Kategorie: Wszystkie | "Dziewczyny, bądźcie dla nas dobre na wiosnę" | ...bez końca | 0 | 100O i jeden Rabinów | A Puszkina też zapuszkują? | A moze to tylko pomieszanie zmyslow | A nie lepiej być purystą? | Aaaaaaaaaaaaaa...aalfabeta | Ach, gdzież jest litość lub wspolczucia pozór? | Ach, gdzież jest litość lub współczucia pozór? | Adam Mic - Kiewicz | Adaś i Ewka | Aforystyka | Amerykański sen | Autopsychoterapia | Bez sensu to to! | Bez szaleństwa... | Bezmyślne okrucieństwo | Bezradność | Biedna Szymborska | Biedny Kapturek! | Bliźni miłości | Bliźniego miłość... | Blondyn | Blue Bossa | Bojaźń i drżenie | Bratnie dusze | Bruner, ty świnio! | Buddyzm w życiu codziennym | Bóg mi poskapił tej anielskiej miary... | Bóg mi poskąpił tej anielskiej miary... | Bójstwo samo | Caritas | Chiziofrenia | Choroba na śmierć | Chwila ułudy | Chwila wytchnienia | Chłodne upojenie | Cierpienia i radości | Cierpienie i radość | Cleen feed | Cnota niedoli | Co slina na język przyniosła | Co tam panie w polityce? | Co w niebie piszczy | Co ślina na język przyniosła? | Corrida | Coś dla duszy... | Coś tak wulgarnego | Cudotwórstwo | Czarna Perła Tao | Czarny tulipan skrzyżowany z czarna różą | Czarny tulipan skrzyżowany z czarną różą | Czary Mary | Czego nie przysięgał Hipokrates? | Człowiek nie jest rzeczą | Człowiek to brzmi dumnie, ale nie u mnie | Często chowa | Częstochowskie rymy | Deficyt aniołów | Delightful! | Demokratyczne wybory w Oczodołach | Diabłoterapia | Dla wszystkich i dla nikogo | Dnieje | Do samego siebie | Dodatek | Dowcipas dnia | Duma narodowa | Dusze drzew | Dyskretna mgiełka autoironii | Dzielność | Dziki kapitalizm | Dzisiejsza młodzież | Dzisiejsza młodzież nosi ładną odzież | Egzystencjalizm jest chumanizmem | Ekonomia zbawienia | Elegancja Francja | Elegijnie | English gentelman | English gentleman | Epicurus | Ewa tylko ziewa | Falochron | Female | Filozofia bez uczoności | Forever Loving Jah | Gadu, gadu | Gadu, gadu, trochę więcej jadu | Gal Anonim | Gaz dla pedałów | Gaz dla pedałów, młot dla sierpów | Gdy rozum śpi... | Gendarme | Genek, gienialny gieniusz | Geno Typ | Gorący uczynek | Grabarz | Grabarz nonsensu | Gry i zabawy literackie | Głupota przysłowiem narodów | Głębie i tajnie Podświadomego | HIstoria nauczycielką bicia | Herbatka zen | Homo economicus | Homo sapiens czy Homo politicus | Humor absurdalny | Humor nieco absurdalny | Humor, satyra, panie... | I rekiny w oceani mają zębów cały rząd | I rekiny w oceanie mają zębów cały rząd | Indie Wschodnie i Zachodnie | Industrial | Istnieje również wrodzony brak poczucia humoru | Ja tam bynajmniej nie wiem | Jak długo będę jeszcze żył? | Jak uprawiać agresywne dziennikarstwo? Poradnik dla początkujących | Jakże cżęsto powtarza się ta historia | Jakże trudno czasami coś sklecić! | Jan i Małgorzata | Jan z Czarnolasu | Jesienna muzyka | Jeszcze smutniej! | Jeździec Apokalipsy | Językologia | Kaczuszki mandarynki | Karawana idzie dalej | Katedra Adamowego Żebra | Kawa z Kafką | Każdemu według naszych chęci | Każdemu według potrzeb | Każdemu, o czym tylko zamarzy | Kiciuś Miciuś! | Kicuś Micuś! | Kiedy człowiek staje się bestią | Kiedy owce nie milczą | Kij w mrowisku | Kniaź Wiktor | Kochani ludożercy | Kolacja Pani Sowy | Kometa tylko głownia nie ta | Konkwista | Koryfeusz nauki, milośnik sztuki | Koty i inne zwierzęta | Koty, głupoty, palikoty | Kości rzucone są | Kość słoniowa | Kto pierwszy był człowiekiem, kto będzie nim ostatni | Kto pisze teraz historię? | Kuchnia szamańska | Kwiatki Św. Franciszka | Kwiatostan śmierci | Kwitnienie kultury | Kwitnąca wiśnia | La colombina i ciche ukojenie | Lekarzu - lecz się sam! | Lenin wiecznie żywy | Leśmianiada | Lichwiarstwo polskie | Liryki i prztyki | Logika dziejów | Londyńska mgła niepamięci | Londyńskie przygody | Los ofiary | Los puka do moich drzwi | Lotosowy wpis | Ludzie ludziom... | Lunatyzm | Lęk społeczny | Made in Japan | Maligna | Marność nad marnościami | Marność nad marnościami. Rekoleksje Wielkopiątkowe | Marzenia senne | Marzeniologia stosowana | Maszkary i senne dziwadła | Maszkary i senne widziadła odbite w lustrze | Mała czarna z Kafką | Medycyna naturalna | Meine Liebe Augustin! | Melancholia | Melancholia stosowana | Memorabilia | Meszreiw | Meteo | Mgiełka autoironii | Mglisty dzień. Mgła | Mikołak | Mistrz i Małgorzatka | Mistycyzm lunarny | Mistyka i miłość | Mitologia osobista | Mitologia świata | Miłość | Miłość bliźniego | Miłość nie zawsze szczęśliwa | Miś Uszatek | Moc rytuałów | Monada nie ma okien | Mowa potoczna | Mowa ptaków | Mowa serca | Moze ktoś zrozumie, co teraz czuję | Może ktoś się ucieszy? | Może ktoś zrozumie, co teraz czuję | Może to trochę zbyt uszczypliwe | Musicology | Muza lekkich obyczjów | Muzyka przywraca ład serca | Myszoterapia dr Nezumi | Myśli prostego człowieka | Mądrość Natury | Mądrość jak z gazety | Mądrość narodów | Młot na faryzeuszy i hipokrytów | Męstwo bycia | Mówił sen do snu | NIe ma na świecie dwóch takich samych liści, ni kropel deszczu | Na jawie (lecz to, co niejawne pozstaje) | Na stos rzuciliśmy szcześcia los | Na stos rzuciliśmy szczęścia los | Na szczytach hipokryzji | Na zdrowie! | Nad piekną rzeką | Najokrutniejsze zwierzę | Najsłodsza tajemnica | Narastająca senność | Nic dzisiaj ciekawego nie napisałem | Nicość | Nie am dwóch takich samych liści, ni kropel wody | Nie bój się - najwyżej cię rozstrzelają! | Nie czas żałować burz, gdy płoną oczy | Nie czas żąłować burz, gdy płoną oczy | Nie każde szczere złoto jest szczerozłote | Nie ma na świecie dwóch takich samych liści ani kropel wody | Nie ma na świecie dwóćh atkich samych liści lub kropel deszczu | Nie ma takiego smutnego, co by na wesołe nie wyszło | Nie ma zazdrości bez miłości | Nie oddamy nawet guzika | Nie tylko dzielenie włosa na czworo | Nie wiem, ja w ogóle nie myślę | Nie zabijaj! | Nie zabijajcie drzew! | Nie zawsze urocza dzecinada | Niebiańskie szczyty głupoty | Niech pani będzie dzielna! | Niech zapłaczą na moim pogrzebie | Nieco drapieżny wpis | Niekoniecznie ptasi móżdżek | Nienawiść bliźniego | Nieosobiście | Nieprzesłane przesłanie | Niestworzone rzeczy | Nieszkodliwe głupotki | Niewczesna melancholia melomana | Niewczesne rozważania | Niewielka profanacja | Niewielkie przekłamanie | Niskolotnie | No No! Teatr No | No comments! | No no! | Nowa poezja lingwistyczna | Nędzne kabareciarstwo | O Leonardo, po cóż się tak trudzisz? | O dzieleniu włosa na czworo, czyli metodzie scholastycznej | O dzieleniu włosa na czworo, czyli o metodzie scholastycznej | Obciachy | Obscenia i parafrenalia | Obsesja dobrego biustu | Ojej! | Oko w oko z zębem mądrości | Okropieństwa | Okruchy odgrzebane z lawy | Okruchy życia wygrzebane zlawy | Okruchy życia wygrzebane z lawy | Okrutna losu ironia | Orientuj się na orient | Owczarek | Owczarki afgańskie | Owocożerni | PL jak piekło | PO PiS | POeci wszystkich krajów dzielcie się | Pan Tadeusz | Panie pośle, po chrześcijańsku panu wybaczam | Pańska satyra polityczna jest niegramatyczna | Pendant do pewnego przypisu | Perlikowski | Pewna elastyczność zasad | Pewne jak w banku | Piorunujący piorun! | Po owocach poznacie ich! | Po upadku | Pobożne życzenia | Podpatrywanie Natury | Podroby i inne podróbki | Pokolenie Kainowe | Pokorne ciele | Pokorne cielę | Pokusa | Polak potrafi | Polak potrafi! | Politolog i Politowska | Politycznie niepoprawne! | Polonica | Polonika rycerskie | Polucje i ablucje | Pomarańcze i mandarynki | Pomarznąć dobra rzecz | Pomarznąć dobra rzecz! | Pomoc psychologiczna | Poranna kawka z Kafką | Porąbane marzenia | Potężne i głębokie warstwy pierwotnego mitu | Powieść brukowa | Powszechna życzliwość | Powtórka z cynizmu | Poznaj samego siebie | Prawda | Prawda jest jedna i piękna, ale złożona | Prawda popłaca | Prawdziwa metropolia | Prawi i sprawiedliwi | Prawiezmartwychpowstanie | Prawiezmarwtychpowstanie | Prognoza pogody | Pruski smutek | Przecież cię zjem! | Przedagonalny polski agon | Przegląd sportowy | Przeinaczenia | Przez pychę do pokory | Przeżyjesz to, a pote już tylko grób | Przeżyjesz to, a potem już tylko grób! | Przminęło z wiatrem | Prztyczek | Psiapowiednia Majów | Psubrat | Pustka | Pytanie dość retoryczne | Raczej to nie będzie hit | Radosne gonitwy śnieżnych tygrysów | Radość wędrowania | Rejterada Rejtana | Religie nauczą cie pokory | Res Sacra Pecunia | Romans z pop kulturą | Roots, Rock, Reggae | Rozkosze reinkarnacji | Rozmowa nie na telefon | Rozpacz | Rozpacz na wieki wieków | Rozpacz, która podpełza pod gardło | Ruch i świeże powietrze... | Rybołówstwo cudzołożnika | Rycerz pokalany | Samokrytyka | Samotność egzystencjalna | Sekrety pewnego domu handlowego | Seraphic Flames and Heavenly Love | Siedź na dupie i potakuj! | Somatyka | Somatyka logiczna | Spełniona przepowiednia | Spleśniały ser | Sponsorem tej opowieści jest wydawnictwo Błękitny Wieloryb | Sport to zdrowie | Spowiedź morskiego wilka | Stary Sącz i Nowy Sącz | Stary mafioso | Stołeczne stołki | Stratyfikacja społeczna | Suma sumarum | Sumienie rachunku | Sweet Music and Poetry | Sygnały podprogowe | Szalchetne zdrowie | Szczęśliwa pomyłka | Szekspir do żadnej nie należy epoki | Szkarady | Szlachetna gravitas | Szlachetne zdrowie | Słodycze grafomanii | Słówka | Słówko do słówka, a uzbiera się sówka | Tadeusz Bój Jeleński | Taia chińska podróbka | Takie będą rzeczpospolite jakie tego blogu chowanie | Takie tam, pierdoły | Talking Heads | Tania chińska podróbka | Tatiana | Teorie świata nauki | Terapeutyczie | Terapeutycznie | Thames | The Doors. Uchylone drzwi | The Lion cub | The fruit of beauty and despair | To na pewno nie Lec | To nie żadna filozofia | Tragiczne pożegnania | Transformacja duchowa | Trudna sztuka dialogu | Trudno czasmi coś sklecić | Trzylogia | Trója z polskiego | Twarda rzeczywistość | Ty mi tutaj nie filozuj | Tygrysologia stosowana | Tysiac i jeden ptaków | Tysiąc i jeden kotów | Tysiąc i jeden ptaków | Tysiąc różowych kroliczków | Tęsknica | Tęsknota duchowa | Ubekistan | Ucone księgi | Uczeni ludożercy | Uderzenia losu | Uduchowienie | Umrzeć z miłości | Upadek Pierwszego Człowieka | Uroczy wegetarianin | Uszczelnienie systemu podatkowego | Utrata uzębienia | W czym mogę panu pomóc? | Wciąz powtarza się ta sama historia | Wciąż powtarza się ta sama historia | Wdzieczna muzyka przywraca ład serca | Wesola grafomania z morałem | Wiecej broi dla szaleńców w Teksasie | Wieczne powroty | Wiedza radosna | Wielka wygrana | Wielomówstwo, czyli plaga opowiadania | Wierzba płacząca | Wiosny i jesienie | Witch | Więcej broni dla szaleńców w Teksasie | Wojna totalna | Wpis o kształcie piramidy | Wprowadzenie do kruczków prawnych | Wrzucam wszystko do kosza | Wrzątek | Wspomneinei pewnego wspomnienia | Wspomnienie pewnego wspomnienia | Wspomnienie pewnego wspomnienia | Współczesny filister | Wszystkie rybki | Wszystko na A | Wszystko na sprzedarz | Wszystko na sprzedaż | Wygrana | Węzłowato | Wólka Węglowa | Xin Lu, typowa brunetka o granatowych oczach | Z Nietzschego nic nie powstaje | Z księgi wulgaryzmów | Z rupieciarni myśli | Zaczarowany świat zen | Zanim mnie wrzucą do dołu | Zapowiedź Apokalipsy | Zaraz wracam! | Zasada domniemanej winy | Zaskroniec | Zastał Polskę drewnianą... | Zatrzaśnięte drzwi | Zbaw mie Buddo Amido | Zbaw mnie, Buddo Amido | Zdrowy egoizm | Zegar dziejów | Zestrzelenie księżyca | Zginął z rąk słabej kobiety | Zima się nas nie ima | Zjawiskowe | Znak jaskółki | Zrozumieć wartość tego, co nieużyteczne | Zuch zawsze ochoczy! | Zwierzęta pod postacią ludzi | Zwyciestwo konsumpcjonizmu | Ząb mądrości | ie zabijajcie drzew! | ieosobiście | kosmos | Łagodne prawo, ale prawo | Łagodność tygrysa | Śmiechotki, chichotki | Śmiertelna powaga | Śmierć | Światełko w mroku | Świętość, wziętość, nadętość | Życie jest tragiczne | Życie samo | Życzliwe spojrzenia na całość ogródka | Żyć, nie umierać
RSS
piątek, 31 października 2014

