Kategorie: Wszystkie | "Dziewczyny, bądźcie dla nas dobre na wiosnę" | ...bez końca | 0 | 100O i jeden Rabinów | A Puszkina też zapuszkują? | A moze to tylko pomieszanie zmyslow | A nie lepiej być purystą? | Aaaaaaaaaaaaaa...aalfabeta | Ach, gdzież jest litość lub wspolczucia pozór? | Ach, gdzież jest litość lub współczucia pozór? | Adam Mic - Kiewicz | Adaś i Ewka | Aforystyka | Amerykański sen | Autopsychoterapia | Bez sensu to to! | Bez szaleństwa... | Bezmyślne okrucieństwo | Bezradność | Biedna Szymborska | Biedny Kapturek! | Bliźni miłości | Bliźniego miłość... | Blondyn | Blue Bossa | Bojaźń i drżenie | Bratnie dusze | Bruner, ty świnio! | Buddyzm w życiu codziennym | Bóg mi poskapił tej anielskiej miary... | Bóg mi poskąpił tej anielskiej miary... | Bójstwo samo | Caritas | Chiziofrenia | Choroba na śmierć | Chwila ułudy | Chwila wytchnienia | Chłodne upojenie | Cierpienia i radości | Cierpienie i radość | Cleen feed | Cnota niedoli | Co slina na język przyniosła | Co tam panie w polityce? | Co w niebie piszczy | Co ślina na język przyniosła? | Corrida | Coś dla duszy... | Coś tak wulgarnego | Cudotwórstwo | Czarna Perła Tao | Czarny tulipan skrzyżowany z czarna różą | Czarny tulipan skrzyżowany z czarną różą | Czary Mary | Czego nie przysięgał Hipokrates? | Człowiek nie jest rzeczą | Człowiek to brzmi dumnie, ale nie u mnie | Często chowa | Częstochowskie rymy | Deficyt aniołów | Delightful! | Demokratyczne wybory w Oczodołach | Diabłoterapia | Dla wszystkich i dla nikogo | Dnieje | Do samego siebie | Dodatek | Dowcipas dnia | Duma narodowa | Dusze drzew | Dyskretna mgiełka autoironii | Dzielność | Dziki kapitalizm | Dzisiejsza młodzież | Dzisiejsza młodzież nosi ładną odzież | Egzystencjalizm jest chumanizmem | Ekonomia zbawienia | Elegancja Francja | Elegijnie | English gentelman | English gentleman | Epicurus | Ewa tylko ziewa | Falochron | Female | Filozofia bez uczoności | Forever Loving Jah | Gadu, gadu | Gadu, gadu, trochę więcej jadu | Gal Anonim | Gaz dla pedałów | Gaz dla pedałów, młot dla sierpów | Gdy rozum śpi... | Gendarme | Genek, gienialny gieniusz | Geno Typ | Gorący uczynek | Grabarz | Grabarz nonsensu | Gry i zabawy literackie | Głupota przysłowiem narodów | Głębie i tajnie Podświadomego | HIstoria nauczycielką bicia | Herbatka zen | Homo economicus | Homo sapiens czy Homo politicus | Humor absurdalny | Humor nieco absurdalny | Humor, satyra, panie... | I rekiny w oceani mają zębów cały rząd | I rekiny w oceanie mają zębów cały rząd | Indie Wschodnie i Zachodnie | Industrial | Istnieje również wrodzony brak poczucia humoru | Ja tam bynajmniej nie wiem | Jak długo będę jeszcze żył? | Jak uprawiać agresywne dziennikarstwo? Poradnik dla początkujących | Jakże cżęsto powtarza się ta historia | Jakże trudno czasami coś sklecić! | Jan i Małgorzata | Jan z Czarnolasu | Jesienna muzyka | Jeszcze smutniej! | Jeździec Apokalipsy | Językologia | Kaczuszki mandarynki | Karawana idzie dalej | Katedra Adamowego Żebra | Kawa z Kafką | Każdemu według naszych chęci | Każdemu według potrzeb | Każdemu, o czym tylko zamarzy | Kiciuś Miciuś! | Kicuś Micuś! | Kiedy człowiek staje się bestią | Kiedy owce nie milczą | Kij w mrowisku | Kniaź Wiktor | Kochani ludożercy | Kolacja Pani Sowy | Kometa tylko głownia nie ta | Konkwista | Koryfeusz nauki, milośnik sztuki | Koty i inne zwierzęta | Koty, głupoty, palikoty | Kości rzucone są | Kość słoniowa | Kto pierwszy był człowiekiem, kto będzie nim ostatni | Kto pisze teraz historię? | Kuchnia szamańska | Kwiatki Św. Franciszka | Kwiatostan śmierci | Kwitnienie kultury | Kwitnąca wiśnia | La colombina i ciche ukojenie | Lekarzu - lecz się sam! | Lenin wiecznie żywy | Leśmianiada | Lichwiarstwo polskie | Liryki i prztyki | Logika dziejów | Londyńska mgła niepamięci | Londyńskie przygody | Los ofiary | Los puka do moich drzwi | Lotosowy wpis | Ludzie ludziom... | Lunatyzm | Lęk społeczny | Made in Japan | Maligna | Marność nad marnościami | Marność nad marnościami. Rekoleksje Wielkopiątkowe | Marzenia senne | Marzeniologia stosowana | Maszkary i senne dziwadła | Maszkary i senne widziadła odbite w lustrze | Mała czarna z Kafką | Medycyna naturalna | Meine Liebe Augustin! | Melancholia | Melancholia stosowana | Memorabilia | Meszreiw | Meteo | Mgiełka autoironii | Mglisty dzień. Mgła | Mikołak | Mistrz i Małgorzatka | Mistycyzm lunarny | Mistyka i miłość | Mitologia osobista | Mitologia świata | Miłość | Miłość bliźniego | Miłość nie zawsze szczęśliwa | Miś Uszatek | Moc rytuałów | Monada nie ma okien | Mowa potoczna | Mowa ptaków | Mowa serca | Moze ktoś zrozumie, co teraz czuję | Może ktoś się ucieszy? | Może ktoś zrozumie, co teraz czuję | Może to trochę zbyt uszczypliwe | Musicology | Muza lekkich obyczjów | Muzyka przywraca ład serca | Myszoterapia dr Nezumi | Myśli prostego człowieka | Mądrość Natury | Mądrość jak z gazety | Mądrość narodów | Młot na faryzeuszy i hipokrytów | Męstwo bycia | Mówił sen do snu | NIe ma na świecie dwóch takich samych liści, ni kropel deszczu | Na jawie (lecz to, co niejawne pozstaje) | Na stos rzuciliśmy szcześcia los | Na stos rzuciliśmy szczęścia los | Na szczytach hipokryzji | Na zdrowie! | Nad piekną rzeką | Najokrutniejsze zwierzę | Najsłodsza tajemnica | Narastająca senność | Nic dzisiaj ciekawego nie napisałem | Nicość | Nie am dwóch takich samych liści, ni kropel wody | Nie bój się - najwyżej cię rozstrzelają! | Nie czas żałować burz, gdy płoną oczy | Nie czas żąłować burz, gdy płoną oczy | Nie każde szczere złoto jest szczerozłote | Nie ma na świecie dwóch takich samych liści ani kropel wody | Nie ma na świecie dwóćh atkich samych liści lub kropel deszczu | Nie ma takiego smutnego, co by na wesołe nie wyszło | Nie ma zazdrości bez miłości | Nie oddamy nawet guzika | Nie tylko dzielenie włosa na czworo | Nie wiem, ja w ogóle nie myślę | Nie zabijaj! | Nie zabijajcie drzew! | Nie zawsze urocza dzecinada | Niebiańskie szczyty głupoty | Niech pani będzie dzielna! | Niech zapłaczą na moim pogrzebie | Nieco drapieżny wpis | Niekoniecznie ptasi móżdżek | Nienawiść bliźniego | Nieosobiście | Nieprzesłane przesłanie | Niestworzone rzeczy | Nieszkodliwe głupotki | Niewczesna melancholia melomana | Niewczesne rozważania | Niewielka profanacja | Niewielkie przekłamanie | Niskolotnie | No No! Teatr No | No comments! | No no! | Nowa poezja lingwistyczna | Nędzne kabareciarstwo | O Leonardo, po cóż się tak trudzisz? | O dzieleniu włosa na czworo, czyli metodzie scholastycznej | O dzieleniu włosa na czworo, czyli o metodzie scholastycznej | Obciachy | Obscenia i parafrenalia | Obsesja dobrego biustu | Ojej! | Oko w oko z zębem mądrości | Okropieństwa | Okruchy odgrzebane z lawy | Okruchy życia wygrzebane zlawy | Okruchy życia wygrzebane z lawy | Okrutna losu ironia | Orientuj się na orient | Owczarek | Owczarki afgańskie | Owocożerni | PL jak piekło | PO PiS | POeci wszystkich krajów dzielcie się | Pan Tadeusz | Panie pośle, po chrześcijańsku panu wybaczam | Pańska satyra polityczna jest niegramatyczna | Pendant do pewnego przypisu | Perlikowski | Pewna elastyczność zasad | Pewne jak w banku | Piorunujący piorun! | Po owocach poznacie ich! | Po upadku | Pobożne życzenia | Podpatrywanie Natury | Podroby i inne podróbki | Pokolenie Kainowe | Pokorne ciele | Pokorne cielę | Pokusa | Polak potrafi | Polak potrafi! | Politolog i Politowska | Politycznie niepoprawne! | Polonica | Polonika rycerskie | Polucje i ablucje | Pomarańcze i mandarynki | Pomarznąć dobra rzecz | Pomarznąć dobra rzecz! | Pomoc psychologiczna | Poranna kawka z Kafką | Porąbane marzenia | Potężne i głębokie warstwy pierwotnego mitu | Powieść brukowa | Powszechna życzliwość | Powtórka z cynizmu | Poznaj samego siebie | Prawda | Prawda jest jedna i piękna, ale złożona | Prawda popłaca | Prawdziwa metropolia | Prawi i sprawiedliwi | Prawiezmartwychpowstanie | Prawiezmarwtychpowstanie | Prognoza pogody | Pruski smutek | Przecież cię zjem! | Przedagonalny polski agon | Przegląd sportowy | Przeinaczenia | Przez pychę do pokory | Przeżyjesz to, a pote już tylko grób | Przeżyjesz to, a potem już tylko grób! | Przminęło z wiatrem | Prztyczek | Psiapowiednia Majów | Psubrat | Pustka | Pytanie dość retoryczne | Raczej to nie będzie hit | Radosne gonitwy śnieżnych tygrysów | Radość wędrowania | Rejterada Rejtana | Religie nauczą cie pokory | Res Sacra Pecunia | Romans z pop kulturą | Roots, Rock, Reggae | Rozkosze reinkarnacji | Rozmowa nie na telefon | Rozpacz | Rozpacz na wieki wieków | Rozpacz, która podpełza pod gardło | Ruch i świeże powietrze... | Rybołówstwo cudzołożnika | Rycerz pokalany | Samokrytyka | Samotność egzystencjalna | Sekrety pewnego domu handlowego | Seraphic Flames and Heavenly Love | Siedź na dupie i potakuj! | Somatyka | Somatyka logiczna | Spełniona przepowiednia | Spleśniały ser | Sponsorem tej opowieści jest wydawnictwo Błękitny Wieloryb | Sport to zdrowie | Spowiedź morskiego wilka | Stary Sącz i Nowy Sącz | Stary mafioso | Stołeczne stołki | Stratyfikacja społeczna | Suma sumarum | Sumienie rachunku | Sweet Music and Poetry | Sygnały podprogowe | Szalchetne zdrowie | Szczęśliwa pomyłka | Szekspir do żadnej nie należy epoki | Szkarady | Szlachetna gravitas | Szlachetne zdrowie | Słodycze grafomanii | Słówka | Słówko do słówka, a uzbiera się sówka | Tadeusz Bój Jeleński | Taia chińska podróbka | Takie będą rzeczpospolite jakie tego blogu chowanie | Takie tam, pierdoły | Talking Heads | Tania chińska podróbka | Tatiana | Teorie świata nauki | Terapeutyczie | Terapeutycznie | Thames | The Doors. Uchylone drzwi | The Lion cub | The fruit of beauty and despair | To na pewno nie Lec | To nie żadna filozofia | Tragiczne pożegnania | Transformacja duchowa | Trudna sztuka dialogu | Trudno czasmi coś sklecić | Trzylogia | Trója z polskiego | Twarda rzeczywistość | Ty mi tutaj nie filozuj | Tygrysologia stosowana | Tysiac i jeden ptaków | Tysiąc i jeden kotów | Tysiąc i jeden ptaków | Tysiąc różowych kroliczków | Tęsknica | Tęsknota duchowa | Ubekistan | Ucone księgi | Uczeni ludożercy | Uderzenia losu | Uduchowienie | Umrzeć z miłości | Upadek Pierwszego Człowieka | Uroczy wegetarianin | Uszczelnienie systemu podatkowego | Utrata uzębienia | W czym mogę panu pomóc? | Wciąz powtarza się ta sama historia | Wciąż powtarza się ta sama historia | Wdzieczna muzyka przywraca ład serca | Wesola grafomania z morałem | Wiecej broi dla szaleńców w Teksasie | Wieczne powroty | Wiedza radosna | Wielka wygrana | Wielomówstwo, czyli plaga opowiadania | Wierzba płacząca | Wiosny i jesienie | Witch | Więcej broni dla szaleńców w Teksasie | Wojna totalna | Wpis o kształcie piramidy | Wprowadzenie do kruczków prawnych | Wrzucam wszystko do kosza | Wrzątek | Wspomneinei pewnego wspomnienia | Wspomnienie pewnego wspomnienia | Wspomnienie pewnego wspomnienia | Współczesny filister | Wszystkie rybki | Wszystko na A | Wszystko na sprzedarz | Wszystko na sprzedaż | Wygrana | Węzłowato | Wólka Węglowa | Xin Lu, typowa brunetka o granatowych oczach | Z Nietzschego nic nie powstaje | Z księgi wulgaryzmów | Z rupieciarni myśli | Zaczarowany świat zen | Zanim mnie wrzucą do dołu | Zapowiedź Apokalipsy | Zaraz wracam! | Zasada domniemanej winy | Zaskroniec | Zastał Polskę drewnianą... | Zatrzaśnięte drzwi | Zbaw mie Buddo Amido | Zbaw mnie, Buddo Amido | Zdrowy egoizm | Zegar dziejów | Zestrzelenie księżyca | Zginął z rąk słabej kobiety | Zima się nas nie ima | Zjawiskowe | Znak jaskółki | Zrozumieć wartość tego, co nieużyteczne | Zuch zawsze ochoczy! | Zwierzęta pod postacią ludzi | Zwyciestwo konsumpcjonizmu | Ząb mądrości | ie zabijajcie drzew! | ieosobiście | kosmos | Łagodne prawo, ale prawo | Łagodność tygrysa | Śmiechotki, chichotki | Śmiertelna powaga | Śmierć | Światełko w mroku | Świętość, wziętość, nadętość | Życie jest tragiczne | Życie samo | Życzliwe spojrzenia na całość ogródka | Żyć, nie umierać
RSS
poniedziałek, 31 sierpnia 2015

