Kategorie: Wszystkie | "Dziewczyny, bądźcie dla nas dobre na wiosnę" | ...bez końca | 0 | 100O i jeden Rabinów | A Puszkina też zapuszkują? | A moze to tylko pomieszanie zmyslow | A nie lepiej być purystą? | Aaaaaaaaaaaaaa...aalfabeta | Ach, gdzież jest litość lub wspolczucia pozór? | Ach, gdzież jest litość lub współczucia pozór? | Adam Mic - Kiewicz | Adaś i Ewka | Aforystyka | Amerykański sen | Autopsychoterapia | Bez sensu to to! | Bez szaleństwa... | Bezmyślne okrucieństwo | Bezradność | Biedna Szymborska | Biedny Kapturek! | Bliźni miłości | Bliźniego miłość... | Blondyn | Blue Bossa | Bojaźń i drżenie | Bratnie dusze | Bruner, ty świnio! | Buddyzm w życiu codziennym | Bóg mi poskapił tej anielskiej miary... | Bóg mi poskąpił tej anielskiej miary... | Bójstwo samo | Caritas | Chiziofrenia | Choroba na śmierć | Chwila ułudy | Chwila wytchnienia | Chłodne upojenie | Cierpienia i radości | Cierpienie i radość | Cleen feed | Cnota niedoli | Co slina na język przyniosła | Co tam panie w polityce? | Co w niebie piszczy | Co ślina na język przyniosła? | Corrida | Coś dla duszy... | Coś tak wulgarnego | Cudotwórstwo | Czarna Perła Tao | Czarny tulipan skrzyżowany z czarna różą | Czarny tulipan skrzyżowany z czarną różą | Czary Mary | Czego nie przysięgał Hipokrates? | Człowiek nie jest rzeczą | Człowiek to brzmi dumnie, ale nie u mnie | Często chowa | Częstochowskie rymy | Deficyt aniołów | Delightful! | Demokratyczne wybory w Oczodołach | Diabłoterapia | Dla wszystkich i dla nikogo | Dnieje | Do samego siebie | Dodatek | Dowcipas dnia | Duma narodowa | Dusze drzew | Dyskretna mgiełka autoironii | Dzielność | Dziki kapitalizm | Dzisiejsza młodzież | Dzisiejsza młodzież nosi ładną odzież | Egzystencjalizm jest chumanizmem | Ekonomia zbawienia | Elegancja Francja | Elegijnie | English gentelman | English gentleman | Epicurus | Ewa tylko ziewa | Falochron | Female | Filozofia bez uczoności | Forever Loving Jah | Gadu, gadu | Gadu, gadu, trochę więcej jadu | Gal Anonim | Gaz dla pedałów | Gaz dla pedałów, młot dla sierpów | Gdy rozum śpi... | Gendarme | Genek, gienialny gieniusz | Geno Typ | Gorący uczynek | Grabarz | Grabarz nonsensu | Gry i zabawy literackie | Głupota przysłowiem narodów | Głębie i tajnie Podświadomego | HIstoria nauczycielką bicia | Herbatka zen | Homo economicus | Homo sapiens czy Homo politicus | Humor absurdalny | Humor nieco absurdalny | Humor, satyra, panie... | I rekiny w oceani mają zębów cały rząd | I rekiny w oceanie mają zębów cały rząd | Indie Wschodnie i Zachodnie | Industrial | Istnieje również wrodzony brak poczucia humoru | Ja tam bynajmniej nie wiem | Jak długo będę jeszcze żył? | Jak uprawiać agresywne dziennikarstwo? Poradnik dla początkujących | Jakże cżęsto powtarza się ta historia | Jakże trudno czasami coś sklecić! | Jan i Małgorzata | Jan z Czarnolasu | Jesienna muzyka | Jeszcze smutniej! | Jeździec Apokalipsy | Językologia | Kaczuszki mandarynki | Karawana idzie dalej | Katedra Adamowego Żebra | Kawa z Kafką | Każdemu według naszych chęci | Każdemu według potrzeb | Każdemu, o czym tylko zamarzy | Kiciuś Miciuś! | Kicuś Micuś! | Kiedy człowiek staje się bestią | Kiedy owce nie milczą | Kij w mrowisku | Kniaź Wiktor | Kochani ludożercy | Kolacja Pani Sowy | Kometa tylko głownia nie ta | Konkwista | Koryfeusz nauki, milośnik sztuki | Koty i inne zwierzęta | Koty, głupoty, palikoty | Kości rzucone są | Kość słoniowa | Kto pierwszy był człowiekiem, kto będzie nim ostatni | Kto pisze teraz historię? | Kuchnia szamańska | Kwiatki Św. Franciszka | Kwiatostan śmierci | Kwitnienie kultury | Kwitnąca wiśnia | La colombina i ciche ukojenie | Lekarzu - lecz się sam! | Lenin wiecznie żywy | Leśmianiada | Lichwiarstwo polskie | Liryki i prztyki | Logika dziejów | Londyńska mgła niepamięci | Londyńskie przygody | Los ofiary | Los puka do moich drzwi | Lotosowy wpis | Ludzie ludziom... | Lunatyzm | Lęk społeczny | Made in Japan | Maligna | Marność nad marnościami | Marność nad marnościami. Rekoleksje Wielkopiątkowe | Marzenia senne | Marzeniologia stosowana | Maszkary i senne dziwadła | Maszkary i senne widziadła odbite w lustrze | Mała czarna z Kafką | Medycyna naturalna | Meine Liebe Augustin! | Melancholia | Melancholia stosowana | Memorabilia | Meszreiw | Meteo | Mgiełka autoironii | Mglisty dzień. Mgła | Mikołak | Mistrz i Małgorzatka | Mistycyzm lunarny | Mistyka i miłość | Mitologia osobista | Mitologia świata | Miłość | Miłość bliźniego | Miłość nie zawsze szczęśliwa | Miś Uszatek | Moc rytuałów | Monada nie ma okien | Mowa potoczna | Mowa ptaków | Mowa serca | Moze ktoś zrozumie, co teraz czuję | Może ktoś się ucieszy? | Może ktoś zrozumie, co teraz czuję | Może to trochę zbyt uszczypliwe | Musicology | Muza lekkich obyczjów | Muzyka przywraca ład serca | Myszoterapia dr Nezumi | Myśli prostego człowieka | Mądrość Natury | Mądrość jak z gazety | Mądrość narodów | Młot na faryzeuszy i hipokrytów | Męstwo bycia | Mówił sen do snu | NIe ma na świecie dwóch takich samych liści, ni kropel deszczu | Na jawie (lecz to, co niejawne pozstaje) | Na stos rzuciliśmy szcześcia los | Na stos rzuciliśmy szczęścia los | Na szczytach hipokryzji | Na zdrowie! | Nad piekną rzeką | Najokrutniejsze zwierzę | Najsłodsza tajemnica | Narastająca senność | Nic dzisiaj ciekawego nie napisałem | Nicość | Nie am dwóch takich samych liści, ni kropel wody | Nie bój się - najwyżej cię rozstrzelają! | Nie czas żałować burz, gdy płoną oczy | Nie czas żąłować burz, gdy płoną oczy | Nie każde szczere złoto jest szczerozłote | Nie ma na świecie dwóch takich samych liści ani kropel wody | Nie ma na świecie dwóćh atkich samych liści lub kropel deszczu | Nie ma takiego smutnego, co by na wesołe nie wyszło | Nie ma zazdrości bez miłości | Nie oddamy nawet guzika | Nie tylko dzielenie włosa na czworo | Nie wiem, ja w ogóle nie myślę | Nie zabijaj! | Nie zabijajcie drzew! | Nie zawsze urocza dzecinada | Niebiańskie szczyty głupoty | Niech pani będzie dzielna! | Niech zapłaczą na moim pogrzebie | Nieco drapieżny wpis | Niekoniecznie ptasi móżdżek | Nienawiść bliźniego | Nieosobiście | Nieprzesłane przesłanie | Niestworzone rzeczy | Nieszkodliwe głupotki | Niewczesna melancholia melomana | Niewczesne rozważania | Niewielka profanacja | Niewielkie przekłamanie | Niskolotnie | No No! Teatr No | No comments! | No no! | Nowa poezja lingwistyczna | Nędzne kabareciarstwo | O Leonardo, po cóż się tak trudzisz? | O dzieleniu włosa na czworo, czyli metodzie scholastycznej | O dzieleniu włosa na czworo, czyli o metodzie scholastycznej | Obciachy | Obscenia i parafrenalia | Obsesja dobrego biustu | Ojej! | Oko w oko z zębem mądrości | Okropieństwa | Okruchy odgrzebane z lawy | Okruchy życia wygrzebane zlawy | Okruchy życia wygrzebane z lawy | Okrutna losu ironia | Orientuj się na orient | Owczarek | Owczarki afgańskie | Owocożerni | PL jak piekło | PO PiS | POeci wszystkich krajów dzielcie się | Pan Tadeusz | Panie pośle, po chrześcijańsku panu wybaczam | Pańska satyra polityczna jest niegramatyczna | Pendant do pewnego przypisu | Perlikowski | Pewna elastyczność zasad | Pewne jak w banku | Piorunujący piorun! | Po owocach poznacie ich! | Po upadku | Pobożne życzenia | Podpatrywanie Natury | Podroby i inne podróbki | Pokolenie Kainowe | Pokorne ciele | Pokorne cielę | Pokusa | Polak potrafi | Polak potrafi! | Politolog i Politowska | Politycznie niepoprawne! | Polonica | Polonika rycerskie | Polucje i ablucje | Pomarańcze i mandarynki | Pomarznąć dobra rzecz | Pomarznąć dobra rzecz! | Pomoc psychologiczna | Poranna kawka z Kafką | Porąbane marzenia | Potężne i głębokie warstwy pierwotnego mitu | Powieść brukowa | Powszechna życzliwość | Powtórka z cynizmu | Poznaj samego siebie | Prawda | Prawda jest jedna i piękna, ale złożona | Prawda popłaca | Prawdziwa metropolia | Prawi i sprawiedliwi | Prawiezmartwychpowstanie | Prawiezmarwtychpowstanie | Prognoza pogody | Pruski smutek | Przecież cię zjem! | Przedagonalny polski agon | Przegląd sportowy | Przeinaczenia | Przez pychę do pokory | Przeżyjesz to, a pote już tylko grób | Przeżyjesz to, a potem już tylko grób! | Przminęło z wiatrem | Prztyczek | Psiapowiednia Majów | Psubrat | Pustka | Pytanie dość retoryczne | Raczej to nie będzie hit | Radosne gonitwy śnieżnych tygrysów | Radość wędrowania | Rejterada Rejtana | Religie nauczą cie pokory | Res Sacra Pecunia | Romans z pop kulturą | Roots, Rock, Reggae | Rozkosze reinkarnacji | Rozmowa nie na telefon | Rozpacz | Rozpacz na wieki wieków | Rozpacz, która podpełza pod gardło | Ruch i świeże powietrze... | Rybołówstwo cudzołożnika | Rycerz pokalany | Samokrytyka | Samotność egzystencjalna | Sekrety pewnego domu handlowego | Seraphic Flames and Heavenly Love | Siedź na dupie i potakuj! | Somatyka | Somatyka logiczna | Spełniona przepowiednia | Spleśniały ser | Sponsorem tej opowieści jest wydawnictwo Błękitny Wieloryb | Sport to zdrowie | Spowiedź morskiego wilka | Stary Sącz i Nowy Sącz | Stary mafioso | Stołeczne stołki | Stratyfikacja społeczna | Suma sumarum | Sumienie rachunku | Sweet Music and Poetry | Sygnały podprogowe | Szalchetne zdrowie | Szczęśliwa pomyłka | Szekspir do żadnej nie należy epoki | Szkarady | Szlachetna gravitas | Szlachetne zdrowie | Słodycze grafomanii | Słówka | Słówko do słówka, a uzbiera się sówka | Tadeusz Bój Jeleński | Taia chińska podróbka | Takie będą rzeczpospolite jakie tego blogu chowanie | Takie tam, pierdoły | Talking Heads | Tania chińska podróbka | Tatiana | Teorie świata nauki | Terapeutyczie | Terapeutycznie | Thames | The Doors. Uchylone drzwi | The Lion cub | The fruit of beauty and despair | To na pewno nie Lec | To nie żadna filozofia | Tragiczne pożegnania | Transformacja duchowa | Trudna sztuka dialogu | Trudno czasmi coś sklecić | Trzylogia | Trója z polskiego | Twarda rzeczywistość | Ty mi tutaj nie filozuj | Tygrysologia stosowana | Tysiac i jeden ptaków | Tysiąc i jeden kotów | Tysiąc i jeden ptaków | Tysiąc różowych kroliczków | Tęsknica | Tęsknota duchowa | Ubekistan | Ucone księgi | Uczeni ludożercy | Uderzenia losu | Uduchowienie | Umrzeć z miłości | Upadek Pierwszego Człowieka | Uroczy wegetarianin | Uszczelnienie systemu podatkowego | Utrata uzębienia | W czym mogę panu pomóc? | Wciąz powtarza się ta sama historia | Wciąż powtarza się ta sama historia | Wdzieczna muzyka przywraca ład serca | Wesola grafomania z morałem | Wiecej broi dla szaleńców w Teksasie | Wieczne powroty | Wiedza radosna | Wielka wygrana | Wielomówstwo, czyli plaga opowiadania | Wierzba płacząca | Wiosny i jesienie | Witch | Więcej broni dla szaleńców w Teksasie | Wojna totalna | Wpis o kształcie piramidy | Wprowadzenie do kruczków prawnych | Wrzucam wszystko do kosza | Wrzątek | Wspomneinei pewnego wspomnienia | Wspomnienie pewnego wspomnienia | Wspomnienie pewnego wspomnienia | Współczesny filister | Wszystkie rybki | Wszystko na A | Wszystko na sprzedarz | Wszystko na sprzedaż | Wygrana | Węzłowato | Wólka Węglowa | Xin Lu, typowa brunetka o granatowych oczach | Z Nietzschego nic nie powstaje | Z księgi wulgaryzmów | Z rupieciarni myśli | Zaczarowany świat zen | Zanim mnie wrzucą do dołu | Zapowiedź Apokalipsy | Zaraz wracam! | Zasada domniemanej winy | Zaskroniec | Zastał Polskę drewnianą... | Zatrzaśnięte drzwi | Zbaw mie Buddo Amido | Zbaw mnie, Buddo Amido | Zdrowy egoizm | Zegar dziejów | Zestrzelenie księżyca | Zginął z rąk słabej kobiety | Zima się nas nie ima | Zjawiskowe | Znak jaskółki | Zrozumieć wartość tego, co nieużyteczne | Zuch zawsze ochoczy! | Zwierzęta pod postacią ludzi | Zwyciestwo konsumpcjonizmu | Ząb mądrości | ie zabijajcie drzew! | ieosobiście | kosmos | Łagodne prawo, ale prawo | Łagodność tygrysa | Śmiechotki, chichotki | Śmiertelna powaga | Śmierć | Światełko w mroku | Świętość, wziętość, nadętość | Życie jest tragiczne | Życie samo | Życzliwe spojrzenia na całość ogródka | Żyć, nie umierać
RSS