                                              "Jakże wspaniały jest stwórca!  W co cię teraz przekształci? Dokąd cię wyśle?

                                               Przerobi cię na szczurzą wątrobę?  Przerobi cię na kończynę robaka?"

                                               (Zhuangzi, cytat ten zamieszcza w swej książeczce Critchley)                     

 

        Simon Critchley, filozof z Nowego Jorku,  ma nieocenione, choć trochę szydercze, poczucie humoru.  Czytając "Księgę zmarłych filozofów", książkę poświęconą odejściu największych filozofów, pokładamy się od czasu do czasu ze śmiechu, choć temat jest raczej poważny.  Przyznaję, że chętnie jednak czasami uciszyłbym tego plotkarza i błazna Critchley' a, przed czym chroni go chyba tylko jego erudycja i to, że zdarza mu się także przez przypadek powiedzieć coś mądrego.  Dowcipną wzmiankę o sobie też tam zamieścił:  

                                                                        "Simon Critchley (1960-?)

                                                              Wyszedł, ścigany przez niedźwiedzia."   

        Jeremiasz Bentham, wybitny, angielski utylitarysta, prawnik i filozof, kazał się podobno po śmierci wypchać i wystawić na publiczny widok w University College London.  Nie wszyscy mieli jednak podobne zachcianki. Sporo miejsca poświęca autor Księżniczce Elżbiecie, której wuja Karola I ścięto w 1649 roku, sugerując, że mogła być, jeśli nie kochanką, to bliską przyjaciółką Kartezjusza, który z nią na temat filozofii korespondował.  Kartezjusz dowcipkował sobie podobno ze śmierci angielskiego monarchy, twierdząc, że przynajmniej nie zmarł w łóżku. Nie przewidział jednak tego, że spotka go wkrótce podobny los (też nie umarł w łóżku).  Kartezjusz, racjonalista i zawodowy żołnierz, miał podobno nader swobodny stosunek do kobiet i nie chciał obarczać się posiadaniem żony. 

        W rozdziale zatytułowanym "Elżbieta Czeska, księżniczka palatyńska (1618-1680)" filozof z Nowego Yorku pisze między innymi:

        "Elżbieta była najwyraźniej rozczarowana szyszynką Renego, a jej listy pokazują, jak nieustannie krytykuje racjonalizm Descartesa i jego mechanicystyczne ujęcie ciała - w sposób, który w znakomitej mierze stanowi prefigurację późniejszej krytyki. W pewnym momencie swego sporu z Descartesem, pisze z ironią o słabości swej płci i kończy: "Najwyraźniej mam niewłaściwe ciało."

         Niektórzy utrzymywali, że Descartes i Elżbieta kochali sie w sobie. Tak, czy inaczej, najwyraźniej była to bardzo silna przyjaźń. Elżbieta nigdy nie wyszła za mąż i w kilka lat po śmierci Descartesa wycofała się do klasztoru, gdzie została kanoniczką i przeoryszą w Herford w Westfalii, gdzie zmarła."       

         Fragment ten sporo mówi o stosunku Critchley' a  do faktów.  Wszystkie są zapewne prawdziwe lub przynajmniej historycznie potwierdzone, ale sztuka żartobliwej manipulacji polega na ich odpowiednim zestawieniu.  Czujemy, że jeśli Elżbieta kochała Renego, to mogła pójść do klasztoru w kilka miesięcy, a nie dopiero w kilka lat po jego śmierci na dworze Królowej Krystyny.  Poza tym życie zakonne najwyraźniej jej służyło. Przeżyła swego oskarżanego o ateizm przyjaciela o trzydzieści lat.  Nie znoszę Kartezjusza, choć to wielki filozof i niejako jeden z twórców współczesnej cywilizacji Zachodu, a zarazem mentor mojego ukochanego i boskiego Spinozy, więc miłe mi są takie teksty.  Zwłaszcza szyderstwo z szyszynki, która miała być, zdaniem filozofa, siedzibą duszy....Ale rozdział poświęcony Heraklitowi jest po prostu wredny, i niewątpliwie Critchley będzie się za niego smażył  w piekle, ponieważ jego nienawiść do tego mędrca obraża ludzki rozum i najszlachetniejsze uczucia.  Proponuję płonącą trumnę, w której Dante umieścił niegdyś Epikura, choć to za mało za podobną hucpę!   Wielkiego Schopenhauera też, choć w sposób nieco bardziej inteligentny ośmiesza, ale można mu to wybaczyć, skoro to samo czynił już z podobnych powodów Bertrand Russell.  Swój tekst o Schopenhauerze kończy jednak życzliwie:

         "...Śmierć nie oznacza całkowitego unicestwienia, tylko rozkład i odtworzenie indywidualnych istnień w nowych formach. To właśnie Schopenhauer - poniekąd powtarzając stoików i taoistów - nazywa paligenezą (reinkarnacją).  Przeto drobne cząstki Schopenhauera czy kogokolwiek innego (czy nawet nienawistnej szwaczki) mogą tlić się w naszym piórze, marynarce, czy płatkach śniadaniowych. Materialny pozór Schopenhauera uległ paligenezie po powtórnym zawale i infekcji płuc. 21 września 1860 roku filozofa znaleziono martwego siedzącego na krześle."  Jednym słowem, jak to dziś mówią, "niezłe jaja!"  Choć z jakichś zagadkowych powodów erudyta Critchley zapomniał zauważyć, że Schopenhauer był entuzjastą buddyzmu i filozofii indyjskiej, w której istnieje koncepcja reinkarnacji (w stoicyzmie je nie ma).

         Może jednak da się coś dla Nieszczęśnika zrobić, bo zyskał moją sympatię pisząc z sympatią o chińskich filozofach, z wyjątkiem jednego, którego i ja nie znoszę...i którego los okazał się marny (został uwięziony i otruty). Samotnik Henry David Thoreau (1817-1862) na pytanie, czy pojednał się z Bogiem, odpowiedział podobno, "Nie wiedziałem, że się z Nim pokłóciłem."  "Na jego nagrobku w Sleepy Hollow Cemetery w Concord w Massachusetts widnieje tylko jedno słowo "Henry." Thoreau przeziębił się licząc podczas deszczowej nocy słoje na drzewach. 

        O śmierci Emmanuela Levinasa (1905-1995) Critchley pisze z niebywałą złośliwością: "Ów żydowski filozof zmarł - jakaż niezamierzona ironia - w Wigilię Bożego Narodzenia 1995 roku...Przyczyną śmierci była prawdopodobnie choroba Alzheimera, aczkolwiek nie zostało to potwierdzone ze względu na długi i pożałowania godny zawzięty spór o prawa do majątku po filozofie, jaki toczy się między synem a córką Levinasa."  Najwyraźniej tak, według tego Amerykanina, kończą filozofowie, którym myśl o okrucieństwach Holocaustu zbytnio zawróciła w głowie, przez co nie mogli się twórczo rozwijać. 

        Z kolei Michel Foucault (1926-1984), to, według Critchley' a, po prostu lewicowy pedał ("gej"), który słusznie skończył na AIDS. Poza tym oczywiście ciężko pracował i wypisywał swe głupoty.   "Pod koniec życia Foucault lubił czytać Senekę i 25 czerwca umarł jak klasyczny filozof. Ambicją studiów Foucaulta nad późną przedchrześcijańską starożytnością było ukazanie, w jaki sposób życie może stać się dziełem sztuki. Ambicją niniejszej książki było pokazanie, że często największym dziełem filozofa jest jego śmierć." 

        Smutna historia miłości Abelarda i Heloizy, i groteskowy opis ostatnich lat życia i śmierci Sartre' a,  dopełniają miary tego niezwykle interesującego, choć niekiedy odpychającego utworu, który poza opisem wzniosłej śmierci Sokratesa, Seneki i innych wielkich filozofów (za prawdę nie opłaca się umierać, twierdzi Critchley, szydząc z Giordano Bruno), zawiera też, jak widać, sporą dawkę bezinteresownej zawiści wobec współczesnych filozofów, w porównaniu z którymi filozof Critchley, mimo swych literackich uzdolnień, jest po prostu Nikim.  Miłym, choć zarazem trochę dwuznacznym wyjątkiem (dwuznacznym, bo czujemy jednak, że autor przemyca tu drwinę) jest jego stosunek do Paula Ricoeura (1913-2005). "Wielki i subtelny hermeneuta zmarł spokojnie i bez żadnych incydentów - we śnie, w wieku dziewięćdziesięciu dwóch lat."

         Wypada zakończyć powyższe uwagi jakimś podniosłym akcentem, ale przez wrodzoną przekorę odwołam się do tekstu o Diogenesie, największym chyba obrońcy surowości cnoty w starożytności:

        "Diogenes...żył w beczce, latem tocząc ją po gorącym piasku. Uodpornił się na chłód obejmując w zimie zaśnieżone posągi. Twierdził, że burdel uczy tego, że nie ma różnicy między tym, za co się płaci, a tym, co otrzymujemy za darmo.  Masturbował się publicznie twierdząc, że szkoda, iż równie łatwo nie można zaspokoić głodu poprzez pocieranie żołądka.  Jadł surowe kalmary, żeby uniknąć kłopotu z gotowaniem.  Gdy sprzedawano go w niewolę, szydził z licytatora. A gdy Lizjasz, aptekarz, zapytał go, czy wierzy w  bogów rzekł: "Jakbym miał w nich nie wierzyć, kiedy o tobie wiem, że jesteś nienawistny bogom...Diogenes uważał wykłady Platona za stratę czasu. Przy jakiejś okazji Platon definiuje człowieka jako zwierzę dwunożne i pozbawione piór, czemu Diogenes gorąco przyklasnął. Oskubał kurczaka i wniósł go do sali wykładowej oświadczając: "Oto człowiek Platona...Diogenes miał podobno dziewięćdziesiąt lat, gdy umierał. Według jednej z relacji zmarł po zjedzeniu surowej ośmiornicy, według innej, popełnił samobójstwo wstrzymując oddech."