      

       Jakieś przeprowadzone ostatnio badania

pokazały, że jedynie 25% Polaków wie na pewno,

że chciałaby głosować w jesiennych wyborach. 

75% obywateli nie interesuje to, kto będzie nimi

rządził i zmieniał ich konstytucję i prawa.

       Jak interpretować ten fakt? 

       Istnieją chyba dwa odrębne powody. Jedni, szczególnie

ludzie młodzi, mają to wszystko w wysokim poważaniu,

ponieważ ulegają złudzeniu, że polityka nie ma wpływu

na ich życie, a jakby co, to zawsze mogą stąd wyjechać.

Los innych ludzi ich nie obchodzi, bo takiego stosunku

do życia nauczyli ich ich rodzice. W życiu chodzi jedynie,

jak się czasami mówi, o tzw. kasę. Powodem takiej postawy

jest więc krótkowzroczny egoizm i silnie rozbudzone postawy

konsumpcyjne. Albo niewiara w to, że polityka ma jakikolwiek

sens, bo wszystkim rządzi i tak ekonomia.

      Przypuszczam jednak, że większość, także ludzi 

młodych, nie ma po prostu na kogo w tych wyborach

głosować lub nie wie, na kogo miałaby oddać swój głos. 

W polskiej rzeczywistości politycznej istnieje jedynie

realny wybór między opcjami prawicowymi - nie istnieje

natomiast autentyczna lewica (przecież nie Miller!), 

a co więcej, nie istnieje nawet polityczne centrum.   W tej

sytuacji ludzie są przekonani, że nie mają żadnego realnego

wpływu na życie społeczne.  Przekonanie to trochę dziwi

biorąc pod uwagę fakt, że żyjemy w kraju demokratycznym.  

   

niedziela, 30 sierpnia 2015

                        "Natura daje i natura odbiera...

                         Nie ma równych praw,

                         Nie ma sprawiedliwości,                         

                         Ktoś wziął zbyt wiele,

                         gdy ktoś inny umiera."

 

                        (Winston Rodney, pseudonim artystyczny

                         "Burning Spear", przyjęty ku czci prezydenta

                         Kenii, który tak się kiedyś nazwał.)

 

     To płyta Burning Speara, która wywołuje chyba 

największą różnicę zdań. Ci, którzy mówią, że jest

autentyczna, zwracają uwagę na liryki,  piękno śpiewu,

żarliwego, ale wyrażającego raczej dystans i rezygnację,

niż bunt. Ta obecność wyraźnego przesłania i skupiony,

medytacyjny nastrój sprawiają, że płyty o lepszym

brzmieniu nie tylko nie są bardziej od niej autentyczne,

ale jej nie dorównują. Przeciwnicy nie akceptują po

prostu brzmienia, w którym pojawia się już elektronika

i nieco przeładowane aranżacje.  Mają tylko jedno kryterium

- albo coś ma brzmienie roots music, albo go nie ma. To

całkiem błędne podejście.  Jak słusznie kiedyś zauważył

wokalista zespołu "Misty in Roots" (ten, którego w Afryce

połknął potem krokodyl) - o tym, czy coś należy do tego 

nurtu, decyduje bardziej poetycka wizja i słowo, niż brzmienie.

Sylford Walker np. nagrywał utwory, w których śpiewał

naśladując styl Burning Speara i jego nagrania z

pewnego okresu mają cudowne brzmienie, a jednak nigdy

nie zamieniłbym ich na "Reistance."   Może dlatego, że jak 

kiedyś napisał pewien filozof "najlepsze srebro nigdy nie

dorówna szlachetnością złotu."  Także w muzyce wszystko

zaczyna się od ducha, a nie od brzmienia. Jeśli chcesz mieć 

jedno i drugie, to polecam CD Burning Speara "Social Living." 

To prawda, że tandetne brzmienie może zepsuć wszystko, ale

"Resistance" nie ma tandetnego brzmienia. Jest za to piękny

dialog między Spearem, a instrumentami blaszanymi z jego

big bandu.     

      Skąd nagle te impresje o muzyce roots reggae, o której

dawno już nie pisałem? Wyjąłem niedawno z łóżka swoją ostatnią

winylową płytę. Był to właśnie przepięknie wydany przez wytwórnię

Heratbeat long-play "Resistance" Burning Spera" (z 1985 roku).  

Wystawiłem go sobie do oglądania, bo widok tego graficznego

projektu zawsze podnosił mi nastrój - to jedna z moich ulubionych

okładek.  Niestety, kiedy po kilku dniach zacząłem szukać wzrokiem

tej płyty, okazało się, że Mitsuko ją obsikała.  Nie uszanowała mojej

świętości.  Istnieje kilka wydań "Resistance" na CD (kanadyjskie,

amerykańskie, francuskie, japońskie - każde inaczej zremasterowane),

ale żadne z nich nie ma okładki, która byłaby identyczna z tą, którą

tak lubiłem.  Także z powodów osobistych, bo osoba, którą kochałem

uwielbiała te płytę. A kiedy Jej koleżance urodziła się córeczka dostała

od niej "Resistance" w prezencie na jakieś imieniny. 

     W nocy Mitsuko, jak zwykle wtuliła się we mnie, nie wiedząc nawet

o tym, jakiego świętokradztwa się dopuściła. Wytworzył się między nami

nastrój wielkiej czułości, ale kot, w którymś momencie nacisnął zbyt

mocno miejsce dla mnie dość delikatne i musiałem go trochę przesunąć. 

Wściekłość Mitsuko nie znała granic!  Nie mogła się zdecydować,

czy ma mnie gryźć, czy drapać. Poskromiłem Ją więc delikatnie, nie

ściągając z brzucha i zastanawiałem się, jak jej dać do zrozumienia,

że trochę jednak przesadza. Wyszczerzyłem więc zęby, wykrzywiłem 

twarz i zacząłem wydawać z siebie pełne dezaprobaty tygrysie

warczenie. A potem ją pogłaskałem. Po chwili Mitsuko lizała mnie z

wdzięcznością po rękach.  Opór został przełamany.   

