | Na stos rzuciliśmy szcześcia los | Na stos rzuciliśmy szczęścia los | Na szczytach hipokryzji | Na zdrowie! | Nad piekną rzeką | Najokrutniejsze zwierzę | Najsłodsza tajemnica | Narastająca senność | Nic dzisiaj ciekawego nie napisałem | Nicość | Nie am dwóch takich samych liści, ni kropel wody | Nie bój się - najwyżej cię rozstrzelają! | Nie czas żałować burz, gdy płoną oczy | Nie czas żąłować burz, gdy płoną oczy | Nie każde szczere złoto jest szczerozłote | Nie ma na świecie dwóch takich samych liści ani kropel wody | Nie ma na świecie dwóćh atkich samych liści lub kropel deszczu | Nie ma takiego smutnego, co by na wesołe nie wyszło | Nie ma zazdrości bez miłości | Nie oddamy nawet guzika | Nie tylko dzielenie włosa na czworo | Nie wiem, ja w ogóle nie myślę | Nie zabijaj! | Nie zabijajcie drzew! | Nie zawsze urocza dzecinada | Niebiańskie szczyty głupoty | Niech pani będzie dzielna! | Niech zapłaczą na moim pogrzebie | Nieco drapieżny wpis | Niekoniecznie ptasi móżdżek | Nienawiść bliźniego | Nieosobiście | Nieprzesłane przesłanie | Niestworzone rzeczy | Nieszkodliwe głupotki | Niewczesna melancholia melomana | Niewczesne rozważania | Niewielka profanacja | Niewielkie przekłamanie | Niskolotnie | No No! Teatr No | No comments! | No no! | Nowa poezja lingwistyczna | Nędzne kabareciarstwo | O Leonardo, po cóż się tak trudzisz? | O dzieleniu włosa na czworo, czyli metodzie scholastycznej | O dzieleniu włosa na czworo, czyli o metodzie scholastycznej | Obciachy | Obscenia i parafrenalia | Obsesja dobrego biustu | Ojej! | Oko w oko z zębem mądrości | Okropieństwa | Okruchy odgrzebane z lawy | Okruchy życia wygrzebane zlawy | Okruchy życia wygrzebane z lawy | Okrutna losu ironia | Orientuj się na orient | Owczarek | Owczarki afgańskie | Owocożerni | PL jak piekło | PO PiS | POeci wszystkich krajów dzielcie się | Pan Tadeusz | Panie pośle, po chrześcijańsku panu wybaczam | Pańska satyra polityczna jest niegramatyczna | Pendant do pewnego przypisu | Perlikowski | Pewna elastyczność zasad | Pewne jak w banku | Piorunujący piorun! | Po owocach poznacie ich! | Po upadku | Pobożne życzenia | Podpatrywanie Natury | Podroby i inne podróbki | Pokolenie Kainowe | Pokorne ciele | Pokorne cielę | Pokusa | Polak potrafi | Polak potrafi! | Politolog i Politowska | Politycznie niepoprawne! | Polonica | Polonika rycerskie | Polucje i ablucje | Pomarańcze i mandarynki | Pomarznąć dobra rzecz | Pomarznąć dobra rzecz! | Pomoc psychologiczna | Poranna kawka z Kafką | Porąbane marzenia | Potężne i głębokie warstwy pierwotnego mitu | Powieść brukowa | Powszechna życzliwość | Powtórka z cynizmu | Poznaj samego siebie | Prawda | Prawda jest jedna i piękna, ale złożona | Prawda popłaca | Prawdziwa metropolia | Prawi i sprawiedliwi | Prawiezmartwychpowstanie | Prawiezmarwtychpowstanie | Prognoza pogody | Pruski smutek | Przecież cię zjem! | Przedagonalny polski agon | Przegląd sportowy | Przeinaczenia | Przez pychę do pokory | Przeżyjesz to, a pote już tylko grób | Przeżyjesz to, a potem już tylko grób! | Przminęło z wiatrem | Prztyczek | Psiapowiednia Majów | Psubrat | Pustka | Pytanie dość retoryczne | Raczej to nie będzie hit | Radosne gonitwy śnieżnych tygrysów | Radość wędrowania | Rejterada Rejtana | Religie nauczą cie pokory | Res Sacra Pecunia | Romans z pop kulturą | Roots, Rock, Reggae | Rozkosze reinkarnacji | Rozmowa nie na telefon | Rozpacz | Rozpacz