         Tu akurat Critchley nie jest ani trochę oryginalny i po prostu przepisuje fragmenty z innego Diogenesa, historyka filozofii Diogenesa Laertiosa, znanego z tego, że umieszczał w swym dziele mnóstwo fantastycznych informacji o rzekomych sporach i szaleństwach wielkich filozofów. Chętnie przytoczyłbym jednak również w całości historyjkę Critchley' a odnoszącą się do słów filozofa Johanna Wolfganga Goethego (1749-1832). Jest naprawdę cudowna i tłumaczy chyba ostatecznie moją słabość dla tego autora (Critchley' a). 

"Jakże dziwna i  straszna jest synteza życia i śmierci w porywistych wichrach i opadających liściach jesiennego dnia."

"Liście na drzewach odwrócone porywistym wiatrem w porze zmierzchu - obraz trwogi, bladego przerażenia."

"W ślad za wielorybem wznoszą się fale. Chciałbym się prześliznąć przez strumień cichego życia, jak pstrąg."            

                                                                               (S. T. Coleridge)      

         Mimo rozlicznych zajęć w ostatnich dniach sporo pisałem, nawet będąc poza domem, w przerwach w pracy i w drodze do miejsc, które odwiedzałem.   Są to przeważnie teksty pogodne, o delikatnym, być może prawie niezauważalnym poczuciu humoru, z reguły trochę autoironiczne.  Oprócz tego napisałem jeden tekst muzyczny, o moim ulubionym utworze Bacha...Ale z powodu tych właśnie zajęć i codziennej tułaczki nie mam siły ani cierpliwości ich nocami przepisywać.  Zrobiłem też zdjęcie, z którego jestem zadowolony, a które przedstawia okno pokoju mojej matki, jako malutki, oświetlony punkcik w ciemności.  Światło we wszystkich innych mieszkaniach jest już zgaszone, a ogromny, złoty kasztan zasłania dom tak, że widać tylko ten malutki punkcik.  Poza tym świat nie istnieje.  Czysta metafizyka.  Dopiero po jakimś czasie, oswajając się z tym mrokiem, można domyślić się, że ten punkcik to okno. Poza tym dom, którego nawet nie widać, widać bowiem tylko to okno na ostatnim piętrze, sprawia wrażenie wyludnionego. Dopóki to światło się pali wiem, że moja matka żyje, a moje dzieciństwo trwa.  Ale za kilka dni, tygodni lub miesięcy, może za kilka lat, światło może zgasnąć lub zgasnąć może jego fotograf. 

         Chyba nigdy nie miałem poczucia takiej bliskości śmierci, co wiąże się z pewnymi wydarzeniami ostatnich kilku miesięcy, a nawet dni.  Podczas mojego seminarium opowiadam studentom o Epikurze i jego zdroworozsądkowej wizji śmierci i cierpienia, która jednak zupełnie do mnie nie przemawia.  Jedyne, co w wizji tej jest mi bliskie, to przekonanie, że śmierć jest czymś naturalnym i jak pisał Wittgenstein "nie jest zdarzeniem w życiu", a to, co już zaistniało, w pewnym sensie nie może przestać istnieć.  Staram się zawsze intuicyjnie wczuwać w poglądy wielkich filozofów, nawet wtedy, kiedy nie są mi bliskie i tak, jak w przypadku argumentów Epikura, zamiast łagodzić egzystencjalny niepokój, powiększają go tylko.  Paradoksalnie, nie czuję ostatnio lęku przed nieistnieniem, który towarzyszył mi niemal przez całe życie, ani jakiegoś żalu, że wszystko się kończy.  Kiedyś trzeba oddać wszystkie zabawki i odejść z tej krainy dzieciństwa.  Jeśli czasami jest mi smutno, to z powodu tego, co w moim życiu zostało w dramatyczny sposób przerwane - jak miłość i kilka innych rzeczy, które decydowały o sensie mojego istnienia i dawały mi poczucie wiary w człowieka.  Nie chciałbym też pozostawić bliskich bez mojej serdecznej troski, uczuć i myśli.                                  

czwartek, 30 października 2014

       Po północy wszystkie zjawy i cienie zbiegły się w jedno miejsce, z którego nie było już innego wyjścia, jak tylko rzucić się w przepastny mrok snu, który piętrzył się jak wzburzone morze.  Ten nagły skok zakończył dzień żywota, który z powodu nadmiaru niepokoju i tęsknoty trwać już dłużej nie mógł.   Był jak zanurzenie w lodowej głębinie.  Wstrzymując na chwilę oddech, poczuł jej oddech.  "Ale czy ze śmiercią kiedykolwiek się spotkamy?  Wszak mędrcy poniektórzy twierdzą, że to niemożliwe - jest kresem naszego istnienia i czucia, jak więc mielibyśmy ją spotkać?  Sen zaś spotykamy każdej nocy" - myślał z bijącym mocno sercem.  Los bywa okrutny, ale sen jest  zwierciadłem duszy, koi ból i przynosi ulgę po cierpieniu. "Z a p a d a ć   w   s e n.  Czyż ta fraza nie wyraża dobrze rzeczywistego  z d a r z e n i a, jakie się rozgrywa w ciele?  Czy jest ona przesadą, gdy przy pierwszym zdrzemnięciu się zapadamy w przepaście - bo osuwają się pod nami wszystkie rzeczy?  Czyż nie istnieje choroba, która polega na braku takiego przełomowego odczucia - gdy ludzie wyobrażają sobie, że całą noc spędzili bez snu, a w rzeczywistości leżeli śniąc i z upragnieniem czekali na ów przełomowy moment?" - zastanawiał się kiedyś poeta Samuel Taylor Coleridge.  I po cóż się temu opierać?  Śpijmy więc!                

środa, 29 października 2014

         Słucham "Suit klawesynowych" Handla w wykonaniu Światosława Richtera i Andrieja Gawriłowa (nagranie na żywo z 1979 r, z wszelkimi wynikającymi z tego niedogodnościami).  Grają je czasami na fortepianie bardziej stylowo, ale nigdy tak pięknie.  Poza tym stylowe wykonanie suit klawesynowych na współczesnym fortepianie mamucie, to rzecz wymagająca pewnej wyobraźni, ponieważ trudno na nim pewne dźwięki odpowiednio wycieniować.  Geniusz Richtera jest niezaprzeczalny, a nagranie Gawriłowa ma sporo delikatności i finezji...Jeśli kto zajrzał tu wcześniej, to na pewno zauważył, jak od tego czasu zmienił się mój wpis, tracąc całą swą społeczną drapieżność. 

wtorek, 28 października 2014

         Kiedy ogromny czarny kot przegryzł grdykę Pokornemu Cieniowi, mnisi uderzyli w gongi, a ten, który był z nich najważniejszy, rzekł głosem umierającego Buddy: 

         - Wszystkie składniki bytu są przemijające i nietrwałe.  Pracujcie tedy pilnie na swe zbawienie.

         Po tych słowach urządzono pogrzeb Wielkiej Myszy, która nim ostatecznie zgasła, była tylko cieniem na ścianie, podczas gdy rzeczywista mysz zaszyła się w mysią dziurkę zdrowa i cała.   Pokorny Cień poniesiono na marach na miejsce wiecznego spoczynku. Wiatr wiał niemiłosiernie, gasząc drżące w ciemności płomyki lampek.  Na starym klonie nie było już ani jednego listka. 

        - Może utuszymy tego kocura?  Ma chyba całkiem niezłe sadło!  - rzekł potem Pan Tanaka - Zobaczcie, do wąsów przykleiło mu się ziarenko ryżu. 

        Nigdzie jednak nie mogli znaleźć kota. Wygląda na to, że rozwiał się we mgle.

          

poniedziałek, 27 października 2014

                                                                       "Jesienny ogród

                                                                        nic jeszcze nie przepadło

                                                                        pustka jest pełnią"

                                                                       (Nezumi,  Z "Zapisków Myszy Polnej")

 

       Mam prawie całą dostępną dyskografię nagrań Toru Takemitsu (1930-1996), kompozytora, który nawiązywał w brzmieniu swych kompozycji do tradycji klasycznej muzyki japońskiej (między innymi Gagaku) i do tego, co najbardziej subtelne i delikatne w muzyce europejskiej (Debussy, Messiaen). Nazywany "japońskim Debussy'm" Takemitsu stał się sławny już w 1959 roku, kiedy Strawiński nazwał jego "Requiem for Strings"(1957) arcydziełem.  Uwielbiam tę muzykę o wiele bardziej niż Messiaena. Ale, kiedy okazało się, że chciałbym jej posłuchać, wszystkie płyty gdzieś się pochowały i została tylko jedna, wydana przez ten okropny "budżetowy" "Naxos", ale mimo to wspaniała. Pewnie Mitsuko nakryła je swym puszystym czarnym ogonem. Słucham więc tej płyty i przypominam sobie postać mojego ulubionego współczesnego kompozytora.

        Flecista Robert Aitken zaprosił kiedyś Takemitsu do Kanady z zamiarem wykonywania jego muzyki, i zaprzyjaźnił się z nim.  Na tym CD, już po śmierci kompozytora, wykonuje kilka znanych utworów Takemitsu z zespołem "Toronto New Music Ensemble".  Do najpiękniejszych należą  "And Then I Knew ' Twas Wind" (1992) na flet, violę i harfę, "Toward the Sea" (1981) na flet altowy i gitarę, i "Rain Spell" na flet, klarnet, harfę, fortepian i wibrafon.   Są tu też utwory na flet solo i jeden, szczególnie interesujący, na trzy instrumenty perkusyjne, "Rain Tree". Równie piękna i podobna w klimacie jest płyta flecisty Patricka Galloisa i BBC Symphony Orchestra (Andrew Davis), nagrana na DG w 2000 r.  Istnieje kilka wspaniałych nagrań muzyki Takemitsu dla znanej szwedzkiej wytwórni "Bis" (dyrygent Tadaaki Otaka), a także dla wspomnianego już "Naxosa."  Jego muzykę nagrywał też wybitny, nieżyjący już dyrygent, Seji Ozawa - między innymi utwór November Steps (1967) na biwę, shakuhachi i orkiestrę (w 2014 r ukazała się reedycja tego nagrania dokonanego dla angielskiej wytwórni "Decca").   Ale chyba najbardziej udanym jak dotąd nagraniem jest CD Olivera Knussena  i orkiestry London Sinfonietta (DG, 1998), na którym usłyszeć możemy między innymi: "Quotation od Dream" (1991) na dwa fortepiany i "Dream/Window" (1985). Noriko Ogawa, pianistka znana ze znakomitych wykonań utworów fortepianowych Debussy' ego z taką samą delikatnością i finezją nagrała też utwory fortepianowe Takemitsu (również nagrodzone przez angielskie pismo "Gramophone"). 

        Muzyczne ogrody Takemitsu, które poznałem  z innych nagrań z jego muzyką orkiestrową, swą delikatną naturalnością przypominają te z japońskich świątyń Zen. "A Flock Descends Into the Pentagonal Garden" (1977), to jeden z jego najbardziej znanych utworów orkiestrowych. W "Zapiskach o zakładaniu ogrodów" (Sakutiki) czytamy, że "Istnieje wiele stylów ogrodowych. Na przykład styl oceanu, rozległej rzeki, górskiej rzeki, mokradeł i trzcinowy".  I dalej, że aby założyć np. ogród stylu oceanu "należy przede wszystkim odtworzyć styl surowych skał. Należy je ukształtować, ustawiając niewygładzone kamieni w strefie przybrzeżnej - tworzą one zrąb brzegu oraz sporo kamieni w wodzie i kilka pojedynczych. Wszystkie one powinny sprawiać wrażenie surowych, wystających ponad powierzchnię wody skał, zalewanych przez wzburzone fale. Ponadto tu i ówdzie powinny być widoczne piaszczyste mierzeje, łachy białego piasku, a także drzewa, np. sosny" (przekład J. Zakrzewska). Istnieją też oczywiście reguły tworzenia ogrodów muzycznej wyobraźni, ale zawsze mają one związek z żywym obrazem Natury i z chwilą, bo przecież inaczej wygląda ogród o zmierzchu, a inaczej w pełnym świetle dnia, inaczej na wiosnę, a inaczej późną jesienią, choć jego struktura nie zmienia się.