      Nie taki opór miał jednak na myśli Burning Spear. Chodziło mu

o pełne poczucia godności i świadome życie - życie człowieka wolnego.

"Jah stworzył to stworzenie dając mu moc i opór" - śpiewa Spear, być

może nawiązując do teorii Einsteina ;-)  To piękna i smutna piosenka,

żywa, jak wyzysk, rasizm i pomiatanie człowiekiem.


piątek, 28 sierpnia 2015

 

                wzburzone morze

                pochłonęło rzekę

                strumień

                i przeczyste źródło

                z którego tryskał

                i tylko góra

                oparła mu się granitem

                zanurzona w niebo

                a w okół niej pływały wieloryby

                wystawała z wodnej czeluści

                przez czas jakiś

                nieczuła na parzydełka meduz

               

                a kiedy morze odstąpiło

                odkryło swe skarby

                perły muszle i korale

                szkielety umarłych stworzeń

                spopielała góra 

                wznosiła się nad morzem piasku

                z którego poczęły wyrastać

                ogromne drzewa i paprocie

                a cały las zaludnił się

                owadami i poczwarami

                przedziwnej profesji

                dzikimi zwierzętami

                i lotnymi ptakami     

                i cały drżał od muzyki

                która wydobywała się

                z miecha ziemi

               

                a był wśród stworzeń owych

                Pitekantropus erectus

                jakieś wielkoludy               

                takie malutkie

                przy innych potworach

                karły i ludożercy

                i połykacze ognia

               

                ja zaś sam nie wiem

                jak te koleje losu przetrwałem

                do ostatecznego zniknięcia

                w morzu byłem rybą

                na niebie ptakiem

                w piasku diamentem 

                a teraz kiedy mnie nie ma

                kim jestem       

      

      - Nie wolno Pani odczuwać zawiści - rzekł profesor.

- Widzi pani ten zielony listek?  Tak delikatną osobą jest

Pani Yu.  A teraz proszę spojrzeć na siebie. Wyrosła Pani,

jak chwast.  Jest Pani naprawdę odpychająca. 

     - Pójdę na skargę do dziekana Li.  - rzekła dziewczyna -

Dostałam najniższą ocenę z eseju, a ta mimoza -

najwyższą.  Jest pan całkowicie niekompetentny!

Przyda się Panu reedukacja w obozie pracy.  Gnębi pan

osoby z ludu.  A to, o czym Pan opowiada, jest śmiertelnie

nudne! Kto by to pojął?  Mamrocze Pan coś w jakimś

nieznanym języku. Pieśni z Czu to przeżytek!  Partia walczy

teraz z takimi pasożytami.      

      Profesor uśmiechnął się:

      - Nie chciałem Pani urazić.  Być może w chwastach 

możemy podziwiać owo nieustanne parcie ku górze i

żądzę władzy.  Jak każda ekspansja ma to swój urok. 

Jest Pani jeszcze bardzo młoda. Pleśń, grzyby, bakterie,

robactwo i owady, są pełne ekspansji. Mnożą się nieustannie.

A szczury? Każdy z nich czuje się co najmniej królem śmietnika.

      - Jeszcze będziesz łykał własne smarki i gówno, ty humanisto!

Będziesz przeklinał dzień, w którym się urodziłeś i błagał o śmierć.

      - I w ten sposób się reedukuję?

      - A tę mimozę wyślemy tam w pierwszej kolejności. Niech

pozna mężczyzn. Nie można być przez całe życie nieskalaną, jak

łąka w wysokich górach.  

      Mówiąc to dziewczyna rzuciła się gwałtownie ku rozporkowi

profesora, wyszarpnęła stamtąd  t o  i poczęła dmuchać, jak wiatr. 

Opór profesora, który ze względu na wiek ledwo trzymał się na

nogach, został przełamany.  

       - No i co?  Jestem chyba lepsza, niż ta dziwka! - śmiała się,

dysząc, dziewczyna.

       Ale profesor od kilku chwil już nie żył.  To ci historia!

 

      

czwartek, 27 sierpnia 2015

 

     "Do pięknych należy twarz dziecka narysowana na dyni."

      ("Utsukushiki mono. Uri ni kokitaru chigo no kaho.")

      To przekład z książki "Klasyczny język japoński", o której

      już tu nie raz wspominałem (podając wszelkie konieczne

      dane bibliograficzne).  Ale tym razem, choć nie wiem

      z jakiego klasycznego dzieła ten cytat pochodzi, zastanawiam

      się tylko, czy twarz dziecka narysowana na dyni byłaby

      dla mnie rzeczywiście piękna.  A może to Sei Shonagon je

      napisała? Byłoby to bardzo miłe zważywszy naszą ponad

      dwudziestoletnią znajomość.  Twarz dziecka budzi sympatię,

      ale czy jest piękna? Nie daje mi to ostatnio spokoju.

      - Niezumi, przecież już stąd odchodzisz. Czy warto myśleć

      o takich rzeczach? -spytała Noriko. 

      - Nie wiem, o czym warto myśleć w takiej chwili. Może

      jeszcze jakoś się zjawię. Może ktoś mnie naprawdę kocha,

      a ja o tym nie wiem. Żeby jednak podtrzymać nasz miłą

      konwersację odpowiem innymi słowami z tej książki:

      - "Jeśli lustro miałoby kolor i postać, nie odbijałoby."

      

środa, 26 sierpnia 2015

 

     Ostatnia sprawa inspektora Nezumiego należała

zarazem do najtrudniejszych, jakich się w swym życiu

podjął.  Była tak trudna do rozwikłania, że nawet inspektor

Toyota z Wydziału Kryminalnego nie starał się tego zrobić

i postanowił ją umorzyć, ale myszy w jego koszu od śmieci

zbuntowały się.  Były bowiem bardzo głodne.

     Zabijanie z uśmiechem na twarzy jest rzeczą znaną z

historii, także najnowszej.  Zabijanie uśmiechem - mniej.

Nezumi, który już wtedy czuł się słabo, lubił spędzać

resztkę życia wśród książek. W książkach, jak wiadomo,

nagromadzona jest mądrość i głupota ludzka. Aż strach

pomyśleć, że niedługo znikną!  W jednej z nich, dotyczącej

starożytności, wyczytał, że uśmiech może zabić.  I nie chodziło

bynajmniej o szyderstwo, czy o radość z cudzego nieszczęścia,

ani nawet o uśmiech szczęścia na twarzy kogoś, kto nas porzucił

lub zdradził, lecz raczej o zwykły uśmiech, choć trudno byłoby

go nazwać niewinnym.  Wiadomo też, że głupcy śmieją się

ukradkiem z mądrych ludzi, ale nie ten rodzaj złośliwego

uśmieszku doprowadził do wszczęcia śledztwa w sprawie mordu. 

     A oto historia, która naprowadziła Nezumiego na właściwy

trop: 

     "Kiedy Severus popadł w biedę, jego ukochana

Aldona nie rozglądała się za lepszymi ofertami.  Ale ponieważ

była piękna, pełna subtelnego wdzięku i urocza, wpadła w oko

pewnemu potomkowi Krezusa, niegdyś najbogatszego z ludzi. 

Ten zaś zauważył, że Aldona nie przestała jeszcze kochać

cnego Severusa i począł ją od tego odwodzić wykazując, że

Severus niczego w życiu się nie dorobił, bo jest niemrawy i

nie opanował dostatecznie sztuki uwodzenia i handlu.  

     - Ten niedojda nie wie w ogóle, po co żyje! - kpił, niby

nie zwracając uwagi, że wśród słuchaczy jest też niewiasta,

którą pragnął posiąść - Poeta, ale jak już coś zrymuje, to

nikt tego nie pojmie.  A ja proszę!  Wyrzucam strofy jak z

rękawa?

                      

                         "Co to za locha,

                         Której nikt nie kocha?

                         Wszak każda ma ruję

                         i tego potrzebuję."

     

      Po wygłoszeniu owego poematu, który wywołał aplauz

zgromadzonej w karczmie gawiedzi, potomek Krezusa mrużył powieki

i uśmiechał się znacząco, rzucając pożądliwe spojrzenie w kierunku

delikatnej jak horacjańska sarenka, dziewczyny, a kiedy zauważał jej

zmieszanie, dodawał: 

                       

                          "Ten człowiek nie ma jaj,

                          Ale ja mam, więc mi to daj!"

     

     Pod wpływem owych zalotów i trzeźwiących słów matki, któregoś

dnia Aldona oznajmiła Severusowi, że nie chce go więcej widzieć. 

Ten zaś udał się do Krezusa Jr i próbował przekonać go, żeby dał

spokój niewinnej dziewczynie, lecz to tylko wzmogło wściekłą żądzę

tego fagasa, który, zwyczajem cyników, wszystkiego się wyparł, 

nabrał wody w usta i zaczął wszystkim opowiadać, jak ciężko ów

szaleniec go krzywdzi.  Na próżno Severus prosił Aldonę o odrobinę

miłości.

      - Porzuciłam cię, jak się wyrywa z serca niepotrzebny chwast. 

Uszanuj moją decyzję!

      Po słowach owych Albinus, przepraszam...Severus, umarł z rozpaczy. 

A Krezus Jr z radością dalej pławił się w luksusie, który zawdzięczał

swemu ojcu, chciwości i ponurej bezwzględności w omamianiu

swych ofiar.   I dopiero gniew Cesarza sprawił, że któregoś dnia

jego głowę zatknięto na włóczni, a język zakopano w ziemi. Wyrosła z niego

później jabłoń rodząca robaczywe owoce, widome świadectwo występku,

jakiego się dopuścił.  Severus zaś przed śmiercią ułożył następujące strofy,

w których parodiował styl tego próżnego grafomana.

 

                         "No to chluśniem,

                         nim snem wiecznym uśniem!

                         Zabił mnie Twój podły uśmiech.

                         Więc tego mi nie zazdraszczaj,

                         Lecz podnieś ogon i szczaj!"

  

      Kiedy Erynie-mścicielki usłyszały ten limeryk, to mimo, że ich

jurysdykcja nie obejmowała Rzymu, wygrzebały z ziemi czaszkę

nieszczęsnego Krezusa Jr, a ponieważ był w niej jeszcze jego

ptasi móżdżek, rozpaliły ogień i piekły go na nim tak długo, aż

całkiem wyparował.  

       - To za mało, jak na taką przewinę. Kto niszczy czyjąś miłość,

ten powinien cierpieć wiecznie - mówiły i rozpalały ogień od nowa,

a wtedy mózg Krezusa odradzał się, jak Feniks z popiołów. I tak

przez całą wieczność!"

       - Brawo!  - Wykrzyknął Nezumi, odczytując ostatni akapit

opowieści. Chociaż nie jestem mściwy, odnalazłem wreszcie klucz

do rozwiązania owej mrocznej zagadki.  