na wieki wieków | Rozpacz, która podpełza pod gardło | Ruch i świeże powietrze... | Rybołówstwo cudzołożnika | Rycerz pokalany | Samokrytyka | Samotność egzystencjalna | Sekrety pewnego domu handlowego | Seraphic Flames and Heavenly Love | Siedź na dupie i potakuj! | Somatyka | Somatyka logiczna | Spełniona przepowiednia | Spleśniały ser | Sponsorem tej opowieści jest wydawnictwo Błękitny Wieloryb | Sport to zdrowie | Spowiedź morskiego wilka | Stary Sącz i Nowy Sącz | Stary mafioso | Stołeczne stołki | Stratyfikacja społeczna | Suma sumarum | Sumienie rachunku | Sweet Music and Poetry | Sygnały podprogowe | Szalchetne zdrowie | Szczęśliwa pomyłka | Szekspir do żadnej nie należy epoki | Szkarady | Szlachetna gravitas | Szlachetne zdrowie | Słodycze grafomanii | Słówka | Słówko do słówka, a uzbiera się sówka | Tadeusz Bój Jeleński | Taia chińska podróbka | Takie będą rzeczpospolite jakie tego blogu chowanie | Takie tam, pierdoły | Talking Heads | Tania chińska podróbka | Tatiana | Teorie świata nauki | Terapeutyczie | Terapeutycznie | Thames | The Doors. Uchylone drzwi | The Lion cub | The fruit of beauty and despair | To na pewno nie Lec | To nie żadna filozofia | Tragiczne pożegnania | Transformacja duchowa | Trudna sztuka dialogu | Trudno czasmi coś sklecić | Trzylogia | Trója z polskiego | Twarda rzeczywistość | Ty mi tutaj nie filozuj | Tygrysologia stosowana | Tysiac i jeden ptaków | Tysiąc i jeden kotów | Tysiąc i jeden ptaków | Tysiąc różowych kroliczków | Tęsknica | Tęsknota duchowa | Ubekistan | Ucone księgi | Uczeni ludożercy | Uderzenia losu | Uduchowienie | Umrzeć z miłości | Upadek Pierwszego Człowieka | Uroczy wegetarianin | Uszczelnienie systemu podatkowego | Utrata uzębienia | W czym mogę panu pomóc? | Wciąz powtarza się ta sama historia | Wciąż powtarza się ta sama historia | Wdzieczna muzyka przywraca ład serca | Wesola grafomania z morałem | Wiecej broi dla szaleńców w Teksasie | Wieczne powroty | Wiedza radosna | Wielka wygrana | Wielomówstwo, czyli plaga opowiadania | Wierzba płacząca | Wiosny i jesienie | Witch | Więcej broni dla szaleńców w Teksasie | Wojna totalna | Wpis o kształcie piramidy | Wprowadzenie do kruczków prawnych | Wrzucam wszystko do kosza | Wrzątek | Wspomneinei pewnego wspomnienia | Wspomnienie pewnego wspomnienia | Wspomnienie pewnego wspomnienia | Współczesny filister | Wszystkie rybki | Wszystko na A | Wszystko na sprzedarz | Wszystko na sprzedaż | Wygrana | Węzłowato | Wólka Węglowa | Xin Lu, typowa brunetka o granatowych oczach | Z Nietzschego nic nie powstaje | Z księgi wulgaryzmów | Z rupieciarni myśli | Zaczarowany świat zen | Zanim mnie wrzucą do dołu | Zapowiedź Apokalipsy | Zaraz wracam! | Zasada domniemanej winy | Zaskroniec | Zastał Polskę drewnianą... | Zatrzaśnięte drzwi | Zbaw mie Buddo Amido | Zbaw mnie, Buddo Amido | Zdrowy egoizm | Zegar dziejów | Zestrzelenie księżyca | Zginął z rąk słabej kobiety | Zima się nas nie ima | Zjawiskowe | Znak jaskółki | Zrozumieć wartość tego, co nieużyteczne | Zuch zawsze ochoczy! | Zwierzęta pod postacią ludzi | Zwyciestwo konsumpcjonizmu | Ząb mądrości | ie zabijajcie drzew! | ieosobiście | kosmos | Łagodne prawo, ale prawo | Łagodność tygrysa | Śmiechotki, chichotki | Śmiertelna powaga | Śmierć | Światełko w mroku | Świętość, wziętość, nadętość | Życie jest tragiczne | Życie samo | Życzliwe spojrzenia na całość ogródka | Żyć, nie umierać
RSS