        Kompozytor pisał też wspaniałe piosenki do tekstów w różnych językach i muzykę filmową (napisał muzykę do 93 obrazów, między innymi do filmów Akiro Kurosawy).  Piosenki są nostalgiczne, często bardzo smutne i wpadają w ucho. Jedna z najpiękniejszych to "Sangatsu no uta" (In the Month of March) z tekstem japońskim, "Shinda otoko no nokoshita mono ha" (All that the Man left behid he died) z tekstem angielskim i"Warutsu" (Waltz) z tekstem niemieckim. Walc  "Warutsu" to temat filmowej wersji znanej powieści Abe Kobo "Face of Another" (Tanin no kao). Swą filmową piosenkę "Moeru Aki" (Glowing Autumn), Takemitsu wykorzystał jako temat pięknego utworu "In an Autumn Garden"(1973), dla którego inspiracją była dworska muzyka Gagaku.  Trudno się jednak dziwić, że jego piosenki wpadają w ucho,  skoro Takemitsu uwielbiał "Beatlesów" i jak wielu Japończyków interesował się zachodnią muzyką rozrywkową.   Jego przedwczesna śmierć w 1996 r głęboko mnie poruszyła.  Miał 66 lat, ale dla mnie mógłby żyć wiecznie.  Kontemplacyjna, niezwykle delikatna w brzmieniu, muzyka jego ożywia te rejony wyobraźni, które są w nas zwykle uśpione. W niektórych kompozycjach wykorzystywał, jak wiadomo, także klasyczne instrumentarium muzyki japońskiej.  Muzyka Takemitsu nigdy nie jest tylko abstrakcyjna, jest zawsze zmysłowo konkretna i piękna, i przenosi nas w przestrzeń z pogranicza jawy i snu. 

        Zawsze marzyłem, żeby ktoś jej ze mną posłuchał, ale Marzenka chciała zwykle odpocząć od poważnej muzyki i słuchaliśmy innej (jakiej, niech to pozostanie naszą tajemnicą).  Chociaż raz chyba udało mi się włączyć Toru i to z pozytywnym rezultatem - rozbudził w nas obojgu intensywne marzenia senne.  Klasyczna muzyka japońska jest melancholijna i czasami okrutnie surowa.  Zdarza się też, że ukazuje kosmiczną pustkę.  U Takemitsu jest jednak zawsze coś z rozmarzenia Debussy' ego.  Uważam, że jest trochę niedoceniany, w porównaniu np. z Lutosławskim, który w swym brzemieniu też inspirował się muzyką francuską i kilkoma innymi współczesnymi kompozytorami tej samej wielkości.  

        Wyrażające najwyższy podziw słowo "zajebisty" usłyszałem w życiu w bezpośredniej rozmowie tylko dwa razy.  Kiedyś jeden z moich przyjaciół, fotograf i malarz powiedział, że Gagaku "jest zajebiste" i że to chyba najpiękniejsza muzyka świata, a Gagaku to przecież, według określenia innej bliskiej mi osoby z wielu względów "ciężki temat", bo trudno o muzykę bardziej monotonną i równie przeraźliwie nierzeczywistą i smutną.  Inny mój przyjaciel, grafik, to samo powiedział o "Prawdziwej księdze Południowego Kwiatu" Zhuangzi.  Ze względu na te koneksje w świecie artystycznym, sięgające mej młodości, to samo pragnę powiedzieć teraz o muzyce Takemitsu.  Jest naprawdę zajebista ;)  To piękna, choć trudna, kontemplacyjna, często zachwycająca muzyka.

 


niedziela, 26 października 2014

                                    Tak mi się przynajmniej wydawało w wieczornej mgle...

       "Zapytano rabbiego Abrahama Jakuba: "Nasi mędrcy powiadają: "Nie ma takiej rzeczy, co nie miałaby swojego miejsca". Człowiek więc także ma swoje miejsce.  Dlaczego więc ludziom jest niekiedy tak ciasno? Rabbi odpowiedział: "Bo jeden chce zająć miejsce drugiego."

       (Abraham Jakub, w M. Buber "Opowieści Chasydów")

       Jakże to inna mądrość od tej, którą wyraża znany szmonces:

      "- Panie Żółtko, powiedz pan, ile to będzie osiemnaście plus cztery?

        - Prosta rzecz!  Dwadzieścia dwa -

        - Nie. 

        - Jak to nie? A ile? 

        - Dwadzieścia osiem. 

        - Dlaczego?

        - Trzeba przecież coś zarobić."

        Od nas samych zależy zwykle czego i od kogo się uczymy.  Zdaje się, że jednak Pan Eierweiss, to w naszych czasach bardziej wpływowy nauczyciel i że bez z niego nie zbudowalibyśmy kapitalizmu ;)


       

       Przed chwilą przez szparkę uchylonego okna balkonowego wleciał do mojego pokoju malutki ptaszek.  Najpierw usłyszałem, jakiś hałas, który obudził mnie ze snu.  A ponieważ położyłem się spać całkiem niedawno i trudno mi się było obudzić, nie byłem w stanie nawet zauważyć dokładnie, jak wygląda.  Przypominał sikorkę i fruwał bardzo delikatnie, jakby nie czuł się spłoszony.  Otworzyłem szeroko okno i w którymś momencie, którego jednak nie dostrzegłem, mój gość znikł.  Mitsuko stała w drzwiach balkonu. Pewnie odprowadzała go wzrokiem.  A ponieważ zdarzenie takie nastąpiło po raz pierwszy od 15 lat, przypisuję je, nie mogąc wyjaśnić jego przyczyny, ostatnim wpisom Krogulca14 :-) 

      Oczywiście naturalne przyczyny także istnieją, ale nie potrafię pojąć, jak ptak przedostał się przez tak wąską szparę.  Nie wiem też, co zdarzenie to w sensie symbolicznym znaczy.  Przez prawie całą noc myślałem o bliskiej mi osobie, więc oczywiście pomyślałem, że to jakaś wiadomość od Niej, albo, że we śnie lub przedtem coś ważnego przeoczyłem.  Podobno pojawienie się ptaków symbolizuje duszę,  rzeczy niematerialne i wolność, otwiera wyższą świadomość lub nieświadomość ("The Tao of Dreaming").  Na pewno istnieje też bardzo proste, biologiczne wyjaśnienie tego faktu.  Cieszę się, że ptak nie był czarny.   Fascynująca była delikatność i nieprawdopodobna precyzja, z jaką wirował w powietrzu i to, że nie sprawiał wrażenia, jakby był w jakiejś pułapce.  W "Słowniku symboli" Cirlota również sporo mówi się o ptakach.  Podobno "już dla Egipcjan każda istota skrzydlata była symbolem uduchowienia."  Autor mówi o symbolice nie tylko egipskiej, ale hinduskiej i babilońskiej. Pojawianie się ptaków wyraża ulatywanie duszy z ciała po śmierci, co symbolizuje hieroglif, wyposażający ptaka w głowę człowieka, ale także, kiedy towarzyszy mu śpiew, pragnienia miłosne. "Ptaki mogą być również przemienionymi kochankami".  Mój Skrzydlaty Gość wirował w ciszy i co ciekawe Mitsuko była tak zdumiona jego pojawieniem, że nawet nie zaskrzeczała.  Teraz pozostała już tylko cisza...    

       Filozof i tragik Seneka jest autorem wielu mądrych myśli.  Jedne z nich żyją, a inne przypominają zastygły spiż. Ta z pewnością jest żywa:

               "Każdy dzień przeżywać tak, jakby był ostatnim, nigdy w napięciu, nigdy obojętnie, bez przyjmowania pozy - oto

               doskonałość charakteru."

       Nie znaczy to, że mamy nieustannie myśleć o śmierci i zamartwiać się jej istnieniem.  Robimy jednak zwykle coś przeciwnego.  Żyjemy tak, jakbyśmy mieli być  nieśmiertelni i jakby życie miało nigdy nie mieć kresu, a jego zasoby były nieskończone.  A tymczasem życie w sposób nieunikniony przemija...Wpływ biologii na naszą psychikę jest zwykle taki, że przynajmniej w pewnym wieku nadzieja na biologiczne przetrwanie jest, jak pisał o tym Antoni Kępiński,  w nas tak żywa, że myśl o śmierci nie pojawia się w sposób natarczywy.  I dopiero w wieku dojrzałym człowiek zaczyna widzieć, jak stopniowo kurczy się pole dla tej naturalnej nadziei i że życie ma po części iluzoryczny charakter.  Seneka ma tu na myśli przede wszystkim spokój i dystans, ale też szczere zainteresowanie życiem, które decydują o tzw. mądrości życia.  Można jednak spytać: Czy przyjęcie dyrektywy "Przeżywaj każdy dzień tak, jakby był ostatnim" musi prowadzić do takiego zrównoważonego spokoju?   A może tym, co czujemy, jest też lub nawet przede wszystkim, miłość, bez której nasz spokój byłby pusty?  Tak, jak to przedstawił niegdyś Tołstoj w swym poruszającym opowiadaniu "Śmierci Iwana Iljicza".  Poczuć miłość w ostatnich chwilach życia, to przywrócić mu utracony sens i powrócić do życia zanim się z niego odejdzie...    Można się też zastanawiać nad tym, czy dyrektywa ta jest w ogóle wykonalna.  Czy uwikłani w codzienne życie zawsze możemy działać z wyższego poziomu świadomości.  Doświadczenie nie potwierdza bowiem tego, że jesteśmy istotami całkowicie racjonalnymi, a lęk przed śmiercią lub niedopuszczanie do świadomości jej istnienia, są często odruchowe lub instynktowne.  Z jednym z pewnością można się zgodzić - jeśli przeżywamy jakiś dzień jako ostatni, a nie paraliżuje nas przy tym lęk, to mamy poczucie, że jest on jakoś szczególnie ważny i chcemy przeżywać go w taki sposób, aby miał jakiś sens, "nigdy w napięciu, nigdy obojętnie."  Ale nawet, jeśli każdy dzień może być ostatni, nie ma dwóch takich samych dni i każdy niesie ze sobą coś nowego.  Sztuką życia jest jednak nie tylko otwartość i dostosowanie się do strumienia życia, umiejętność życia chwilą, ale także umiejętność zachowywania jego ciągłości, nie niszczenia tego, co było cenne w przeszłości i zachowywania naszej psychicznej tożsamości.   

   

 

 

 

 

 

 

 

 


           

sobota, 25 października 2014

            Tancerka była z niego zadowolona. Pod koniec tańca postawiła swą stópkę z czarnym bucikiem tuż przed jego nosem i Issa poczuł się tak, jakby tańcząc należała do niego.  Pożegnał się z nią czule. Na ulicy otworzył torebeczkę i popijając słodkim sokiem pogryzał orzeszki nerkowca. W tym radosnym stanie ducha natknął się na Nezumiego. 

- I czego mądrego dzisiaj się nauczyłeś? - spytał wesoło.

- Lepiej ty mi opowiedz coś o sobie i o Yoko - rzekł Neumi, który starał się trochę ukryć przed zimnym wiatrem -  Będziecie mieszkać razem?

- Rzeczywiście niewiele wiesz!  Yoko wyjechała - powiedział chłopak - Mam święty spokój! 

- A ta tancerka? - spytał Nezumi, żeby jakoś podtrzymać rozmowę.

            Issa uśmiechnął się:

- Mogłaby być moją matką.  Jest o sześć lat starsza. Ale uwielbiam, jak tańczy!...To czego się nauczyłeś?

- Że mamy czterech przyjaciół, którzy towarzyszą nam w życiu. Pierwszym z nich jest nasze ciało, drugim, to, co posiadamy - pieniądze, majątek i

status, trzecim - bliskie nam osoby, a czwartym - duch.  Czysty duch, to jedyne, co możemy zabrać, opuszczając ten świat. 

- Patrząc na ciebie myślę, że niektórzy mają tylko dwóch przyjaciół - zażartował Issa.  

- Ale za to jakich! - uśmiechnął się smutno Nezumi.

- Chciałbyś poznać moją tancerkę?  Kończyła szkołę baletową, ale wymiękła, kiedy powiedziano jej, że jest za mało zgrabna, żeby tańczyć.  Ciężko pracowała od dziecka, ale jej wygląd się zmienił i czegoś im tam brakowało.  Czasami decydują jakieś drobne deformacje.  Wyobrażasz sobie, jak musi się czuć taka osoba?  Taniec był jej życiem.  Jest bardzo zgrabna!   Ale dla mnie za stara.  Dobiega już trzydziestki i to w szybkim tempie.