       - To możesz już w spokoju umierać - rzekł inspektor Tanaka,

bo Toyota już właśnie przeszedł na emeryturę - Wszyscy mają

czyste sumienie, bo jak można zabić kogoś uśmiechem?  To

prawdziwa zmowa! 

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

     

          "Zaledwie rozpocząłem zbór moich długich

       marzeń, a już czuję, że dobiega on końca...

       Nigdy nie rozmyślam, nie marzę rozkoszniej,

       niż kiedy zapominam o sobie. Odczuwam

       niewypowiedziane zachwyty, gdy mogę wtopić się,

       by tak rzec, w cały system istnień, utożsamić

       z całą naturą."

           To ledwie kilka zdań z "Przechadzki siódmej"

       Rousseau.  Ten późny Rousseau, to całkiem inny,

       znacznie bogatszy psychicznie i pełniejszy człowiek,

       niż ten, jakim był wcześniej. Uważa się go często

       za eksperta od ludzkiego szczęścia. Wiedział

       doskonale, że nie możemy być szczęśliwi, kiedy za

       szczęściem gonimy lub kiedy na nie czekamy.

           To wtedy powiedział o sobie, że życie było dla

       niego jednym wielkim marzeniem podzielonym na

       przechadzki.  Jak to rozumieć?  Może tak, że w swej

       samotności odnalazł schronienie dla przeżyć i myśli,

       łączących go z całością istnienia, w którym mógł się

       roztopić w mistycznej ekstazie.  Rousseau nie tylko

       podziwia piękno Natury, kwiatów, łąk, ziół, jezior

       i górskich ustroni, które poznawał pod koniec życia,

       ale udawał się też na beztroskie wycieczki i wracał

       z nich czasami już po zachodzie słońca.  Jedną z 

       takich wycieczek opisał w "Przechadzkach."  Płynął

       łódką po jeziorze, kiedy zastała go noc, zupełnie tak

       jak owi taoistyczni pustelnicy, których zobaczyć można

       na obrazach chińskich mistrzów, drzemiących po środku

       bezkresnej pustki jeziora.

           Zapomnienie o sobie to także ideał taoisty Zhuangzi. 

       Aby móc być pełnym człowiekiem i przeżywać życie

       w jedności z Naturą, trzeba wytworzyć w sobie pewien

       rodzaj psychicznej pustki.        

           Czy możemy w ogóle zapomnieć o sobie?  W pewnym

       istotnym sensie tak - kiedy nasze pragnienia,        

       wiedza i przyzwyczajenia przestają być dla nas

       czymś ograniczającym naszą wewnętrzną wolność.  

       "Pogrążyłem się w zapomnieniu" - odpowiada jeden

       z jego uczniów Konfucjuszowi - "Wyzbyłem się swego

       ciała, wygnałem rozsądek, odrzuciłem swą postać,

       usunąłem wiedzę moją, zjednoczyłem się z

       wszechogarniającą jednością."  W ten sposób,

       wyzbywając się poczucia trwałości własnej jaźni

       (własnego "ja") możemy dostosować swe życie do

       naturalnych przemian istniejących w świecie, 

       przeistaczając się wraz z nimi.  Przypominamy wtedy

       pływaka, który unosi się wraz z falą i w ten sposób

       nie napotyka na opór i nie tonie.

            Jestem przekonany, że gdyby ludzie rozumieli, czym

       owo zapomnienie jest dla życia, to świat byłby znacznie

       lepszy, ponieważ pragnęliby istnieć i cieszyć się życiem,

       nie zaś posiadać rzeczy i używać go. Nie byłoby też

       tylu konfliktów między ludźmi.  Koncentrując się

       jedynie na swych korzyściach i stratach nie potrafimy

       bowiem kochać życia, ani innych ludzi i czujących istot,

       a czasami nawet w ogóle poczuć, czym ono jest.  Nie 

       można kochać życia odzierając je z jego cudownej

       tajemnicy i czyniąc z niego wyłącznie narzędzie do

       zaspokajania własnych potrzeb.   Żyjemy często

       w pośpiechu, życiem zdegradowanym przez rywalizację

       o materialne dobra, pozycję społeczną i wpływy,

       a prawdziwe życie mija nas, jak krajobrazy za 

       oknem rozpędzonego pociągu. Utraciliśmy poczucie

       związku z całością, której cząstką jesteśmy. Mnożymy

       sztuczne potrzeby i wikłamy się w walkę o ich zaspokojenie,

       niszcząc wszystko w okół nas. 

            W "Przechadzce piątej" Jan Jakub wyznaje, że

       szczęściem jest dla niego stan "kiedy dusza nie zna

       żadnego uczucia...poza poczuciem własnego istnienia,

       gdy to jedyne uczucie może wypełnić ją bez reszty." 

           Paradoks, czy raczej prawda, która sprawia wrażenie

       paradoksalnej, polega na tym, że dusza istnieje w całej pełni

       dopiero wtedy, kiedy zapominamy o sobie. Przeszkodą w tym

       jest egoizm ("miłość własna"), który autor "Przechadzek..."

       precyzyjnie odróżniał od właściwie rozumianej troski

       o własne dobro.

            Feng Youlan, najwybitniejszy historyk filozofii chińskiej,

       tak o tym mówi: "Mędrcy nie są ludźmi, którzy pozostają w

       stanie pierwotnej ignorancji. Posiadali oni kiedyś

       zwykłą wiedzę i dokonywali zwyczajnych rozróżnień,

       potem jednak o nich zapomnieli." 

            Tym właśnie ludzie mądrzy różnią się od dzieci, które nie

       mają jeszcze żadnej wiedzy.  Czują się oni całkiem świadomie

       cząstką całości istnienia, podczas gdy zwykły człowiek oddziela

       się od niego...A wtedy pragnienie, ból i lęk zdobywają

       nad nim władzę. Mędrcy jednak czują się wewnętrznie wolni

       i są w swym działaniu spontaniczni, a chociaż poznali już 

       ograniczenia i cierpienie życia, wydają się być beztroscy

       jak dzieci, jakby żadne przeciwności nie istniały.

            To bardzo bliskie mi poczucie wartości życia.

       Choć czuję, że i ono nie może być trwałe i istnieje niewiele

       dłużej, niż stan kontemplacji, która uszczęśliwia czułą duszę,

       dając jej poczucie psychicznej harmonii z całością istnienia.

            Drugiego lipca 1778 r, po powrocie z kolejnej

       przechadzki, z której wrócił wcześniej niż zwykle, Rousseau

       umarł...pozostawiając cudownie ukwieconą łąkę i kobietę,

       której dzieci, będące także i jego dziećmi, umieścił niegdyś 

       w przytułku.    

niedziela, 23 sierpnia 2015

     

    Ciekawe, kto zostanie szczęśliwym dwudziestym tysięcznym pierwszym :-)

    Zwycięzcę autor zaprosi chętnie na kawę...Nie ukrywam, że preferuję

    osoby płci pięknej...Zamiast kawy może być herbata i ciasteczko.

    Podawanie kawy do łóżka nie jest konieczne ;-)

 

       Była jesień. Porywisty wiatr strącał liście z

drzew i miotał nimi na wszystkie strony, tworząc

powietrzny wir.  Przed chwilą jeszcze żywe, liście

nie utraciły jeszcze swych soków.  Drzewa zaś

stały oniemiałe, jakby biegły w bezruchu.  

      Wiedzący patrzył, jak cienie załamują ręce

nad kałużami.  Księżyc był blady.  Jakaś koścista

postać stanęła przed nim, ale kiedy do niej podszedł

i schwycił za nadgarstki, poczuł tylko szorstkość

drzewnej kory.

     - A dokąd to Żyd idzie? - usłyszał.

     - Na trzęsawiska - odrzekł Wiedzący.

     - Sze wie, to sze robi - odpowiedział głos - A czego

     tam Żyd szuka?

     - Trzeciego dnia! -

     - Co Pan Bóg stworzył trzeciego dnia? - zapytał ten

sam głos, a Wiedzącemu wydawało się, że ktoś się do niego

uśmiechnął. 

     - Tego dnia Święty, który jest Błogosławiony, rzekł:

"Niech powstaną światła na sklepieniu niebios, aby oddzielały

dzień od nocy i były znakami dla oznaczania pór roku, dni i lat."

     - Większe światło, mniejsze światło i gwiazdy...

     Jak mogłem o tym nie pamiętać?

     - Naprawdę o tym zapomniałeś?

     Wiatr zawył jeszcze raz i począł siec bezlitosny deszcz.

Jakiś kot próbował przed nim uciec, ale wpadł w kałużę.

     - Zapomniałeś, co stworzyłeś trzeciego dnia? - dziwił się

Wiedzący - I co teraz będzie?

     - Nic - odpowiedział głos - Słońce będzie świeciło i księżyc

będzie świecił wśród miliardów gwiazd.  Tak jest napisane

w Księdze. -

     Rabbi upadł przed nim na kolana i zawołał:

     - Myślałem już, że wszystko wiem, a Ty mnie zadziwiłeś!

Jakże cudowne jest imię Twoje!

     I spuścił Pan mgłę zapomnienia na miejsce owo, a

Wiedzący w tej mgle przytulał się do drzew, myśląc, że

to piękne dziewczęta.  Jedna taka brzózka szczególnie

wpadła mu w oko.  Jej listki drgały i tańczyły na wietrze.

Wiedzący nie był pijany, a cała ziemia tańcowała razem

z nim.  Nawet nie zauważył, kiedy zaczął się dzień.   

     

 

  ...Usiadła i nie wiem, co z nią zrobić.

  Lubi chyba ciepło moich wpisów. 

  Stara się nie zasłaniać zbyt wielu

  literek.  Z ekranu emanuje jasność,

  nie ciemność. Mrok jest w okół.

 

 

    

sobota, 22 sierpnia 2015

 

       Napisałem wczoraj nieco dłuższą opowieść,

ale jest trochę zbyt drapieżna (choć nikogo osobiście nie

rani) i mój wewnętrzny cenzor (każdy chyba ma takiego)

jej nie przepuścił. Opublikuję niedługo jej drugą wersję,

zupełnie inną od pierwszej, ale muszę ją najpierw dopełnić

do całości.  Zresztą bardziej lubię tę część mojej opowieści,

która pozostanie, choć brakuje jej trochę pazura...

      A dzisiaj opowiem wam inną...

 

      Nie pamiętam, jak znalazłem się w tym dzikim miejscu świata,

ale wiem, że poczułem się w nim bardzo zagubiony.

Ubrałem się oczywiście zupełnie nieodpowiednio, jak na taką

pogodę i nie miałem ze sobą nawet dostatecznej ilości wody.

