Kategorie: Wszystkie | "Dziewczyny, bądźcie dla nas dobre na wiosnę" | ...bez końca | 0 | 100O i jeden Rabinów | A Puszkina też zapuszkują? | A moze to tylko pomieszanie zmyslow | A nie lepiej być purystą? | Aaaaaaaaaaaaaa...aalfabeta | Ach, gdzież jest litość lub wspolczucia pozór? | Ach, gdzież jest litość lub współczucia pozór? | Adam Mic - Kiewicz | Adaś i Ewka | Aforystyka | Amerykański sen | Autopsychoterapia | Bez sensu to to! | Bez szaleństwa... | Bezmyślne okrucieństwo | Bezradność | Biedna Szymborska | Biedny Kapturek! | Bliźni miłości | Bliźniego miłość... | Blondyn | Blue Bossa | Bojaźń i drżenie | Bratnie dusze | Bruner, ty świnio! | Buddyzm w życiu codziennym | Bóg mi poskapił tej anielskiej miary... | Bóg mi poskąpił tej anielskiej miary... | Bójstwo samo | Caritas | Chiziofrenia | Choroba na śmierć | Chwila ułudy | Chwila wytchnienia | Chłodne upojenie | Cierpienia i radości | Cierpienie i radość | Cleen feed | Cnota niedoli | Co slina na język przyniosła | Co tam panie w polityce? | Co w niebie piszczy | Co ślina na język przyniosła? | Corrida | Coś dla duszy... | Coś tak wulgarnego | Cudotwórstwo | Czarna Perła Tao | Czarny tulipan skrzyżowany z czarna różą | Czarny tulipan skrzyżowany z czarną różą | Czary Mary | Czego nie przysięgał Hipokrates? | Człowiek nie jest rzeczą | Człowiek to brzmi dumnie, ale nie u mnie | Często chowa | Częstochowskie rymy | Deficyt aniołów | Delightful! | Demokratyczne wybory w Oczodołach | Diabłoterapia | Dla wszystkich i dla nikogo | Dnieje | Do samego siebie | Dodatek | Dowcipas dnia | Duma narodowa | Dusze drzew | Dyskretna mgiełka autoironii | Dzielność | Dziki kapitalizm | Dzisiejsza młodzież | Dzisiejsza młodzież nosi ładną odzież | Egzystencjalizm jest chumanizmem | Ekonomia zbawienia | Elegancja Francja | Elegijnie | English gentelman | English gentleman | Epicurus | Ewa tylko ziewa | Falochron | Female | Filozofia bez uczoności | Forever Loving Jah | Gadu, gadu | Gadu, gadu, trochę więcej jadu | Gal Anonim | Gaz dla pedałów | Gaz dla pedałów, młot dla sierpów | Gdy rozum śpi... | Gendarme | Genek, gienialny gieniusz | Geno Typ | Gorący uczynek | Grabarz | Grabarz nonsensu | Gry i zabawy literackie | Głupota przysłowiem narodów | Głębie i tajnie Podświadomego | HIstoria nauczycielką bicia | Herbatka zen | Homo economicus | Homo sapiens czy Homo politicus | Humor absurdalny | Humor nieco absurdalny | Humor, satyra, panie... | I rekiny w oceani mają zębów cały rząd | I rekiny w oceanie mają zębów cały rząd | Indie Wschodnie i Zachodnie | Industrial | Istnieje również wrodzony brak poczucia humoru | Ja tam bynajmniej nie wiem | Jak długo będę jeszcze żył? | Jak uprawiać agresywne dziennikarstwo? Poradnik dla początkujących | Jakże cżęsto powtarza się ta historia | Jakże trudno czasami coś sklecić! | Jan i Małgorzata | Jan z Czarnolasu | Jesienna muzyka | Jeszcze smutniej! | Jeździec Apokalipsy | Językologia | Kaczuszki mandarynki | Karawana idzie dalej | Katedra Adamowego Żebra | Kawa z Kafką | Każdemu według naszych chęci | Każdemu według potrzeb | Każdemu, o czym tylko zamarzy | Kiciuś Miciuś! | Kicuś Micuś! | Kiedy człowiek staje się bestią | Kiedy owce nie milczą | Kij w mrowisku | Kniaź Wiktor | Kochani ludożercy | Kolacja Pani Sowy | Kometa tylko głownia nie ta | Konkwista | Koryfeusz nauki, milośnik sztuki | Koty i inne zwierzęta | Koty, głupoty, palikoty | Kości rzucone są | Kość słoniowa | Kto pierwszy był człowiekiem, kto będzie nim ostatni | Kto pisze teraz historię? | Kuchnia szamańska | Kwiatki Św. Franciszka | Kwiatostan śmierci | Kwitnienie kultury | Kwitnąca wiśnia | La colombina i ciche ukojenie | Lekarzu - lecz się sam! | Lenin wiecznie żywy | Leśmianiada | Lichwiarstwo polskie | Liryki i prztyki | Logika dziejów | Londyńska mgła niepamięci | Londyńskie przygody | Los ofiary | Los puka do moich drzwi | Lotosowy wpis | Ludzie ludziom... | Lunatyzm | Lęk społeczny | Made in Japan | Maligna | Marność nad marnościami | Marność nad marnościami. Rekoleksje Wielkopiątkowe | Marzenia senne | Marzeniologia stosowana | Maszkary i senne dziwadła | Maszkary i senne widziadła odbite w lustrze | Mała czarna z Kafką | Medycyna naturalna | Meine Liebe Augustin! | Melancholia | Melancholia stosowana | Memorabilia | Meszreiw | Meteo | Mgiełka autoironii | Mglisty dzień. Mgła | Mikołak | Mistrz i Małgorzatka | Mistycyzm lunarny | Mistyka i miłość | Mitologia osobista | Mitologia świata | Miłość | Miłość bliźniego | Miłość nie zawsze szczęśliwa | Miś Uszatek | Moc rytuałów | Monada nie ma okien | Mowa potoczna | Mowa ptaków | Mowa serca | Moze ktoś zrozumie, co teraz czuję | Może ktoś się ucieszy? | Może ktoś zrozumie, co teraz czuję | Może to trochę zbyt uszczypliwe | Musicology | Muza lekkich obyczjów | Muzyka przywraca ład serca | Myszoterapia dr Nezumi | Myśli prostego człowieka | Mądrość Natury | Mądrość jak z gazety | Mądrość narodów | Młot na faryzeuszy i hipokrytów | Męstwo bycia | Mówił sen do snu | NIe ma na świecie dwóch takich samych liści, ni kropel deszczu | Na jawie (lecz to, co niejawne pozstaje) | Na stos rzuciliśmy szcześcia los | Na stos rzuciliśmy szczęścia los | Na szczytach hipokryzji | Na zdrowie! | Nad piekną rzeką | Najokrutniejsze zwierzę | Najsłodsza tajemnica | Narastająca senność | Nic dzisiaj ciekawego nie napisałem | Nicość | Nie am dwóch takich samych liści, ni kropel wody | Nie bój się - najwyżej cię rozstrzelają! | Nie czas żałować burz, gdy płoną oczy | Nie czas żąłować burz, gdy płoną oczy | Nie każde szczere złoto jest szczerozłote | Nie ma na świecie dwóch takich samych liści ani kropel wody | Nie ma na świecie dwóćh atkich samych liści lub kropel deszczu | Nie ma takiego smutnego, co by na wesołe nie wyszło | Nie ma zazdrości bez miłości | Nie oddamy nawet guzika | Nie tylko dzielenie włosa na czworo | Nie wiem, ja w ogóle nie myślę | Nie zabijaj! | Nie zabijajcie drzew! | Nie zawsze urocza dzecinada | Niebiańskie szczyty głupoty | Niech pani będzie dzielna! | Niech zapłaczą na moim pogrzebie | Nieco drapieżny wpis | Niekoniecznie ptasi móżdżek | Nienawiść bliźniego | Nieosobiście | Nieprzesłane przesłanie | Niestworzone rzeczy | Nieszkodliwe głupotki | Niewczesna melancholia melomana | Niewczesne rozważania | Niewielka profanacja | Niewielkie przekłamanie | Niskolotnie | No No! Teatr No | No comments! | No no! | Nowa poezja lingwistyczna | Nędzne kabareciarstwo | O Leonardo, po cóż się tak trudzisz? | O dzieleniu włosa na czworo, czyli metodzie scholastycznej | O dzieleniu włosa na czworo, czyli o metodzie scholastycznej | Obciachy | Obscenia i parafrenalia | Obsesja dobrego biustu | Ojej! | Oko w oko z zębem mądrości | Okropieństwa | Okruchy odgrzebane z lawy | Okruchy życia wygrzebane zlawy | Okruchy życia wygrzebane z lawy | Okrutna losu ironia | Orientuj się na orient | Owczarek | Owczarki afgańskie | Owocożerni | PL jak piekło | PO PiS | POeci wszystkich krajów dzielcie się | Pan Tadeusz | Panie pośle, po chrześcijańsku panu wybaczam | Pańska satyra polityczna jest niegramatyczna | Pendant do pewnego przypisu | Perlikowski | Pewna elastyczność zasad | Pewne jak w banku | Piorunujący piorun! | Po owocach poznacie ich! | Po upadku | Pobożne życzenia | Podpatrywanie Natury | Podroby i inne podróbki | Pokolenie Kainowe | Pokorne ciele | Pokorne cielę | Pokusa | Polak potrafi | Polak potrafi! | Politolog i Politowska | Politycznie niepoprawne! | Polonica | Polonika rycerskie | Polucje i ablucje | Pomarańcze i mandarynki | Pomarznąć dobra rzecz | Pomarznąć dobra rzecz! | Pomoc psychologiczna | Poranna kawka z Kafką | Porąbane marzenia | Potężne i głębokie warstwy pierwotnego mitu | Powieść brukowa | Powszechna życzliwość | Powtórka z cynizmu | Poznaj samego siebie | Prawda | Prawda jest jedna i piękna, ale złożona | Prawda popłaca | Prawdziwa metropolia | Prawi i sprawiedliwi | Prawiezmartwychpowstanie | Prawiezmarwtychpowstanie | Prognoza pogody | Pruski smutek | Przecież cię zjem! | Przedagonalny polski agon | Przegląd sportowy | Przeinaczenia | Przez pychę do pokory | Przeżyjesz to, a pote już tylko grób | Przeżyjesz to, a potem już tylko grób! | Przminęło z wiatrem | Prztyczek | Psiapowiednia Majów | Psubrat | Pustka | Pytanie dość retoryczne | Raczej to nie będzie hit | Radosne gonitwy śnieżnych tygrysów | Radość wędrowania | Rejterada Rejtana | Religie nauczą cie pokory | Res Sacra Pecunia | Romans z pop kulturą | Roots, Rock, Reggae | Rozkosze reinkarnacji | Rozmowa nie na telefon | Rozpacz | Rozpacz na wieki wieków | Rozpacz, która podpełza pod gardło | Ruch i świeże powietrze... | Rybołówstwo cudzołożnika | Rycerz pokalany | Samokrytyka | Samotność egzystencjalna | Sekrety pewnego domu handlowego | Seraphic Flames and Heavenly Love | Siedź na dupie i potakuj! | Somatyka | Somatyka logiczna | Spełniona przepowiednia | Spleśniały ser | Sponsorem tej opowieści jest wydawnictwo Błękitny Wieloryb | Sport to zdrowie | Spowiedź morskiego wilka | Stary Sącz i Nowy Sącz | Stary mafioso | Stołeczne stołki | Stratyfikacja społeczna | Suma sumarum | Sumienie rachunku | Sweet Music and Poetry | Sygnały podprogowe | Szalchetne zdrowie | Szczęśliwa pomyłka | Szekspir do żadnej nie należy epoki | Szkarady | Szlachetna gravitas | Szlachetne zdrowie | Słodycze grafomanii | Słówka | Słówko do słówka, a uzbiera się sówka | Tadeusz Bój Jeleński | Taia chińska podróbka | Takie będą rzeczpospolite jakie tego blogu chowanie | Takie tam, pierdoły | Talking Heads | Tania chińska podróbka | Tatiana | Teorie świata nauki | Terapeutyczie | Terapeutycznie | Thames | The Doors. Uchylone drzwi | The Lion cub | The fruit of beauty and despair | To na pewno nie Lec | To nie żadna filozofia | Tragiczne pożegnania | Transformacja duchowa | Trudna sztuka dialogu | Trudno czasmi coś sklecić | Trzylogia | Trója z polskiego | Twarda rzeczywistość | Ty mi tutaj nie filozuj | Tygrysologia stosowana | Tysiac i jeden ptaków | Tysiąc i jeden kotów | Tysiąc i jeden ptaków | Tysiąc różowych kroliczków | Tęsknica | Tęsknota duchowa | Ubekistan | Ucone księgi | Uczeni ludożercy | Uderzenia losu | Uduchowienie | Umrzeć z miłości | Upadek Pierwszego Człowieka | Uroczy wegetarianin | Uszczelnienie systemu podatkowego | Utrata uzębienia | W czym mogę panu pomóc? | Wciąz powtarza się ta sama historia | Wciąż powtarza się ta sama historia | Wdzieczna muzyka przywraca ład serca | Wesola grafomania z morałem | Wiecej broi dla szaleńców w Teksasie | Wieczne powroty | Wiedza radosna | Wielka wygrana | Wielomówstwo, czyli plaga opowiadania | Wierzba płacząca | Wiosny i jesienie | Witch | Więcej broni dla szaleńców w Teksasie | Wojna totalna | Wpis o kształcie piramidy | Wprowadzenie do kruczków prawnych | Wrzucam wszystko do kosza | Wrzątek | Wspomneinei pewnego wspomnienia | Wspomnienie pewnego wspomnienia | Wspomnienie pewnego wspomnienia | Współczesny filister | Wszystkie rybki | Wszystko na A | Wszystko na sprzedarz | Wszystko na sprzedaż | Wygrana | Węzłowato | Wólka Węglowa | Xin Lu, typowa brunetka o granatowych oczach | Z Nietzschego nic nie powstaje | Z księgi wulgaryzmów | Z rupieciarni myśli | Zaczarowany świat zen | Zanim mnie wrzucą do dołu | Zapowiedź Apokalipsy | Zaraz wracam! | Zasada domniemanej winy | Zaskroniec | Zastał Polskę drewnianą... | Zatrzaśnięte drzwi | Zbaw mie Buddo Amido | Zbaw mnie, Buddo Amido | Zdrowy egoizm | Zegar dziejów | Zestrzelenie księżyca | Zginął z rąk słabej kobiety | Zima się nas nie ima | Zjawiskowe | Znak jaskółki | Zrozumieć wartość tego, co nieużyteczne | Zuch zawsze ochoczy! | Zwierzęta pod postacią ludzi | Zwyciestwo konsumpcjonizmu | Ząb mądrości | ie zabijajcie drzew! | ieosobiście | kosmos | Łagodne prawo, ale prawo | Łagodność tygrysa | Śmiechotki, chichotki | Śmiertelna powaga | Śmierć | Światełko w mroku | Świętość, wziętość, nadętość | Życie jest tragiczne | Życie samo | Życzliwe spojrzenia na całość ogródka | Żyć, nie umierać
RSS

Gry i zabawy literackie

niedziela, 06 października 2013

                                                 Nawet anioły z drżeniem już pouciekały,

                                                 Gdy Dzień Sądu się zbliżał

                                                 A trąby Jerycho

                                                 Twarze nadęte pychą

                                                 Wykrzywiły w konwulsjach. 