- Lubisz o niej mówić - zauważył Nezumi. 

- Bo jestem w niej zakochany! - rzekł Issa.

- To pewnie jeszcze kiedyś was spotkam.  Lubisz zbierać liście?

Issa wybuchnął śmiechem:

- Nie specjalnie, ale widzę, że mój Mistrz lubi!   Nezumi, naprawdę chcesz już umrzeć?  Nazbierałeś już dostatecznie dużo kasztanów na ostatnią drogę? 

- Niedawno widziałem w parku sarenkę -  

- Ja ją codziennie widuję i nie tylko w parku.  Przychodzi do mnie do łóżka.  Nie możesz sobie jakoś załatwić przyjaciółki? ...Ach, prawda! Nie chciałem Cię zranić.  Na pewno bardzo tęsknisz...Czyli duch cię nie opuszcza?  Ale skąd wiesz, że tam ci będzie jeszcze potrzebny?  

- Tego nikt nie wie - rzekł Nezumi.  

- A co to jest ten duch?  Czy mógłbyś mi to jakoś objaśnić zanim dojdziemy do KFC? 

- To może być trudne! - uśmiechnął się Nezumi -  Masz ochotę na chrupiące skrzydełka?

W KFC, gdzie Mistrz odsłonił Issie swe metafizyczne tajemnice, było jak zwykle mnóstwo ludzi.  Przy drugim skrzydełku twarz Nezumiego zmieniła się, a w jego oczach pojawiły się łzy, nad którymi starał się dzielnie zapanować.  

- Cola, fanta, sprite? - zapytał Issa -  Jest fantastycznie, no to chyba fanta?  Wiem, co czujesz.  Miałeś skrzydełka, a pozostał ci tylko wiatr.  Oczywiście żartuję!   Ale, twoje skrzydła są potężne, jak skrzydła ogromnego ptaka, który beztrosko unosi się nad oceanem, pozostawiając w dole horyzont ludzkich spraw.

- Przestań, bo zaraz cię zdzielę!  Zapomniałeś, czym jest tęsknota?

- Tego nigdy nie zapomnę!  - powiedział chłopiec - Podobnie jak twoich cudownych nauk.

- Nie przesadzaj!  To wszystko jest tutaj - rzekł Nezumi i podał mu cieniutką książeczkę "Zachowaj zdrowie dzięki chińskiej mądrości."

Issa śmiał się z tego, jak z najlepszego dowcipu.

- Gdybyśmy się mieli już więcej nie spotkać, to pamiętaj, że cię kochałem - 

- Podobno łabędzie teraz już nie odlatują. Kiedyś odlatywały wszystkie -  powiedział Nezumi, który się o tym przed chwilą dowiedział - W drugiej połowie września odleciały żurawie. 

                              

                                                                              I pomimo, żeś jest diabeł

                                                                              i że diable sączysz słówka

                                                                              To już na nią ktoś tam czeka, 

                                                                              Mowa twoja bardzo krótka. 

                                                                              Facet dobrze jest ubrany

                                                                              - To wieczory niekochanych!"

                                                                                (Ireneusz Iredyński)

           Zmarzłem trochę i próbuję się ogrzać jakąś herbatą.   Nie mam już siły przepisywać dwóch opowiadanek, które wieczorem, będąc poza domem, napisałem, choć do napisania jednego z nich zainspirowały mnie buddyjskie komentarze Przedwiecznego.  Zwykle siedziałbym do późna w nocy i przepisywał, jednak, patrząc jak innym "samo rośnie", postanowiłem zadbać o zdrowie, nadwątlone trochę krótką wizytą w "Hard Rock Caffe."  Z miejsca tego lubię właściwie tylko nazwę, chociaż leciało parę "Doorsów" i "No Woman, No Cry"  Marley' a.  Atmosfera właściwa wypełnionemu brzęczącymi trutniami ulowi...Nie będąc osobą płci żeńskiej miałem tam naprawdę idealne warunki do pracy i przez nikogo nie niepokojony mogłem cieszyć się swoimi drobnymi obserwacjami.   Popełniłem jednak fatalny błąd!   Zamiast Absolutu, na który miałem ochotę, bo przedtem już nieźle zmarzłem, zamówiłem sobie Heineckena.  Heinecken jest, niestety, wyraźnie yin, wychładza, w przeciwieństwie do Absolutu, rozprasza umysł oraz wywołuje inne znane wszystkim objawy, powodujące konieczność opuszczania na chwilę miejsca, które zajmujemy.   Jedyna zaleta, istotna z punktu widzenia twórczości, to możliwość niemal dowolnego wydłużania czasu konsumpcji.  Wejście w Absolut zajmuje pewnie zwykle co najwyżej kilka minut.  Jednym słowem - ponure miejsce, smutne drinki i mnóstwo wesołych, rozbawionych ludzi.  Ale, co można robić w piątek wieczorem po całym dniu pracy, kiedy człowiekowi dokucza samotność, tęsknota i lęk przed istotami demonicznymi?

         ...Przed pójściem do pracy miałem nieoczekiwanego gościa.  Przyszedł dość wcześnie i wyrzucił mnie z łóżka twierdząc, że przykryłem się kocem, na którym w jego przekonaniu powinienem leżeć.  Powinienem zatem poszukać właściwego koca, który jest prawdopodobnie dokładnie pode mną, w wersalce.  Następnie zapytał, jak mogę spać na poduszce, której powłokę należy natychmiast wymienić.  Jeśli dobrze poszukam, to znajdę wypraną.  "Nie możesz spać w tym, w czym teraz jesteś!  Na pewno podczas choroby nie zmieniałeś koszulki. Musisz to natychmiast zdjąć!"  Trochę się broniłem, strzepując  z powiek resztki snu.   Tymczasem Gość zapytał mnie wyraźnie już zgorszony -"Dlaczego nie pijesz herbaty z normalnej filiżanki, tylko z jakiejś miski?"   Próbowałem wyjaśniać, że to moja ulubiona japońska filiżanka na herbatę, z której piję ją od lat. "Jak możesz zasłaniać sobie okno książkami?" - powiedziała Szlachetna Osoba - "Przecież nie widzisz słońca!"  "Dlaczego nie dbasz o siebie? Nie możesz sobie czegoś kupić do zjedzenia?"  Mitsuko też się trochę dostało.  Zaczepiła mojego gościa pazurkami i to w chwili, kiedy próbował jej nasypać do miseczki ciasteczka.  "Ja bym wyrzuciła na Twoim miejscu tego kota. Jest zupełnie niewychowany."  Próbowałem trochę zmienić temat, a tymczasem Mitsuko gdzieś się schowała.                

        

piątek, 24 października 2014

        Dane pochodzą z roku 1988.   Nie ma to jednak większego znaczenia, bowiem tym, co ukazują, jest rozpiętość przeciętnej długości życia w zależności od miejsca na Ziemi, a pod tym względem niewiele się podobno zmienia.  

        Przeciętna długość życia:

                                                  Islandia   77 lat             Mali          43 lata

                                                  Kanada    76 lat             Etiopia       41 lat

                                                  Holandia  76 lat             Afganistan 38 lat  

                                                  Norwegia 76 lat             Gambia      35 lat

       Autorzy znanej książki "The Puzzle of Ethics" (1996)  - Peter Vardy i Paul Grosch namawiają nas do tego, abyśmy się nad nimi zastanowili w kontekście praw człowieka.   A ja myślałem, że to tylko kwestia klimatu... 

 

      "Punktem kulminacyjnym każdej sztuki opowiadającej o samobójstwie z miłości jest michiyuki, podróż  kochanków na spotkanie z góry ustalonego  losu...To często poezja niezapomnianej piękności i wielkiego kunsztu...

                                         Narrator:   Żegnaj świecie i ty, nocy, żegnaj.

                                                           Do czego porównać wędrujących ku śmierci?

                                                           Do szronu przy drodze wiodącej na cmentarz,

                                                           Znikającego z każdym krokiem:

                                                           Jak smutny jest ten sen o śnie.

                                                          (...)

                                        Tokubei:    Ach, czy policzyłaś uderzenia dzwonu? Z  siedmiu uderzeń,

                                                          Które oznaczają świt, zabrzmiało sześć.

                                                          To, które pozostało będzie ostatnim echem,

                                                          jakie usłyszymy w tym życiu.

                                        Ohatsu:     Będzie echem błogości nirwany.

                                        Tokubei:   Udawajmy, że most Umeda

                                                         To most, który ptaki budują

                                                         Nad Drogą Mleczną, i przysięgnijmy,

                                                         Że wśród gwiazd będziemy mężem i żoną na wieki.

                                        Ohatsu:    Przyrzekam. Będę twoją żoną na zawsze.

                                        Narrator: Objęli się - wody rzeki

                                                        Na pewno wzbiorą od ich łez.

                                                        Na drugim brzegu, w pawilonie

                                                        Bawią się, jeszcze nie poszli spać,

                                                        Głośno rozmawiają w świetle lamp -

                                                        Na pewno rozprawiają, czy to dobrze, czy źle,

                                                        Że tego roku zabiło się tak wielu kochanków;

                                                        Ich serca się smucą, gdy słyszą te głosy."

                                                        (przekład, Magdalena Komorowska, w:

                                                        Paul Varley, "Kultura Japońska")

      ...Pisałem dzisiaj inny "japoński" tekst,  znacznie weselszy od tego, ale wśród wielu zajęć dnia zabrakło mi czasu, żeby go dokończyć.  Ten jest pożegnaniem z myślami, jakie towarzyszyły mi od pewnego czasu.  Czytając te krótkie fragmenty warto pamiętać o tym, że powstały na początku XVIII wieku i o pewnych niedoskonałościach tłumaczenia.  "Sonezaki shinju" (Samobójstwo kochanków w Sonezaki), to utwór, który Chikamatsu napisał w 1703 roku, opierając się na autentycznych wydarzeniach. Tekst, który chciałem dzisiaj umieścić opowiada o spotkaniu Nezumiego z chłopcem o imieniu Issa, zakochanym w pewnej tancerce.  Nie o tym jednak ze sobą rozmawiali...                 

czwartek, 23 października 2014

      "Przed śmiercią rabbi Zusja powiedział: "W przyszłym świecie nie zapytają mnie: "Dlaczego nie byłeś Mojżeszem?

       Zapytają mnie: "Dlaczego nie byłeś Zusją?"

                       (Buber, "Opowieści Chasydów") 

                      

      A może o nic w ogóle nas nie będą pytać?   A jednak czujemy, jak ważne jest to, aby być sobą.  I że nasze ambicje bycia kimś innym, niż jesteśmy, są pozbawione sensu.  Ile szczerej pokory jest  w tym wyznaniu.  A zarazem świadomość, że nasze życie jest jedyne i niepowtarzalne, choć niczym się z pozoru nie różni od życia innych ludzi.  

                        

                      

 

 


środa, 22 października 2014

       Niewiele mam dzisiaj do zrobienia.  Muszę po prostu przeleżeć pół dnia w łóżku, żeby móc pójść jutro do pracy. Zadanie może okazać się trudne, zwłaszcza, że muszę jeszcze zrobić zakupy.  Ale może chociaż dwie, trzy godziny?  Zwykle w takich sytuacjach słucham trochę muzyki.   Dzisiaj chciałbym posłuchać koncertów Couperina i Rameau.  Nie wszyscy może wiedzą, że istnieje aranżacja Pieces de Clavecin en Concert             pozostawiona pod tytułem Six Concerts de Monsieur Rameau  (1768).  Koncerty te, chociaż piękne, są jednak stosunkowo rzadko nagrywane (nagrywali je między innymi Christophe Rousset i Florence Malgoire).   Najpiękniejszy jest szósty koncert, który w Pieces...nie ma swego odpowiednika. Wśród jego pięciu części są tak niezapomniane utwory, jak La Poule, L'Egyptienne i  Les Sauvages.  Słowo niezapomniany w odniesieniu do tego koncertu może być trochę mylące.  Gdyby bowiem nie Camil Saint-Saens, który włączył go wraz z innymi koncertami tego cyklu do drugiego tomu wydania dzieł Rameau (w 1894 r), nie byłby prawie w ogóle znany. W koncertach tych na pierwszy plan obok smyczków wysuwają się dwa instrumenty, bez których trudno sobie wyobrazić orkiestrę Rameau - flet i fagot.  Nadają im one chwilami jesienną i melancholijną barwę. O magii takich cudownych miniaturek, jak La Livri albo La Cupis już tu kiedyś wspominałem.