Wdzieczna muzyka przywraca ład serca

niedziela, 29 kwietnia 2012

              Pani Alicjo,                

              Dziękuję za miły komentarz i zaproszenie.  Chętnie zajrzę na Pani stronę, jak tylko trochę się wyśpię...Bardzo jestem ciekaw tego, co Pani pisze/co piszesz?

              Pozdrawiam serdecznie,

              Aurelio

 

             Panie Tomku,

             Tak, on chyba rzeczywiście trochę "chował się" za swój język - i cyzelował go, zapominając może nawet czasami o sensie.  Podejrzewam, że był spragniony sukcesu i że w końcu go odniósł - niepokojąc wszystkich, co uważał być może za jakąś formę terapii i...autoterapii. W końcu prawie każdej nocy płakał...Ja niektóre jednak opuszczam...

             Z metafizyką ewolucji w moim wydaniu może być ciężko! ...Podobnie jak z ewolucją metafizyki.  Mało się na tym znam.

             Przypuszczam, że Bach i Offenbach mają ze sobą wiele wspólnego...jednak mnie osobiście Bach (a spośród filozofów Spinoza czy Leibniz), nie wydaje się hermetyczny.  Szczerość przeżyć sporo dla mnie znaczy.  Jednak ostatecznie bardziej przemawia do mnie na przykład Rembrandt niż Nikifor.  Choć przecież Nikifor, chociaż mówić nie mógł, wyrażał jakoś swój zachwyt!   

            Osobiście wolę bezpośrednią mowę uczuć w muzyce i w poezji od geometrii w filozofii i symboliki w sztuce.  Mam jednak wrażenie, że Bach i Spinoza (co do Leibniza bym się nie upierał) przeżywali głęboko i że świadomie przyjęli odwołujący się do tradycji i obiektywny rodzaj przekazu.  W moim poczuciu obaj byli humanistami, którzy starali się zrównoważyć ludzki niepokój i ból, poprzez włączenie go w jakiś obiektywny porządek świata.  Chociaż Bach był Chrześcijaninem a Spinoza najbardziej pobożnym ze wszystkich filozofów (tak go nazwał katolicki historyk filozofii, Gilson! - nazywany przez Ś. P. profesora Kasię "tubą Watykanu", co zaiste jest przedziwne, biorąc pod uwagę jak długo w kościele Spinoza uchodził za zdechłego psa!)

           Niestety - cierpienie jest zawsze konkretne i kiedy dotyczy nas samych lub osób nam najbliższych, niewiele nam zwykle pomaga świadomość, że moglibyśmy przeżywać je "w Chrystusie" lub "w zgodzie z Naturą" (całością istnienia...) 

           Miło mi, że Pan o mnie nie zapomniał...Trochę ostatnio za mało śpię - więc na tym kończę!

 

           Pani Asiu,

           Cieszę się, że czyta Pani moje wpisy.  Dość często przeżywam różne rozterki.  Bardzo mi przyjemnie, że już drugi raz podniosła mnie Pani trochę na duchu,

           Z wdzięcznością,

           Autor

            

       

środa, 18 kwietnia 2012

         11 marca 2011 roku trzęsienie ziemi i tsunami dotknęły Japonię z niespotykaną dotąd siłą.  Zginęło wtedy, jak pamiętamy, wielu ludzi, wiele domów zostało zniszczonych, ludzie stracili swoich bliskich, utracili możliwość wykonywania swoich zajęć i cieszenia się życiem.  Niektórzy nigdy nie uwolnią się od smutku i nie podniosą z ruiny, a przecież żyć trzeba dalej... 

         W 2012 roku szwedzka wytwórnia "BIS" wydała poświęconą ofiarom kompilację fragmentów nagrań bachowskich dyrygenta Masaaki Suzukiego, dyrektora muzycznego Bach Collegium Japan.  Chociaż CD nosi tytuł "Bach for Japan", jest przede wszystkim darem samego Suzukiego i jego zespołu.