                                                 Czy jest jakieś licho,

                                                 Które by się ostało

                                                 W przydrożnej szczelinie,

                                                 Zanim ten pożar świata całego przeminie?

                                                 Jakaś mysz, kot, robak, słowik?

                                                 Wszystkich jednako Śmierć ułowi! 

                                                 W zagładzie tej ostatniej

                                                 Nawet piekło zda się 

                                                 Miłości ostoją, pieszczotą, czułością

                                                 Tak straszny jest gniew Jego,

                                                 Nie skażon litością! 

                                                 Łzy nawet nie wyleje po swoim stworzeniu,

                                                 Które w proch się rozpadło w swoim uniżeniu.

                                                 Miliardami megaton zabłysną wybuchy

                                                 I ziemia się rozsypie,

                                                 Wyparują duchy. 

                                                 Taki kres świata i cywilizacji,

                                                 Zgotuje nam szaleństwo powaśnionych nacji!

                                                          

                                                                  Nezumi13

niedziela, 29 września 2013

               ZGUŁA:

                                                    "Gdzie ruiny dawnej Troi

                                                    Tam mój zysk się wnet potroi,

                                                    Bo nie trzeba robić chryi

                                                    By zarobić na tragedyji! 

                                                    Zwłaszcza, gdy jest komiczna

                                                    Moja ty prześliczna!"

                                                    Tak fircyk myślał,

                                                    Ale się przeliczył,

                                                    Własnego życia w rachunek nie wliczył...

                                                    Wiatr tera chłodny wieje

                                                    Przypomina zawieję.

                                                    I choćbyś w dłonie chuchał,

                                                    Nie trafi się taka fucha!

            PIERWSZY TROJANIN (gniewnie): To po to umierałem?

            DRUGI TROJANIN (z westchnieniem):   To po to walczyłem? 

            KOŃ TROJAŃSKI:               A mnie nie dają siana! 

            ZGUŁA:                             Helenko, daj mu siana...

            HELENA, KRÓLOWA TROI:   Niech sobie sam da siana...  

            TRZECI TROJANIN (w ostatnim tchnieniu swojem): Słodko jest umieirać dla Heleny

                          

                          Niestety resztka utworu zaginęła, by tak rzec, w pomroce dziejów...

czwartek, 26 września 2013

                                              Niebo rozwarte jak macica - perłami sypie

                                              Rokosz przeszywa błyskawica - widoczna w zsypie.

                                              Do zsypu skradam się, skórkę od chleba

                                              Żując i jestem bliżej nieba.

                                              Koty i szczury z przyjaźnią

                                              Interesują się mą jaźnią!

                                              - Jest taka rozstrojona! - miauczy ona

                                              - Bo może nienaoliwiona? -

                                              Szczur na to rzecze i przedrzeźnia kotkę!

                                              I po co robić z kobiety idiotkę?

                                              Brudne gołębie umierają w ścianie

                                              A po nas, po nas, co jeszcze zostanie? 

                                              Skończyły się nam przecież już wszystkie dochody

                                              Zostały tylko te mysie odchody! 

                                              Lecz z kolejnym wzwodem,

                                              Złączym się z narodem...

                                              Znowu jakiś płaz w skorupie,

                                              Wzbił się nad te wody trupie!

środa, 25 września 2013

                                                                Mojej Ukochanej Marzence

                                                                (Bożence i Joli - może nie zaboli?) 

                                                        Błotolica Piękności, Żabko ma przecudna,

                                                        Niechaj Ropucha nie zwiedzie cię mina obłudna.

                                                        Czy w kałuży się pluskasz, czy po trawie skaczesz, 

                                                        Jam wielbicielem Twoim - nie mógłbym inaczej!

                                                        Kocham Cię, gdy się nadmiesz i gdy jesteś słaba,

                                                        I mi w tym nie przeszkadza poetycka sława! 

                                                        Z Tobą bajora, z Tobą i odmęty zwiedzać pragnę,

                                                        A do twych życzeń chętnie swego - wiesz już? - nagnę! 

                                                        Dla Ciebie Żabko zieleń, Tobie błękit nieba,

                                                        I oczywistość sądu daruję - gdy trzeba!

                                                        Choć mnie do tego nic już nie przymusza,

                                                        Twoje jest moje mienie i Twoja ma dusza!

                                                        Cieszysz się, ma Królowo, czy to Cię nie wzrusza?

                                                        Może me serce chociaż ta strofa rozrusza! 

 

poniedziałek, 22 lipca 2013

                              - Dziki kot nie wchodzi do zagrody bez powodu - powiedział Lu. 

                              - Tak. To stare przysłowie.  Słyszałam, jak moja babka tak mówiła - odpowiedziała kobieta. 

              Kot siedział w sieni, jednak nie ważył się wejść dalej.  Staruszka wyniosła mu miseczkę z mlekiem.

                              - He, he - zakaszlała - Na razie zna swoje miejsce, ale jak się ściemni...

                              - Oczywiście wyrzucimy go na dwór - rzekł Li - Trzeba jednak rozważyć, czy nie zamarznie?

                              - Podobno na południu jedzą koty.  To potomkowie barbarzyńców. Nie są nawet całkiem żółci...A pewnie, że ulituję się nad tym kociną, a on będzie mi na wiosnę myszy łowił.  Duży jest.   A jakie ma futro!

                              - A córka kiedy wróci do domu? - zapytał Lu.

                              - Nie teraz. Po trzech latach i jeszcze trzech.  Jak chcesz się ożenić, to musisz poczekać...

                              - Zróbmy tak. Otworzę drzwi.  Jeśli kot wyjdzie na podwórze nie będę czekał na twoją córkę. Jeśli nie wyjdzie chętnie zaczekam. Za sześć lat będzie miała już piętnaście.  To dorosła panna. 

             Kot wypił mleko, ale cofnął się i przekroczył próg. Przez chwilę stał tak nieruchomy, tak że jego przód był już na dworze, a tył wraz  z podwiniętym ogonem w domu.  Ale zwierzę, to tylko zwierzę - powiadają, że chociaż ma instynkt, nie ma rozumu.  Biedny kocina przysiadł w tej pozycji z łapkami ukrytymi w futro i schowanym ogonem - tak, ze tworzył jak gdyby górę.  

                              - No i teraz nie wiem, jak mam postąpić - zmartwił się Lu. 

                              - To proste - powiedział mąż staruszki, który do tej pory cały czas spał - Rozetnę kota na pół i zobaczy się, po której stronie jest większa połowa.

                              - Połowy są zawsze równe - powiedział Lu, chcąc odwlec moment egzekucji.

             Ale kota już nie było.  Skrył się gdzieś za wielkim drzewem.  Lu musiał więc się pogodzić z przeznaczeniem.  Przez cały wieczór jedli i pili trunki.  Aż tu nagle - puk, puk, do drzwi...

                              - O święty Panie Lao - wykrzyknęła staruszka - Toż to nasza perełka przyjechała.  Dziewczyna i jej matka długo ściskały się w drzwiach.  I tak Pan Lu musiał obejść się smakiem, a biedne kocisko pewnie gdzieś zamarzło na drodze.  Tak to jest, gdy się zbyt szybko pragnie rozważać znaki czasu.   

                                                                      

czwartek, 13 czerwca 2013

                                                                                 "How wisely nature did decree,

                                                                                  With the same eyes to weep and see!"

                                                                                  (Andrew Marvell)

             Nie wiem dlaczego, ale płakać mi się chce nad tymi nieszczęśnikami.  Jednak w pewnych sytuacjach płacz nie przystoi.  Opowiem więc krótko ich tragiczną historię, tak, abyś mógł ją zobaczyć niby oczami własnej duszy, póki jeszcze i tobie łzy do nich nie napłynęły i widzieć coś jeszcze możesz.  Każdy, kto kiedykolwiek czuł, czym jest rozłąka i tęsknota z łatwością zrozumie, dlaczego moja opowieść będzie zwięzła.  A oto, co wydarzyło się pod koniec dwudziestego wieku w Londynie.  Jest to opowieść jak ze złego snu, jednak przydarzyła się naprawdę.

             Stary irlandzki kościół w dzielnicy West Hampstead wieczorami był zupełnie pusty i chociaż każdy mógł tu wejść przez otwarte drzwi - nikt nie wchodził.  No, prawie nikt, bo B. i B. przychodzili tutaj czasami posiedzieć na ławeczce.  Dziewczyna, która był z zamiłowania fotografem robiła tu nieco od siebie starszemu przyjacielowi z Polski zdjęcia, na których, jak mówiła, wyglądał jak Franz Kafka.  Do kościoła z jej mieszkania było tylko kilka kroków, ale wartka, pełna samochodów ulica stanowiła jednak pewną przeszkodę.  Poza tym, na przeciwko kościoła był przystanek autobusowy, z którego można było szybko dojechać na Oxford Street albo do metra, ale można też było skręcić w lewo i utonąć w ogromnym angielskim parku, po którym przechadzał się niegdyś poeta Keats i gdzie znajdowała się rezydencja Lorda Mansfielda.  Tak też najczęściej robili, bo B. przerażał hałas, pośpiech i tłok, i to że musiała po drodze robić zakupy.  W parku zaś, w siedzibie Lorda Mansfielda, mogła napić się dobrej herbaty albo swojej ulubionej lavazzy, w nagrodę za trud długiego spaceru i fotografowania.  B. zaś nie lubił tego, co nazywał uczuciowym chłodem i wyobcowaniem Londynu i chociaż czasami chciał pobyć w kolorowym tłumie, włócząc się po księgarniach i galeriach, najczęściej jednak godził się na stratę całego dnia w parku, żeby tylko nie widzieć tysięcy ludzi, którzy po całodniowej pracy oblegali miejsca, w których można było wydać zarobione pieniądze i znaleźć jakąś towarzyską rozrywkę.  Czasami nawet po całodziennym spacerze wśród parkowych drzew i łąk B. i B. szli jeszcze na jakiś opuszczony cmentarz i zaszywali się w ciszy grobów.  Bo gdzie może być spokojniej niż na małym, nie opanowanym jeszcze przez narkomanów i homoseksualistów cmentarzyku?  Można tu znaleźć ukojenie w myśli, że po śmierci nic już nas nie dotyczy, a delikatna aura niesamowitości sprzyja po pewnym czasie chęci powrotu do domu. 

            Tego wieczoru B. była wyjątkowo skacowana, chociaż podobno nie piła już na trzy tygodnie przed przyjazdem B.  Snuła też swe alkoholowe fantazje, więc ostatecznie nie wsiedli do autobusu, ani nie poszli do parku.  B. bał się, że B. wpadnie w alkoholowy ciąg. W tej sytuacji kościół wydał im się wybawieniem.  Panował tu już wprawdzie pewien chłód, ale dziewczyna miała ze sobą wełniany czarny szal o dużych oczkach i mogła się nim przykryć.  Przez pewien czas szalała robiąc zdjęcia, aż w końcu usiadła obok niego na ławeczce.  

            - Opowiesz mi jakąś historyjkę? - zapytała.

            - Taak - odpowiedział B. - tylko musiałbym ją najpierw wymyślić.

            - To opowiedz którąś z tych, które już opowiadałeś, a ja sobie trochę pośpię. A może pójdziemy do pubu?   

            - Chętnie bym poszedł, ale wiesz, że nie możemy tam teraz pójść.    

            - No to dawaj!

            - Ale ja już wszystko zapomniałem -

            - Przypomnisz sobie!  Możesz opowiedzieć o tym wisielcu. 