Filozofia bez uczoności

sobota, 10 sierpnia 2013

             "Śpiew ptaka", to sympatyczna książeczka Anthony' ego de Mello (autora, który okazał się "kontrowersyjny", choć zupełnie nie wiadomo dlaczego).  Odnaleźć tam możemy tekst (oparty na historycznym przekazie) o dwóch starożytnych filozofach:

                                                              "DIOGENES

 

                                              Filozof Diogenes jadł soczewicę na kolację.

                                              Zobaczył go filozof Arystyp, który żył wygodnie

                                              za cenę pochlebiania królowi.

 

                                              Arystyp zwrócił się do niego:

                                              - Gdybyś się nauczył być poddanym królowi,

                                              nie musiałbyś jeść tej dziadowskiej soczewicy.

 

                                              Na to odpowiedział Diogenes:

                                              - Gdybyś ty się był nauczył jeść soczewicę,

                                              nie musiałbyś przypochlebiać się królowi".   

            

                Mnie osobiście ani jeden filozof, ani drugi, nie jest bliski, jak i każda ostentacja w deklarowaniu prawdy (lub tego, co się za prawdę uważa). Jeden mówi, że trzeba żyć przyjemnie i wygodnie za cenę schlebiania, a drugi, że trzeba być wolnym, za wszelką cenę.  Ale...z dwojga złego, wolałbym to drugie, bo bez wolności przykro żyć....W Grecji uwielbiano takie spory, bo wierzono, że człowiek sławny staje się w pewien sposób nieśmiertelny.  Ale i to przecież tylko iluzja.  Wystarczy zobaczyć, co mądry Marek Aureliusz o tym mówi.  Ilu sławnych ludzi zapomniano!  I nawet Dante, Napoleon, czy Szekspir, nie mogą być pewni, że nie zostanie po nich tylko pył.  Nieśmiertelność odnaleźć można w przeżywanej chwili i w poczuciu jedności ze światem...Marek Aureliusz nie lubił sporów. Uważał nawet, że nie jest zbyt bystry.         

              Zhuangzhi mówi o tym samym, nie angażując się w spór i używając obrazowego języka: Lepiej być ptakiem na wolności, niż być karmionym w klatce.         

niedziela, 28 lipca 2013

            Miasto Kartezjańskie - czy istnieje coś takiego? Owszem!  Wykazał to Ken-ichi Sasaki.  "To kartezjańskie miasto-ideał zgodne jest ze współczesną koncepcją pejzażu miejskiego, proponowaną przez amerykańskiego architekta i projektanta miast Kevina Lyncha. Lynch głosi ideę, że piękno miasta polega na jego "czytelności".  Czytelność oznacza łatwość uchwycenia go jako całości".  To bardzo interesujące spostrzeżenie, nie tylko w kontekście różnic kulturowych między Wschodem a Zachodem i nie tylko filozoficznie ważne.  Bo przecież w takich właśnie miastach żyjemy lub, według architektów, powinniśmy żyć...

            Mam ostatnio okazję do dyskusji na temat medycyny kartezjańskiej i jej szkodliwego wpływu na zachodnie metody leczenia. Mówiąc najkrócej pacjenta traktuje się jak rzecz, która się popsuła i wymaga naprawienia.  Jeśli popsuła się noga, trzeba leczyć nogę, choćby to szkodziło na serce, jeśli popsuła się nerka, trzeba ją usunąć lub zastąpić sztuczną nerką.  Podejście medycyny Wschodu jest natomiast podejściem holistycznym.  Pacjenta leczy się korzystając z różnych metod leczenia i na podstawie wiedzy o całym jego organizmie i o jego związku z psychiką.  Oczywiście, wyższość medycyny zachodniej nie podlega dyskusji i dlatego moja mama, która choruje na serce, nogę i nerki (na nadciśnienie, cukrzycę), leczona jest zawsze tylko na jedną z tych rzeczy.  Taka jest też organizacja naszej służby zdrowia.  Kiedy mama przewróciła się i złamała ramię, prześwietlono jej tylko ramię, ale okazało się, że miała też złamany nadgarstek...

            Na tym polega chyba polega właśnie związek filozofii z życiem. Jest czasami, niestety, ogromny...Kartezjanizm jest filozofią anachroniczną w świetle naukowej wiedzy o świecie jaką dysponujemy, ale jak przekonać o tym budowniczych miast i organizatorów służby zdrowia?    

piątek, 19 lipca 2013

         "Kiedy nieszczęśliwe zdarzenie już nastąpiło, a więc już nic go nie odmieni, nie należy dopuszczać do siebie myśli, że mogłoby być inaczej...Należy raczej postąpić jak król Dawid, który, dopóki syn jego leżał chory, oblegał nieustannie Jehowę prośbami i błaganiami, kiedy jednak umarł, zrobił Bogu figla i przestał o tym myśleć".

         (Schopenhauer, "Aforyzmy o mądrości życia")

środa, 19 grudnia 2012

                  Fedon:   - Dokąd to idziesz, Aristoklu?  Słyszałeś, że dzisiaj Sokrates śmierć ma ponieść wypiwszy cykutę. Ciekawe, jak to będzie?

                  Aristokles, zwany też Platonem:  - Idę do łóżka.  Dawno już nie chorowałem. 

                  Fedon:   - A nie ciekawi cię, co też tam mądrego powie i czy śmierci będzie się bał.

                  Aristokles: - A skądże by!  Ja to wszystko już wiem od urodzenia i z łatwością sobie przypominam. Napisałem już nawet o tym księgę.

                  Fedon:   - Miałem nadzieję, że udamy się tam razem, ale skoro nie chcesz...

                  Aristokles: - Dzieciak z ciebie, Fedonie.  Dawno już przerosłem mistrza, a moje urodzenie zawsze było o wiele bardziej szlachetne. Po co

                  więc miałbym jeszcze słuchać jego wynurzeń! 

                  Fedon: - Ja idę!  Podobno Ksantypa będzie z nim do końca!

                  Aristokles: - A pies z nią tańcował!

                  Fedon:  - Więc powiedz mi, jak umrze Sokrates i jaką będzie miał śmierć? 

                  Aristokles: - A po cóż to tak filozofować!  Wypije trutkę i skona!

                  Fedon:   - A jak ty to opisałeś w owej księdze?

                  Aristokles:  - Nie mnie, powiada, chować będziecie, lecz moje ciało.

                  Fedon:   - I co jeszcze?