         Suzuki jest być może najwybitniejszym obecnie, obok Johna Eliota Gardinera, interpretatorem muzyki religijnej Bacha, uhonorowanym w 2001 roku Krzyżem Orderu Zasługi Republiki Federalnej Niemiec oraz wieloma wyróżnieniami najbardziej znanych na świecie pism muzycznych.  Na okładce CD sfotografowano drzewo pinii, które ucierpiało podczas trzęsienia ziemi, przywodzące na myśl sylwetkę smoka, chińskiego znaku zodiaku na rok 2012.  Smok jest bowiem symbolem nadziei i jaśniejszej przyszłości.  

        Czy miałoby to dla mnie teraz jakieś znaczenie, gdyby nie to, że przechodząc niedawno obok księgarni "Traffic" wstąpiłem tam i ujrzałem owo magiczne CD.  Poza chorałami organowymi wszystkie pozostałe utwory zamieszczone na nim dobrze znam w tym właśnie wykonaniu - serię nagrań Suzukiego śledzę już, podobnie jak inni melomani, od kilkunastu lat. Z pozoru więc kupowanie takiej płyty przy moich finansowych niedoborach, to "żaden biznes".  Ja jednak, jak o tym wspominałem w jednym z wcześniejszych wpisów, głęboko przeżywam i kocham elegijną i żałobną muzykę Bacha i nie tylko Bacha.  Muzyka ta niesie bowiem ze sobą prawdziwe ukojenie.  

         Z drugiej strony moja sympatia dla nie tylko muzycznej kultury Japonii skłoniła mnie do nazwania siebie na użytek moich wpisów tak, jak się nazwałem.  Nezumi to bowiem po japońsku mysz (w wyniku pomyłki nazywam się jednak Nazumi a 13 to jedna z liczb, jaką musiałem dodać chcąc się zarejestrować).  Nazwałem się myszą, chociaż nie jestem raczej nieduży, lecz spory.  Wiem bowiem, na czym polega lęk myszy.  Jest on czymś uniwersalnym i mysz japońska odczuwa go w sposób równie żywy, jak mysz z Podlasia lub Tomaszowa Mazowieckiego.  Jak wielu ludzi na świecie jestem pod wrażeniem estetyzmu japońskiej kultury.  A cudowna muzyka Gagaku i utwory Toru Takemitsu często goszczą w moim skromnym domostwie.  Wysłuchałem też wiele razy i w tak różnych wykonaniach i wersjach oraz okolicznościach mojego życia przejmująco smutnej kompozycji Zangetsu (A Lingering Moon at Dawn), której treści wolę nie opowiadać, że czuję jakbym to ja sam obcował ze zjawą...Mam też, i to trzeba powiedzieć, od lat silne i "profesjonalne" (to słowo wydaje mi się zabawne) skojarzenia z nazwiskiem Suzuki - chociaż bardziej ze względu na filozofię zen niż produkcję materialną.  

        Moją ulubioną pianistką jest Mitsuko Uchida.  Dlatego moja kotka nazywa się Mitsuko i jestem pewien, że sam Hiroshige pokochałby ją jako wdzięczny obiekt swojej twórczości.  Od lat kocham też widok japońskich studentek zarówno w Londynie jak i w Warszawie a zaaferowanie młodych japońskich pianistek Chopinem nieodmiennie mnie ekscytuje.  Niestety w przeciwieństwie do mojego brata, który miał tam nawet przyjaciół, nie dane mi było odwiedzić Kraju Kwitnącej Wiśni.        

Jednak główną przyczyną owego szaleństwa, jakim było dla mnie kupienie tego nagrania zamiast czegoś bardziej użytecznego, jest to, że od pewnego czasu moje życie wypełnione jest