            Nie wiadomo dlaczego, ale w kościele nagle zgasło światło.  B. opowiadał trochę swą historyjkę, ale w końcu zauważył, że dziewczyna już śpi.  Nie budził jej więc, tylko przytulił jeszcze mocniej - od pewnego bowiem czasu B. lgnęła do niego.  Przykrył ją szalikiem i otulił ramieniem.  Poczuł wyraźną ulgę, bo B. chyba zapomniała o alkoholu.  Po pewnym czasie i on przymknął oczy i zapadł w drzemkę, w której pozostawał czujny jak kot, przez cały czas tuląc do siebie dziewczynę.  Musiało być już po dwunastej, kiedy B usłyszał skrzypienie posadzki i poczuł wyraźnie czyjąś obecność.  Nie wiedział, czy mu się to nie wydaje, ale nie wydawało się! - Ktoś rzeczywiście grał na organach.  I nie był to żaden Bach, Frescobaldi, Pachelbel, Widor czy Reger, lecz jakaś przedziwna muzyka - ni to współczesna, ni to jakaś wcześniejsza niż barok, przy czym nie ulegało wątpliwości, że organy chwilami rzęziły, jakby grał na nich ktoś kompletnie pijany.  Chwilami jednak ich brzmienie stawało się monumentalne, a nawet groźne.  Po kilkunastu minutach widmo skończyło swój program przepięknym chorałem Brahmsa.  B. nie przypuszczał nawet, że jest tak muzycznie wyedukowane.  Ale zdziwienie owo ustąpiło miejsca lękowi, kiedy usłyszał znów w pobliżu skrzypienie posadzki.  B. uwiła sobie gniazdko na jego kolanach i spała słodko. Sytuacja stawała się trochę niebezpieczna...I rzeczywiście nagle B. usłyszał jakiś stłumiony głos, ale w żaden sposób w panującym mroku nie mógł ustalić skąd on dobiega - czy ktoś stał za nim, czy przed nim, z lewej, czy z prawej strony. Być może był już osaczony ze wszystkich stron, a B. nie chciała się obudzić.  Wtulił mocno swe palce w jej jasne włosy - to zawsze dodawało mu odwagi.

            - Zainteresowała mnie twoja historyjka o wisielcu - zajęczał głos - Dokładnie 6 sierpnia 1677 roku powiesiłem się w miejscu, gdzie teraz w parku rosną dęby.  I to dokładnie z powodu, o którym mówiłeś - z miłości.

            - To przecież często się zdarza.  Na pewno słyszałeś, że Ian Curtis z "Joy Division" powiesił się na pralce - powiedział B. próbując zbagatelizować swój strach. 

            - Nie wiem, co to jest pralka, to jakiś nieznane mi słowo.  A czy ten Curtis był lordem?...Przyszedłem do ciebie, żeby posłuchać jak kończysz swoją historyjkę, bowiem przepowiedziano mi, że kiedy ją usłyszę, będę mógł wrócić do swojego wcześniejszego stanu i położyć się do grobu, oczywiście po wcześniejszym uduszeniu ciebie i twojej Pani.

            - W takim razie na pewno ci jej nie opowiem - rzekł B.  

            - Już ją opowiedziałeś - wyszeptał nieznajomy, a B. poczuł, że robi mu się zimno. Musiał natychmiast obudzić B.  Ale, kiedy próbował to zrobić, jej ciało osunęło się bezwładnie z ławki -

            B. wiedział, że zbliża się i jego koniec.  Nie próbował nawet uciekać.  Rano znaleziono ich zesztywniałych - B. i B.  Oczywiście ksiądz zawezwał policję. Był wstrząśnięty tym, że jacyś bezdomni, albo chuligani zamordowali tak sympatyczną parę.  Po paru miesiącach sprawę jednak umorzono i nie wracano by do niej, gdyby nie to, że w mieszkaniu B. pojawił się nowy lokator.  Miał on dziwny zwyczaj - wychodził z domu zawsze, kiedy wiał największy wiatr i wszyscy chcieli schronić się w ciepłym mieszkaniu.  W okresy owej złej pogody widziano go, jak snuje się między parkowymi dębami.  Poza tym był spokojny - wypuszczał do ogródka koty i kłaniał się dozorcy.  Ot, zwykły meteoropata!  Jednak dozorcę zainteresowała długa nieobecność B. , miłej lokatorki, z którą lubił rozmawiać. 

           - Nie wierzę w duchy - zeznał na policji - jednak człowiek, którego widziałem mało przypominał ludzką istotę. 

           Inspektor Appleton poszedł tym tropem i z precyzją godną mistrza niemal natychmiast ustalił, że mordercą był faktycznie duch, o nazwisku John Endymion, urodzony 18 maja 1628 roku, który dokładnie trzysta dwadzieścia dwa lata temu powiesił się w miejscu, gdzie stoją dęby.  Motyw samobójstwa był miłosny.  Lord Endymion zakochał się kilka lat wcześniej w dziewczynie o imieniu Eliza, która wkrótce go opuściła.  Przez ponad trzysta lat czekał aż ktoś wywoła go z widmowego stanu, w jakim pozostawał.  A kiedy ten Polak i jego dziewczyna weszli do kościoła, czekał już tam na nich z zamiarem pozbawienia ich życia.  Jedno tylko w całej tej historii się nie zgadzało - B. przecież nie dokończył swojej historyjki, bo B. zasnęła.  Albo więc Endymion pośpieszył się ze swoim zabójstwem, łamiąc tym samym niepisane reguły i postępując wbrew przepowiedni, albo...Tak, ależ oczywiście, B. musiał powiedzieć to przez sen.                

           W tydzień później (ciała ich przetrzymano bowiem przez owe miesiące ze względu na dobro śledztwa) B. pochowano w grobie na cmentarzu w West Hampstead, a B. pochowano w Warszawie, na Wólce Węglowej, dokładnie 1444 kilometry od miejsca jej spoczynku.  Tak więc po śmierci, podobnie jak za życia, nie było dane być im razem.  Duch zaś zaznał wreszcie ukojenia w swym katedralnym grobie położonym w opactwie Westminster.  Wprawdzie po jego nagrobnej tablicy stąpają turyści, ale czasem też ktoś ją fotografuje - w czym celują przede wszystkim Japończycy, którym zawsze potrzebna jest dokumentacja z podróży.  Widziałem takich w British Museum i w Tate Galery i twierdzę, że nie potrafią się opanować.  To naprawdę szlachetne!   

           

            

                        

środa, 05 czerwca 2013

      ...Mógłbyś spytać...Niezbyt wiele.  Może trochę.  To raczej pewne ćwiczenie.  Istnieje to, w co wierzymy bez wątpliwości.  Lepiej mieć czasami wątpliwości, choćby na chwilę świat miał przestał istnieć.  Agnus Blume to potencjalnie ciekawa postać.  Zabija z tęsknoty.  Nie wie - kogo i w tym jest pewne qui pro quo, bo to w końcu nie wszystko jedno, kogo się zabija.  Nie wie nawet, czy w ogóle zabija - przekonuje się o tym raczej przez dedukcję.   Blume jest trochę roztargniony.  Żałuję, że notoryczny brak zdolności literackich uniemożliwia mi rozwinięcie wątku zawartego w tym opowiadanku, które ledwie tutaj naszkicowałem wiedziony pewnym instynktem...Chciałem też, aby to opowiadanko przesiąknięte było pewnym erotyzmem z epoki, w której tropiono zdegenerowanych artystów.  Ale i tu zawiodły mnie moje zdolności i w końcu perwersja jest raczej nieznaczna, a z pewnością nie wywołuje uczucia grozy.  Ze względu na miejsce mordu - łąka nad rzeką w okolicy rzeźni, lepszą porą roku byłaby wiosna, kiedy słodkawy zapach i jęki zabijanych zwierząt mieszałyby się z zapachem kwiatów i szumem rzeki.  Jednak miałem wyraźne poczucie, że Agnus Blume vel Slowik morduje swoje ofiary zimą.     

poniedziałek, 13 maja 2013

           W Województwie Zaleszczyckim najlepiej udawała się podobno w warunkach polskich uprawa bananów.  Jednak jak przestrzega autor przedwojennej "Kuchni jarskiej" - banany w warunkach naszych rzadko kiedy nadają się do zdrowego spożycia. Są bowiem zwykle, albo niedojrzałe, albo przejrzałe, a wtedy "przypominają się".

           Przy zachodniej granicy Zaleszczyckiego, gdzieś na skraju ogromnego boru znajduje się niewielka wioska Sledziki.  Nie więcej niż czternaście chat.  To tu właśnie zatrzymał się pan Adam, bohater naszego krótkiego opowiadanka.  A było to tak.  Pan Adam Szkwał, były marynarz na norweskim statku, postanowił pojechać do domu swojej bratowej, która po śmierci męża czuła się nieco osamotniona.  Bratowa mieszkała w kamienicy położonej przy rynku w Zaleszczykach.  Trzeba jednak trafu, że pociąg linii Lwów - Zaleszczyki, którym miał przybyć, wykoleił się w szczerym polu i biedny pan Adam musiał szukać sobie noclegu u jakiegoś gospodarza.  Szedł, szedł przez pole przez cały dzień - pociąg bowiem wykoleił się rankiem -  aż doszedł do Sledzików.  Próbował rozmawiać z gospodarzami, ale nie wiadomo dlaczego, ludzie tu są przecież ufni, nikt nie chciał go przyjąć.  Może jednak w swej pilotce na głowie i w obszernym płaszczu wyglądał zbyt obco.  Był początek jesieni i noc mogła być chłodna. "Wot przykrost w ta pora" - pomyślał, żartując sobie ze sposobu mówienia tutejszych.  I byłby już całkiem zwątpił, gdyby nie pewna panna, ubrana w białą suknię i wyglądająca całkiem światowo. Okazało się, że była to nauczycielka.  Szkoły wprawdzie w okolicy nie było, ale panna Jadwiga, a właściwie panna Tekla, bo imię Jadwiga przybrała dopiero później, dojeżdżała furką do Kartofli.  Kartofla to niewielkie miasteczko, w którym istniała szkoła dla dziewcząt prowadzona przez pewne miejscowe towarzystwo dobroczynne.  Popołudnia młoda kobieta spędzała już w domu.  Pan Adam uśmiechnął się do niej rozpaczliwie, a ta rzekła coś najpierw po francusku, a potem po miejscowemu, aż wreszcie w ludzkiej polskiej mowie zaprosiła go do swej chaty.

          - Zgroza, jak się kumy o tym dowiedzą - powiedziała - Ale, jakbym mogła odmówić takiemu przystojnemu pilotowi.

          - Ach, droga pani, jestem marynarzem, ale mam nadzieję, że mimo to zechcesz mnie ugościć - rzekł Pan Adam. 

          - Zastanowię się! - żartowała panna Jadwiga - Jestem Jadwiga i uczę cudze dzieci. 

          - Adam Szkwał - podchwycił obcy i ucałował pannę w rękę. Nieco zbyt namiętnie, więc ją cofnęła i skarciła go:

          - Bo ze świniami przyjdzie panu spać! -

          - Gdziekolwiek!  - westchnął biedny nieznajomy.    

          Owszem, dała mu łóżko w izbie obok swego pokoju i tak nieszczęśnik noc przespał, a że dziewczyna pojechała rankiem dzieci uczyć, nie miał nic do roboty i po łąkach się snuł.  A przez cały dzień do wieczora spotkał tylko jedną osobę. Była to jakaś zgryźliwa starucha:

          - U wiedźmy śpią, a... - zapytała.

          - U jakiej wiedźmy, u nauczycielki - stropił się Pan Adam.

          - Toż to wiedźma - rzekła starucha i wspierając się na sękatym kiju odeszła nie wiadomo gdzie. Właśnie zachodziło słońce, kiedy marynarz powrócił. Odwlekał swój powrót - bał się bowiem, że dziewczyna przegoni go z domu.  Jednak nie tylko to nie nastąpiło, lecz przeciwnie, okazała się całkiem podatna i miękka i po zjedzeniu sutej kolacji zaprosiła go do swego łoża. 

          - A nie jesteś ty niemieckim szpiegiem? - spytała nieoczekiwanie, kiedy już utrudzony przysypiał. 

          - To nie wiesz.  Chyba nie wyglądam na takiego.  Aleś mnie ugościła warzywami z ogródka.  Nigdy bym nie pomyślał.  A te banany!  Jak u czarnuchów, albo Brazylijczyków!  Pływałem z tym towarem.      

          - Tak, rybeńko, ugościłam!  Matka moja nie jadała nigdy nic z ogrodu - mówiła, że to ziele i nadaje się tylko dla inwentarza.  Ale człowiek wiedzy trochę liznął podczas studiów w mieście...To zasługa stryja, znał tutejszego barona. To człowiek kulturalny i rozumiał, czym dla kobiety jest edukacja i to i owo ułatwił. Szczęściara ze mnie.

          - A skorzystał z prawa pierwszej nocy? - skrzywił się Pan Adam.

          - Nie, całkiem bezinteresownie.  Ale widzę, że już zaczynasz coś bredzić.  Pośpij, a ja do jutra zdecyduję, co z tobą zrobić. Jutro sobota. 

          I nasz bohater zasnął.  Doprawdy nie wiem, jak zakończyć to opowiadanko, aby nie popsuć pierwszego wrażenia.  Może więc powiem nieco dyplomatycznie - faktycznie Pan Adam zasnął.  Fizyczny kontakt z kobietą nadwątlił jego witalne siły, a reszty dopełnił alkohol.  Ale, jakby to powiedzieć, żeby nie skłamać - nie obudził się więcej!  Chlewik panny Jadwigi nie był bardzo przepełniony - ledwie trzy chude świnki.  Biegały zresztą radośnie po dworze.  Tego ranka jednak strasznie się czegoś objadły i wywalając się na boki dla lepszego trawienia spały, sapiąc głośno.  Pani Jadwiga zaś włożyła do swej szkatułki srebrny zegarek gościa, jego spodnie i koszulę powiesiła w szafie, obok ubrania swego zmarłego męża, a płaszcz i pilotkę spaliła.  Potem zaś przeszła kilka wiorstw do wsi, w której była cerkiew i cmentarz.  Usiadła na grobie męża i powiedziała:

         - Widzisz Ludwiczku, muszę ci coś wyznać.  Zdradziłam cię z przyjezdnym.  To straszna świnia!  Ale mam nadzieję, że mi wybaczysz, że powiesiłam jego ubranie obok twojego, kiedy dowiesz się, że świnie zjadły świnię.  Pan Bóg już mi to wybaczył, a ty? 