      Druga część mojego koncertu obejmie sonaty Couperina w wykonaniu zespołu "Les Dominos" Florence Magloire.  Artystka jest znana, a do jej najważniejszych nagrań należą "Sonaty na skrzypce i klawesyn" Bacha.  Sonaty te też chciałbym sobie dzisiaj przypomnieć, ale w nagraniu sprzed kilku lat (dla wytwórni "Flora") Francoisa Fernandeza i Benjamina Alarda.  Jest tyle pięknych nagrań tych sonat Bacha, że właściwie nie wiadomo, którego słuchać, ale Fernandez, to doskonały "barokowy" skrzypek.  Prawdopodobnie zdążę posłuchać tylko moich dwóch ulubionych, o ile przedtem nie zasnę.  Nie dlatego, że muzyka jest "aż tak fascynująca", ale dlatego, że przykre objawy choroby - wyczerpanie i temperatura, jeszcze nie ustąpiły. Nie tylko konieczność brania aspiryny, ale przede wszystkim moja samotność i obniżony trudnościami życiowymi nastrój sprawiają, że słuchanie muzyki wydaje mi się w mojej sytuacji czymś nie w pełni rzeczywistym. Jednak barokowa muzyka instrumentalna stwarza czasami doskonałe złudzenie, że żyjemy w innym świecie.  Przenosi nas w opustoszały już dzisiaj świat pałaców i ogrodów, bez widoku przykrych ludzkich kreatur, które tracą indywidualne rysy swych charakterów i zmieniają się w jakieś spacerujące po ogrodzie w towarzystwie psów i dzieci, budzące sympatię ludziki - jeszcze jeden element pięknego krajobrazu. W świecie tym wszystko jest piękne, a tzw. afekty - smutek, radość, zdziwienie, lęk, miłość i nienawiść nigdy nie zmieniają się we właściwe romantycznym uniesieniom chorobliwe nastroje, ponieważ nawet w obrazie burzy, jaki czasami przywołują, najistotniejszy jest umiar. 

     ...Kapryśność utworów Schumanna drażni mnie i nie chciałbym, tak jak on, skończyć w jakimś Renie.  Żył potem co prawda jeszcze, ale już jako człowiek szalony, którego zamykano.  Zawsze jednak cieszy mnie dziecięca prostoduszność i fantazja Schuberta, wolna od tych chorobliwych, choć czasami pięknych, spazmów i fantazmatów.  Bo chociaż duszę jego udręczyła samotność i straszliwa choroba, zdołał w sobie ocalić ciekawość życia i radość istnienia.  

     

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


wtorek, 21 października 2014

           Tego dnia niebo zakryły chmury i rozszalała się burza śnieżna.  Ikeda czuł się od rana bardzo samotny. Śnieg przykrył ziemię białym całunem. Wiatr rzucał mu płatki śniegu w twarz, gdy nagle zobaczył, że przed sąsiednim domem stoi posłaniec.  W ręku trzymał parasol i list.  Scena ta była tak urocza, że w chwilę potem burza ucichła i zaświeciło słońce.  Ikeda wszedł do domu i niemal natychmiast przypomniał sobie, że gdzieś już czytał o podobnym zdarzeniu.  Na pewno w "Zapiskach spod wezgłowia".  Ale tam słońce nie zaświeciło!

          Przez cały dzień zajęty był porządkowaniem swych notatek i sprzątaniem, ale wieczorem postanowił wychynąć trochę z domu.  A kiedy to uczynił, idąc pustą i ciemną ulicą zobaczył nagle zjawę wirującą na wietrze.  Zatrzymała się przed czyimś domem.  Nie ulegało wątpliwości, że była to zjawa.  Nie miała nawet twarzy i oczu, i poruszała się według własnej osi.  Następnego dnia Ikeda dowiedział się, że popełniono okrutne morderstwo i że dziewczyna, która mieszkała w tym domu, nie żyje.  Nie dawało mu to spokoju.  "Jakie to smutne!  Była przecież taka młoda. Na pewno umierając zdążyła pomyśleć: "Chciałabym zobaczyć poranek."

          Minęło jeszcze kilka słonecznych dni i księżycowych nocy zanim Ikeda skojarzył ze sobą oba zdarzenia.  Pojawienie się zjawy było dla niego wiadomością, że w tym domu coś się wydarzyło, ale jaką wiadomość przyniósł do sąsiedniego domu posłaniec?  Ikeda zmartwił się trochę na myśl, że będzie musiał wyjaśnić tę zagadkę.  W ostatnim czasie nie interesowało go nic poza pełnią księżyca i notatkami, które sporządzał od lat nocami. Czuł w sercu pustkę, a przypominanie sobie zamierzchłych historii uspokajało go.  Ale teraz będzie musiał iść do domu sąsiada i delikatnie go wypytywać.  Właściwie nikt mu nie kazał tego robić.  Od dawna już przestał pełnić funkcję prefekta policji, jednak odkąd spotkał tę zjawę, drzemiący w nim instynkt rozbudził się.  

          Pan Ogawa ukłonił się i zaprosił go przyjaźnie do domu.  Usiedli naprzeciwko siebie popijając herbatę w milczeniu.  Czas zatrzymał się.  Ale po chwili Pan Ogawa, który wyglądał, jakby drzemał z otwartymi oczami, rzekł smutno:

          - Kobiety to istoty pełne sprzeczności!

          - Naprawdę? - spytał Prefekt. 

          Nie wiadomo dlaczego twarz Pana Ogawy wydała mu się pożółkła i trupia.  "Kiedy mówi, odsłania wszystkie zęby" - pomyślał i zrobiło mu się trochę zimno.

          - Coś się stało? - indagował, widząc, że Ogawa nie odpowiada.

          - Dziewczyna powiedziała, że zakłuło ją coś w piersi, wyszła i więcej nie wróciła - rzekł Pan Ogawa, wyłamując sobie palce prawej dłoni. Nie było to zbyt przyjemne.

          - Musiało ją nieźle zakłuć, skoro znaleziono ją ze sztyletem wbitym prosto w serce - przekomarzał się Ikeda.  

          - Jak to młodzi!  - uśmiechnął się Pan Ogawa i błysnął zębami. 

          Ikeda wyczekiwał prze chwilę na dogodny moment do ataku, pamiętając jednak o tym, że rozzłoszczona osa jest groźniejsza, niż przyczajony do skoku tygrys, który jeszcze się waha.           

          - Z pewnością Natsumi nie dożyje już późnego wieku, ale nie wiesz przypadkiem, kto się do tego przyczynił? - rzekł jak gdyby nigdy nic.

          Kiedy to mówił, czarny kot przewrócił miotłę, a potem lampkę i w pokoju zrobiło się ciemno.  Niewątpliwie w jakimś kącie musiała się poruszyć mysz.  Wiatr przewiewał przez ściany i nie było zbyt przytulnie.  Ogawa zapewne nie dosłyszał jego pytania.  W mroku widać było tylko żółte oczy czarnego drapieżcy.

          - Parę dni temu widziałem, jak posłaniec przyniósł ci wiadomość.  Musiała być radosna!  Zrobiło mi się ciepło na jego widok  -  zauważył Ikeda.

          Ale zamiast odpowiedzieć na tę pełną życzliwości uwagę, Pan Ogawa wstał, skłonił się i stanowczym gestem usiłował wyprosić Prefekta ze swego domu. Ten jednak niczego nie w ciemności nie widział. 

          - Zatem wiadomość była smutna?  - kontynuował. 

          Tymczasem jego rozmówca po prostu znikł.  Ikeda szukał go po całym mieszkaniu i w ogrodzie, ale nigdzie go nie było. Jakby zapadł się pod ziemię.  I dopiero późno w nocy przyśnił mu się Ogawa.  Stał przed jego łóżkiem i rzekł, jakby tłumacząc się z czegoś:

          - Wbiłem ostrze za płytko!

          Rankiem Prefekt rozważył rzecz starannie i doszedł do wniosku, że w sensie formalno-prawnym sen nie jest jednak dla cesarskiego urzędnika wystarczającym dowodem.  Co jednak zrobić, kiedy Ogawa po prostu zniknął?  Postanowił więc zgłosić zdarzenie i sporządził odpowiednią notatkę informującą o tym, że stary samuraj przyznał się do winy.  Ciało dziewczyny przecież nie znikło, a Ogawa był ostatnią osobą, która ją widziała.

          - Chyba to ci się przyśniło? - rzekł  trochę jowialnie inspektor Tanaka -  Nie wziąłeś pod uwagę faktu, że Pan Ogawa nie żyje już od co najmniej dziesięciu dni.  Jak więc mógł otrzymać szczęśliwą wiadomość, która tak poprawiła ci nastrój? 

          - W takim stanie tym bardziej mógł ją zamordować - zauważył Ikeda - Niektóre demony bywają krwiożercze bardziej niż ludzie. 

          - Dam ci trzy sztabki złota, jeśli to wykażesz, ale nie zapominaj, że demony zawsze mają czyste ręce.  W jaki sposób chcesz wyjaśnić tę zagadkę? 

          - Po prostu zapytam ofiarę!  - rzekł Ikeda drapiąc się po głowie.

          - Może ci coś powie - zaśmiał się Tanaka i pociągnął łyk sake - Powodzenia! 

          Dzień był mroźny, a w dodatku rozszalała się burza śnieżna.  A ponieważ w domu było jakoś szczególnie ciemno, jakby ktoś przewrócił lampkę, Ikeda wyszedł, żeby postać trochę na powietrzu.  Ogarnęły go ponure myśli.  Od odejścia dziewczyny nie mógł na niczym skupić uwagi i był bardzo smutny.  I dopiero widok posłańca pod domem sąsiada rozpogodził jego twarz.  Posłaniec próbował utrzymać w ręku parasol i o mało nie upuścił listu.  "A więc wszystko zaczyna się od nowa" - pomyślał Ikeda.  "Ona już do mnie nie wróci!" - mamrotał.  Wszedł do ciemnego pokoju i wbił sobie sztylet głęboko w serce.    

poniedziałek, 20 października 2014

                                          Chciałbym napisać coś bardzo wesołego, delikatnego i poważnego...

niedziela, 19 października 2014

                         "Bo drzewo ma nadzieję: jeżeli je zetną odrodzi się znowu i jego młode pędy rosnąć nie przestaną.

                           Choć się zestarzeje korzeń jego w ziemi i pień jego obumrze w prochu,

                           Na zapach wody wykiełkuje i puści gałązki jak sadzonka.

                           Ale człowiek słabnie i umiera, a kiedy skona człowiek, gdzie jest?

                           Uchodzą wody z jeziora, strumień opada i wysycha.

                           A człowiek kładzie się i nie wstanie więcej, i póki trwają niebiosa, nie ocknie się ani będzie obudzony

                           ze snu swego."

                           (Księga Hioba,  14,7-12, przekład Czesław Miłosz)

 

         Istnieją w Księdze Hioba fragmenty piękniejsze, bardziej sugestywne lub pełne przejmującego bólu.  Ten, przeciwstawiający moc odradzania się przyrody skończoności ludzkiej egzystencji, wyraża skrajne zwątpienie, które było przejawem budzenia się w człowieku dotąd plemiennym, indywidualizmu.  Religioznawcy wiele napisali na temat symboliki drzewa i jej znaczenia dla rozumienia ludzkiego życia.  Ja, patrząc na niektóre jesienne, bezlistne drzewa, myślę o tym, że, choć może bez ich długotrwałego, chociaż przecież też nie wiecznego, zwycięstwa nad śmiercią, rozwijamy się stale, zmieniamy i psychicznie odradzamy tak długo, jak długo istnieje nasze życie. A miłość istnienia, jaką w sobie odnajdujemy, jest nieustannym procesem regeneracji naszej psychicznej wrażliwości.  To dzięki temu procesowi wewnętrznej psychicznej przemiany, z martwego z pozoru pnia naszej duszy wyrastają zielone gałązki i listki -  mądre myśli, głębokie uczucia, przemyślane czyny.  Świadomość zasadniczej krótkości i kruchości naszego życia, jeśli ich istnieniu nie zaprzeczamy, może nas skłaniać do tego, aby rozwinąć w nas to, co w nas najcenniejsze. Nie ma na świecie dwóch takich samych ludzi, liści czy kropel wody, ale wszyscy jesteśmy cząstką całości istnienia i wzrastając, wzbogacamy je o własne, niepowtarzalne doświadczenie życia. Trzy rzeczy, może bardziej niż inne, przyczyniają się do tego, że budzimy się z uczucia psychicznej martwoty lub odrętwienia - otwartość, kontemplacja świata i życia, miłość do bliskich i poczucie wspólnoty z innymi ludźmi.  Reszta, to już tylko dobra wola i właściwe działanie, a więc to, co należy do sfery praktycznego życia. 