        przechodzącymi jedno po drugim w s t r z ą s a m i  l o su,

po których pozostają w nim jedynie zgliszcza.  Wiem jak niestosowne może wydawać się to porównanie z niezawinionym cierpieniem tylu ofiar, jednak na małą skalę i w odniesieniu do skromnego losu niepozornej osoby,  jest ono prawdziwe. Oto bowiem cały sens życia, w który wierzyłem, został bezpowrotnie zniszczony a nieszczęście dotknęło także bliskie mi osoby.  Z tą jednak znamienną różnicą, że kataklizm ten nie był dziełem Natury, lecz ludzi i że wcale się jeszcze nie skończył. A w nieszczęściu tym od tak dawna prawie znikąd pomocy!  ...Dlatego taką wagę przywiązuję do owego przesłania i symbolu nadziei a także prostego gestu ludzkiej solidarności, jakie znalazły wyraz w tej okolicznościowej produkcji wytwórni BIS.  I teraz, w mrocznej otchłani nocy, mogę słuchać owych muzycznych klejnotów a także szczególnie pięknych sopranowych głosów w kontemplacyjnych ariach z kantat Bacha.  

       Nie chciałbym stwarzać pozorów, że wspominając o tym CD, wyrażam coś obiektywnie ważnego i dlatego nie podaję spisu treści utworów, ponieważ każdy może go sobie znaleźć na dowolnej stronie poświęconej muzyce klasycznej, podobnie jak recenzje, o ile już się ukazały. To bowiem, co mnie osobiście martwi lub nawet niekiedy przeraża, to niemal zupełny zanik indywidualnej, subiektywnej, opartej na przeżyciu, refleksji na rzecz pozornie obiektywnego przekazu dotyczącego faktów, wywodzącego się z kultu opartego na szybkiej informacji stylu życia.

      Oto dzięki dobrodziejstwom wyszukiwarki mogę dowiedzieć się wszystkiego na temat dzieła i losu Giordano Bruno, włączając w to informację, na czym polegały jego heretyckie przekonania i jak długo tonął w ogarniających go płomieniach i jaki głos z siebie wydawał pod okiem czujnego Inkwizytora. 

             

            

 

 

piątek, 27 stycznia 2012

          Henry Purcell (1659-1695) to chyba mój ulubiony kompozytor (jeden z kilku podobnych), oczywiście nie licząc mojej miłości całkowicie spełnionej do muzyki (i osobowości) Bacha i Schuberta. Miałem szczęście wysłuchać chyba wszystkich najlepszych wykonań jego instrumentalnych i wokalnych utworów. I jest to jedna z najsłodszych i nieprzemijających przyjemności mojego życia. 

          Czasami zapomina się o tym, że Purcell to nie tylko twórca doskonałych semi- oper (moje ulubione to "Dioclesian", "The Fairy Queen" i "King Artur", wszystkie "pod" Gardinerem)  oraz nieśmiertelnej (jak powiadają) "Dydony i Eneasza" ("Dido and Aeneas"), ale przede wszystkim żarliwej muzyki religijnej o niespotykanej intensywności.  Semi-opery lubię szczególnie ponieważ to gatunek o wiele bardziej strawny niż tradycyjna opera włoska, ze względu na obecność miniaturowych arcydzieł instrumentalnych oraz żywszą sceniczną akcję.  "Dioclesian" ukrywa w sobie na przykład tyle subtelnych i zwiewnych utworów instrumentalnych... Podobnie jest  z "The Fairy Queen", gdzie najpiękniejsza jest chyba nastrojowa "Symfonia odlatujących łabędzi".  Jeszcze piękniejsza jest jednak jedna z symfonii w niedokończonym arcydziele "The Indian Queen".  No i ta słodka muzyka i poezja ("sweet music and poetry"),  którą tam odnajdujemy.  A ile przy okazji miłosnych westchnień pytań, na które nie ma odpowiedzi...Na przykład: Jeśli miłość jest tak słodką namiętnością, to dlaczego tak z powodu niej cierpimy?  Nieco mniej znana, choć również wspaniała  jest kameralistyka Purcella z "Fantazjami" na consort viol na czele (polecam gorąco wykonanie zespołu "Phantasm") oraz jego muzyka teatralna, z której wywodzi się między innymi cudowna aria "Music for a while" i suita "Abdelazer", najczęściej chyba wykonywane arcydzieło instrumentalne kompozytora (odnaleźć je można między innymi w "pudełku" wytwórni Decca w wykonaniu orkiestry mistrza Hogwooda). 