Gdzieś w tym lesie musiała znajdować się rzeka, ale mogło

to być tak daleko, że nie odnalazłbym jej nigdy. Aromat roślin

ogłuszył mnie, a nie miałem nawet czym utorować sobie drogi

w zielonej ścianie lasu.  Każdy szelest, każde poruszenie się

zwiastowało tu obecność żmii, węża lub jakiego ogromnego

rogatego owada, pająka, czy innej poczwary.  Każdy kielich

kwiatu mógł być drapieżną, śmiertelną pułapką.  Cały las oddychał

i drgał przed mymi oczami.  A śpiew ptaków o zachodzie słońca,

mimo swej słodyczy, przypominał bardziej krzyk.  Umierałem już

prawie z pragnienia, choć pewnie prędzej wyzionąłbym ducha z

lęku, gdy nagle zobaczyłem wlepione we mnie żółte ślepia i ogarnęło

mnie przerażenie. Spodziewałem się skoku, pazurów rozdzierających

bólem me żyły i zębów przegryzających szyję.  Ale zamiast tego

usłyszałem czyjś łagodny głos:

      - Przychodzę z Mrocznej Krainy. Jeżeli szukasz czystej wody,

to zaprowadzę cię do niej. Musisz mi jednak obiecać, że nigdy nie

wrócisz już do swego dawnego życia, ani do swych bliskich.

      Nie odpowiedziałem na te słowa nic.  Ale Pantera skinęła na

mnie łapą i powiedziała, że zostanie moją przewodniczką. 

Przedzieraliśmy się razem przez gąszcz, a okoliczne małpy na jej

widok wydawały z siebie ostrzegawczy pisk.  Czasami musiałem się

bardzo schylać lub nawet czołgać, żeby poruszać się za nią, aż w

końcu chwyciła mnie w zęby jak malutkie kocię i nim zapadła noc,

dotarliśmy na cichą polanę.  Pantera, która była czarna i piękna

jak noc, kazała mi rozpalić ogień i po wylizaniu szorstkim językiem

mych ran, udała się na polowanie, po którym przez trzy dni spała

w sytości swego ciała i ducha, a jej skóra wydawała z siebie

najpiękniejszy aromat.  Ja tymczasem stawałem się coraz słabszy. 

A kiedy na chwilę ogarnął mnie sen, poczułem, że chwyciła mnie

za ramię, próbując obudzić.

     - Biegniemy nad wodę! - zawołała radośnie.

     - Nie mam już siły. - rzekłem - Chyba muszę cię opuścić...

     Kiedy to powiedziałem, Pantera przyniosła w pysku jakiegoś

małego szarego ptaka i zaczęła mnie nim częstować. 

     - Dziękuję Ci, ale jem tylko gotowane - powiedziałem, ale nie

miałem już sił, żeby przygotować posiłek.  Księżyc był w pełni. 

A na wieczornym niebie nie było żadnej chmury.

     - To napij się chociaż tej wody - zaproponowała i zaraz z nieba

spadł deszcz, a ja piłem go kropelka po kropelce. I każda kropla 

wody przywracała mi siły.  A potem Pantera przyniosła jeszcze

jakieś zioła i kazała mi je pożreć, rycząc:

     - Zeżryj to!      

     Tak więc, choć początkowo trochę zmarzłem, a krople 

deszczu kąsały me ciało, szybko odzyskałem nie tylko siły, ale

zapadając w sen na jawie rozmarzyłem się i Pantera wydawała mi

się najpiękniejszą dziewczyną we wszystkich światach. 

     Po kilku dniach spędzonych z nią poczułem, że zaczyna mi wyrastać

sierść i że czuję się coraz bardziej swobodnie w mej nowej formie

istnienia.  Powoli też zapominałem o swej tęsknocie za najbliższymi.

Wtulałem się w nią, jakby była moją siostrą i czułem ciepło jej oddechu,

a ona stykała się ze mną noskiem, co oznaczało pocałunek. Ale któregoś

wieczoru Pantera spojrzała na mnie ze smutkiem i powiedziała:

     - Chyba jednak nigdy o nich nie zapomnisz...A kiedy zniknie księżyc

zabiorę cię ze sobą do Czystych Źródeł i stamtąd już nie powrócisz. 

     Wydawało mi się nawet, że mówiąc to uroniła łzę.

     - Nie zamknę Ci powiek, bo mogłabym Cię udrapać - żaliła się,

a ja nie potrafiłem jej pocieszyć.  

     Nagle znikła i słyszałem tylko jej nawoływanie z ciemności.

A potem nastała wielka cisza...        

             

piątek, 21 sierpnia 2015

 

      "Niezaprzeczalny atut umierających: móc głosić banały,

nie kompromitując się przy tym."

      (Emile Cioran)

      Inna rzecz - dlaczego ludzie często czują miłość dopiero

w obliczu śmierci?  A nie np. pięć, czy trzydzieści lat wcześniej?

I dlaczego zauważmy bliskich często dopiero wtedy, kiedy

odeszli? Przy optymistycznym założeniu, że ich odejście

w ogóle zauważamy...

     

      "Nie sposób  p r o w a d z i ć   d i a l o g u  z bólem fizycznym."

      A z psychicznym?  Np. w sytuacji rozpaczy lub psychozy?

     

      "Oswobodzić się z życia to pozbawić się szczęścia, jakie

daje kpienie z niego." 

      Nie wydaje mi się jednak, aby to mogło przekonać przyszłego

samobójcę...nawet, jeśli jest kpiarzem.  

      

      Bonus ;-)  Bo miały być tylko trzy... 

    

      "Fakt, że życie nie ma sensu, jest jedynym powodem, dla którego

warto je przeżyć, jedynym, jaki pozostaje."

      "Kochać bliźniego jest rzeczą niemożliwą. Czy jakiemuś wirusowi

nakazuje się kochać innego wirusa?"

      Prześliczne...Ale tu nazbyt łatwo można zobaczyć sztuczki, jakimi

posługuje się ten iluzjonista.  Miłość bliźniego nie jest bowiem

w istocie żadnym nakazem, lecz potrzebą serca.  To prawda, że

niektórzy czynią z niej nakaz. Zrównywanie człowieka z wirusem

osobiście nie razi mnie - niemniej wirusy są doskonale obojętne i

wciągnięte bez reszty w wir walki o byt. Człowiek - nie musi...

     "Jedyny, jaki pozostaje", to przecież nie "jedyny" powód. Z wielu

innych powodów warto przeżyć życie.  Nawet, jeśli w trakcie jego

trwania są one stopniowo eliminowane, aż do chwili, kiedy osiągamy

błogą świadomość, że "nic na to nie można poradzić."

 


 

czwartek, 20 sierpnia 2015

                           

                            Kobieciewbarwachjesieni

  

   ...Właściwie powinienem może napisać na

MIGUELA DE CERVANTESA SAAVEDRA.  

    Zajrzałem wczoraj do swej dawnej szkoły

("budy"), na dziedzińcu której stoi pomnik pisarza. 

I zrobiłem sobie tam zdjęcie moim nowym smartfonem

za złotówkę. Ale ptaki nie uszanowały mego patrona i

teraz będę chyba już dalej sam walczył z wiatrakami.

    Nie wiem, dlaczego zajrzałem do mojej szkoły.

Przechodzę tamtędy dość często. Może chciałem się

z tym miejscem pożegnać, albo coś sobie

przypomnieć?  Nic się nie zmieniło!  W przeciwieństwie

do mnie. Te same odrapane i koszmarnie

pomazane mury przy wejściu na dziedziniec. 

Te same brudne i rozwrzeszczane dzieci bawiące się

w wojnę.

     Obliczyłem, że byłem tam z jakieś dziesięć

tysięcy dni temu.  To nie tak dawno!  Przy okazji

uświadomiłem sobie niewątpliwe korzyści płynące

z tej metody mierzenia czasu. Gdybyśmy mierzyli

życie w dniach, a nie w latach, to pewnie mniej byśmy 

je marnowali.

     "Tak właśnie postępuj, mój Lucyliuszu" - pisał

o tej metodzie odmierzania czasu - Lucjusz Annaeus

Seneca - Wyzwalaj siebie dla siebie, a czas, który

- jak dotąd - był ci rabowany, albo kradziony, albo

sam uchodził niepostrzeżenie, gromadź i szczędź.

Wierzaj, że tak się to przedstawia, jak tu piszę:

pewne chwile są nam odbierane jawnie, inne

odejmowane po kryjomu, a jeszcze inne

wymykają się nam same."

     Tym Samsungiem bardzo trudno jest zrobić

zdjęcie samemu sobie, więc zamiast zdjęcia nagrał się

kilkusekundowy filmik.  Stoję pod pomnikiem

Cervantesa i strasznie mrugam powiekami, a kiedy

w ekranie pojawia się mój palec, słychać, jak ktoś,

- a może to ja? - mówi: "Wariactwo cholera!" 

     Postanowiłem więc w końcu sfotografować sam

cokół z wieszczem.  Ale po uświadomieniu sobie, że

jego wizerunek został po prawej stronie głowy 

sprofanowany przez egzotyczne ptaki, musiałem

wyciąć połowę zdjęcia.  

     "Oyeya!  Caramba! Bambuco!" - jęknął wieszcz

na widok swej utraconej na zawsze połówki. "Czy

warto troszczyć się o własny wizerunek?" - pomyślałem,

bo nie znam tak dobrze hiszpańskiego.

     To chyba jedyna wada mojego smartfona. Poza tym,

że przez cały czas włączają się jakieś niepotrzebne

opcje;-)

wtorek, 18 sierpnia 2015

    

     Marek Aureliusz to od wieków mój

ulubiony grecki filozof (lubię jeszcze

kilku chińskich filozofów).  Jego pogoda

ducha i spokój, i poczucie harmonii

wszechistnienia, choć nie były nigdy

całkowite, i na pewne rzeczy Marek się

jednak żalił, zawsze dobrze na mnie

wpływały, podobnie jak świadomość,

że był człowiekiem rozumnym i dobrym.

    Jednak istnieje i druga strona owej

sympatii.  Stoicyzm nie wyraża, w moim

przekonaniu, pełnej prawdy o życiu. 

Jak kiedyś słusznie zauważył pewien

inteligentny student - "afirmacja życia

z gniciem w tle zakrawa na sarkazm." 

    Ja bym tego tak może nie ujął, bo nie

jestem aż tak bystry i skłonny do ocen,

ale to prawda, że Marek cały czas przekonuje

nas o bezwartościowości bezpośredniego

przeżywania życia.

    Mówi o nim, jak człowiek znużony życiem. 