        Przeciwieństwem psychicznego rozwoju jest psychiczne obumarcie, zobojętnienie, zrezygnowanie lub poddanie się woli kogoś silniejszego i zdanie się na jego rzekomy autorytet, i rozsądek życiowy, a także akceptacja brutalnego porządku świata.  Najczęściej nie staramy się już nawet żyć własnym życiem, ale żyjemy tak, jak tego oczekują od nas inni, choć nasze istnienie jest z istoty swej jedyne i niepowtarzalne.  Nie prowadzimy ze sobą żadnej rozmowy, nie czujemy niepokoju na widok rzeczy, które niepokój budzić w człowieku powinny.  Tłumimy ludzkie uczucia do najbliższych, lekceważymy przyjaźń, a współczucie zastępujemy mechanicznym konformizmem.  Przestaje być dla nas ważne to, co sami czujemy i myślimy, a istotne staje się to, żeby ktoś dawał nam poczucie bezpieczeństwa lub nadzieję na zmianę naszego życia na lepsze.  Nasz przymilny uśmiech i optymizm skierowany jest do tego silniejszego lub bardziej zaradnego. Staramy się myśleć i czuć tak, jak on.  A tymi, którzy cierpią z powodu przeciwności losu, nieświadomie gardzimy i traktujemy tak, jakby sami byli winni swemu brakowi przystosowania do tego, do czego żaden człowiek przystosować się nie powinien - do struktury społecznego zniewolenia.  

       Żyjemy z dnia na dzień pochłonięci przez materialne troski, zniewoleni przez polityczny i ekonomiczny system, myśląc jedynie o tym, jak poprawić własną sytuację życiową lub zarobić pieniądze, ale nie o tym, że moglibyśmy bardziej kochać swoich bliskich, albo, że mamy jakieś zainteresowania i życiowe pasje lub, że poza tym społecznym światem istnieje nieskończony ogrom Natury.  Nie przyznajemy sobie czasami nawet prawa do chwili odpoczynku i wytchnienia.  Od czasu do czasu na horyzoncie historii lub naszego życia pojawia się jakiś uśmiechnięty pan w krótkich spodenkach, z obłędnym wzrokiem i wąsikiem, albo inny pan (mniejsza o wygląd) i przekonuje nas, że nie wszyscy mają takie same prawo do istnienia. A wtedy czujemy, że jesteśmy wolni tylko w masie lub kiedy podłączamy się do jakiegoś zewnętrznego źródła mocy.  I czy ten pan sprzedaje gumę od damskich majtek, czy zajmuje się polityką, nie wierzymy już nikomu innemu.  

       Kto zasklepia się w sobie i myśli, że wie wszystko najlepiej, kto niczego się nie uczy i ślepo ufa autorytetom, kto nie widzi w swym życiu błędów i nie stara się ich naprawić, nawet, jeśli krzywdzą inne osoby, a obwinia o wszystko wyłącznie innych, kto odcina się od własnej wrażliwości, kto zrywa kontakt z bliskimi (czy to są ludzkie osoby, czy zwierzęta), ten żyjąc w sposób bezrefleksyjny, nigdy nie doświadczy pełni życia i cudu istnienia, a jego wolność będzie jeszcze jednym złudzeniem.  Wątpliwe jest też, aby taki człowiek żył godziwie, nie krzywdząc nieświadomie innych. 

     Otworzyłem okno.  Chłodne, jesienne powietrze wpadło do mojego pokoju.  Poczułem jego zapach i usłyszałem szum drzew. Uwolniłem się od nadmiaru jednostronnych i niepokojących myśli, i utonąłem w ciszy.  W samotności i ciszy odsłania się przed nami prawda istnienia, której nie wyraża żadne słowo.

 


        Był początek lata i nikt nie mógł oczekiwać, że dla kogoś będzie to również koniec życia.  Przed dłuższym rozstaniem jednak nawet najbliżsi czasami trochę żartują i przekomarzają się, żeby rozładować pewne napięcie.  Bo kiedy spotkają się następnym razem, jeśli się spotkają, to być może nie będą już tymi samymi osobami.  Zegar słoneczny pokazywał dwunastą!   Niebo było bezchmurne, pogoda piękna.  Pawie stroszyły swe pióra przed szarymi samiczkami.  Twarze ludzi były roześmiane i szczęśliwe.  Zwykłe pożegnanie, jakich wiele przy pałacowych rezydencjach. Może tylko pora zbyt późna, jak na taką podróż, bo spano zbyt długo. Niewątpliwie coś musiało jednak autora w nim zainteresować. Może skradanie się śmierci?  Bo jak powiada poeta pewien:  "Blisko jest czasem ona, gdy daleką się wydaje."

- Ależ tak, oczywiście, Panie, wszystko jest już gotowe - rzekła Sara - Za chwilę wyjeżdżamy, a ty, kochany mężusiu,nie obmacuj w kuchni tych panien, bo i tak się o wszystkim dowiem.

- Podróż do Bath, Droga Małżonko, nie powinna być dla Ciebie pretekstem do upajania się klimatem przewrotnej wolności. Jedziesz tam, bo skończyłaś już 29 lat i musisz podratować zdrowie nadwątlone przez poważny wiek i lekkomyślny tryb życia.  Wysyłaj do mnie codziennie listy z informacją o tym, jak spędzasz czas.  Ich wiarygodność potwierdzi z pewnością towarzysząca Ci Lady Agata, która również ze mną będzie codziennie z radością obszernie korespondować.  Wprawdzie ze względu na swój wiek nie możesz liczyć na zbyt wielu adoratorów, znam kilku, którzy nie przepuszczą żadnej.  Zgadzamy się, Agato?

- Już ja sprawię, że wino i morze nie uderzą jej zbyt mocno do głowy - zapewniła Lady Agata.  

- Reszty dowiem się od Jamesa, który będzie śledził wszystkie wasze poczynania - rzekł Lord. - Jak się czujesz James? -

- Doskonale, Panie! Z pewnością stworzymy razem jedną szajkę głowonogów, aby ukryć prze Tobą to i owo!

- Szekspir? Nie radzę! - rzekł Lord -  Ale doceniam Twoje poczucie humoru.  Tylko jeden list w ciągu dnia, James! Powinieneś mieć dość dużo czasu na miłosne podboje!  

- Już ja się wszystkiego dowiem!   Niech no tylko, która z panien coś piśnie, a nie ujrzysz mnie już więcej w miłosnej alkowie, ty podły zdrajco!   Myślisz, że nie wiem, kto do Ciebie przyjeżdża? - zasyczała Sara.

- Cecylia przyjeżdża do mnie zawsze, kiedy ty wyjeżdżasz.  Mogę jej wtedy poświęcić dostatecznie wiele czasu -

- Ona nawet nóg nie potrafi dobrze rozłożyć.  Łaskotałam ją kiedyś w stopy i nic nie czuła.  Przyjemnie jej było dopiero jak ją biłam pokrzywą po pośladkach i szczypałam jak gąsior.  Marna z niej aktorka. Nawet do sceny "Dwóch Nimf przy szemrzącym strumieniu" by się nie nadawała.  

- Nie myślisz chyba, że traciłbym z nią czas na podobne głupoty, albo na przejażdżki po lesie.  Usiądziemy do klawikordu i będziemy grać na cztery ręce bez opamiętania...Pięknie, co?  A potem razem będziemy polować na białe kruki w mojej bibliotece!  

- Prędzej znajdziecie tam szczury!  Słyszałam, że podobno niezła z niej flecistka!  Zna cały repertuar.  Musiała się długo uczyć. Fiu, fiu! 

- Nie dłużej niż słowik swego trelu!   Jesteś beznadziejnie głupia, Saro!   I jak zawsze w głowie ci tylko to, co pojąć jesteś w stanie.  Więc powiem ci wprost. Tego lata Lord Jenkins nie przyjeżdża do Bath.  Rydera też nie będzie. Obawiam się, że czeka cię nuda!   Ale może wody ci chociaż na zdrowie pomogą?

- Nie przy służbie, Panie!  Pókim jeszcze dobra!  I wiedz, że ja też wszystkiego się dowiem!

   Po owej miłej konwersacji w obecności służby małżonkowie uścisnęli się czule, a Sara ugryzła nawet Lorda w język i w górną wargę. Mieli bowiem nie widzieć się przez całe lato, a to ukąszenie z pewnością nie ujdzie uwagi rywalki.

- Nno! - rzekł Lord, ocierając chustką krew z ust, kiedy wsiadała do karety - I nie zapominaj, że trzymam niejako w zastaw twoje dzieci. 

   "Podstępy i zdrady wynikają jedynie z niedostatku bystrości" - rzekł sobie w duchu Lord.  Była to maksyma pewnego Francuza, którego dowcip niezwykle cenił.  Wszystko było pod kontrolą!  Do przyjazdu Cecylii pozostawało jeszcze pół dnia.  Lord udał się więc leniwie do salonu, w którym czekała już na niego filiżanka herbaty.  Usiadł w fotelu i wypił łyk rzeźwiącego napoju.  W chwilę potem był już martwy. 

   Biedna Cecylia nie mogła się temu wszystkiemu nadziwić.  "Jak tak można po prostu zamordować męża i pojechać sobie nad morze?  Mam nadzieję, że nie uniknie stryczka!"  Wszystkie jej rachuby i plany nagle przestały istnieć.  Pozostawał jeszcze wprawdzie Lord Talbot, ale to wymagałoby jednak nieco bliższej znajomości.  Poza tym Talbot, to nie Strahan!  "Mój William, to głęboki umysł.  Bystrym wzrokiem sokoła ogarnia całą okolicę i nawet dumne piramidy egipskie kłaniają się przed nim.  A Talbot, to pospolita miernota, wstyd powiedzieć, podobno kupił swój majątek.  A jak próbuje sklecić jakieś wierszydło, to podoba się wszystkim niedoukom...No, ale teraz to i Talbot byłby dobry, chociaż to straszny prostak!" Na szczęście jednak matka ofiary zapewniła ją, że może tu pozostać całe lato i "że razem będą czekać na egzekucję tej brutalnej suki!" 

    Wiadomosć o śmierci małżonka dotarła do Sary po trzech dniach.  Nie miała wątpliwości, kto to zrobił.  "To ta flecistka!  Nie potrafi nawet dobrze pociągnąć prostej jak drut melodii."   Sara przypomniała sobie, że ostatnio z kuchni znikła trutka na szczury. "Któraś z dziewczyn musiała być z nią w zmowie!  Z rozkoszą będę patrzeć jak zawiśnie!"  Jenkins i Ryder rzeczywiście nie przyjechali, bo Strahan bezczelnie zaprosił ich do siebie.  W tej sytuacji wiadomość, jaką otrzymała była prawdziwym wybawieniem. "Ubiorę się w czarną suknię i będę godnie opłakiwać małżonka.  Mam nadzieję, że ta stara wiedźma, jego macocha, też to zrobi."   

   Trzy panie ubrane w czarne suknie spotkały się, kiedy obleczona kirem kareta zatrzymała się przed pałacem.  Cecylia i Sara rzuciły się ku sobie z głośnym okrzykiem "MORDERCZYNI!", a biedny James musiał sobie zasłaniać uszy, żeby nie słyszeć ich konwersacji, wśród których na pierwszy plan wysuwało się zwyczajowe określenie "krwawa dziwka."   A kiedy damy rzuciły się sobie do oczu, z niemałym poświęceniem począł je rozdzielać.  Zapłacił za to sporą cenę - dwa kły i jeden trzonowy!   Ten flegmatyczny starszy pan nie spodziewał się jednak, że to nie koniec jego udręki.  Pod wieczór w pałacu zjawił się bowiem szef miejscowej policji i osobiście aresztował mordercę.  Przed sądem James tłumaczył się, że nie mógł już dłużej patrzeć na to, jak jego Pan zdradza swą żonę.  Pomyślał więc o tym, aby skrócić jej męczarnie.  Nie muszę dodawać jak wielki zawód przeżyły te trzy kobiety i jak po cichu litowały się nad służącym.