Dzięki dobroci mojej londyńskiej przyjaciółki Miss Barbary zanurzałem się kilka razy w atmosferę Westminsteru, gdzie kompozytor był katedralnym organistą.  Za czasów Purcella katedra była lżejsza i piękniejsza, nie skażona jeszcze ciężkim gustem epoki wiktoriańskiej. Kiedy myślimy o wielowiekowej i godnej podziwu tradycji angielskiej muzyki religijnej, warto jednak dla kontrastu przypomnieć cytowany przez Jacka E. Westrupa rachunek kompozytora przedstawiony Jakubowi II.  "Organy są obecnie w tak złym stanie, że wyczyszczenie, nastrojenie i doprowadzenie ich do porządku będzie kosztować 40 funtów, utrzymanie ich w tym stanie będzie kosztować rocznie co najmniej funtów 20. Za wypożyczenie klawesynu, transport i strojenie do trzech prób i wykonań każdej pieśni dla króla po 4 funty za pieśń, przy czym wykonać ma się co najmniej cztery pieśni. Wobec tego, ze pensja za czasów poprzedniego króla wynosiła 60 funtów rocznie, dodatkowo za dozór i fatygę...Dlatego pokornie proszę o przyznanie mi rocznej pensji w wysokości 56 funtów od Bożego Narodzenia 1687 a zważywszy, że naprawa organów jak powyżej wspomniano będzie kosztować..." W końcu stanęło na 81 funtach.  

Kiedy słucham nagrania zmarłego niedawno "wielkiego" (to jedno ze stereotypowych słów wyrażających podziw) Gustava Leonhardta z utworami organowymi i klawesynowymi Purcella (wydała je firma Philips) to czuję w okół siebie mrok niektórych miejsc owej świątyni... Ale bardziej jeszcze skupiam się na tym wrażeniu, kiedy słucham religijnych anthemów Purcella lub jego "Music for Queen Mary" -  cudownej muzyki żałobnej, tak pięknej, że być może tylko sam Bach komponował równie piękne utwory. "Angole" jak ich pogardliwie często nazywamy w 1995 roku czcili 300 rocznicę śmierci Purcella między innymi wykonaniami tego utworu ze specjalnie zrekonstruowanymi barokowymi trąbami.  Nic nie jest w stanie opisać wrażenia jakie wywołuje we mnie ta muzyka (szczególnie w obu znanych mi wykonaniach "pod" Gardinerem), która kilka już razy ratowała mnie z największej melancholii.  A okoliczność, że sam Purcell zmarł niedługo po jej napisaniu, przypomina trochę legendę dotyczącą powstania "Requiem" Mozarta, któremu jako jedyny chyba z barokowych kompozytorów dorównywał "lekkością pióra", ulotnością nastroju i finezją.  Nie wiem naprawdę, co warte byłoby moje życie, gdybym owej muzyki nie poznał. Chyba tylko "Actus tragicus" Bacha mógłby przynieść mi podobne ukojenie.   Oboje z Miss Barbarą byliśmy, ze względu na okoliczności naszego życia, "cmentarnikami" i  sporą część czasu spędzaliśmy na zarośniętych wysoka trawą londyńskich cmentarzach gdzie najłatwiej można odnaleźć spokój. 

      Największą zasługę w popularyzowaniu muzyki Purcella ma zespól Roberta Kinga "King' s Consort". Zespół ten nagrał bowiem w komplecie całą muzykę religijną Purcella oraz wszystkie jego ody napisane dla rodziny królewskiej.  Czekam na chwilę, kiedy Pan King opuści już więzienie (do którego trafił za rzekome molestowanie chórzystów, z którymi zdarzyło mu się pić wino) i zaszczyci nas równie namiętnym religijnie wykonaniem utworów Purcella.  Jego zespół nie zmienił nazwy. To nadal znany wszystkim melomanom i cieszący się znakomitą opinią "King' s Consort". Nie sądzę aby Pan King w swej, mam nadzieję wygodnej celi, przypominał sobie tekst  strofy "O visit me, o vistit me, with thy salvation", który śpiewa tak cudownie sopranowy dziecięcy głosik a następnie jego chór...że słuchając trudno nie uronić łzy...także nad nieszczęsnym werdyktem sądowych hipokrytów.       