         - WYBACZAM CI! - zawołał z grobu nieboszczyk.

         W chwili owej gradowe chmury pojawiły się na niebie i grad wielkości grochu siekł bezlitośnie w twarz dziewczynę.  Panna Jadwiga zapłakała.  'A co będzie, jak się dowiedzą?" - pytała samą siebie. "Toż to niesłychana zbrodnia, żeby pani pana zabiła. Gdyby tak chociaż na odwrót..." Ale wiał wiatr, a dokuczliwy deszcz, w który nagle zmienił się grad przemoczył ją do suchej nitki.  Nie było już sensu myśleć.  Jednak w głowie morderczyni kołatały się, nie wiedzieć czemu, awangardowe strofy polskiego poety Bolesława Leśmiana:

                                                              "I padł jej do nóg, nie wiedząc czemu,

                                                               I - niewiedzący - skomlał po psiemu!

 

                                                               A ona cicho, niby mogiła.

                                                               Pierś mu przydeptać stopą raczyła.

 

                                                               Nie zmałpowana, nieprzedrzeźniona,

                                                               Patrzyła w niego, jak rzeżąc, kona."

           

           

piątek, 03 maja 2013

                                                              PAJĄK I WINOGRONA

                                     

                                                Pająk w winogron słodkich ukrył się powabie

                                                I pajęczyny srebrnej rozsnuwał jedwabie.

                                                Tak ukryty przed światem wypatrywał ofiary,

                                                I na niejedną przecież rzucił swoje czary. 

 

                                                Lecz niepomny tej prawdy, czym słodycz popłaca,

                                                Myślał, że wieki potrwa jego skryta praca.

                                                Lecz oto wiejska gawiedź depcze winogrona,

                                                I soki z nich wyciska, a nasz pająk kona.

 

                                                Jeśli zatem słodyczą zbytnio się upoisz,

                                                Gorycz na się sprowadzisz, której się tak boisz.

                                                Misterne plany, zasadzki, pułapki

                                                Nie są warte pająka tego jednej łapki.   

                                               

                                               

środa, 13 marca 2013

            Wbrew pozorom w moim pytaniu nie chodzi o wyjaśnienie kryminalnej zagadki, lecz o odpowiedź, dlaczego umarła nadzieja.   Jeśli bowiem nadzieja umiera ostatnia, to co musiało umrzeć wcześniej od niej?   Mogła umrzeć miłość - ale miłość jest wieczna, trzeba tylko o tym wiedzieć i nie dać się zwieść pozorom.  A może ufność i pokora?  Ale i one nie umierają nigdy...                                         

            Nie chciałbym jednak sprawić Czytelnikowi zawodu, więc postanowiłem sklecić tutaj krótkie opowiadanko, a właściwie notatkę prasową o Wandzie Arlekin i jej konkubencie Michale C.  oraz kilku innych osobach.  Naprawdę króciutkie i zupełnie pozbawione sensu.  Czas mnie strasznie goni - nie mam gdzie się przed nim schować.  Sił też nie mam specjalnie wiele, ale do rzeczy...

 

                                                       TAJEMNICZA ŚMIERĆ WANDY ARLEKIN 

          Zawód artysty nie należy do lekkich.  Przekonała się o tym Wanda Arlekin, gwiazdka kabaretu "Tumidaj", kursującego gdzieś po trasach między Zieloną Górą, Gorzowem Wielkopolskim, Wałczem, Piłą i Kaliszem.  Nagle otrzymała wiadomość, że Dyrektor artystyczny nie przewidział jej w pierwszym składzie na kolejną trasę.

         "Jeśli Ilona Mozart będzie niedysponowana, zastąpisz ją.  Ilonka trochę pije, więc trudno, żeby puszczała pawia na scenie. Wtedy wychodzisz ty i ją zastępujesz". 

         "Wiesiek, a co z moją gażą?" - zaniepokoiła się Wanda. 

         "Zapłacę ci od każdej minuty występu, jeżeli będziesz dobra"  - zarechotał Wiesław O., dyrektor artystyczny. 

         Tancerka załamała się.  Jednak jej konkubent - Michał C. nie tracił czasu - postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i po nocnej libacji z Wiesławem O. i kilkoma artystkami odprowadził szefa Wandy do pokoju hotelowego.  Towarzyszyła mu Nastazja Pegaz, lokalna poetka z Zielonej Góry, osóbka niezwykle życiowo zaradna, która miała nadzieję, że Wiesław O. wykorzysta w programie jej kuplety.  Wiesiek obiecywał, ale uważny obserwator, a do takich zaliczał się Michał C. łatwo mógłby przejrzeć jego dominującą motywację.  Nastazja była  trochę wstawiona i niczego nie zauważała. Kiedy jednak udała się do toalety, konkubent Wandy doskoczył do Wiesława O. z otwartym scyzorykiem. 

        "Czego ode mnie chcesz, ty ciulu!  Przyruchałeś ją sobie, to się chłopie ciesz!" - zaniepokoił się dyrektor - "Przecież twoja Wandeczka dobrze u mnie ma. Zobaczysz, Wiesiek, jeszcze zrobi karierę.  Na razie ją odstawiłem, ale jak zasłuży..."

       W chwilę później ostrze scyzoryka przebiło aortę zasłużonego działacza kultury, a ten, mówiąc kolokwialnie, odwalił kitę.  Michał z kolei dał nogę z miejsca zbrodni. Wydawało się więc, że sytuacja jest już opanowana.  Wprawdzie inspektor Jawniak z komendy kryminalnej węszył, ale właściwie każdy miał motyw, żeby Wieśka załatwić, a Michał C. był jedynym, który się nie odgrażał.  Był spokojnym, cichym i zapatrzonym w koleżanki studentem Wydziału Farmacji, na którym mógł wprawdzie nauczyć się krojenia żab, jednak podczas skakania do wody złamał sobie obie ręce, więc był właściwie poza podejrzeniem.  

       Na nieszczęście dla niego inspektor nie był zwykłym śledczym - miał nosa!  W try miga przesłuchał wszystkich artystów i pracowników kabaretu, a także członków ich rodzin i znajomych - tylko u Michała jakoś się nie zjawił.  Michał nie wytrzymał.  Spakował torbę i pojechał do Poznania, skąd chciał tanimi liniami skoczyć do Amsterdamu.  "A później się zobaczy!".  Tęsknił jednak za swą konkubiną. Zadzwonił więc z komórki nawet nie do Wandy, żeby nie wzbudzać niepotrzebnych podejrzeń, ale do Nataszy Pegaz.  Słuchaj, Natasza, taka a taka sprawa. Musiałem wyjechać. Poinformuj Wandę.  Będzie wiedziała, gdzie mnie szukać...Nie wiemy, oczywiście dokładnie, jaka była treść owej rozmowy, wiemy jednak, że znał ją inspektor.  W śledztwie okazało się, że kochankowie posługiwali się tajemnym szyfrem i że po wysłuchaniu tego, co powiedziała jej Natasza, pani Arlekin wiedziała już, gdzie jest Roman...Tak, tak!  Roman (a może także Arek)...Michał umówił się z Romanem, że jakby co, to Roman będzie wiedział, gdzie go szukać.    

      Na lotnisku w Amsterdamie Michał C. został nieoczekiwanie aresztowany przez holenderską policję i odbył błyskawiczną powrotną podróż do Poznania, gdzie poinformowano go o zarzutach, jakie wkrótce zapewne usłyszy. 

      "Za to, że zabiłeś Wandę Arlekin grozi ci dożywocie.  Żałuję, że zniesiono karę śmierci"  - powiedział inspektor.              

      "Ja nie zabiłem Wandy" - bronił się Michał.

      "Aha!  A może sobie wobec tego jednak przypomnisz, kogo zabiłeś?" - triumfował Jawniak.

      "Nikogo.  Miałem spotkać się z Wandą, ale nie doleciała.  Nie wiem, co się stało.  Może to Wiesiek ją zatrzymał - ostatnio robił Wandzie jakieś propozycje"

      "Wanda Arlekin nie żyje!" - powiedział poważnym głosem inspektor - "A pan jest głównym podejrzanym!"

      "Ja?  Ja nigdy bym jej nie zabił.  Kochałem ją" - oponował student.

      "A kogo byś zabił?" - zapytał z naciskiem funkcjonariusz.  

      "Najchętniej ciebie, ty sk...!" - wrzasnął Michał C.

      "O, nieładnie tak na policję krzyczeć" - zauważył Jawniak - "Słyszałyście?" zwrócił się do swoich dwóch młodszych koleżanek.

      Wkrótce potem nastąpił nieoczekiwany zwrot w śledztwie i konkubentowi Wandy Arlekin postawiono zarzut pozbawienia życia dyrektora kabaretu "Tumidaj" Wiesława O., prywatnie nazywanego Wieśkiem.  

      "Ja bym zamordował takiego wieśniaka!" - nie mógł powstrzymać się od śmiechu Michał - "Słoma mu z pod butów wystawała.  Zamiast jadą mówił jado".   

      Wciąż otwartym pozostawało jednak pytanie, kto i z jakiego powodu pozbawił życia Wandę.  No cóż, jedynym, który wiedział o jej planowanym spotkaniu z Michałem C. był inspektor Jawniak.  (Roman P. i Arkadiusz Z. zginęli bowiem w katastrofie samochodowej pod Bremą). Czyżby to był on?   Ukrytym motywem postępowania inspektora mogła być chęć rozmiękczenia Michała, który na wiadomość o utracie ukochanej mógł się psychicznie załamać.  Wkrótce jednak z braku dowodów przeciwko Michałowi C. śledztwo w sprawie śmierci Wandy Arlekin umorzono.  

       I dopiero po kilku latach okazało się, że nie formułowane jawnie podejrzenia wobec inspektora Jawniaka są nieuzasadnione, bowiem Wanda C. zmarła śmiercią naturalną, potykając się o skórkę banana na peronie kolejowym w Terespolu.   Dlaczego ofiara, zamiast wyruszyć na spotkanie ze swoim konkubentem udała się w kierunku przeciwnym, pozostanie chyba na zawsze tajemnicą.  Możliwe jednak, że przeżyła śmierć Wieśka, z którą mogły ją łączyć stosunki natury intymnej. 

      Michał C. nie cierpiał jednak zbyt długo.  W trzy tygodnie po umieszczeniu go w Zakładzie karnym wśród więźniów rozeszła się plotka, że wykorzystał i zamordował swoją nieletnią podopieczną i niedoszły absolwent farmacji powiesił się w celi.  Tak często kończy się w artystycznym światku nieszczęśliwa miłość.  O to jednak nikogo już głowa nie bolała. 

 

sobota, 16 lutego 2013

                                                              Zamiast naśladować haiku,

                                                              Zrób, córeczko, siku!

                                                              Nie trzeba być pedofilem,

                                                              By kochać taką chwilę.

 

                                                              Bo, czy ktoś nas słyszy?

                                                              Szron na wąsikach myszy

                                                              Odtaje na widok tej stróżki,

                                                              Jak twoje bose nóżki.

 

                                                            

niedziela, 20 stycznia 2013

                                                                                 ORZECH

                                                     "Gdy orzech ponad drogą owoców swych mienie

                                                      Odkrył przechodniom, każdy nań ciskał kamienie"

                                                      (Leonardo da Vinci, przełożył Leopold Staff, PIW, 2004)

             

           Uwielbiam te bajki, bowiem praktyczna życiowa mądrość, jaką wyrażają, bywa nieoceniona!   W tym wypadku jest to mądrość nader smutna.

środa, 26 grudnia 2012

           "Namiętność zastępujemy inną namiętnością, próbujemy kolejno wszystkiego: zajęć, miłości, zachcianek, maniackich upodobań, by w końcu obwieścić , że  w s z y s t k o   j e s t   m a r n o ś c i ą  na tym świecie. Ta fałszywa, a nawet bluźniercza sentencja nikogo nie przeraża, przeciwnie, niejednemu się zdaje, że wygłosił coś bardzo mądrego, nieodpartego"  - napisał Goethe.  Przez okno mojego domu usłyszałem poranny krzyk kruków i gawronów.  Odłożyłem księgę i stanowczym krokiem udałem się do ogrodu.  

           - Jesteś tutaj, Rozalio? - zapytałem.

           - Tak, Alfredzie!   Jestem tutaj przez cały czas, chociaż, jak wiesz, umarłam.  Pocałujesz mnie? 

           - W takiej mgle?   Nie wiem nawet, czy to na pewno ty?  A może ktoś tak wszystko poprzestawiał w moim umyśle, powiedzmy jakiś zły czarnoksiężnik, że chociaż wydaje mi się, że cię widzę, to nie jesteś ty...

           - To prawda, ja to nie jestem ja.  Ale to nie przeszkadza w porannym gaworzeniu...Zostań ze mną trochę, jeśli ci nie zimno. 

           - Bardzo zimno i...trochę się ciebie boję.  Nie rozkładasz się przypadkiem?  Pocałuję cię, a to tak, jakbym dotknął ustami błota. Co ja mówię, błoto to przy tym miód.

           - Jak możesz wierzyć w takie bzdury?  Dawno już się rozłożyłam i teraz jestem po prostu przeczystym duchem.

           - A ten trupi odór?

           - Ach, Alfredzie!  Nie chcę ci tego mówić, ale to ty jesteś w stanie rozkładu.

           - Wieczorem brałem kąpiel.  Jaga wyszorowała mi gąbką plecy.  To słodka dziewczyna.  Czułem, że żyję!

           - A jak twój wielki Goethe?

           - Właśnie czytam o tych, którzy potrafią żyć w wyrzeczeniu i dzięki temu niczego nie tracąc czują, że świat ma jednak solidne podstawy i że nie wszystko jest marnością.

           - To świetnie, Alfredzie!  Nadzwyczaj krzepiąca lektura - powiedziała Rozalia i rozpłynęła się we mgle.  