                  Aristokles: - Wcisnąłem mu w usta dowody nieśmiertelności duszy, będzie mu z nimi bardziej do twarzy.  W rzeczywistości staruszek

                  nie ma o tym bladego pojęcia. Coś tam niby jest po śmierci, ale co, tego nawet nie wie.  Nie chcę, żeby się zbłaźnił. 

                  Fedon:   - A nie przyzna się, że niczego nie wie?

                  Aristokles:  - A co to, sądzić go idziecie?  To prostak!  Syn jakiegoś kamieniarza i bodajże akuszerki. A dzięki mnie przejdzie do historii.

                  Oj!  Ale idę już Fedonie, jak to mówią, gdzie mnie oczy poniosą, strasznie się dokądś śpieszę, a ty już tam sobie uczestnicz!                    

                  Oddaliłem się więc nieśpiesznie i do lochu się udałem, a tam Sokrates już kajdany sobie zdjął i ręce rozmasował i tak powiada:

                  - Tylko nie odchodź ode mnie, małżonko moja, bo nie wiem, czy tym chłopcom żartować się jeszcze nie zachce.  Stary już jestem, ale to

                  i owo jeszcze mogę!

                  Wtedy zaś Ksantypa rzuciła mu się do stóp i obejmując go czule za kolana, łkała i ocierała łzy bujnymi włosami. On zaś, że chuć w niego

                  była już wstąpiła  - A teraz na chwilę wyjdźcie - powiedział - bo chcę z nią jeszcze po raz ostatni obcować.

                  Kiedy to usłyszeliśmy, każdemu z jego przyjaciół momentalnie łzy pociekły z oczu, jednak musieliśmy spełnić jego życzenie.  Nie minęły może cztery puchania puchacza, a Ksantypa wychodzi z lochu na światło i nas przyzywa. 

                  - Sokrates już skończył - mówi - A teraz chce z wami pogadać. To może ja już pójdę?

                  - Ależ zostań! - rzekł Echekrates - Na twój widok łatwiej mu będzie się rozstać ze swą cielesną powłoką. Oby tylko trucizna szybko

                  zadziałała.  Tylko nie wstydź się płakać po nim, bo to rzecz niewieścia.

                  Kobieta na to przystała, a Sokrates: - Jaka to ulga powiada!  Przed chwilę jeszcze ciężko mi było na ciele i duszy, ale ona na flecie

                  grać potrafi tęsknie jak jaka frygijka.  Całkiem mnie zaczarowała i bajki Ezopowe zacząłem jej do uszka szeptać.  A jak je chciwie łowiła!        

                  - Dobrze już, dziadku, nie rozczulaj się - nie czas na wspominki!   Niewiele ci już życia pozostało. Lepiej zapoznaj się z tym, co Platon dla ciebie napisał, a z niego rzeczywiście wielki jest tragik.  Pitagorasa ci poznać nakazuje, a my mamy cię tego uczyć - rzekł Kriton. 

                  - Ach!  Jak to dobrze, że go tutaj nie ma.  Przez całe życie mnie kontrolował! 

                  - Tak więc, Sokratesie - powiedziałem - Naucz się tego wreszcie. Dusza jest nieśmiertelna i tak jak w ciało wchodzi, tak z niego wychodzi. Ty zaś powinieneś umrzeć z wielką godnością, przedstawiwszy pierwej tego dowody. 

                  - Chyba tutaj oszaleję! - wykrzyknął na to Sokrates - wrzaśnij na tych pedałów, Ksantypo, jak ty to potrafisz, chociaż wiem, że to ci nie będzie legutko.  Może sobie wreszcie pójdą?  

                  - Won stąd!  Wy... - krzyczała rozjuszona jak byk z Tarentu Ksantypa - bo dam wam bobu!

                  A że miała w ręku ścierkę, uciekliśmy wszyscy i przez uchylone drzwi od lochu słuchamy.

                  - Jak za dawnych dobrych lat, Ksantypo!  Na reszcie sami, bez tego filozoficznego motłochu.  Czuję się tu już, jak w jakiej jaskini. 

                  - Ja też martwię się, że on to wszystko przeinaczy i zmanipuluje, bo gorszy jest, niż owych czterdziestu tyranów!  I co wtedy zostanie z mojego Sokratesa - powiedziała zdyszana Ksantypa - Dawno już chciał ci odebrać twój etat!

                  - To, co zawsze Ksatypo, wielkie serce i rozum! - odrzekł skromnie. 

                  - A mnie pewnie też nieźle osławi - ona na to.

                  - Zawołaj mi tu tego Fedona, on z wszystkich nich jest jeszcze bodaj najbardziej ludzki - powiedział cicho Sokrates - bo czuję już, że trucizna podchodzi mi pod gardło...Fe...

                  - Fedonie!  Wejdź no tutaj. Małżonek mój umiera i ma do ciebie ostatnią prośbę!

                  - Tak, wiem, chce złożyć ofiarę Asklepiosowi.  Mam ze sobą koguta - rzekłem.

                  - Nie wierzcie Platonowi...- zdążył jeszcze wyszeptać.  Ja zaś za księgę ową chwytam i recytuję z właściwym patosem: "Tak nam, Echekratesie, skonał przyjaciel; człowiek, o którym możemy powiedzieć, że ze wszystkich, których żeśmy wtedy znali, najlepszy był i w ogóle najmądrzejszy i najsprawiedliwszy".

                  - Przecież on jeszcze żyje! - poczęła na to szlochać Ksantypa.

                  - Kritonie, niech ją kto odprowadzi do domu - powiedziałem.

                 

 

poniedziałek, 19 listopada 2012

           Jeszcze raz Pani dziękuję za życzliwość, z jaką odnosi się Pani do moich spraw i do niepokojów jakie tutaj wyrażam.  Ja też uważam, że lepiej żyć "biednie, lecz razem". Niestety, w tej chwili nie stać mnie na wynajęcie mieszkania, w którym mógłbym mieszkać ze swoimi najbliższymi i ta rozłąka, o której szczegółach nie wspominam, bardzo mnie zasmuca...Budda powiedziałby, że kochając bliską osobę nieuchronnie narażamy się na cierpienie...rozłąkę, utratę jej miłości, a nawet na śmierć owej bliskiej osoby.  Ojcu, który rozpaczał po śmierci ukochanego dziecka powiedział po prostu: "A nie mówiłem!  Było go nie kochać, to by pan tak teraz nie cierpiał!"  (to moja trochę swobodna parafraza nieco bardziej eleganckiej odpowiedzi, dokładnie takiej samej, co do sensu i równie bezwzględnej...oczywiście dla dobra terapii!)

          Taka rozumiejąca postawa wobec życia nie jest mi jednak najbliższa.  Dlaczego?   Na pewno i dlatego, że nie potrafię sam być tak rozumny.  Jednak istnieje także bardziej obiektywny powód owego braku ostatecznej bliskości - a jest nim pewne moje istotne dla mnie przekonanie...Może oddam jednak głos jednemu ze swoich studentów, który takim oto słowami wyraził je w zeszłym tygodniu, streszczając owo przekonanie w jednym zdaniu: 

          "Wprawdzie przyjmując zrównoważoną, obojętną postawę możemy zachować spokój ducha i mniej cierpieć, ale nie kochając życia pozbawiamy się tym samym możliwości przeżywania prawdziwego szczęścia". 