     Chociaż najwspanialsza oda Purcella "Hail! Bright Cecilia" stała się prawdziwym cudem nie w wykonaniu zespołu i solistów Roberta Kinga, lecz w bardziej genialnym nagraniu "English Baroque Soloists" Gardinera z takimi doskonałymi śpiewakami jak Jennifer Smith, Paul Eliott, Stephen Varcoe i David Thomas a przede wszystkim z najlepszym barokowym chórem świata jakim jest jak dotąd "Monetverdi Choir".  W odzie tej poza wspaniałymi chórami nie ma nawet jednego "słabszego numeru" a pieśń "Wondrous Machine", poświęcona urokowi gry na organach, instrumencie patronki muzyki Św. Cecylii udręczonej niegdyś "pod"  Markiem Aureliuszem (tak, tak!) jest wprost olśniewająca, podobnie jak poświęcony magii fletu i skrzypiec utwór "Hark each tree" (na kontratenor i bas) oraz  "Tis Nature's voice" i słodkie "In vain the am'rous flute".  Ten ostatni utwór jeszcze piękniej brzmi jednak w nagraniu Kinga, ze względu na soczysty i słodki śpiew "boskiego" Jamesa Bowmana oraz delikatność i finezję Michaela Chance'a (również wybitnego kontratenora).  Ostatnio odę te nagrał również Marc Minkowski wraz z podobnymi odami Haendla i Haydna.   

     Świeckie, przede wszystkim miłosne, pieśni Purcella są w wykonaniu Jamesa Bowmana niezwykle słodkie, bowiem jego głos jest pełen melancholii właściwej nieszczęśliwie zakochanemu. Bowman śpiewa taką manierą nawet "Agnus Dei" z "Mszy h-molll" Bacha.

    Z pewnością jednak warto też posłuchać nagrania Scholla oraz nagrań tak cudnych nimf jak Sylvia McNair o głosie miękkim jak jedwab, jak pełna wdzięku Nancy Argenta lub równie wdzięczna i inteligentna Emma Kirkby albo w ostatnim czasie ciepła i finezyjna Carolyn Sampson.  Pieśni te wykonuje też pewna popowa piosenkarka (na wydanej niedawno płycie wytwórni ECM).  Jej trochę naiwne wykonanie  nie jest wprawdzie stylowe, jednak już przy drugim słuchaniu można jej to wybaczyć i przyjąć  z uznaniem choćby jej emocjonalne zaangażowanie w śpiew oraz w nie mniejszym stopniu to, iż wykonuje owe utwory z towarzyszeniem wspaniale brzmiącej harfy i innych barokowych instrumentów.  Stinga (który śpiewa jak wiadomo pieśni Dowlanda) dziewczyna owa bije na głowę!   Są na tej płycie takie muzyczne perły jak pieśń "O Solitude, my sweetest choice",  "Music for a while" oraz aria "The Plaint".  Ta ostatnia znana jest z wielu wspaniałych wykonań, ale żadne chyba nie jest tak magiczne i słodkie jak śpiew Sylvii McNair, podczas nagrania na żywo semi-0pery Purcella "The Fairy Queen" ("pod" Harnoncourtem).  Inne sławne pieśni i arie Purcella "If music bee the food of love", "Strike the viol", "One charming night", "Sweeter than roses", "Fairest Isle"  mają też wiele wspaniałych i słodkich wykonań.  Na CD Scholla pojawia się też słynny lament Dydony z najsławniejszej z oper Purcella "Dido and Aeneas" nie wykonywany na ogół przez kontratenora oraz basowa aria "Wat power art thou" ("Cold Song")  z "Króla Artura".  W porównaniu z poruszającym wykonaniem S. Varcoe'a (w nagraniu Gardinera) brzmi ona niestety nieco karykaturalnie...Ale dość już tych rekomendacji.  Krytycy muzyczni z pewnością znają się na tym lepiej...Ja zaś chciałem jedynie jakoś wyrazić swój zachwyt dla tej muzyki przypominając sobie niektórych z jej znakomitych wykonawców. 

       Jakże marny w porównaniu z Purcellem wydaje się jego błyskotliwy poprzednik Lully.