           - Nie odchodź!   Wciąż za tobą tęsknię!  Myślałem, że nie przeżyję twojej śmierci, ale mój duch był zbyt słaby, abym potrafił się zabić.

           W chwilę potem rozjaśniło się, a kruki i gawrony przestały dostojnie poruszać się po polu.  Wróciłem na krzesło i dopisałem na kartce strony gęsim piórem: "Nie zawsze jedynie brak umiaru jest źródłem poczucia, że wszystko na tym świecie jest próżne i czcze.  Śmierć i cierpienie istnieją wszędzie i zawsze.  Do załatwienia:  hrabiemu Gutenbergowi, 2 dukaty i 6 talarów.  Pastorowi Pretoriusowi: 16 talarów i trzy grosze.  Bractwu Wilkołaków, 24 grosze.  Razem: 2 dukaty, 22 talary i 27 groszy.  Uśmiechnąć się do Jagny o mydło do prania". 

           Zasnąłem na krześle, a to przechyliło się pod ciężarem mojego ciała. Uderzyłem się tak nieszczęśliwie, że kiedy do pokoju wszedł doktor Rosenmayer, mógł jedynie stwierdzić mój zgon.  Przez cały dzień i noc leżałem w letargu. Rano jednak przebudziłem się i zachciało mi się czytać dalej. Nie mogłem jednak odnaleźć książki.  Poszedłem więc do ogrodu.  Rozalia karmiła kruki skrawkami moich podrobów - serca, płuc i nerek.

           - Ze mną już koniec - powiedziałem z rezygnacją.

           - To dopiero początek - uśmiechnęła się Rozalia - Cały ocean krwi do wypicia.  Aleś się wyperfumował!  Wyglądasz naprawdę schludnie i do twarzy ci bez tego serca! 

           - Więc od początku chciałaś, żebym był bez serca?  Jesteś okrutna, Rozalio!

           - Nie smakuje im - wolałyby okruszki chleba i kropelki wina - rzekła Rozalia i rozproszyła się we mgle. Tym razem jednak ta jej stara sztuczka nie powiodła się.  Przecież i ja byłem już teraz utworzony z mgły.  

           Dzisiaj 26 grudnia anno 2012, ja, stary wampir, wspominam chwilę tamtego naszego spotkania, które na zawsze pozostanie mi w pamięci.  Gdyby nielitościwa śmierć nie wyrwała Rozalii spośród żyjących istot, być może nigdy nie doczekałbym się chwil wiekuistego szczęścia.  Powiadają, że wampiry są zmęczone.  Niekoniecznie!   Dopóki my, mary, istniejemy, nie wszystko jest marnością!          

piątek, 16 listopada 2012

                                                                            "O, jakąż to nieskazitelną muzykę słyszę?  To, Lauro, muzyka mej duszy...

                                                                             Jakże czułe jest jej brzmienie, jaką rozkoszą napawa mnie uścisk twej dłoni!"

                                                                             (Leopold Sebastian Ludwig, książę Armstadt)

 

             Książę Leopold urządził sobie, zgodnie z panującą modą w swym parku Świątynię Dumania.  A nieopodal świątyni postawił pasterską chatkę, która stała się jego pustelnią.  Wieczorami zamykał się w owej izdebce i przy świetle lampy czytał jakąś księgę przyniesioną tu z pałacowej biblioteki, pogrążał się w rozmyślaniach lub prowadził intymne zapiski.  Miejsce to, jakkolwiek pozbawione wygodnego posłania, również doskonale nadawało się miejsce miłosnych schadzek.  Jednak książę na razie nie myślał o tym.  Od kilku lat pogrążony był bowiem w żałobie po śmierci ukochanej żony i córki, które wychodząc na wieczorną przechadzkę utonęły w parkowym stawie.  Mimo całej swej wrażliwości książę nie utonął jednak, o dziwo, w dewocji, lecz raczej porzucił świat, a jego sprawami interesował się jedynie w sposób zewnętrzny i nieco nieuważny.  Na szczęście jednak dysponował majątkiem, który trudno byłoby roztrwonić i miał doskonałego zarządcę, który potrafił okradać go z godnym podziwu umiarem, wiedząc, że nie należy podcinać gałęzi, na której się siedzi.  W tej tak komfortowej sytuacji książę, jak nam wszystkim się wydawało, coraz bardziej tracił kontakt z rzeczywistością, a niektóre z jego nowych upodobań stawały się dość osobliwe.       

            Oto na przykład urządził sobie orkiestrę złożoną z samych widm i upiorów, za wyjątkiem koncertmistrza - człeka z krwi i kości, o nazwisku Bach. Orkiestra ta grała nocą w jadalni wśród zapalonych pochodni i świec.  Bywało, że książę przygrywał też sam na klawesynie lub klawikordzie, wprowadzając w delikatne brzmienie orkiestry swoiste dysonanse.  A ponieważ małżonka księcia był a muza, nie pojawiała się nigdy podczas owych wieczorów w swej czarnej sukni.  Przychodziła tylko córeczka.  Siadała obok ojca na taborecie, a czasami opierając instrument na jego kolanach, grała na basowej violi.  Poza tym, jedynym zapraszanym na te koncerty gościem byłem ja.  Może dlatego, że też już wówczas nie żyłem?  Byłem kochankiem księżnej małżonki i książę, według jednych relacji zastrzelił mnie podczas polowania, a według innej, udusił podczas snu w miłosnej alkowie.  Możliwe jednak, iż sam skręciłem sobie kark, spadając ze schodów.  Niestety, my, żywi zmarli, nigdy nie potrafimy sobie przypomnieć momentu własnej śmierci. 

           A zielnik księcia, czy to nie istne dziwactwo?  Leopold już w dzieciństwie zbierał same trujące zioła.  I to nie jakąś cykutę, lecz rośliny, które potrafią zabić na odległość - jak na przykład owa przezroczysta mimoza z Syczuanu, albo fioletowe monstrum z Maghrebu, lub czarna winorośl z wąwozów pod Neapolem.  Hodował też w ogrodzie botanicznym czarną panterę, a w ogrodowej sadzawce grecką meduzę, która zabijała wzrokiem! Niektórzy mówią, że chcąc nadążyć za modą na chińszczyznę, zakonserwował jednego z lokajów we flakonie z wodą wypełnioną cukrem i pijawkami lub, że stosował chińską torturę stu kawałków.  W to akurat jednak nie wierzę, bowiem Leopold był władcą łagodnym z usposobienia, nie lubił ekstrawagancji i niepotrzebnego rozgłosu. A i czasy nasze nazbyt są już oświecone... 

           Nie chciałbym cię jednak czytelniku zamęczać szczegółami nieistotnymi dla tej mojej opowieści.  Poza może jednym.  Otóż od śmierci żony i córki książę cierpiał na dość zaawansowany lunatyzm.   Nie jadł, a nawet obywał się bez pożywienia przez wiele dni, a po okresach długotrwałej insomnii, popadał w przejściowy letarg.  Ten w sumie dość banalny obraz choroby ukrywał jednak pewną tajemnicę.  Widywano bowiem księcia, jak nocami błądzi po pałacowych korytarzach wyrywając dusze zegarom.  Zaś oba zegary słoneczne przykrył był czarnym kirem.  Próbowałem go kiedyś o to zapytać, lecz książę uporczywie milczał.  A w końcu wybuchając oświadczył, że następnym razem każe mnie wychłostać.  Uspokoiłem go jednak mówiąc, że przecież on sam pozbawił mnie niedawno ciała, a atomy, z których składa się dusza niczego już nie czują. Czy na prawdę wierzył, że można odwrócić czas?   

          Lubił też nasz książę potajemnie mordować.  W przeciwieństwie do owych tyranów, którzy aleje wiodącą do bramy swojej siedziby zwykli obwieszać wisielcami, w obszarze swojej jurysdykcji książę wykazywał nadzwyczajną łagodność, a nawet pewną sympatie dla złoczyńców.  Jakoś to musiał sobie zapewne jednak rekompensować.  Ofiarami mordu padały bowiem okoliczne brunetki ze służby, ze wsi, a nawet z dobrego towarzystwa szlachetnie urodzonych. Może dlatego, że małżonka księcia też była brunetką?   Doktor Pretorius twierdził, że w ten sposób książę wciąż mści się na swej małżonce za niedawną zdradę.  Toteż okoliczne dziewczyny tleniły sobie włosy i z brunetek stawały się blondynkami.  To jednak nic nie pomagało, bowiem wiedziony swym niezawodnym instynktem książę i tak rozpoznawał ofiarę.  A ponieważ był sędzią we własnej sprawie, uznawał zgromadzone przeciwko sobie dowody za niewystarczające i umarzał śledztwo. 

          Niektórzy jednak mówią, że to służący księcia dokonywał owych mordów w porozumieniu z władcą i na jego życzenie, przy czym na ciele owych ofiar nigdy nie odnaleziono śladów zgwałcenia.  

          Pod koniec roku 1778 książę Leopold napisał sztukę dramatyczną, zatytułowaną "Tarkwiniusz Pyszny" - była to tragedia z nielicznymi akcentami komicznymi.  Literatura była bowiem prawdziwa obsesją księcia.  Pisał poważne ody, ale potrafił też strząsać z pióra utwory lekkie, służące jedynie beztroskiej zabawie.  Za mego życia to ja ich głównie księciu dostarczałem.  Po śmierci jednak Leopold ograbił mnie z mego talentu, mimo, że byłem jego rodzonym bratem i do znudzenia eksploatował moje pomysły.  Rok ten okazał się bardzo niekorzystny dla księcia, bowiem przez przypadek udusił on Elwirę, córkę księcia z Darmstadt, która nota bene wcale nie była brunetką, a jedynie przefarbowała sobie włosy na ten kolor i owa fatalna pomyłka, a nie wszczęcie śledztwa przez władze w Darmstadt, przyczyniła Leopoldowi największej zgryzoty.  Czując, że umiera z owej zgryzoty Leopold poprosił mnie, abym zgodnie z jego ostatnią wolą uczynił dla niego dwie rzeczy - napisał muzykę żałobną, która miała być wykonana na jego pogrzebie i zaopiekował się jego zmarłą żoną i córką.  Obie te rzeczy z poczucia braterskiej lojalności chętnie uczyniłem, pierwszą do spółki z owym sławnym Bachem, a drugą już sam.   

         Ową przecudną, anielską muzykę, napisaną na starą modłę minionej epoki, wykonano w deszczowy dzień pogrzebu Leopolda.  Miło było słyszeć jak flety podłużne i poprzeczne, skrzypce, viole i oboje snuły swoje żałosne pienia z towarzyszeniem werbla, a córeczka księcia swym delikatnym sopranikiem odśpiewała kantatę z z towarzyszeniem zmarłego basa, tenora, alta oraz trzech żyjących chłopców tworzących chór.  A słuchały jej, obok istot ludzkich i tych, które niegdyś były ludźmi, okoliczne ptaki - kruki, szpaki i gawrony.  W ten sposób wola zmarłego została już częściowo wypełniona.  Aby ją jednak wypełnić do końca zamieszkałem w Świątyni Dumania i urządzałem sobie miłosne schadzki ze świętej pamięci żoną nieboszczyka brata.  Sprawowałem też rodzicielską opiekę nad jego córką.  

         Niestety chwile szczęścia nie trwają wiecznie nawet w zaświatach i któregoś wieczoru zazdrosne zmory, a były nimi ofiary żądzy mordowania mego brata, podpaliły naszą pustelnię, wykorzystując do tego robaczki świętojańskie.  W ten sposób wszyscy troje umarliśmy powtórnie.  Nie wiesz zapewne, Drogi czytelniku, co owa podwójna śmierć oznacza...Otóż przerażę cię trochę...oznacza ona niezwłoczny powrót do życia w dawnej cielesnej postaci, bowiem działa tutaj logiczne prawo negacji negacji.  Od tej chwili wszyscy troje cierpieć zaczęliśmy potworne katusze.  Bowiem morderca nasz już nie żył, my zaś musieliśmy żyć dalej i nie tylko przejąć jego sprawy, do czego konieczna była samobójcza śmierć starego zarządcy, ale wręcz udawać, że nic się nie stało.  Niestety, jestem znacznie wyższy od mego brata i z trudem mieszczę się w jego ubrania, a stałe pożycie z jego małżonką nudzi mnie i męczy - czymś innym jest bowiem chwilowa zdrada, a czymś innym małżeńska rutyna.  Na domiar złego córka Leopolda zakochała się we mnie, nie przeczuwając nawet, że jestem jej ojcem.  Nie widzę już wyjścia ze swojej sytuacji i dlatego planuję popełnienie samobójstwa.

        Leopold Sebastian Ludwig, książę Armstadt             

niedziela, 01 lipca 2012

                                                   Książę ogarnia wzrokiem horyzont nie schodząc z konia:

                                                   - Gdzie jest Królestwo Omajadów?

                                                   Alfonso: - Panie, przysięgam, było tu do obiadu,

                                                   A teraz go nie ma

                                                   ...ale straszna ściema!

                                                   Jak mówią prości ludzie...

                                                   po prostu go nie ma...

                                                   Książę:  - Gdziem jest, tam moje włości!

                                                   Cóż mi za dylemat! A może ktoś zazdrości?

                                                   Alfonso:  Delirio i Profano knują zdradę!

                                                   Książę, poprawiając pierścień na prawej dłoni (lewą powstrzymuje konia):

                                                   - Ach, damy sobie radę, wszak święta to rzecz, władza!

                                                   Alfonso: - Gdy ktoś jak ja doradza

                                                   Ale beze mnie, panie, przyznaj, byłbyś nikim?

                                                   - Ach durniu, chyba masz w dupie owsiki!

                                                   Alfonso: - Dla ciebie wszystko, Panie...

                                                   Zjem obiad ja i zjem śniadanie

                                                   - I popijesz to winem?

                                                   (śmiejąc się!) - Bo jestem coś ci winien!