          Mam sporą sympatię zarówno dla stoicyzmu, jak i dla uwalniającej od cierpienia nauki Buddy.  Jednak, w moim najgłębszym odczuciu,  miłość do życia nie jest ostatecznie możliwa do pogodzenia z tego rodzaju mądrym, lecz jednak  z o b o j ę t n i e n i e m... Buddyjska karuna (uniwersalne współczucie, litość) nigdy nie zastąpi uczuć, jakie żywimy wobec najbliższych...To niezwykle cenne, umieć owe uczucia rozszerzać i obejmować nimi istoty, które nie są nam bliskie, a nawet obojętne i wrogie...To cudowne, kiedy można kochać tysiące dzieci, psów i kotów, a przy okazji jeszcze tych, którzy nas prześladują...A jednak te uczucia wobec najbliższych nie powinny się zatracać przez owo rozszerzenie kręgów ludzkiej wspólnoty...Oczywiście karuna też pozwala nam pełniej kochać naszych najbliższych.  Chodzi tu jednak o punkt wyjścia... 

          Przypomniał mi się teraz wielki miłośnik kotów - wybitny i zarazem bardzo ludzki pisarz  - Hrabal.  Miał tych kotów tak dużo, że musiał niestety niektóre z nich zabijać, aby inne mogły przetrwać...A jednak, jestem przekonany, że chociaż miał "takiego kota na punkcie kotów", nigdy nie uśmierciłby kotka, którego by w sposób najbardziej osobisty kochał.  Tak, jak nie zrobiłem tego ja sam...

          Pierwszego mojego kota wyrzuciła moja ciotka, kiedy byłem w szpitalu, ponieważ bała się, że podczas snu kot "przegryzie jej grdykę"; 

          drugiego otruł dozorca mojej posesji, Pan Czesio, ponieważ kot "brudził";

          trzeci wpadł pod worek z cementem, który spadł z rusztowania, ponieważ "za dużo się włóczył";

          czwarty nie przeżył choroby nowotworowej, mimo dwóch pozornie udanych operacji, bowiem "takie jest życie"; 

          piąty obsikuje mi łóżko i czasami żartuję, że schowam go do worka foliowego i wyniosę na śmietnik (jak stalinowski oprawca

          rozstrzelanego - dla ścisłości, worki produkowano wtedy z czegoś innego), jednak jakoś nie mam do tego serca (rozumiem jego psychiczne

          problemy - często zostaje sam). 

         Wielkie i uniwersalne idee bywają niezwykle cenne i duchowo uzdrawiające, jednak czasami warto zacząć od kochania rzeczy małych...I mnie na przykład cieszy już i to, że matka kocha swe dziecko, chociaż mogłaby kochać ich tuzin, w tym dzieci swojej głupiej i złośliwej sąsiadki...Tak więc myślę czasami - poczuj coś najpierw wobec najbliższych, a potem dopiero owo uczucie rozszerzaj...a może i wtedy bliskich będziesz kochać w sposób bardziej dojrzały (wyczulony na ich potrzeby).

           

 

 

 

 

środa, 29 sierpnia 2012

               Mistrz Lin Yu nie cierpiał rytuałów.  W szczególności drażniła go ceremonialność, uregulowane nawyki i przyzwyczajenia i tzw. stosowność zachowania, która jest podstawą wszelkiej powierzchownej kultury.  Po śmierci swojej córeczki nie mógł dojść do siebie.  Kiedyś studenci zapytali go o filozofię parzenia herbaty, a profesor wybuchnął śmiechem i powiedział:

              - Oj dzieci, dzieci, we wszystkim doszukujecie się jakiegoś sensu.  Nie ma żadnej filozofii, ani żadnej zielonej herbaty. Piję to ziele, bo jestem przekonany, że rozjaśnia mi umysł.  Być może jest to błędne przekonanie, ale ponieważ jestem dość beztroski, nie chce mi się go weryfikować.

              - A co na to żona pana profesora? - spytała urocza studentka w czarnym sweterku.

              - Nigdy nie miałem żony, ale moja córka nie lubiła zielonej herbaty.

              - Czy mówiąc to nie zdradza pan jednak zielonej herbaty, przecież to towarzyszka pańskiego życia?

              - Jestem jej wierny, ale jest mi zbyt bliska, abym chciał mieć z nią jakiś rytuał -

              - Podobno rytuały sprzyjają miłości.  Ja na przykład trzymam się z moim chłopakiem za rękę -

              - To dobrze, że go pani kocha.  Poza tym, oczywiście, zgadzam się z panią, miłość, jak wszystko, co święte, wymaga rytuału, zaklęć, modlitw...

              - No może nie aż tak.  Nie to miałam na myśli.  A może jednak umówiłby się pan ze mną na wieczorny spacer po parku? 

              - Ale bez pani kolegów -

              Poczciwi studenci śmieli się z tej leciutkiej konwersacji, jednak ten miły i niewinny nastrój przerwał nachmurzony student Laozi.

              - Zawsze słucham pana uważnie.  Jednak nie podoba mi się to, co pan teraz mówi.  Słowa szlachetnego człowieka nie powinny być dwuznaczne.  Jeśli herbata jest panu bliska, a wyklucza pan z nią wspólny rytuał, to czy znaczy to, że pan jej nie kocha?

              - Ach!  Drogi panie.  Ja ją po prostu piję, bo ją uwielbiam, a ona pozwala mi siebie pić z tego samego powodu.  

              - Herbata lubi być przez pana pita? Niepokoi mnie to.

              - Jeśli ma pan na myśli nie herbatę, lecz dziewczynę, to oczywiście, kocham ją i nasze tajemne rytuały. 

              Starego profesora niecierpliwiły już jednak takie miłe rozmowy. Wiedział, że miłość to coś więcej niż upodobanie i coś więcej niż szacunek. Dziwił się, dlaczego młodzi ludzie tego nie wiedzą, dlaczego tego nie czują.  Przecież zdania: "Lubię herbatę, bo dobrze wpływa na mój umysł", albo "Lubię tego człowieka, bo daje mi radość" nie opisują miłości...podobnie jak zdanie "Szanuję mego męża, ponieważ uważam, że on zasługuje na szacunek"...Z drugiej strony jednak wiedział też o tym, że miłość nie jest irracjonalnym uczuciem, które przychodzi, wzbiera i odchodzi, i którego nie można zatrzymać.  Nie jest ani wilczą tęsknotą za księżycem, ani tajfunem lub monsunowym deszczem.  Miłość to także wola...i dobroć...a nie wyłącznie dziki odruch serca spragnionego wolności. 

              Tego dnia Mistrz Lin Yu postanowił zakończyć swe życie.  Podobno przed swoim seminarium odwiedził jeszcze grób swojej córeczki i położył na niej trzy chryzantemy.  Nie były zbyt puszyste i okazałe, ale bardzo starannie wybrane. 

              Wieczorem, około godziny piątej na ulicy, przy której znajdował się uniwersytecki wydział, zdarzył się wypadek. Samochód potrącił jakiegoś starego człowieka, który w wyniku tego wypadku stracił życie. Tym człowiekiem był profesor Lin Yu.     

              "He, he , he" - śmiał się dobrotliwie jego uniwersytecki kolega - "Powinien był trochę uważać.  To wstyd włazić tak pod samochód, jak byle pijak. Ale on tak zawsze. Będzie nam go trochę brakowało.  Dobrze, że zwolnił etat".