A ów dystans dopuszcza może życzliwość,

ale nie miłość do życia i ludzi. O życiu

nie mówi nigdy z pogardą, bo jest dla niego

święte, ale o fizyczności i psychice człowieka

wypowiada się często z odrazą.

     "Patrząc na każdy przedmiot, przedstawiaj

go sobie jako ulegający rozkładowi, zmianie,

jakby zgniliźnie i rozpadnięciu się w pył

albo jak na rzecz przeznaczoną z urodzenia na

śmierć.

     Jak marni są ludzie! Jedzą, śpią, płodzą dzieci,

wypróżniają się itd. A potem jak pysznią się

władzą, puszą, gniewają i z góry innych łają.

A niedawno przed jak marnymi ludźmi się płaszczyli

i dla jakich powodów! A za chwilę wśród jakich się

znajdą!

     Każdą czynność, którą wykonywasz, badaj z

osobna i zadawaj sobie pytanie, czy śmierć jest

straszna, że cię tego oto pozbawia?"

     "Nie należy się gniewać na bieg wypadków, nic

ich to bowiem nie obchodzi" (pisał, przytaczając

słowa Eurypidesa).

      "Przypuść żeś już umarł i życie dotychczasowe

ukończyłeś. Resztę życia pozostałego ci jako nadmiar,

powinieneś przeżyć zgodnie z prawami natury."

      Słowa te są głęboko prawdziwe i źródłowo rozumne,

ale postawa wobec życia, jaką Marek proponuje,

jest właściwie odwróceniem się od życia.  W jego

przekonaniu żyją tylko zasady, a istotą życia jest

spełnianie obowiązku i godzenie się z łagodnym

przeznaczeniem.  Nie jest ono chyba jednak takie

łagodne, skoro Marek porównuje człowieka

niezadowolonego z życia z kwiczącym wieprzem

składanym na ofiarę.

     W całości istnienia pewnie wszystko się bilansuje,

ale cierpienie, radość i miłość przeżywamy zawsze

jako osoby, a nie jedynie jako części całości i to,

co dla całości Natury ma sens, jak np. to, że umieramy

i cierpimy, budzi w nas często odruchowy sprzeciw. 

Zgoda na los jest piękna, jak każda rozumna

rezygnacja. Jednak często czuję, że od stoickiej

mądrości bliższa mi jest wrażliwość hellenistycznych

poetów, którzy kochają to kruche i przemijające

istnienie, a skoro je kochają, to czują całą jego

radość i ból, pojawiające się w przemijającej chwili. 

Miłość do życia nie da się bowiem zamknąć w rozumnej

rezygnacji i sprowadzić do opartego na kontemplacji

harmonii Natury dystansu.

   To prawda, że już za chwilę nas nie będzie i że

wszystko w życiu tracimy, i musimy być gotowi na

przyjęcie każdej przemiany, jaką niesie los. 

Sprzeciwianie się temu byłoby czymś nierozumnym. 

Nie możemy przecież nic na to poradzić! "Widocznie" -

myślimy -"ma to jakiś sens." Ale pogoda ducha, jaką

uzyskujemy za cenę zobojętnienia na ludzką wrażliwość

i przeżycia bywa na ogół pogodą ducha

złudną, jeśli nie tragiczną, a spokój, jaki w ten

sposób uzyskujemy, przypomina psychiczne

obumarcie.         

      Kiedyś przyjaciel opowiadał mi, jakie wrażenie

zrobił na nim pewien film z życia ptaków. Rodzice

pielęgnowali na nim z troską swe jedyne pisklę (nie

wiem, dlaczego jedyne, może inne już nie żyły) i 

właśnie spełniał się jeden z cudów Natury.  Takie 

sceny budzą w nas żywe poczucie szczęścia.

      Ale w następnej scenie filmu, kiedy ptaki jak

zawsze ofiarnie odleciały po pokarm dla pisklątka -

wystarczyła chwila! -  podpełzł wąż i żywcem pożarł

ich dziecinę.  Z punktu widzenia praw Natury nie stało

się nic, co by w jakikolwiek sposób je zakłóciło. 

A rozpacz ptasich rodziców? Zwierzęca i niegodna

rozumnej istoty - powiesz?

      Możemy sami być odporni na wstrząsy losu,

jakie nas spotykają, ale żadne cierpienie czującej

istoty nie powinno pozostać niezauważone...Nie 

na tym polega może filozofia życia, ale w  tym

właśnie (podobnie, jak w przeżywaniu radości

innych) wyraża się pełne jego przeżywanie.   

 

   Znalazłem prześliczne zdjęcie mojej Ukochanej.

Nie tej obecnej, ale poprzedniej.  Klęczy obok

krzesła, na którym śpi Jej ukochany czarny kot.

A na odwrocie zdjęcia napisała "Adoracja

Dzieciątka."

    Niestety, ów cudowny, ogromny kot, który lubił

nocne spacery, zginął niedługo potem przygnieciony

workiem z cementem pozostawionym przez robotników

na rusztowaniu.  Ktoś tłumaczył mi, że pies by się

pewnie uratował, ale koty na sygnał niebezpieczeństwa

chowają się (:               

   Jak napisał pewien poeta - w życiu nić złota i szara

przeplatają się wzajemnie i po chwilach szczęścia

często zjawia się nieszczęście.  

    To cudowne uczucie - kochać kogoś. 

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

       

      Nie tylko Nezumi pisze bajki (bajkami nazywam tutaj

pewien rodzaj opowieści). A oto jedna z najpiękniejszych,

tak piękna, że mogłaby równie dobrze wyjść spod pióra

Mistrza Nezumiego (nie, nie jest upierzony!)  Ale choć 

napisał ją ktoś inny i to przed wiekami, na pewno warto

ją przeczytać. Opowiada o tym, co wydarzyło się, kiedy Budda

był niegdyś w jednym ze swych wcześniejszych żywotów

synem króla i zgubił się w dżungli ze swoimi braćmi.

       "Gdy pewnego razu zagubili się w dżungli, 

napotkali głodującą tygrysicę z pięcioma kociętami. 

Osłabiona tygrysica nie była już w stanie się poruszać. 

Książę pomyślał: "Ileż to razy w poprzednich żywotach

ratowałem samego siebie? Myślałem tylko o własnym

bezpieczeństwie i tyle razy umierałem nie przynosząc

nikomu pożytku..."

        Budda wysłał braci na poszukiwanie owoców, a

sam położył się obok tygrysicy. Ta była jednak zbyt 

słaba nawet na to, by go pożreć.  Nie mając noża,

książę ułamał pęd bambusa, naciął nim przegub dłoni

i pozwolił, by krew spłynęła do pyska tygrysicy.

Następnie sam odciął kawałki swojego ciała i podał

zwierzęciu. Tygrysica stopniowo odzyskiwała siły,

on zaś je tracił. Nie czuł jednak żalu; poświęcał życie

nie tylko tygrysicy i jej dzieciom, ale wszystkim innym

istotom. Wkrótce zmarł.

        W tym czasie matka chłopca śniła o trzech

słońcach, z których środkowe było zaćmione.

Przebudziła się wiedząc, że coś przydarzyło się jej 

średniemu synowi. Wkrótce też doświadczyła

niezwykłego zjawiska - ziemia się zatrzęsła,

z nieba spadły kwiaty, a wokół rozbrzmiała

muzyka i pieśni pochwalne."

       (Przekład J. Należnik.  Tę wiekową buddyjską

bajkę przytacza Czagdud Tulku, w książce

"Bramy buddyjskiej praktyki" - Wydawnictwo

"Damaru", Kraków 2005).

       W rozwijaniu bodhiczitty, bezinteresownej

miłości do wszystkich istot, decydujące jest 

altruistyczne pragnienie poświęcania życia dla

dobra innych. Bajkę tę przytoczyłem z pewnymi

skrótami, które jednak w niczym nie naruszają 

jej sensu. 

      Większość ludzi w oczywisty sposób żyje

tylko dla siebie i dla swych najbliższych.  Ale

można też otworzyć swe serce na inne czujące

istoty.  Życie jest naprawdę krótkie i warto może

zastanowić się nad sensem takiej współczującej,

pełnej miłości postawy.


niedziela, 16 sierpnia 2015

 

...zwykł mawiać przy obiedzie, nie chcąc sobie psuć dobrego

trawienia. Chrząkał przy tym zniecierpliwiony, żeby było go

lepiej słychać. Jest chyba szczęśliwy, choć pewnie już nie trawi.

      

     Osa utkwiła właśnie w butelce po soku. 

     - Czy ten owad nie przypomina nas? - spytał Mistrz -

Jesteśmy przecież uwięzieni w samsarze i nie możemy

znaleźć drogi wyjścia.

     Nezumi odwrócił się i przeszedł kilka kroków. I wtedy

właśnie kamień wyrzucony przez Mistrza uderzył go

mocno w plecy.  Był to niewielki kamyk i nie mógł

pewnie wyrządzić mu najmniejszej krzywdy.  Ale kiedyś

kolega z podwórka uderzył go kamieniem w głowę i omal

nie zabił.  Cała miska była pełna krwi.  

    - O jeden kamyk za dużo - powiedział, odwracając się

na chwilę w stronę Mistrza.  

    Zamiast wykrzywionej od gniewu twarzy ujrzał jednak

wymachującego ramionami młodzieńca. Mistrz był bowiem

jeszcze bardzo młody.  Skakał i próbował odchodzącemu 

coś pokazać.

    - Rzeczywiście - tygrys! - rzekł spokojnie Nezumi i ruszył

przed siebie. 

    Każdy ma swą drogę.  I nawet jeśli życie jest "tygrysem

przyczajonym", jak napisał niegdyś buddyjski poeta, to

nie możemy trwożnie śledzić i wypatrywać jego wzroku.

Gdzie jest za dużo lęku, tam nie ma miłości...

   - Mamo, czy ten Nezumi był rzeczywiście taki odważny?

   - Nie. Przecież nie powiedział, że nie boi się tygrysa.

      Może bardziej bał się tego wymachiwania ramionami?     

sobota, 15 sierpnia 2015

   

    Kto chociaż trochę poznał świat muzyki

klasycznej różnych kultur, ten wie, jak słodkie

i pełne delikatności, i bogate w tysiące olśnień

może być brzmienie muzyki.

    Ale napiszę tu coś raczej o muzyce

w miarę popularnej.  I o tym, jak

interpretacje muzyki klasycznej zmieniają

się wraz z rozszerzaniem się naszej wiedzy

o muzyce etnicznej, choć zawsze

najważniejszą rolę odgrywa tu wyobraźnia

artysty. 

   A oto trzy przykłady słodkiej muzyki.