                                                   Książę zsiada z konia i zwraca się do Gryzeldy obejmując ją ramieniem:

                                                   - Już nie gryź się, Gryzeldo, pusto tu i królestwa nie ma,

                                                   Lecz trawy rosną i zioła, z oddali sokół zaś woła!

                                                   Gryzelda: - Lecz jak tu mieszkać bez domu?

                                                   Książę: - Mieszkajmy!  Lecz nie mów nikomu, że domu już nie mamy.

                                                   Gryzelda: - Może ucieknę do mamy...Znudziłeś mnie już, książę.

                                                   Książę:  - Wkrótce ten problem rozwiążę.

                                                   Pozbieraj wnet nasze dziadki,

                                                   I wszystkie rzeczy, i wszystkie manatki.

                                                   A ja tymczasem konia mego wodą spoję,

                                                   A dzikich zbójców odstraszę nabojem.

                                                   Gryzelda: - Uczyń tak, Panie,

                                                   A odzyskam do Ciebie prędko zaufanie.

                                                   Królestwo Omajadów to fatamorgana,

                                                   Lecz ciągle jestem w tobie zakochana!

                                                   Alfonso:  - Panie, nie słuchaj jej!

                                                   Na pewno coś knuje!

                                                   I potajemnie ludzi swych buntuje!

                                                   Książę (gniewnie): Ach zamilcz, podły starcze!

                                                   Sobie samemu bez ciebie wystarczę!

                                                   A teraz zmiataj stąd, na Allaha!

                                                   Widzisz tę lagę? (książę podnosi miecz)

                                                   To jest straszna lacha!

                                                   Alfonso uchyla się od ciosu, jednak jego ucięta głowa spada na ziemię:

                                                   Głowa Alfonsa:  - To chyba pozostałość tego komunizmu,

                                                   Ciągle używasz panie wulgaryzmów.

                                                   Lecz rzeknę, skarciłeś mnie słusznie,

                                                   Przyszyj mą głowę, odpowiem posłusznie!

                                                   Książę: - Przyszyj no głowę temu Gadu!

                                                   Ty lepiej milcz już, stary, biedny dziadu!

                                                   Gryzelda z obrzydzeniem przyszywa dratwą głowę Alfonsowi.

                                                   - Spójrz!  Alfonso, wstał jak żywy!

                                                   Książę: - Mam pod kontrolą wszelkie świata dziwy.

                                                   Jestem mocarzem!...Nie mając domu,

                                                   Z domu nie wyłażę...Czyżbym był tak leniwy?

                                                   Gryzelda: - Panie! Wciąż o tobie marzę...

                                                   Jednak mi mówić o tym nie wypada...

                                                   Alfonso:  - Zdradzi cię, Panie...

                                                   Truciznę wsypie rankiem na śniadanie.

                                                   Gryzelda: - Ach ty poczwaro wstrętna

                                                   Życie ci dałam, a ty jątrzysz Gadu...

                                                   Książę:  - Nie kłóćcie się tak, szkoda naszego obiadu.

                                                   Alfonso (rozkładając ręce): - Przecież obiad zjedzony, nic już nie mamy...

                                                   Zapytaj swej żony!

                                                   Alfonso: - Gryzeldo, czy to prawda?

                                                   Gryzelda trzęsąc się ze strachu: - Dopiero co zjadłeś, Panie.

                                                   Książę: - Żartujesz! Jadłem dopiero śniadanie

                                                   I bardzo jestem głodny.

                                                   Gryzelda:  - Bądź głodny, ale bądź pogodny, Panie!  Wszak wszystko możesz!

                                                   Książę: - Mocą mej magicznej sztuki,

                                                   Nakarmię znów nas wszystkich, dzieci i prawnuki!

                                                   Gryzelda: - Nie mamy przecież wnuków!

                                                   Książę: - To nic, wyczaruję!  Tak mą magiczną władzą kontrolę sprawuję!

                                                   Gryzelda (na stronie): - Czaruj sobie!  A ja wciąż tutaj haruję!

                                                   Książę:  - Wiem, co myślisz Gryzeldo,

                                                   Jednak coś przegryzę...lepsze jabłko królewskie, niż jaki ogryzek!

                                                   Alfonso (złożony lekką niemocą):  - Więc miłość zwyciężyła?

                                                   Książę, oddala się od rozmówców w ustronie i wygłasza słynny monolog:

                                                   - Od kiedy rzeki wpływają do morza,

                                                     Od kiedy nad lodowcem pojawi się zorza,

                                                     Od kiedy boki nie bolą piskorza,

                                                     Od kiedy moja jest dziewczyna hoża,

                                                     W mą moc magiczną nigdy nie zwątpiłem,

                                                     Prawda, że trochę w tym czasie utyłem,

                                                     Przełknąć niejedno musiałem...popiłem!

                                                     Lecz wciąż jestem mocarzem i władcą, jak byłem!

                                                     Co prawda bez królestwa - cóż - trudno!

                                                     Ale przynajmniej nie jest tutaj nudno.

                                                     I zanim z Grysią pójdziemy na mary,

                                                     Zabawią nas przynajmniej moje czary mary!

                                                     Lolita, najmłodsza córka króla:

                                                     - Ach! Porzuć ojcze, to smutne ustronie!

                                                     Za długo już gadałeś, wyobraźnia chora,                                                     

                                                     Cieszmy się, tańczmy, choć nasz okręt tonie.

                                                     To tylko, panie, taka metafora...

                                                     Książę: - Dobrze już, córko...Więcej już nie płaczę,

                                                     Powódźmy trochę, o tutaj! - paluszkiem po mapie!

                                                     Przytulmy się do Amora!

                                                     Bo tego chce od nas pokora.                                                   

                                                     To Omojadów królestwo,

                                                     Dawno już nie istnieje,

                                                     Lecz kocham Kicię nad życie!

                                                     ...A reszta to kurewstwo...

                                                    

                                                     Tak kończy się już nasza sztuka,

                                                     Dla głupca śmiech...a dla mądrego nauka.

                                                     Marni jesteśmy aktorzy,

                                                     Lecz zdrowi i nikt z nas nie cudzołoży!

poniedziałek, 18 czerwca 2012

                                               Rzecze mucha do pająka,

                                               "Czemu się tu pająk błąka?"

                                               Jąka się pająk: "Nie wiem, mucho,

                                               Lecz muszę spożyć cię na sucho!"

                                               Mucha na to przerażona:

                                               "Ja nie jestem pana żona!"

                                              I gdy tak sieci się lęka,

                                              W kloace tonie i już nie kwęka!

                                              Aż dotąd chodzą słuchy

                                              - Strzeż się niewinnej muchy!

                                              Lecz jest i inna mucha,

                                              I pająk się udobrucha                                                                                                                          

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

                                                      Ach wódka, wódeczka ty moja!

                                                      Z tobą piję ja do Tołstoja.

                                                      Z tobą i do Czechowa,

                                                      Choć rano boli mnie głowa!

 

                                                     Wiosną piję ja do bieriozki,

                                                     Latem do Matki Boski,

                                                     Jesienią do Jesienina,

                                                     A zimą mnie ponoć już ni ma!

 

                                                     I chociaż Stalin był ze stali,

                                                     Cały ten Związek rozebrali,

                                                     Ukradli i moją duszę,

                                                     I teraz tułać się muszę...

 

                                                     Po Paryżach, Nju Jorkach,

                                                     Aż w boku chwyta mnie kolka.

                                                     I mówię do Kolki: "Niewola

                                                     Już lepsza jak ta niedola!"

                               

                                                     Cóż, że mam pałac w Londynie!

                                                     I to przecież kiedyś minie,

                                                     Że mam telefon z rubinem

                                                     Mnie ciągnie na Ukrainę!                 

 

                                                     Tam miałem w wojsku dziewczynę,

                                                     Zesłali ją na Kołymę,

                                                     Żurawi już nie dogonię,

                                                     Ze wstydu cały się płonię.

 

                                                     Historia mnie doświadczyła,

                                                     Nie była dla mnie zbyt miła!

                                                     Pamiętam te krwawe ablucje

                                                     I wojnę i rewolucję...

 

                                                     Lachy, Jewreje, Kitajce,

                                                     Nie żyłem ja w pięknej bajce,

                                                     Kończy się moja piosenka,

                                                     Czy mam twoją krew na rękach?

 

wtorek, 13 marca 2012

          piekielny popiół...

          Ile jeszcze żółtych jak dynie czaszek kopnie twój but, ile świątyń zadrży w posadach i zawali się,  ile łez wypłacze twoja ukochana, zanim powrócisz z przegranej bitwy, ile smętnych nagrobków zetrze w pył kolejny obrót czasu?  Czy widzisz słowa wypisane na kamiennej tablicy w nieznanym języku żydowskich Majów lub hinduskich bogów?  Czy wiesz już, kiedy umrzesz?  Jaka będzie twoja śmierć?  Jakie słowa wypowiesz w chwili konania? Czy przypomnisz sobie wody płodowe, w których płynąłeś, kiedy twoja matka odpoczywała po całym dniu pracy?  Czy pamiętasz chwilę, w której po pijanemu spłodził cię twój ojciec Przypadek i twoją matkę Uległość?  Dokąd leci ten feniks?  Skąd powróciły żurawie?  Czy ten przyczajony tygrys skoczy ci zaraz do gardła?  A co będzie, kiedy jest ich wiele?  Dlaczego wysłałeś po pomoc żółwia?  Co robi ten wąż na twojej pościeli? 

         - A zatem, niczego jeszcze nie wiesz!

         - Wiem wszystko: kto, co, z kim, kiedy i za ile.  Za ile mogę sprzedać i kupić.  Co zyskam a co stracę.  Jak kogoś do czegoś zmusić.  Co komu odebrać.  Kto jest ważny.  Na kogo nie zwracać uwagi.  Kogo opluć.  Kogo udręczyć. Kogo zabić - 

         - Zaiste przeogromna jest twoja wiedza i możesz być z niej dumny -

         - Nie taka, jak twoja, frajerze!  Chcę i mogę ci udowodnić, że jesteś nikim -

         - Nie musisz mi tego dowodzić.  Sam o tym wiem i to bodajże moja największa radość.           

czwartek, 01 marca 2012

           Nie wszyscy ludzie dobrze znoszą samotność.  Pan Lacombe nie był zupełnie osamotniony.  Ktoś nawet troszczył się o niego - mógł czasami zjeść ciepły obiad a raz na pewien czas - niestety rzadko - odwiedzała go jego ukochana Flora.  Jednak ruina jego życia zdawała się absolutna.  Nie tak dawno miał pałac, ogrody, służących i przyjaciół a nawet swoją pustelnię w uroczym zakątku parku.  Czym było jednak teraz to wszystko?  Marzeniem sennym jak kwiat dmuchawca po przejściu gwałtownego wiatru.  Pan Lacombe tak kochał swoje ustronie, że uchodził za więcej niż dziwaka i całkowicie zaniedbał sprawy finansowe.  Letnimi wieczorami podglądał łabędzie, dzikie kaczki i żurawie oblegające parkową sadzawkę i czynił tysięczne obserwacje dotyczące nie tylko misterium Natury, ale i rzeczy ponad-naturalnych albo pisał swoje refleksje i maksymy dotyczące życia lub metafizyczne poematy.  Tymczasem długi jego rosły i kolejni przyjaciele a nawet muzycy z pałacowej orkiestry opuszczali go aż w końcu zjawił się milkliwy Pan Gold w towarzystwie komorników i zajął jego posiadłość.  Pan Lacombe zdołał zabrać tylko kilka mniej cennych książek ze swojej biblioteki i trochę podręcznych rzeczy potrzebnych do życia.  To prawda, że udało mu się przemycić w torbie okazały klejnot, jednak zapłacono mu za niego grosze, za które ledwie kupił trochę pomidorów i owoców.  Nikt bowiem nie darzy sympatią ludzi, którzy utracili wszystko.  Na szczęście Pan Lacombe, na podobieństwo chińskich nieśmiertelnych, od dawna już potrafił żywić się powietrzem i rosą a właścicielka pokoju, który wynajmował na razie nie domagała się zapłaty, licząc na to, że ktoś z bogatej rodziny przyjdzie mu z pomocą. Jednak Pan Lacombe nie czuł się w nowym miejscu dobrze.  Pokój był mały a przy tym wydawało mu się, że staruszka słyszy każdy jego krok, poruszenie ciała i oddech.  Skradał się więc po pokoju i od czasu do czasu wstrzymywał oddech. Zapewne czułby się lepiej pracując, jednak nie potrafił nic użytecznego robić a zdrowie jego z każdym dniem słabło.  Wszystko zmieniało się, kiedy zjawiała się Flora.  Starzejący się nieco Felix czuł wtedy prawdziwy przypływ szczęścia.  Niestety, Flora mieszkała ze swą matką i dziećmi w innym mieście, spotykali się w pośpiechu a kiedy wyjeżdżała nic nie mogło ukoić jego tęsknoty.

          Jedyną jego przyjaciółką była teraz kotka gospodyni.  Miała żółte oczy, czarne, ale od spodu białe futerko i malutkie sutki do karmienia kociąt. Pan Lacombe spędzał z nią całe wieczory w poczuciu wielkiej intymności.  Oczywiście wolał wieczorami włóczyć się po przedmieściach, jednak, kiedy wracał późno, musiał mocno stukać w drzwi domu swej gospodyni i prosić ją o ich otwarcie.  Robiła to budząc się ze snu i stękając, jednak przy okazji miała oko na Pana Lacombe.  Raz w tygodniu odwiedzał ją bowiem prefekt policji i pijąc wino wypytywał o zwyczaje Feliksa. A o to samo pytał też wikary, dziwiąc się, że tajemniczy gość nie odwiedza jego owczarni.