            

czwartek, 02 sierpnia 2012

                                 Dwaj mędrcy, Łagodny i Gwałtowny, spotkali się na kładce ponad wodospadem.                      

                                -  Zobacz, jak ta woda z hukiem opada ku dołowi, czy nie tak powinniśmy i my czynić? - krzyknął Gwałtwony.

                                -  To nie jest tak. Woda najpierw płynie leniwie, a potem dopiero piętrzy się i opada, uwolniona już od przeszkody.

                                -  Nie słyszałem cię. Coś tam mamroczesz!...Tę przeszkodę pokonujemy już w chwili narodzin. To w wodach płodowych gromadzi się energia konieczna do życia.  A życie to przecież jedynie gwałtowny upadek ku śmierci!

                                -  Nic nie wiesz, Mistrzu, o życiu! 

                                -  A wcale że nie, to ty niczego nie wiesz! - tupnął na Mistrza Mistrz - i zaczął okładać go pięściami i targać za włosy.

                                -  Jaki tu spokój bije od tego wodospadu! - powiedział ten okładany, nie broniąc się nawet. 

 

                                 A teraz powiedz mi Kotku, kto z nich dwóch miał rację? Czy warto dać się porwać życiu?

piątek, 13 lipca 2012

           Dość długo dzisiaj tutaj byłem w oczekiwaniu na kogoś.  Jednak nie żałuję tego zmarnowanego na opowiadaniu nieudanych dowcipów i błaznowaniu czasu...Moja samotność i tak nie dorównuje innym moim cierpieniom. 

           Kilka dni temu byłem na wilanowskim cmentarzu.  To mały i raczej niestety zaniedbany cmentarz, chociaż słyszałem, jak trudno znaleźć tam miejsce i widziałem wybudowane rodzinne grobowce, czekające na swoich właścicieli...Zrobiłem tam jednak kilka zdjęć, a przede wszystkim przyjrzałem się napisom na grobach i stworzyłem sobie na ich temat sporo różnych historii.  Jedna z nich dotyczy małżeństw, które spędzają ze sobą większość życia, aż w końcu muszą się ze sobą rozstać, inna zmarłych tragicznie kilkunastoletnich dzieci, jeszcze inna poległych w powstaniu i w 39 roku...

           Patrzę na jakiś nagrobek i myślę - "Oboje szczęśliwie długo żyli, ale ona zmarła wcześniej, a on przeżył jeszcze w samotności tyle lat i to w takim wieku!  A jak ładnie i mądrze wyglądają na fotografiach!"   I myślę też o tym, czym w założeniu ma być małżeństwo i życie rodzinne, i co to znaczy być z kimś aż do śmierci, przez późną starość, kiedy zdrowie jest już tylko odległym wspomnieniem i radości są wspomnieniem, a tylko cierpienie i troska pozostają żywe. To prawda - istnieje spokojna starość, o której pisali już autorzy starożytni, a wielu ludzi umiera nawet nie zauważając, że śmierć nadchodzi.  

         Jakie to jednak wszystko jeszcze odległe ode mnie...chociaż, jak każdego dzieli mnie od tego zaledwie krok...lub krok od śmierci, która mi tego oszczędzi...Jednak nie tylko dlatego odległe, że jeszcze nie zaznałem rozkoszy starości.  Może bardziej jednak dlatego, że moje życie jest pozbawione tego wszystkiego, co daje poczucie jakiejś normalności i mocnego osadzenia w realiach rodzinnych, czy domowych.   Tak naprawdę, mimo pozorów, nie mam rodziny ani domu.  Odkąd pierwszy raz pokochałem jestem "bezdomny w świecie całym".  To słodkie uczucie!  Bo w ten sposób cały świat jest mój, i zarazem smutne, bo tak naprawdę nic tu nie jest moje poza pragnieniem i tęsknotą.  A jednak...rozumiem, czy może raczej czuję i uświadamiam to sobie, coraz więcej.  

         Przypominam sobie teraz londyński skwer dla pijaków i narkomanów, pośrodku którego leży, wśród puszek po piwie i porzuconych prezerwatyw płyta grobowa córki Cromwella... i widziany w dzieciństwie żydowski cmentarz na Pomorzu, rozkradziony i zamieniony w wychodek.  Więc to naprawdę tyle z nas pozostanie?  A jednak nawet ten Londyn, z którym wiążą mnie chwile osobistego szczęścia i wieczność upokorzenia, wydaje mi się teraz zupełnie zwykłym miejscem i nie chcę już tam się udać w sentymentalną podróż.  W mojej szufladzie leżą zdjęcia miejsc i osób, które kochałem, dokumenty utraconego piękna i zarazem przerażającej brzydoty...bo, oczywiście, było jedno i drugie...Przez długi czas moje wspomnienia pozostawały zmumifikowane.  Jednak teraz są już wolne.  I tamto moje życie toczy się dalej w przeszłości aż do swojego, i mojego, tragicznego końca.

        Utraciłem wszystko, co człowiek może w życiu kochać...i żyję.  Bowiem, życie ludzkie to w istocie, wiele różnych żywotów. Kiedy przechodzę obok swojej szkoły przypominam sobie nagle jakieś zdarzenie lub choćby widok czegoś i cała szkolna udręka staje przed moimi oczami, tak żywo, jakby to było przed chwilą.  I widzę samego siebie biegającego na boisku za piłką.  Jeden z najstraszniejszych moich snów jest o tym, że nagle muszę powtarzać rok i że znowu jestem uwięziony.  A przecież szkoła już mi od dawna nie grozi!   Już mnie nauczono, że jestem bezwartościowym śmieciem, dając jednocześnie do zrozumienia, że i od śmiecia należy czegoś wymagać ...a może - jak ja sam o sobie myślę - liściem unoszonym przez wiatr!      

        W końcu jednak owo "społeczne" zaszczucie zmienia się w swoje przeciwieństwo i człowiek czuje  "Jestem przecież z tych drzew, jestem trawą na łące, wiatrem, rosą i deszczem...jestem prawdziwie wolnym duchem! "  To naprawdę wielka przemiana. "Byle tylko pozwolili mi żyć!" - myślę czasami. Ale nie łudźmy się, nie pozwolą! 

 

         

środa, 02 maja 2012

         "Pokonywanie przeszkód to nasze życiowe zadanie...Ale mimo strachu i drżenia serca wojownik czuje, że oto za chwilę zmierzy się z nieznanym, i nie wahając się, wychodzi smokowi naprzeciw.  Wojownik wie, że smok to po prostu nierozwiązany kiedyś i powracający jak bumerang problem i że tak naprawdę chodzi o to, by zmierzyć się ze swoim strachem. Smok to tylko obraz pojawiający się przed nami na ekranie pod różnymi postaciami: kochanka, który nas porzucił, rodzica, który nie dość mocno nas kochał - kogoś, kto nas boleśnie zranił. Mierzymy się ze swoim strachem i odruchem wycofania się - ale strach i odruch wycofania niekoniecznie stanowią przeszkodę.  Jedyną przeszkoda jest niewiedza, niechęć do poznania owego nierozwiązanego problemu. Jeśli wychodząc z domu i napotykając smoka, wojownik za każdym razem mówi sobie: "Hmm. Znowu ten smok. Nie ruszę go, nie ma mowy!" - i ucieka, jego życie staje się prostym cyklem porannego wstawania, wychodzenia z domu, spotykania smoka, mówienia "nie ma mowy" i ucieczki. To prowadzi do coraz większych zahamowań, coraz silniejszego strachu i coraz większego cofania się, aż do poziomu niemowlęctwa."