   Bóg czuwa jednak nad wszystkim w Niebie, a gniew sprawiedliwości łagodzi swym nieskończonym miłosierdziem. "Czy upolujesz dla lwicy zdobycz? Żarłoczność młodych lwów czy zaspokoisz?" - spytał Pan w celi swego sługę Jamesa.  A kiedy pętla stryczka poczęła dławić krtań nieszczęsnego lokaja, odcięto go w przekonaniu, że ducha wyzionął.  Przed śmiercią uratowały go jednak ubytki w uzębieniu, dzięki którym do jego płuc nieoczekiwanie przedostało się trochę powietrza.  W ten sposób współczująca motywacja, jaką kierował się pozbawiając życia swego Pana, spotkała się z przychylnością Nieba.  Ponieważ jednak żadne morderstwo osoby wysoko urodzonej nie może pozostać bez zasłużonej kary, następnego dnia egzekucję, ku uciesze gawiedzi, powtórzono i wszystko szczęśliwie się zakończyło.  Podobno James przez całą noc dziękował  Panu za cudowne ocalenie. Sędzia jednak był odmiennego zdania i oznajmił mu, że zgodnie z wolą Bożą powiesi go jeszcze raz, bowiem nie sądzi, aby Pan Bóg pobłażał łajdakom.  

   Kiedy jesteś tylko lokajem, nigdy, ale to nigdy, nie zakochuj się we własnej Pani!   




sobota, 18 października 2014

         Leżę w ciemnym pokoju i słucham "Harp Consorts" Williama Lawesa (1602-1645).  Na harfie gra Maxime Eilander, a towarzyszy mu znakomity zespół "Les Voix Humaines."  Najpiękniejszą chyba ich płytą jest nagranie "The 4 Seasons" Christophera Simpsona. Ale to z pewnością także zasługa samego kompozytora.  Bo jeszcze piękniejszą wersję "The Seasons" nagrała z zespołem dla francuskiej wytwórni "Alpha" Sophie Watillon. Pamiętam, że wiadomość o śmierci tej młodej i wybitnej artystki (grała na violi da gamba) zasmuciła mnie na wiele miesięcy, ponieważ rzadko miałem okazję słuchać tak cudownie delikatnych i pełnych finezji nagrań muzyki dawnej.  Bardzo lubię utwory, w których lutnia lub harfa grają z jakimś zespołem kameralnym.  Nie zawsze tak pięknie jak tutaj...Mitsuko śpi w fotelu, a ja dogorywam powoli na łóżku.  Zawsze, kiedy słucham Lawesa zastanawiam się, jak taka przeraźliwie smutna muzyka mogła sprawiać królowi i jego dworowi radość.   A że sprawiała to niemal pewne!  (Lawes był  w tym czasie najważniejszym dworskim kompozytorem).  Jest subtelna, wyrafinowana i mieści w sobie wiele części tanecznych, jednak nad wszystkim dominuje angielska melancholia.  To prawda, że jego trio sonaty są jeszcze o wiele bardziej melancholijne i przywodzą czasami na myśl chłód krypty.  Jednak i tutaj całe to muzyczne, bogate i barwne życie przysłonięte jest jakąś mgłą.  Sam Lawes niedługo potem poniósł śmierć jako rycerz, o ile dobrze pamiętam, walcząc po stronie rojalistów w obronie króla.  Mordowanie królów nie zawsze było rzeczą piękną, ale zawsze uzasadnioną.  Sen Mitsuko jest tak głęboki i niezmącony, że zwinięta w kłębek nie otworzyła nawet oka. Muzyka nie uśpiła Jej - zwierzątko śpi od kilku godzin, ale i nie obudziła.  Na zakończenie płyty harfista i gitarzysta (słynny Stephen Stubbs) grają delikatny duet Lawesa na gitarę i harfę.  Rzecz jest delikatna jak wyszywana czułą dłonią koronka i kojarzy mi się z obrazkiem Vermeera. 

         Podobno tylko 1% populacji ludzkiej słucha muzyki poważnej, a inni są trwale pozbawieni tej przyjemności.  Jednak po odjęciu tych, którzy słuchają wyłącznie Beethovena i Czajkowskiego albo XIX wiecznej opery, naprawdę niewielu jest ludzi, którzy potrafią cieszyć się takimi rzeczami. Dlatego tak przyjemnie jest czasami chodzić na koncerty, bo okazuje się, że choć podobno niby nikogo ta muzyka nie interesuje, sala jest pełna. 

      

                                                            "We pity even strangers...We have a lively idea of every thing related to us. All

                                                            human creatures are related to us by resemblance...If this be true in general,

                                                            it must be more so of affliction and sorrow."                                                                                                                                                   

                                                            (David Hume, A Treatise of Human Nature) 

       Postanowiłem wsiąść w samolot i polecieć do Londynu.   Wypić herbatę w kawiarni Kenwood House, a potem pójść do parku, w którym kiedyś spędzałem całe dnie, a nocą zanurzony w pożółkłych trawach patrzyłem w gwiazdy.  A tam na jednej z ławeczek poświęconych pamięci jakiejś zmarłej osoby dokonałbym spokojnie żywota.  Widmowa para zakochanych lisków podeszłaby do ławeczki, upewniając się, czy zmarły jeszcze żyje - jak wtedy, kiedy siedzieliśmy na niej razem.  Jakiś zabłąkany jeż przemknąłby obok.  Księżyc w pełni świeciłby na jasnym niebie.  A ponieważ policja nie znalazłaby przy mnie żadnych dokumentów, być może pochowano by mnie na jednym z tych uroczych cmentarzy, które tak oboje lubiliśmy.  Zapewne ostatnim słowem, jakie usłyszałbym na tej tak bliskiej mi obczyźnie, byłoby znajome i swojskie słowo zaczynające się na literę K. 

                  Unoszę się w powietrzu jak liść jesienny, niepotrzebny nikomu, nieświadomy tego, dokąd zaniesie go wiatr.

                  Lekki jak wolność i jak...śmierć.      

        Na moim wykładzie jest student z Chin.   Kiedy się patrzy na niego z daleka (siedzi w pierwszej ławce, ale sala jest ogromna) wygląda bardzo poważnie.  Ale, kiedy podszedł do mnie bliżej, żeby porozmawiać, okazuje się, że jest bardzo sympatycznym młodym człowiekiem, któremu zależy na tym, żeby się czegoś nauczyć.  Wypytywał mnie o różne książki i podręczniki.  Dość dobrze już mówi po polsku.  W ogóle młodzi ludzie są czasami fantastyczni. Mam na myśli nie tylko jego...ale są sympatyczni każdy z osobna, a nie w obojętnej masie, kiedy działa już raczej psychologia zgromadzenia.  

        Wysoka temperatura (około 40 stopni - kiedy zmierzyłem ją na termometrze w domu), przykre dolegliwości żołądkowe i przeziębienie nie sprzyjają raczej prowadzeniu wykładu. Człowiek najchętniej by się położył i chciałby, żeby ktoś jeszcze pogłaskał go po głowie.  Niemniej wykład nie odbiegał od innych przeze mnie prowadzonych i dopiero zaraz po nim rozpadłem się prawie na kawałki i zacząłem trząść z zimna.  Podczas wykładu staram się nie mówić o zbyt wielu rzeczach, kładąc nacisk na zrozumienie, czy nawet wczucie się w najważniejsze.  Do domu wróciłem godzinę temu i czuję się zaskakująco dobrze, choć boję się nocy, bo poprzednia - z powodu podwyższonej temperatury - była raczej koszmarna. Męczył mnie przez cały czas jeden obraz i co się od niego uwolniłem i przekręciłem na drugi bok, pojawiał się znowu. 

        W "Dziennikach" Tołstoja można znaleźć sporo podobnych uwag na temat jego stanu zdrowia.  Niektóre z nich czynił na kilkadziesiąt lat przed swym odejściem w przekonaniu, że to już koniec.  Ale Tołstoj był fizycznie silny i w wieku osiemdziesięciu lat odbywał jeszcze konne przejażdżki. Lubił też, jak wiadomo, chodzić i to czasami bardzo daleko.  "Dzienniki" Tołstoja, to jedna z najważniejszych lektur w moim życiu.  Ukazują one wielkiego pisarza jako człowieka nie zawsze tolerancyjnego wobec ludzkich słabości, jakim stał się pod koniec życia, a jednak czujemy, że bez względu na wszystkie dziwactwa i nieporozumienia z ludźmi, wracał zawsze do źródła mądrych przeżyć i myśli, i że potrafił się psychicznie zmieniać.  Niektóre fragmenty z jego dzienników znam prawie na pamięć, bo pokazują, czym jest życie duchowe.  Czasami pisarz czyni to w sposób pełen nieoczekiwanej autoironii.  Chciał kochać wszystkich ludzi, ale nawet swoich dzieci nie potrafił kochać tak samo.  Szczególnie lubił swą córeczkę, bo nigdy nie chciała zabawki dla siebie, ale wolała oddać ją komuś innemu.  Z pogardą odnosił się do syna, który starał się korzystać z życia, wydając pieniądze i prowadząc życie próżniaka.  W młodości nie zawsze był wyrozumiały.  Żądał np. od swej młodziutkiej żony Zofii , aby wbrew przyjętemu zwyczajowi,  sama karmiła piersią swe dzieci i unosił się z tego powodu.    

        Potrafił sam o sobie pisać przypowieści.  Kiedyś, chyba o piątej rano, wyszedł przed ganek za własną potrzebą i wtedy dopadło go dwóch chłopów - ojciec i syn. Chłopi jęli w sposób niezdarny molestować hrabiego o wsparcie.  Pisarz wygrzebał w końcu z jakiejś kieszeni pięć rubli i był z tego dumny.  To była spora suma pieniędzy.  Zrobił to jednak, żeby się od nich odczepić i uspokoić sumienie.  I nagle zobaczył, jak ten młodszy płacze. Zalewa się łzami, bo prawdopodobnie tym wsparciem uratował ich od śmierci.  To zdarzenie poruszyło go niezwykle mocno.

        Chłopi podśmiewali się z niego, że sam kosi albo szyje sobie buty.   Postanowił uszyć sobie buty, żeby zobaczyć, jakich umiejętności i jak ciężkiej pracy to wymaga, w  przeciwieństwie do łatwych zysków osiąganych przez ludzi, którzy żyją kosztem prostego człowieka.  (W tym czasie szewcy byli już często zrujnowani przez powstające manufaktury).  Zanim bolszewicy utopili Rosję w morzu krwi, Tołstoj wyraźnie opisał powody cierpienia i frustracji, które zostały przez nich wykorzystane w propagandowej walce - wielomilionową korupcję cerkwi, cierpienia w ponurym jarzmie caratu i spotykaną na każdym kroku pogardę dla człowieka, który nie ma pieniędzy.  W "Zmartwychwstaniu" opisuje psychikę pewnego niegodziwego człowieka, który z młodej i skromnej kochającej kobiety, którą porzucił, uczynił prostytutkę.  Oczywiście Niechludow nie był świadomy tego, co robi.  Jak Sokrates i Chrystus, Tołstoj był bowiem przekonany, że nikt świadomie nie czyni zła.  Z upływem jego życia zwyczajowa brutalność mężczyzn w stosunku do kobiet, stała się obsesją Tołstoja.  W środowisku, w jakim żył, kobiety dzielono pospolicie na uczciwe i czyste, które zasługują na to, żeby się z nimi ożenić i na kurwy, które dostarczają mężczyźnie przelotnej przyjemności.  Uważano, że młody człowiek powinien używać życia, żeby nabrać doświadczenia i wyżyć się seksualnie, a potem dopiero może szukać sobie cnotliwej żony.  I nigdy nie jest to dla niego ta sama kobieta.  Tołstoj jako jeden z pierwszych pisarzy miał odwagę nazwać to krzywdzeniem kobiet.  Dziś problem się uprościł.   Istnieją wolne związki i potencjalnie każda kobieta może być traktowana w poodbny sposób.

        

       

piątek, 17 października 2014

                                                           Błądziliśmy we mgłach

                                                           wśród smukłych topól         

                                                           w mojego zapatrzenia

                                                           kosmatych zaświatach

 

                                                           W  sennej poświacie

                                                           widzę Jej twarz

                                                           i czarną suknię

                                                           zasnutą ku ziemi

 

                                                           ...Jak dziewczynka

                                                           upięła włosów pąk

                                                           w pajęczynę siwą

                                                           ptasiego gniazda

 

                                                          podniosła kamyk

                                                          wypowiedziała słowo

 

                                                         zatrzepotał Jej serca 

                                                         niewidzialny motyl

 

                                                         z wiosny radością

                                                         z pogrzebu czułością

                                             

                                                         w świętości ciszy

                                                         ...dzwoneczek

                                                       

 

                                                         Nezumi, 2000

 
1 , 2 , 3