          Obaj dowiedzieli się na przykład, że Feliks często po południu chodzi nad rzekę Mleczną, przy której położona jest rzeźnia i depcząc majową  trawę i wdychając słodkie powietrze rozmarza się jakby był młodym chłopcem i miał nadzieję coś przeżyć...I podczas, gdy z rzeźni słychać kwik zarzynanych zwierząt Lacombe, jak go nazywali, wdaje się w rozmowy z piorącymi dziewczynami, które chichoczą na widok jego stroju i słysząc jego mowę, jakby przebrał się za tego, kim jest.  To jeszcze nie jest przestępstwo, uważał prefekt, jednak lepiej nie spuszczać go z oka. Zwłaszcza, że od czasu do czasu jakaś dziewczyna przepada jak kamień w wodę. Nie wyjaśnia się tego, bo ich rodzice są zwykle ubodzy.  Jednak arystokraci są zwykle nieźle pokręceni. Może nie libertyn, bo chyba jest na to zbyt mało inteligentny, ale kto wie, czy nie dopuszcza się po kryjomu jakiejś zbrodni lub nieprzyzwoitości.  Należałoby mu w końcu zajrzeć pod kołdrę.  Wikary w pełni podzielał ten punkt widzenia, ale obawiał się, że dziwne zachowanie Pana Lacombe, to być może tylko parawan dla utrzymywania kontaktu z angielskimi szpiegami i spiskowania przeciwko wierze.  

        Podobno widywano Lacomba w towarzystwie jakichś pijanych ulicznic a może nawet wystawał na rogach ulic, nie mając śmiałości aby do którejś podejść. Lacombe jak ognia bał się bowiem francy a jeszcze bardziej utraty swej niewinności.  Brakowało mu też gotówki...Widywano go wieczorami na morskiej plaży, po której wędrował w największym nawet jesiennym wietrze daleko za portową latarnią.  Być może tam - jak podejrzewał wikary - spotykał się ze szpiegami lub z samym protestanckim diabłem.  Kiedyś wrócił stamtąd cały zakrwawiony, jakby spotkał wilka, co nie uszło czujnej uwadze gospodyni, która jednak udała, że niczego nie widzi.  Rano przyniosła mu do pokoju balię z wodą i gąbkę, jednak Lacombe, który obnażył swe ciało od góry nie miał na sobie żadnych ran ani nawet skaleczeń.  Widać by to było wyraźnie przez dziurkę od klucza.  W mieści roiło się od donosicieli pragnących zdobyć jakiś zarobek a połowa inwalidów wojennych i ulicznych handlarek utrzymywała tajne kontakty z prefektem. "Za dużo sobie pozwala ten pedał, Psia Mać!" - irytował się prefekt - "Na księżyc niby patrzy i wzdycha".  A kiedy prefekt został aresztowany, sprawa podejrzanego przeszła na jego młodego następcę.

        Któregoś jesiennego wieczoru Pan Lacombe nie wrócił do domu.  Jego zwłoki znaleziono rano na plaży.  Z ciała jego wyrwano serce miażdżąc przy tym żebra.  Następca prefekta nie zdziwił się na ten widok, który potwierdzał jego podejrzenia, że Lacombe musiał być w coś uwikłany a może nawet był palaczem opium.  Dlaczego stracił cały majątek?  Dlaczego nie poszczuł Golda psami tylko pokornie zgodził się na swój upadek, utratę honoru i ruinę? Wśród notatek Lacomba znalazł zagadkową uwagę:  "Umilam sobie moją samotność, jednak moje eksperymenty z opuszczaniem ciała napotykają ostatnio na pewne przeszkody, jednak staram się, jak uczył niegdyś mądry Pitagoras, który jako jedyny ze śmiertelników słyszał harmonię sfer niebieskich "własnego serca nie zjadać". Cóż mi pomogą zmartwienia? Jestem przekonany, że w poprzednim żywocie byłem kimś innym, że potrafiłem unosić się w powietrzu jak ptak i zanurzać w toni na podobieństwo ryby a moja dusza do woli opuszczała ciało i swawoliła.  Cóż, kiedy teraz to się nie udaje!  Zbliża się już krwawa ofiara".  "Ktoś - zastanawiał się nowy prefekt - wyrwał Lacombowi serce i zapewne je pożarł zwyczajem Azteków czy Majów, bowiem nigdzie go nie odnaleziono.  Jaką tajemnicę lub moc kryło w sobie? Czy mogło wskrzeszać zmarłych lub magnetyzować spojrzenia kobiet?  Tak czy owak sprawę trzeba umorzyć albo powiesić jakiegoś przybłędę, który pod wpływem niewyszukanych tortur przyzna się do tej i innych zbrodni.  Jednak pozostaje jeszcze zwykła ciekawość!  Może ta stara ropucha coś wie?  Należałoby ją dla zasady wychłostać, ale to przebiegła wiedźma i z naukową wiedzą o dowodach i poszlakach nie ma nic wspólnego - jeszcze obleje mnie moczem albo obrzuci złym spojrzeniem..."

       Tymczasem sprawa nabrała rozgłosu i w mieście zaczęto o niej mówić z pewnym lękiem.  Co więcej, pewien szaleniec twierdził iż widział księcia po jego śmierci.  Lacombe, który wyglądał dość niechlujnie, siedział na jakimś murku i gryzł się swymi troskami, sporządzając przy tym jakieś notatki - może swój nowy testament?  O północy jednak odwinął z papieru swe serce, które następnie zjadł, pozostawiając jedynie jakieś strzępy.  Powiadano, że nocami przelatuje nad ulicami miasta i jak jastrząb porywa swe ofiary.  Ktoś nawet widział go na cmentarzu przy jakimś rozwalonym smętnym nagrobku w towarzystwie anioła, chociaż mogła to być również jakaś kobieta, która dopiero co powstała z mar - w oparach porannej mgły trudno to było bowiem rozsądzić. 

 

 

środa, 22 lutego 2012

           Autor już ją był napisał, ale ponieważ wydawała mu się bezwartościowym śmieciem, wyrzucił ją.  Nie miał doświadczenia w pisaniu powieści brukowej i to i owo przerysował...Na przykład scena z malowaniem paznokci. Seksowna pielęgniarka Tosia maluje sobie paznokcie zamiast ratować umierającego pacjenta.  "Doktor powiedział, że on się nadaje tylko na narządy" - mówi, kiedy jeden z odwiedzających próbuje interweniować.  Nezumi13 był osobiście świadkiem takiej sceny i już mu się wydaje, że w powieści będzie to wiarygodne.  To podstawowy grzech początkujących autorów, którym brakuje wyobraźni. 

         Tym razem jednak autor dołożył wszelkich starań, aby uciec przed pokusą prymitywnego realizmu.  Czy denata zabiła podczas libacji alkoholowej jego konkubina dowiemy się już wkrótce.  Nie będzie w tym jednak ani krzty prawdy.

                                                    

środa, 15 lutego 2012

            Siedzę więc teraz w Rijnsburgu i zastanawiam się, czy warto jeszcze mozolić się nad "Traktatem" i przypominam sobie owe zdarzenia z nieodległej przeszłości.  A że potrafię być przenikliwy, odkryłem przyczynę śmierci Pana Fantoma.  Zasztyletował  go zapewne jeden z wieśniaków, którego córkę odnaleziono w lesie.  Przedtem jednak Pan Fantome napadł na Księcia Watillon i utopił go w stawie. Od dawna już zamierzał być jedynym zarządcą jego majątku.  Sophie ukryła się na mokradłach porzucając swe dzieci w obawie iż Pan Watillon polecił zamordować po swej śmierci ją i jej dzieci.  Tylko rozdzielając się mogli uniknąć śmierci.  Ponieważ jednak nigdy nie pozwoliłbym jej uciec na mokradła  a także po to, żeby mnie chronić wysłała mnie z misją do Rijnsburga.  Zagadki kryminalne są zawsze bardzo proste.  Kiedy wrócę Sophie będzie już na pewno z powrotem w swym pałacu, pobierzemy się i będziemy żyli długo i szczęśliwie.  A ów traktat?  No cóż, dostanie się w ręce duchów.  Zapytasz jednak z kolei, co z motylem? Wyślę go powrotną pocztą do Kalkuty.  Podobno czarne motyle o niebieskich kropkach - tak przypominam sobie, miał na skrzydełkach niebieskie kropki - żyją tylko jeden dzień.  Jednak kiedy napiją się różanej rosy stają się nieśmiertelne. 

          Zamierzam być miłosiernym władcą. Grabarka będzie opiekować się grobowcem Pana Watillon a Couperin będzie grać dla panienek podczas mszy żałobnych. Przywilej szubienicy odsprzedam miastu a na jej miejscu usypię górę, z której dzieci zimą będą zjeżdżać na sankach.  W parkowej alejce umieszczę zaś niewielki postument Spinozy.        

          Muszę jednak najpierw otworzyć - ktoś ubrany na czarno dobija się do drzwi mojego pokoju.

         Jednak Pan Watillon okazał się niezmiernie łagodny i po uwolnieniu mnie i Sophie zaprosił nas na spacer po swoim ulubionym ogrodzie. Za nami kroczył w pewnej odległości Pan Fantome.  Podczas spaceru arystokrata roztaczał wizje zmian, jakich chciałby jeszcze dokonać w swej posiadłości. Chciałby przede wszystkim oczyścić i uruchomić starą fontannę na przeciwko pałacu, tę z delfinami na straży.  A przy głównej parkowej alei niech będą kamienne ławeczki dla mniej eksponowanych gości. Należałoby też wreszcie zakupić do biblioteki pewną ilość globusów i map a także umieścić tam kosze na śmieci zrobione ze słoniowych nóg. 

         - Jestem przekonany, że oboje mi w tym pomożecie. Jednak niepokoi mnie szaleństwo Pana Fantoma. Czy wiecie, że rozmawia z duchami w wielu językach i odgaduje symbole jak kabalista? Ale ostatnio widziano go też jak przy świetle księżyca zaglądał do jakiegoś grobu na wiejskim cmentarzu i wyciągnął z niego oderwaną kościotrupowi rękę. Grabarka przysięgała, że był w towarzystwie diabła lub kogoś do niego podobnego.  Kiedy wyszli przez cmentarną bramę, jeden z nich skręcił w lewo a drugi w prawo. Może nawet było ich czterech a nie dwóch? Organista Couperin widział tej nocy trzy galopujące diabły a za nimi szedł kulejąc Pan Fantome. W ręku trzymał czaszkę. 

         - Ach!  Couperin jest często wstawiony i zamiast grać na chwałę Bożą wygrywa jakieś weselne kuplety.  Nie wiem, czy można mu ufać - powiedziała smutno Sophie. 

         - Grabarka też nieźle pociąga - zauważyłem

         - Na torturach powiedzą wszystko - rzekł Pan Watillon i polecił natychmiast Panu Fatomowi poddać próbie prawdy organistę i grabarkę.  Organista po zanurzeniu w wodzie głową do dołu wyznał, iż "równie dobrze mógł to nie być Pan Fantome lecz jakiś obcy przybłęda. Tak, nawet na pewno nie był to Pan Fantome.  Teraz sobie przypominam - widziałem kiedyś tego człowieka na targu w Dijon. Zresztą Pan Fantome zawsze ukazuje się w czarnym stroju a ten był w białej pelerynie". Grabarka w chwili podtopienia wyznała iż widziała jedynie trzy diabły w czarnych kapeluszach a Pana Fantoma spotkała tego dnia w kościele, później zaś wypiła trochę wina i pomieszało jej się w głowie. 

        - Dobrze - powiedział Pan Watillon - Jednak za kłamstwo czeka was sprawiedliwa kara i skazał oboje na trzy dni pręgierza.  Pan Fantome pochwalił go za ten werdykt, mówiąc iż zawsze wierzył w jego rozumność i sprawiedliwość.  Ma jednak mocne dowody na to, że organista od dawna już utrzymuje kontakty z diabłem.  Po krótkiej naradzie postanowiono obciąć Panu Couperinowi obie dłonie i posypać świeże rany solą, pieprzem i siarką, aby już nigdy nie wygrywał w kościele swej kociej muzyki ku uciesze Lucyfera. 

        -  Daruj mu Panie - wstawiła się za nim Sophie - To jeszcze młodziak.  Nie ma nawet siedemnastu lat. A jego ręce przydadzą się przy winobraniu. 

        Widząc, że prośba Sophie tylko rozsierdzi Pana Watillon odezwałem się z przekorą:

        - Ja bym mu nie darował tego diabelstwa

        - Co ty tam wiesz, chłopcze. Uwolnić go! - wykrzyknął Pan Watillon. 

        - A panią grabarkę? - spytała Sophie

        - Ją powiesić - rzekł Pan Watillon - Niech nie myślą, że jestem zbyt miękki.

        Pochwycono więc grabarkę i zaprowadzono na szafot.  

        - A jak długo ma wisieć? - spytał kat.

        - Wystarczy trzy tygodnie, żeby nie blokowała niepotrzebnie szubienicy. Kto wie, kto będzie następny - powiedział Ojciec Fantome. 

        - Ależ Panie. Przed chwilą skazałeś ją tylko na trzy dni pręgierza - zawołała Sophie.

        - Słusznie - rzekł Pan Watillon - W takim razie powiesi się ją po trzech dniach. 

        - Ośmielam się zauważyć, książę - powiedziałem - iż w ten sposób nie wyjawi nam wszystkich tajemnic jakie poznała wykonując swój zawód.

        - Owszem - rzekł Pan Watillon - zatem najpierw trzeba ją trochę podręczyć narzędziami, żeby wyznała katu co trzeba. 

        - Przecież powie po dobrej woli -  prosiła Sophie

        Pan Watillon nie miał już głowy do tych jej lamentów i dał znak katu, aby założył babie stryczek na szyję.  Grabarka przeżegnała się, wypiła łyk gorzałki i z wybałuszonymi ze strachu oczami czekała na śmierć. W tym momencie przyprowadzono księciu jego ulubionego pstrego konia. Książę  dosiadł go i oddalając się zawołał - Uwolnić ją a w zamian powiesić tamtego!  Kiedy jednak Pan Watillon pogalopował przed siebie Sophie uchyliła jego rozkaz i uwolniła chłopaka.  - Należy się dziesięć talarów - dopominał się kat. 