       "By żyć pełniejszym, bogatszym w doznania, ciekawszym życiem, musimy uświadomić sobie, że czeka nas wiele radości i bólu, których trzeba doznać,jeśli chcemy dowiedzieć się, kim jesteśmy i jaki jest ten świat, jak działa mechanizm naszego życia i mechanizm świata...Jeżeli za wszelka cenę będziemy szukać tylko wygody i bezpieczeństwa, w momencie najmniejszego zagrożenia rzucimy się do ucieczki, i nigdy się nie dowiemy, co naprawdę było po drugiej stronie tego muru, tej bariery - naszego strachu" (Pema Cziedryn, "Mądrość nieuciekania", Wydawnictwo Mudra 2003, przekład M. Orczykowska).

       Komentarz Aurelia

       Przede wszystkim słowo "lęk" wydaje mi się właściwsze od słowa "strach", przyjętego przez tłumacza (nie znam jednak oryginalnego tekstu). Lękamy się bowiem również rzeczy nie w pełni realnych, np. własnych wyobrażeń a strach dotyczy zawsze czegoś realnego, chociaż ma czasami "wielkie oczy" i wyolbrzymia wszystko.  A oto jak Antoni Kępiński opisuje neurotyczny lęk przed chorobą psychiczną. "Chory ma uczucie, że lada moment zwariuje, w głowie jego panuje chaos, nie potrafi uporządkować swoich myśli i uczuć. Rodzą się jakieś potworne przeczucia, a uczucia lęku, nienawiści, pokrzywdzenia, winy itp. przerastają zwykłe wymiary, nabierają wymiarów przerażających chorego. Boi się on sam siebie, tego, co w środku się znajduje. Ma wrażenie, że lada moment coś w nim pęknie, że straci resztki panowania nad sobą , że zacznie wyć jak szaleniec. Podobnie jak w lęku przed śmiercią, chciałby gdzieś uciec, schować się w bezpieczne miejsce, uciec przed samym sobą, byle nie być w tym samym miejscu...W samotności lęk przed śmiercią i lęk przed chorobą psychiczną wzmagają się."

       Wojownik i smok - my i nasz problem.  To całkiem użyteczna metafora, podkreślająca konieczność pewnej determinacji w zmaganiu się z życiowymi problemami.  Jednak - o czym autorka doskonale przecież wie! - pokonywanie przeszkód nie zawsze musi oznaczać parcie do przodu i walkę, czasami lepiej właśnie wycofać się i gromadząc siły czekać na właściwy moment do pokonania przeszkody a bywa, że właśnie wycofanie prowadzi do zwycięstwa, bowiem smok nie zawsze komfortowo czuje się na terenie przeciwnika.  Istotne jest jednak to, że nieustanna ucieczka przed rozwiązywaniem problemów prowadzi do poczucia bezradności i zależności.  Dlatego poznawać siebie i pokonywać trudności trzeba - krok po kroku...ale kiedyś jakiś jednak niewielki krok we właściwym kierunku uczynić należy... 

      Nie chodzi jednak o to, aby za wszelką cenę zmienić się i pozbyć niepożądanych właściwości psychicznych, w których bywa także i coś cennego.   P. Cz. pisze w innym miejscu, że "każda zmiana nas samych oznacza autoagresję".   Dlatego tak ważne jest, aby nie wymuszać na sobie zmiany, ale by zacząć być siebie bardziej świadomym i ciekawym, i odkrywać siebie dla siebie.  Patrząc z pewną życzliwością na siebie zauważamy bowiem, że "nasza mądrość i nasza neurotyczność są w nas nierozdzielne...Dlatego nie próbujmy zabić w sobie tak zwanych cech niepożądanych, bo przy okazji zniszczymy także to, co w nas wspaniałe. Możemy za to żyć tak, by - zamiast starać się na siłę siebie ulepszać, zmieniać, odrzucać - być coraz bardziej świadomym tego, kim jesteśmy i co robimy". Buddyści nazywają to "uważnością".

      "Przyjdź niegotów!" - to doskonałe hasło autorki...Nie mogę teraz do ciebie przyjść, bo jeszcze się nie zmieniłem - w ten sposób nie przyjdę nigdy!

      Proszę mi wybaczyć, że w moim komentarzu brakuje odniesień do filozofii buddyjskiej i do praktyki medytacji, którym poświęcona jest ta książka.  Praktyka ta ma w dużym stopniu na celu psychiczne odblokowanie, swobodny przepływ siły życia i otwartość.  "Nie musimy ze strachu przed nieznanym budować tam i zapór, które życiu i jego doświadczeniu mówią "nie".  Nie wszystko jednak w tej książce jest "buddyjskie". Pewne prawdy są bowiem uniwersalne i należą do szeroko rozumianej mądrości życia  "...Choć twój umysł pełen jest smutku, pretensji i zarzutów, słońce i tak co dzień rano wstaje, wędruje po niebie, a wieczorem zachodzi. Ptaki i tak co dzień budzą się, szukają pożywienia, wiją gniazda i szybują w przestrzeni. trawę rozwiewa wiatr.  Z ziemi wyrastają kwiaty i drzewa...Mógłbyś rozbudzić w sobie pasję życia, ciekawość, zainteresowanie. Mógłbyś dotrzeć do drzemiącej w tobie radości. Mógłbyś zacząć od zaraz...Uświadomienie sobie, jak cenny jest dzień, pozwala dobrze żyć, pozwala dotrzeć do pokładów własnej naturalnej radości" (s.48).

sobota, 21 stycznia 2012

          Niegdyś podczas studiów pisałem niewielka pracę porównującą styl poetycki Leśmiana ze stylem Przybosia, który mniej lubiłem.  Praca została bardzo nisko oceniona przez doktora, który lubił Przybosia i awangardę a Leśmiana uważał za "poetę niewiele lepszego od Mickiewicza".  Był, to niestety dość zarozumiały człowiek i jakakolwiek dyskusja z jego oceną była niemożliwa.  Nie pamiętam już, na szczęście, co wówczas wypisywałem, więc może jestem wobec owego krytyka literackiego zbyt surowy.  Wtedy też jednak zapoznałem się ze sporą ilością tekstów poświęconych Leśmianowi...Wiele z nich uważałem a niektóre uważałbym i dzisiaj za "przeintelektualizowane".  Stąd te kilka uwag, które poświęcę temu tak bliskiemu mi poecie.

          1.  Nie będą te uwagi dotyczyły słowotwórstwa Leśmiana ani w ogóle tzw. warstwy językowej jego poezji;

          2.  Nie będą dotyczyły jakiejś jego domniemanej filozofii (a to do Bergsona zbliżonej a to do egzystencjalizmu).

          Naczytałem się o tym już tak wiele, że robi mi się trochę niedobrze na myśl o tego rodzaju uczonych interpretacjach, bez względu na ich rzeczywistą wartość (której często nie sposób zaprzeczyć).