   1. Bim Sherman, wykonawca muzyki

reggae, najpierw roots reggae, a później

jej bardziej elektronicznej wersji, nagrał

zupełnie wyjątkową płytę "Miracle", w

której brzmienie reggae zostało stopione

z brzmieniem muzyki indyjskiej w sposób

tak naturalny, że nie czuje się żadnego

związanego z tym dyskomfortu.  W całej

muzyce reggae istnieje tylko jedna taka

płyta i właściwie słuchając jej możemy

nawet nie wiedzieć, do jakiego muzycznego

gatunku należy.  Eksperymentuje podobnie

wielu wykonawców, ale prawie zawsze

zauważamy w takim połączeniu jakąś

arbitralność, czy sztuczność.  A tu stop

tych dwóch szlachetnych muzycznych

tradycji jest tak naturalny, że powstaje

coś zupełnie nowego. To bardzo słodka

i łagodna muzyka, poczynając od samego

głosu. "Golden Locks" (w wersji z tej płyty,

bo istnieje jeszcze, niestety, inna), "Over

the Rainbow" i "Solid as Rock", to  

moje ulubione utwory. Sherman

nie starał się jej później skopiować,

bo pewnie nawet by nie potrafił, choć jest

o wiele ciekawsza od wszystkiego, co wcześniej

tworzył.  Artyście towarzyszą muzycy grający

na gitarze akustycznej, na tabli i na gitarze basowej

oraz orkiestra smyczkowa z Bombaju.

    2. Podobną łagodną słodycz i znacznie lepszą

poezję odnajdujemy w pewnym nagraniu utworów

Św. Hildegardy z Bingen, tej od ziół i mistycznych

obrazków, oraz przepisów na dobre życie.  Muzyka

Hildegardy stała się modna i znana odkąd

nieoczekiwanie angielska wytwórnia Hyperion sprzedała 

płytę z nią w nakładzie kilkuset tysięcy

egzemplarzy, zamiast spodziewanych kilkuset,

czy kilku tysięcy, bo takie były najczęściej

nakłady płyt z muzyką poważną.  Kto mógł

przypuszczać, że słuchacze rocka, czy innych

rodzajów muzyki popularnej nawiedzą się na

Hildegardę?  A jednak tak się stało.  

     Istnieje wiele dziwnych (oryginalnych)

płyt z muzyką Hildegardy.  Wyobraźnia

wykonawców bywa zadziwiająca i wykonania

te niewiele mają czasami wspólnego z

pierwowzorem i praktyką wykonawczą

okresu średniowiecza.  Ale niektóre z nich

są "bardzo" piękne. 

     W 2007 roku francuska chyba firma "Jade"

wydała CD "Le mariage du ciel et de la terre"

z najbardziej znanymi utworami Hildegardy.

Słodko na niej śpiewa i gra na doulcemerze

niejaka Catherine Braslavsky.  A Joseph Rowe

towarzyszy swej mniszce grając na instrumentach

takich, jak:

     - oud

     - bendirs

     - dabaruka

     - tanbura

     - mbira

     - bols tibetains

     - gongs birmans.

     I w efekcie słyszymy to samo szczęśliwe

połączenie, które tak nam się podoba na płycie

Bima Shermana.  Nie jest to ani muzyka 

Hildegardy, ani muzyka Wschodu, ale słucha się

jej znakomicie i to bez poczucia, że dokonano tu

jakiegoś interpretacyjnego nadużycia.

    Pamiętać należy zawsze o tym, że muzyka

klasyczna nawiązywała często do etnicznych korzeni.

Ale cała reszta, to udany produkt twórczej

wyobraźni artystów.

   3. W przypadku obu tych słodkich jak miód,

ale nie przesłodzonych nagrań, charakterystyczne

jest to, że nie mają one żadnych odpowiedników.

Podobnie jest z cudowną płytą Ijahmana Levy,

"Haile I Hymn."  Istnieje tylko jedno takie nagranie

i nie ma żadnego, które byłoby do niego podobne,

a jednocześnie słuchając go, mamy poczucie

pewnego autentyzmu.  Ijahman Levy, wykonawca

muzyki reggae, wydał z pomocą Chrisa Blackwella

(tego, który wylansował Boba Marley'a) tę płytę

w roku 1978.  Są na niej cztery hymny, skierowane

do Jego Wysokości Cesarza Haile Selassiego, śpiewane

łagodnym i pełnym upojenia, zawodzącym, trochę

cygańskim głosem przez tego artystę, lubiącego się

fotografować  w mistycznym afrykańskim stroju na

tle najpiękniejszych wodospadów. 

    Słuchając tej muzyki można w ogóle nie zauważyć, że

jest to akurat reggae.  Nie istnieje po prostu porównywalna

do niej muzyka i dlatego Ijahman, mimo pięknego głosu nie

stał się bardzo popularny, a kilka z jego późniejszych płyt (nie

wszystkie na szczęście) ma raczej okropne brzmienie. 

Jednak łagodna słodycz  tej płyty jest naprawdę ujmująca.

To prawdziwe dzieło sztuki (popularnej oczywiście).

     Blackwell (milioner) nie chciał inwestować w talent Ijahmana,

bo zainwestował już w Boba Marleya, na co Ijahman się żalił, a

inny znany wykonawca reggae Lee Perry nazwał go nawet

wampirem. Niemniej faktem jest, że Ijahman, mimo swego talentu,

nie potrafił już sam nagrać równie pięknej płyty. 

     

      Pan Nakamura przymknął powieki

i ujrzał wzburzone morze. 

     - Widziałem dzisiaj śnieżną czaplę.

Mój koniec jest chyba bliski! - powiedział.

Kikuko spojrzała na niego sennie.

     - Nigdy nie słyszałam, żeby śnieżna

czapla zapowiadała czyjąś śmierć. Raczej

zjawia się na pogrzebie. 

     Mówiąc to, ziewnęła.  

     Morze szumiało coraz głośniej.  Pan

Nakamura poczuł lęk przed ryczącymi

jak upiory falami.  Nie umiał pływać.

Kiedyś jako dziecko próbował się tego uczyć,

ale nauczył się tylko nurkować.  

     - Chciałbym się z tobą pożegnać, Kikuko.

Kochana moja, Maleńka! - powiedział z nieoczekiwaną

dla siebie czułością.

     - Z powodu tej czapli? - wybuchnęła śmiechem

Kikuko.  Tymczasem ogromna fala przykryła głowę

Pana Nakamury. 

     - Co się z tobą dzieje? - zaniepokoiła się

dziewczyna - Jesteś jeszcze młody!  Ale, jeśli chcesz

odejść na drugi brzeg rzeki, to obiecaj, że nie będziesz

mnie potem straszył.  Nie lubię złych duchów.

      Nie odezwał się.   Woda wlewała mu się w 

płuca i rozrywała je.  Nie mógł jej się pozbyć.  

      - Co się z nim dzieje? - spytała Noriko.

      - Chyba kolejny napad melancholii.  Wygląda na

to że stracił głos - powiedziała Kikuko - Zostawmy go

w spokoju.   

      Pan Nakamura przygotowywał się do przejścia

w inną formę bytu.  Tymczasem Noriko zabrała

Kikuko na spacer po plaży.  Był wyjątkowo cichy wieczór

i nawet wiatr wstrzymał oddech.  Fala za falą łagodnie

obmywała ślady ich stóp na piasku.  Dziewczyny rozmawiały

o czymś podekscytowane i nie zauważyły nawet kiedy zaszło

słońce.  Nagle światło latarni morskiej oświetliło jakąś kłodę

wynurzającą się z morza.  A kiedy zbliżyły się do tego

miejsca, okazało się, że to ciało jakiegoś mężczyzny ubranego

w płaszcz.  Nie było widać jego twarzy ponieważ zatopiona 

była w mokrym piasku.

     - Chyba nie leży tutaj zbyt długo, bo nie ma żadnego

zapachu. Może jeszcze żyje? - zauważyła Kikuko, ale nie chciała

podejść bliżej.    

     Noriko, bardziej odważna, odwróciła ciało i zamarła z

przerażenia.  Twarz, którą zobaczyła, była twarzą Pana

Nakamury.  Wydawało jej się, że widzi na niej błogi uśmiech.

     - I co? - spytała Kikuko. 

     - To chyba jakiś pijak - powiedziała Noriko - Trzeba będzie

zawiadomić policję.

     Trwało to dość długo. Inspektor niepokoił je niepotrzebnymi

pytaniami dotyczącymi denata.  Cały wieczór był zmarnowany.

Rozmawiały jeszcze trochę po drodze do domu.  

     - Po co dzwonisz? - zdziwiła się Noriko. 

     - Żeby otworzył!  Nie chce mi się wyciągać kluczy. -

     Ale Pan Nakamura otworzył i przywitał je z tajemniczym

uśmiechem.  

      - No i widzisz, po co było tak żartować? Wiesz, że na plaży

spotkałyśmy trupa! - powiedziała z wyrzutem Kikuko.  

      - Ach tak!  - rzekł Pan Nakamura - A nie zmarzłyście trochę?

Noriko wahała się nieco z wejściem w głąb mieszkania, ale Kikuko

pociągnęła ją za sobą. 

      - Wydawało mi się...- rzekła cicho.  

      Pan Nakamura dotknął dłonią czoła, jakby próbował coś od

niego odlepić.  "To był wodorost!" - wykrzyknęła w duchu Noriko.  

      - No to kładźcie się już spać, a mną się nie przejmujcie - 

zaproponował starszy pan.  Ale Noriko poczuła, że obrzucił ją

złośliwym spojrzeniem śnieżnej czapli. 

      Nigdy nie wiemy, kiedy czyjś sen stanie się dla nas jawą

i jak wydostać się z pułapki, jaką zastawia na nas upiór.  Pan

Nakamura wyjrzał przez okno i spojrzał na plażę.

      - Życie przemija.  Fala za falą...Ale fala nie pragnie istnieć

ani chwilę dłużej niż istnieje - powiedział do siebie. 

      Dziewczyny położyły się spać w pokoju na piętrze.  Noriko

zastawiła drzwi krzesłem, na którym umieściła miseczkę z solą.

Długo nie mogły zasnąć wtulone w siebie.  Wyglądały jak żaby,

które z lęku przed dziobem bociana łączą się w grona.  Kikuko

drżała. Noriko obejmowała ją.  Ale nad ranem sen zawsze

najbardziej morzy.  I właśnie wtedy Pan Nakamura przypomniał

sobie, że coś zostawił w pokoju na górze.    

piątek, 14 sierpnia 2015

    

     To tytuł mojego nowego filmu.

     - Czy będzie się czymś różnił od arcydzieła Bunuela? 

- spytała Isia.

     - Będzie do niego zupełnie niepodobny - powiedziałem.

     - Będzie o wiele ciekawszy?

     - Chyba nie ma sensu ich ze sobą porównywać.  Ale

zapewniam cię, że w Andaluzji są koty.