        - Jak to! - oburzył się Pan Fantome - A gdzie usługa!  I skazał kata za krnąbrność na śmierć przez powieszenie. Przy czym osobiscie dopilnował wykonania wyroku - Twarde prawo, ale prawo! - powiedział. 

        Tymczasem Sophie i ja zagłębiliśmy się w długą rozmowę.

          

 

 

 

 

 

       

 

 

 

 

 

wtorek, 14 lutego 2012

           Następnego dnia po tym zdarzeniu Pan Watillon zaprosił mnie ponownie przed swe oblicze i powiedział z troską

           - Pragnę cię o coś zapytać młody przyjacielu? - zawsze mówił tak do mnie chociaż ukończyłem już 50 lat.   

           - Możesz zapytać mnie o wszystko - odrzekłem z pokorą.

           - Niepokoi mnie to, co powiadają o Panu Fantome. Jak ci mówiłem znika na całe noce w poszukiwaniu owych widm, o których pisze. Jednak w okolicy znikają też moje dziewki służebne.  Zaginęło ich już ponad dwa tuziny, co bardziej urodziwych. Znajdują je potem martwe w okolicznym lesie i na łąkach.  Chłopi zrobili nawet na niego zasadzkę, ale podobno się wymknął.  Nazywają go Diabłem. Podobno ubiera się na czarno, zupełnie tak jak nasz Ojciec Fantome.  

           - Ależ Ojciec Fantome jest twoim przyjacielem. Znasz go Panie od lat, pochodzi ze znakomitej rodziny i nie powierzyłbyś mu chyba stanowiska zarządcy, gdyby nie jego cnoty.

           - To prawda. Nie zrobiłbym tego, głupcze!  - uniósł się Pan Watillon - A ty, mój drogi młodzieńcze, noce spędzasz w swej chatce, prawda? Nie marzniesz tam aby?

          - Ach. Musze cię tam kiedyś zaprosić. Cóż za cudowne miejsce!  Skupienie i marzenie, to moja obecna dola...Jakże kruchy jest los ludzki.

          - Dobre miejsce do schadzek z samym diabłem - zawołał groźnie Pan Watillon - O której wracasz do domu?

          - To zależy - odpowiedziałem.

          -  Widzisz, dziecko, Sophie gdzieś ostatnio wychodzi nocami. Kazałem ją śledzić, ale dwóch z moich lokajów nie powróciło. Podobno w lesie koczują tam wilki.  Stamtąd się nie wraca. Przegryzły gardło wszystkim zaginionym dziewkom. Przedtem jednak...

          -  Podejrzewasz Panie, Ojca Fantoma? - zapytałem

          -  Albo Ciebie!

          - Jak to...mnie?

          - Czy Sophie zna twoją pustelnię?

          - Ach! Ty znów o tym. Nie, nigdy tam nie była, Panie.  Ale był tam Ojciec Fantome.  Wczoraj. Przyniósł mi liścik od Sophie. Proszę. Oto on!

          Pan Watiillon osłupiał z lekka i a następnie odczytał liścik:

          "Mój drogi Manolo!  Przesyłam ci tego oto czarnego motyla. Strzeż go jak źrenicy swego oka. Gdyby Ojciec Fantome tu się pojawił, to nigdy mnie nie widziałeś. Na znak mej niewinności pokaż ten list mojemu mężowi, Twoja Sophie".    

          Zawezwał swego sekretarza i polecił mu przeczytać go jeszcze raz głośno w obecności Pani Watillon. Ponieważ Sophie okazała skruchę Pan Watillon uwięził ją na trzy dni w lochu z myszami i szczurami.

         - To jej dobrze zrobi - powiedział - zatęskni za słońcem i za mężem - A my napijmy się jeszcze wina.

         Jeszcze tej nocy odwiedziłem Sophie w lochu i pozabijałem wszystkie myszy i szczury. Kiedy jednak stamtąd  wychodziłem przywitały mnie dwie mroczne postacie: Ojciec Fantom i Pan Watillon. Postanowili uwięzić i mnie, ale następnego dnia zazdrosny mąż pożałował swej decyzji, dzięki której spędziłem swą pierwszą noc z Sophie.  Niestety, jak do tej pory, także ostatnią!  Przykuci do ściany obok siebie rozmawialiśmy o zielonych łąkach, błękicie nieba, szemrzących strumieniach i o nocnej muzyce sfer a także o kochankach, których uwięził niegdyś jednooki Polifem.  Sophie raz po raz z tęsknota przyzywała imiona swoich dzieci, nie czyniąc między nimi żadnej różnicy.  Być może czekała nas śmierć...    

 

 

 

 

           I co było dalej? Zapewne to chcesz wiedzieć, drogi Czytelniku. Wytrwale pisałem a od Sophie nie przychodziły żadne wiadomości. Nie wiedziałem, czy żyje, czy umarła a może nie chce mnie znać?  Szczerze mówiąc nie wierzę w istnienie zjaw, widm i upiorów ani żadnych innych duchów. A o ile wiem Sophie też w nie nie wierzy. Dlaczego więc kazała mi dokończyć traktat tego dziwaka Fantoma, z którego wcześniej się śmiała? Może ma to jakiś związek z jego śmiercią? Albo ze śmiercią samego Pana Watillon? 

          Pan Watillon miał niespełna 85 lat kiedy opuścił ten świat.  Jego ciało znaleziono w stawie.  Zapewne szedł groblą rozmyślając o fatalnym stanie ksiąg rachunkowych i pośliznął się. Od pewnego czasu chodził już zgięty w pół i cierpiał na przypadłości wieku starczego, z wyjątkiem impotencji.  Widywałem się z nim grając na dworze w starożytną perską grę - szachy, chrupiąc przy tym kruche ciasteczka i popijając czerwone półsłodkie wino.  Pan Watillon utracił niedawno przywilej siadania na stołku w pobliżu króla i robił się coraz bardziej zgorzkniały. Rozczulał się tylko na widok dzieci.  Kiedyś w pewnej rozmowie przy okazji owej królewskiej gry Pan Watillon uśmiechnął się smutno i powiedział:

         -  Fantome, znasz go? jest ostatnio bardzo dziwny. Chodzi gdzieś po nocach a potem pisze swój traktat o duchach. Nie wiem, czego szuka, bo wszystko przecież zapisane jest w dawnych księgach, które mam w bibliotece.  

         - Nie wszystko, Panie, zapisane jest w księgach. Ciągle wydarza się coś nowego.  Trzeba czerpać z doświadczenia - powiedziałem.

         - Doświadczenie?  A cóż to właściwie jest takiego? Widziałeś pan kiedyś ducha?  No, może tylko Sophie czasami wygląda jak duch.

         - Czy wy się czasem nie spotykacie? - Pan Watillon przesunął wierzę  strasząc mojego króla. Zasłoniłem go jednak swoją wieżą. Zapewne coś już knuł.

         - Widziałem ją ostatnio tak dawno.  Wciąż jest zajęta dziećmi - odrzekłem cicho.

         - Uważaj pan bo będzie mat!  Dotknąłeś już pionka, ale daruję ci. Możesz ruszyć się inną figurą.  Jak można tak nieuważnie grać? Niektórzy mówią, że mój syn to wykapany ja a córki wdały się w nią.  Jedna jest nawet trochę podobna do ciebie...Też taka nieśmiała i jakby nie chodziła po ziemi, ale poruszała się w jakiejś mgle, za kimś czy za czymś tęskniła...Uczę ją grać na violi, ale jest trochę za malutka i czasami gubi smyczek. No więc, jaka jest twoja odpowiedź. Pion na c4 zaśmiał się Pan Watillon popijając wino. 

        - Dziękuję ci za twoją łaskawość i obronię wieżę skoczkiem. Co ty na to? - spytalem

        - Na to tylko czekałem. Przegrywający błąd!  Masz jeszcze co najwyżej trzy ruchy, młodziku. 

        - Poddaje się - powiedziałem ze smutkiem

        - Grałem kiedyś z samym królem - powiedział Pan Watillon i oczywiście przegrałem - Tak jak ty ze mną...Czy to nie podejrzane? - zaśmiał się nerwowo i wyciągnął spod krzesła swą szpadę - No dalej, walczymy! - wykrzyknął - I ani mi się waż przegrać!

        Chcąc nie chcąc wyciągnąłem swą szpadę, ale - przyznaję ze wstydem - nie potrafiłem się nią posłużyć.  Nie dla mnie takie sporty. Pan Watillon dał mi nieźle po łapach i wezwał Sophie, żeby zrobiła mi opatrunek w miejscach, w które mnie zranił. 

        - Uważaj tylko dziecko, bo młodzieniec jeszcze ducha wyzionie - zażartował dobrotliwie na widok Sophie.

        Za Sophie nadszedł Pan Fantome i rzekł:

        - Znalazłem w twojej szafie czarnego motyla, jakiego nigdy przedtem nie widziałem. Wygląda jakby opił się ciemnych winogron. Skąd go masz, przyjacielu? 

        - A...ten! To jakiś Holender przywiózł mi go z Kalkuty.  To takie miejsce w Indiach.  Raczej banalny.  Mogę ci go nawet podarować - rzekł łaskawie Pan Watillon

       - O nie!  Podaruj go lepiej Sophie.  Mnie interesuje tylko układ jego skrzydełek.  Poza tym, ośmielam się zauważyć przyjacielu, że on żyje.

       - Ach, prawda. Nie zdążyłem go jeszcze przyszpilić. Niech zatem żyje, jak ci się to podoba. Każę go odnaleźć i podaruję Sophie, zgodnie z twoim życzeniem.  Pożycz mi pan jednak skądś dukacików na opał. A teraz żegnam panów...  

       Pan Fantome uśmiechnął się zgryźliwie i poklepał mnie po ramieniu i obejmując pod ramię odprowadził do drzwi - Musisz już iść - Nie pozwolił mi nawet spojrzeć na Sophie. - Wiesz jak się nazywa ten motyl? Śmiertelnik...Tym razem nam się udało.        

 

 

 

             W domu natychmiast zasiadłem do pisania trzeciej części traktatu Pana Fantome.

                        "Część trzecia.  O ZMORACH

             1.  Zmory są to Duchy żeńskie, których pojawienie się jest zwiastunem nadchodzącej śmierci.  "Pewien duchowny z Prowansji jechał na osiołku do sanktuarium w Toledo a że utrudził się wielce, zasnął którejś nocy na piasku, oparty jedynie na własnym ramieniu.  Spał już dobre dwie godziny, gdy nagle na jego piersi usiadła zmora i poczęła go dusić.  A potem zjawiły się jeszcze dwie i oblały go swym moczem.  Ich twarze były blade jak pobielany grób. Opowieść swą potwierdził przed Inkwizytorem po lekkiej torturze rozżarzonych obcęgów.  Wyznał iż w owej chwili podczas snu oddając się grzesznym marzeniom zwątpił w obecność Boga a wówczas owe dziewczyny, to jest zmory, zaczęły go morzyć.  Chcąc ratować jego duszę inkwizytor polecił spalić go w ogniu poczynając od kończyn dolnych i górnych tak jednak, aby płomień tlił się możliwie jak najdłużej i aby mógł on przed śmiercią wykrzyczeć wszystkie swoje grzechy" (Kroniki miasta Toledo, 1666).  Tego, kto uratował się przed zmorą nazywa się bowiem Nieczystym i należy go niezwłocznie stracić"

           Tyle tylko zdążyłem napisać, gdy świeca w moim pokoju zgasła, ja sam zaś zacząłem głośno chrapać oparty o stół.  Nagle usłyszałem jak otwiera się okno i na róży w moim pokoju siada z trzepotem czarny motyl.  Zawsze miałem doskonały, nieomal koci słuch, dzięki któremu mogłem nawet słyszeć poruszanie się łapek chrząszcza...Przebudziłem się, zapaliłem światło i zobaczyłem czarnego motyla na kwiecie czerwonej róży.  "Ach - poczułem - to musi być jakiś znak od Sophie!"  Ale motyl zerwał się i wyleciał przez otwarte okno a wtedy róża...zgubiła wszystkie płatki.

           Rano zaniosłem je do malarza martwej natury Mistrza Huyghensa i opisując owego motyla poprosiłem go o namalowanie niewielkiego obrazka do przygotowanej złotej ramki.  Motyl był dokładnie taki sam jak ten, którego widziałem a róża była nawet jeszcze piękniejsza. W ten sposób, na ciemnym tle, uwieczniony został wieszczy znak przekazany mi przez Sophie.  

           Czułem, że nie uspokoję się dopóki nie zobaczę Filozofa przechadzającego się z otwartą księgą w dłoniach. I istotnie spotkałem go na naszej ulicy.  Pozdrowiłem go a on zapytał:

           - Czy motyl usiadł już na kwiecie róży?

           - Nie mogę tego niestety udowodnić, jednak poleciłem namalowanie niewielkiego obrazka.  Czy chciałbyś rzucić na niego okiem?

           Spinoza uśmiechnął się łagodnie i powiedział: - Kiedy dusza wyobraża sobie swą niemoc, to przez to samo smuci się- .  Tak łatwo rozpoznał co czuję, że zapytałem go: - Czy Sophie żyje?

           - Nic co żyje istnieć nie przestaje.  Bo tam gdzie istnieje wieczność, nie ma czasu.

           Ja jednak chciałem, żeby powiedział iż Sophie nie umarła.

           - W takim razie idź do rabina. On mówi co mu ślina na język przyniesie -

           Ja jednak mam pewną awersję do szkół rabinicznych. Stanąłem więc bezradnie po środku ulicy, nie wiedząc co począć. 

 

 

 

       

          

             

 
1 , 2