          Cieszę się, że już teraz mogę pofolgować trochę swojej wyobraźni i napisać, co mi ślina na język przyniesie...Może zacząłbym jakoś tak...Kiedy miałem 16 lat oceniałem poetów wyłącznie ze względu na moje arbitralne przekonanie o tym, że, podobnie jak ja, mają wyjątkowy dar poetyckiego widzenia.  Stąd też np. Leśmian, Białoszewski czy Grochowiak silniej do mnie przemawiali niż Przyboś, Herbert i Krynicki.  (Miłosza i Iwaszkiewicza wtedy jeszcze nie czytałem a Wojaczek i Stachura budzili we mnie "mieszane" uczucia).  Dość zabawne wydają mi się po latach moje "szczeniackie" oceny, jednak ostatnio natknąłem się przez przypadek na wiersz Krynickiego o dobroci - intelektualnie niezwykle mi bliski...jednak ze zdumieniem skonstatowałem, że autor uważa go za utwór poetycki...

         Moje późniejsze życie ukazało mi znikomość mojego własnego poetyckiego talentu.  Porzuciłem też z radością wszelki krytycyzm wobec literackich utworów.  (Stało się to częściowo pod wpływem trafnego utworu Goethego, który porównuje krytyka do tego, kto  najadł się u kogoś i potem "kiedy się nażarł do syta" krytykuje dania). Za to nabrałem przekonania, że poetami mogą być różni ludzie...i że najrzadziej są nimi sami poeci.  Nie dlatego, że "poetą się bywa", ale dlatego, że poeta to człowiek żyjący w kontemplacji, której nie podporządkowuje żadnej mistycznej literackiej czy filozoficznej doktrynie.  Swoboda owego życia czyni z niego poetę, choćby nie oznaczono go odpowiednią etykietką.  Wittgenstein słusznie kiedyś zauważył, że w najbardziej prestiżowym filozoficznym piśmie "Mind" trudno spotkać filozoficzne teksty...To samo dotyczy pism literackich i poetów.  Proponuję więc następującą definicję "poeta to literat, który dzięki swym walorom towarzyskim lub talentowi opublikował odpowiednią ilość tekstów nazywanych przez przypadek czy nieporozumienie poetyckimi".  

        Leśmian był poetą w obu tych znaczeniach słowa poeta.  Był niewątpliwie świetnym literatem.  Jednak w swej poezji błądził po bezkresnych przestrzeniach na krawędzi samego czasu...Nie dlatego, że chciał być w zgodzie z "Manifestem surrealistycznym", ale dlatego, że jego wyobraźnia czuła się w marzeniu sennym jak ptak w przestworzach lub jak ryba w wodzie.  Podobnie jak ja (to być może jedyne podobieństwo) lubił też opowiadać baśnie (wszystkim dobrze znane). Czytałem je jako dziecko...i do tej pory pamiętam jak zachwyciło mnie określenie "pewien potwór"...nie potwór po prostu, lecz  p e w i e n  potwór.  Chciałbym mieć takiego dziadka jak Leśmian.  

       Znam na pamięć jego niektóre wiersze, pamiętam też co wyrazistsze fragmenty, jednak najbardziej działa na mnie nastrój całości, nie sama tylko  dziwność, lecz przede wszystkim  trafność ujmowania tego wszystkiego, co również i mnie zdarzyło się w podobny sposób przeżywać, lecz nigdy nie potrafiłbym o tym napisać.  Mój ulubiony wiersz Leśmiana zaczyna się od słów "Mrok na schodach pustka w domu, nie pomoże nikt nikomu..." a kończy słowami "trzeba teraz w śnieg uwierzyć i tym śniegiem się ośnieżyć i ocienić się tym cieniem i pomilczeć tym milczeniem".  Prostota tej rymowanki i jej głęboki afirmatywny sens, mimo dojmującego smutku, to coś, co jest mi bardzo bliskie.  A jaki przerażająco-cudowny jest początek "Garbusa", który "mrze...dosyć korzystnie, w pogodę i w babie lato"!  ...Jak bliski jeśli chodzi o postrzeganie wydaje mi się "Goryl"...A czy można było lepiej wyrazić istotę mego własnego lęku przed śmiercią: "...Tak się nie chce być czymś innym niż się było"...A owe "włóczyzmory w  swym konaniu zwinne"...mogłyby wypełniać świat moich fantazji...I ta fascynacja Wschodem - Persją, Indiami...czyż nie podobna do mojej?  (Jestem pod wrażeniem książeczki Jeżewskiego "Cyprian Norwid a myśl i poetyka Kraju Środka" - o fascynacji Norwida, drugiego "mojego" poety, myślą i poezją chińską)

     Słuchałem jakiś czas temu w radio niezwykle zręcznie napisanych i inteligentnych wierszy Tadeusza Ficowskiego, którego miałem przyjemność przez kilkadziesiąt minut widzieć w domu zaprzyjaźnionych ze mną Osób.  Wydawały mi się owe wiersze efektowne w sposób, w jaki wiersze Leśmiana efektowne właśnie nie są...ponieważ, chociaż trochę wstyd mi wyrażać tak "nieprofesjonalne" odczucie, ośmielam się powiedzieć, że Leśmian ma w sobie coś z "realisty". 

     Jak zapewne zorientowałeś się, drogi Czytelniku, pod hasłem "mój Leśmian" kryje się aż za wiele rzeczy nieistotnych i zarazem tak niewiele mających jakikolwiek sens.  A i to, co napisałem przy tej okazji o sobie nie jest zbyt interesujące.  Przypomniało mi to trochę wspomnienia o bliskiej mi Pani Profesor, Pięknym Człowieku i Wybitnym Filozofie, w których prawie każdy z piszących pisał o sobie i o tym, z jakim entuzjazmem był odbierany przez Zmarłą...Na szczęście nie znałem Leśmiana osobiście a jego biografia nie zainteresowała mnie nigdy w takim stopniu jak jego poezja.  Korzystając jednak z tego, że jestem anonimowy jak alkoholik, mogłem sobie pozwolić na napisanie rzeczy, które i tak nikogo nie zainteresują...może po mojej "zawsze przedwczesnej" śmierci, kiedy to "za grobem będzie moje zwycięstwo".

 

 

 

 

środa, 18 stycznia 2012

            Te słowa Konfucjusza są zachętą do pewnej elastyczności w postępowaniu i ocenianiu uczynków innych ludzi...Pewna moja znajoma tak chciała być wierna zasadzie, że nie należy przechodzić ulicą przy czerwonym świetle, że kiedy tak stała zamknięto już aptekę, w której miała kupić lek dla chorej matki i jej matka zmarła.  Ulicą tą nie przejechał owego wieczoru ani jeden samochód...Być może nauka ta nie spodoba się policjantowi, jednak może oszczędzić wielu cierpień.     

sobota, 10 grudnia 2011

            Wszystko przemija.  I już niedługo rozpadną się nasze dusze i ciała a wszystko, czym żyliśmy i co było dla nas ważne istnieć przestanie a wraz z tym wszystkie nasze radości i troski, smutki i powody do dumy, wszystkie one zostaną zapomniane.  To bardzo uwalniające przeżycie.  Możemy odtąd podróżować w czasie i przestrzeni jak beztroskie, wolne duchy.  Być może trudno ci zrozumieć, drogi Czytelniku, tę myśl...Ale to nie żadna filozofia.