     - Ale przy takim tytule widz ma prawo chyba oczekiwać

jakiegoś punktu odniesienia? Wyobraź sobie, że nakręciłbyś

"Ósmą pieczęć", albo "Dziewięć i pół"? 

     - Niech więc czeka na przysłowiowego Godota! 

     - Mamy tu do czynienia z dziełem wybitnym na miarę Wiedźmina? 

Wiadomo, że na arcydziełach ludzie się przeważnie nudzą. Więc pomyślałam

z nadzieją, że to nie będzie kolejne niskobudżetowe arcydzieło.

     - No cóż!  Sądzę, że takiego filmu jeszcze nie było, ani nie będzie.

     - Jak to nie będzie???

     - Zerwałem właśnie kontrakt! 

     - To tyle taśmy zmarnowałam!  Nie mogłeś powiedzieć od razu.

        Zrobiłeś mnie w bambuko!

     - Jolu...

     - Nie jestem żadna Jola!  Każda moja minuta kosztuje...

     - Nie jesteś...Masz ochotę na browara? 

     - Ale dlaczego zerwałeś? 

     - Kazali mi zmienić tytuł...    

czwartek, 13 sierpnia 2015

     

     Ching-hsiung Wu, nazywany też dr Wu

był jednym z największych znawców chińskich

filozofii radości.  Jest on autorem znanego eseju

"Idea radości w filozofii chińskiej." Prawnik z

wykształcenia, był bliski również praktycznemu życiu. 

Jego tłumaczenie Laozi na język angielski jest jednym

z najbardziej cenionych i inspirujących.  

      Równie inspirujące jest jego rozumienie

miłości.  "Jakże cudowna jest miłość! - zauważa -

Ona tworzy wszystko!  Jest najwyższą zasadą

kosmosu, stoi ponad yin i yang, ponieważ je łączy.

Stosunki łączące yin i yang są święte, jeśli są

inspirowane przez miłość, a są tylko żądzą, jeśli

jej nie ma. Żądza jest dla miłości tym, czym talent

dla geniusza, czym polityk dla męża stanu, czym

oczy ryby dla pereł. Żądza jest fałszerstwem i

naśladownictwem miłości; jest pustą skorupą...

ale jak każda hipokryzja składa hołd cnocie,

naśladując jej zewnętrzne formy. Kultywuj miłość,

a wszystko będzie ci dane. Radość jest doskonałością -

powiada Spinoza, ja mogę dodać iż radość i przyjemność

są tak od siebie oddalone jak niebo i ziemia."

(przekład z tekstu angielskiego "Beyond East and West"

I. Doleżal-Nowicka). 

      Można oczywiście spytać, jak dr Wu tę odległość

dzielącą duchową radość od zmysłowej przyjemności

wymierzył?  I czy jest ona zawsze rzeczywiście tak 

ogromna, niemniej prawdą jest chyba, że ludzie

pod wpływem pożądania często odgrywają miłosny

rytuał, którego istoty nie są świadomi. Zapominają,

że seks to jeden ze sposobów wyrażania miłości 

i poczucia bliskości (naturalny i spontaniczny). 

    Kiedy, jak zauważa Sue Johnson, autorka 

wspaniałej psychoterapeutycznej książki "Przytul mnie!",

która uratowała już wiele rozbitych związków, chodzi

w nim jedynie o redukcję napięcia seksualnego,

dowartościowanie, uzyskanie pocieszenia lub sadystyczne

odreagowanie, przestaje być językiem miłości i wyraża już

zupełnie coś innego, coś, co przynależy raczej do menu

naszej psychicznej konsumpcji, a druga osoba - partner,

zaczyna być traktowana w sposób instrumentalny. 

To ona ma być dla nas źródłem radości lub psychicznej ulgi,

co, kiedy praktykujemy to stale, wyklucza wszelkie

autentyczne współprzeżywanie miłości.        

    Pewien starożytny grecki filozof przechwalał się, że

miłość jest dla niego tym samym, co jedzenie smacznego

pokarmu albo picie wina, a przez szczęście rozumiał

najbardziej intensywną przyjemność. W rzeczywistości

jednak namiętność i nadmiernie rozbudzone pożądanie niszczą

miłość, prowadząc do rozczarowania, wzajemnych zranień,

przesytu i nudy, i to niezależnie od tego, jak ktoś potrafi sobie

swe przyjemności urozmaicać. 

     

środa, 12 sierpnia 2015

      

      Przyznaję, że czułem się trochę zagrożony,

ale kiedy uświadomiłem sobie, ile dobroczynnych

substancji znajduje się w mojej wątrobie i że nawet

dzieci ich potrzebują, poczułem się szczęśliwszy

od łososia norweskiego i uśmiecham się do was

szeroko wszystkimi moimi kiełkami. 

      Podziwiam was!  Tylko wy - ludzie, potraficie

przerabiać inne czujące istoty na użyteczne dla

zdrowia lub higieny produkty. A czasami nawet

przerabiacie na nie swych współbraci. 

     A ludzie, których nazywacie rekinami finansjery,

choć my jesteśmy przy nich łagodni jak pingwiny,

kaleczą ludzką wspólnotę...Nazywacie ich też

bohaterami, filozofami biznesu, artystami.  Bo

przecież to oni stwarzają miejsca pracy dla tych

tłumoków. 

     Miłego połowu!   To nic, że trochę boli!

Najważniejsze jest przecież samo-poświęcenie! 

wtorek, 11 sierpnia 2015

    

     Był letni wieczór.  Kaspar Klein odłożył lutnię i

poszedł nad fontannę patrzeć na kąpiące się jaskółki.

A wtedy nagle zobaczył, że jedna z nich utonęła w

wodzie.  "To niemożliwe!" - pomyślał - "Przecież są

takie radosne!  Chyba musiało mi się przywidzieć!"

     Policzył jednak z trwogą wszystkie i jednej

brakowało. Wracając do domu zabrał lutnię i z rozpaczy 

roztrzaskał ją o kamień.  Wydała z siebie głuchy

jęk. 

      To dziwne, ale tego dnia skończyło się lato

i nadciągnęły jesienne chmury.  Zrobiło się już

całkiem chłodno, a muzyk przez sen słyszał

wycie wiatru i łkanie nieszczęsnej towarzyszki

życia. Chciałby ją naprawić, ująć czule i nastroić jej

struny, żeby wydały z siebie najpiękniejszy

dźwięk, ale czuł się tak, jakby ciągnął dziewczynę

za włosy. I nie było żadnego schronienia przed tym

żalem.

      Wstał więc w nocy i wyprawił swej lutni

wspaniały pogrzeb w najpiękniejszej części swego

ogrodu.  Na ceremonię przybyły dostojne krety,

smużki, kuny i jeże z całej okolicy. A Czarny Kot

trzymał w łapkach ogromną świecę, w której płomień z

rozpaczy rzucały się ćmy.  Nie było specjalnej

pompy. Owszem, niejedno zwierzątko uroniło

ukradkiem łzę, maskując ją życzliwym uśmiechem i

pytaniem: "A co tam u sąsiadki?"  Zjawiło się też tam

Licho, choć licho wie, po co...

     Ale, kiedy tylko Mistrz Klein wrócił do domu i padł z

wyczerpania na łóżku, usłyszał znów jej łkanie.  Nigdy jeszcze

nie słyszał tak smutnej pieśni.  "Avantgoust de la musique du ciel" -

szeptał ze złością, wyrzucając z siebie najokropniejsze

przekleństwa. "I tego demona nazywają Bogiem!

Niszczyciel, który nie daruje żadnemu stworzeniu! 

Czy nie mogła ta jaskółka latać, jak inne?  Cóżeś uczynił, ty

okrutniku!  To przez ciebie rozbiłem moją lutnię, najpiękniejszą

istotę, jaką znam".

      Po tych słowach nastała cisza tak straszna, jakby ten,

do którego się zwracał, drwił z niego: "Zobaczysz, jeszcze

może być gorzej!"  Była tak głucha, że pękło od niej

serce dzwonu.  A wtedy zamiast aniołów zleciały się demony 

i całe ich czeredy ukazywały się przed oczami nieszczęsnego

Kaspara, bębniąc w gongi i śpiewając kozimi głosami 

obleśne, pijackie pieśni.   Nad ranem odleciały...

     Ale, kiedy się rozwidniło, Kaspar zupełnie o wszystkim

zapomniał.  Chciał zagrać poranną melodię, a kiedy na

posłaniu nie odnalazł swej towarzyszki, uśmiechnął się i

zapytał: "Co poeta robi jesienią?"  "Z pewnością chroni od mgieł

chryzantemy."  Im dłużej jednak trwał dzień , tym

większa pustka go ogarniała, a na liściach słonecznych kwiatów

ujrzał liszaje niebytu.

      Wieczorem przekomarzał się z cieniami, które piły wodę z

kałuży i nasłuchiwał szumu liści drzew, ale była to jego jedyna

rozrywka.  Wsłuchiwał się też w oddech ziemi, a wtedy pewna

leciwa zmora zaproponowała mu stosunek.  Miał się on zakończyć

szczęśliwym zadławieniem. "Możesz krzyczeć!"- poinformowała go -

"Ja przeżywam twoje rzężenie bezgłośnie." Mówiąc to przydeptała

Kasparowi gardło bosą stopą.  Zdołał jednak przed nią uciec.  

      A kiedy był już blisko domu usłyszał kwilenie jaskółki.

Odwiedzała go każdego poranka, a on czekał na nią z ziarenkami,

które zostawiał dla niej pod oknem.  Czasami wydawało mu się,

że i ona jest tylko cieniem, ale czuł, że ten cień lgnie do niego.

Każdego dnia stawał się coraz większy, aż w końcu Kaspar

Klein, nadworny muzyk Księcia Augustina, całkiem zniknął.   

                                  *  *  *  

     W trzechsetlecie jego zniknięcia, w roku 1933, na osobiste

polecenie Adolfa Bimbermayera odkopano lutnię kompozytora i oddano ją

do renowacji.  W 1945 r pocisk artyleryjski rozerwał ją na strzępy. 

W powietrzu fruwały kawałki papieru nutowego, na którym znajdowała

się niedokończona Suita f-moll...  

 

niedziela, 09 sierpnia 2015

    

     "Kiedy jesteśmy szczęśliwi, jesteśmy zawsze

dobrzy, lecz kiedy jesteśmy dobrzy, nie zawsze

jesteśmy szczęśliwi."

     (Wilde, przekład M. Dobrosielski)

     Ciekawe, dlaczego tak jest?...Jeśli jest...

     Istnieją chyba co najmniej dwie różne odpowiedzi

     na to pytanie.

 
1 , 2