      Jeszcze nie tak dawno rozmawialiśmy z pewnym zmarłym już niestety Profesorem o najlepszych wykonaniach lamentu Dydony ("When I am laid in earth").  Ja uwielbiam w tej roli przede wszystkim Lynn Dawson, ale tyle jest znakomitych...i nawet Jessie Norman "to" śpiewa. "Tyle jest tego" - mówił Profesor "a przecież jedne wykonania poruszają nas bardziej niż inne"...Opera kończy się jednak tak cudownym elegijnym chórem, że jedynie intensywność i piękno samej arii mogą udźwignąć ciężar owej wspaniałej muzycznej tragedii (z elementami "szekspirowskiej" groteski i farsy).  Dido umiera z miłości i prosi świadka swego odejścia: "Remember my but ah! forget my fate".  A czarownice i wiedźmy chichoczą już i tańcują od dawna z zawistnej radości, bowiem piękno prawdziwej miłości jest niewybaczalne!  Trzeba więc je zohydzić, wykryć na nim plamy i cieszyć się z przyszłego nieszczęścia kochanków. 

      Znam trochę i ja owo uczucie, chociaż zapewne tamta moja miłość nie zasługiwała na miano tragicznej...Kiedyś bowiem, ze wstydem i zlękiem o tym wspominam, uciekłem od Miss Barbary przerażony Jej zagadkowym i groźnym zachowaniem, pozostawiając ją na jednej z alejek naszego ulubionego parku Hampstead Heath.  Przebiegłem setki metrów do jej mieszkania, otworzyłem drzwi, zabrałem część rzeczy i pojechałem na przystanek autobusów odjeżdżających do Polski (przy dworcu Victoria).  Zabrał mnie autobus do Wrocławia, skąd udało mi się dotrzeć nocnym pociągiem do Karkowa a potem stamtąd już do Warszawy...Czując się opuszczona a może nawet w chwili rozpaczy Basia zadzwoniła do mnie następnego wieczoru i musiałem wysłuchać przez słuchawkę w automacie telefonicznym lamentu Dydony i końcowego chóru ("pod" Gardinerem oczywiście).  Wprawdzie uciekłem od niej w trosce o własne życie po jej wyznaniu iż pragnie mnie z zazdrości zamordować, jednak już w połowie drogi jakieś potworne współczucie dla niej schwyciło mnie za gardło   W przeciwieństwie do boskiego Eneasza ja, bohater raczej niepozorny, wybrałem nie obowiązek, lecz miłość...I wróciłem!...na samo-zatracenie (dlaczego?...to skomplikowana i dość przerażająca historia i nie chciałbym jej w tym miejscu opowiadać)...Wybacz mi Czytelniku tę nieco patetyczną stylistykę oraz następującą po niej maksymę.  Miłość odbiera nam wprawdzie wolność, ale jakże słodka bywa owa niewola!...Chociaż, mówiąc całkiem trzeźwo, skutki w postaci ruiny mojego życia, widziane z buddyjskiej perspektywy, wyglądają dość strasznie...A mimo to dzisiaj, chociaż minęła ledwie 10 letnia chwila od czasu naszego późniejszego, definitywnego rozstania, potrafiłem jeszcze raz odnaleźć w sobie miłość.  Chociaż tak się zwykle lękamy tej trzeciej miłości...o której pieśń Okudżawy mówi, że "ucieka jak tchórz i walizki ma spakowane już"...Największa jest jednak we mnie mimo wszystko miłość istnienia i to ona sprawia, że mimo trudnego czasami do zniesienia cierpienia nie rzucam się w wir samobójstwa.  

     Co jeszcze mogę Ci powiedzieć, drogi Czytelniku? Chociaż powiedziałem już być może i tak zbyt wiele...Wiedzy o muzyce nie nauczysz się z internetowej encyklopedii i z recenzji z pism muzycznych, ale jedynie przeżywając ją samemu i to w różnych sytuacjach swego życia możesz odkryć jej pełne wdzięku lub majestatu, piękno.  Cierpienie i radość, nadzieja i zwątpienie, pożądanie i tęsknota to los zakochanego w miłości miłośnika muzyki. To dość banalna prawda, jednak warto o niej przypominać w naszych przeintelektualizowanych i  bezdusznych czasach... 

     Ponieważ moje impresje dotyczące muzyki Purcella wydaję mi się teraz dość poważne i ciężkawe zakończę może przypomnieniem nieco żartobliwych słów jednej z arii Purcella: "One charming night gives more delight, then a hundred lucky days..."