Kategorie: Wszystkie | "Dziewczyny, bądźcie dla nas dobre na wiosnę" | ...bez końca | 0 | 100O i jeden Rabinów | A Puszkina też zapuszkują? | A moze to tylko pomieszanie zmyslow | A nie lepiej być purystą? | Aaaaaaaaaaaaaa...aalfabeta | Ach, gdzież jest litość lub wspolczucia pozór? | Ach, gdzież jest litość lub współczucia pozór? | Adam Mic - Kiewicz | Adaś i Ewka | Aforystyka | Amerykański sen | Autopsychoterapia | Bez sensu to to! | Bez szaleństwa... | Bezmyślne okrucieństwo | Bezradność | Biedna Szymborska | Biedny Kapturek! | Bliźni miłości | Bliźniego miłość... | Blondyn | Blue Bossa | Bojaźń i drżenie | Bratnie dusze | Bruner, ty świnio! | Buddyzm w życiu codziennym | Bóg mi poskapił tej anielskiej miary... | Bóg mi poskąpił tej anielskiej miary... | Bójstwo samo | Caritas | Chiziofrenia | Choroba na śmierć | Chwila ułudy | Chwila wytchnienia | Chłodne upojenie | Cierpienia i radości | Cierpienie i radość | Cleen feed | Cnota niedoli | Co slina na język przyniosła | Co tam panie w polityce? | Co w niebie piszczy | Co ślina na język przyniosła? | Corrida | Coś dla duszy... | Coś tak wulgarnego | Cudotwórstwo | Czarna Perła Tao | Czarny tulipan skrzyżowany z czarna różą | Czarny tulipan skrzyżowany z czarną różą | Czary Mary | Czego nie przysięgał Hipokrates? | Człowiek nie jest rzeczą | Człowiek to brzmi dumnie, ale nie u mnie | Często chowa | Częstochowskie rymy | Deficyt aniołów | Delightful! | Demokratyczne wybory w Oczodołach | Diabłoterapia | Dla wszystkich i dla nikogo | Dnieje | Do samego siebie | Dodatek | Dowcipas dnia | Duma narodowa | Dusze drzew | Dyskretna mgiełka autoironii | Dzielność | Dziki kapitalizm | Dzisiejsza młodzież | Dzisiejsza młodzież nosi ładną odzież | Egzystencjalizm jest chumanizmem | Ekonomia zbawienia | Elegancja Francja | Elegijnie | English gentelman | English gentleman | Epicurus | Ewa tylko ziewa | Falochron | Female | Filozofia bez uczoności | Forever Loving Jah | Gadu, gadu | Gadu, gadu, trochę więcej jadu | Gal Anonim | Gaz dla pedałów | Gaz dla pedałów, młot dla sierpów | Gdy rozum śpi... | Gendarme | Genek, gienialny gieniusz | Geno Typ | Gorący uczynek | Grabarz | Grabarz nonsensu | Gry i zabawy literackie | Głupota przysłowiem narodów | Głębie i tajnie Podświadomego | HIstoria nauczycielką bicia | Herbatka zen | Homo economicus | Homo sapiens czy Homo politicus | Humor absurdalny | Humor nieco absurdalny | Humor, satyra, panie... | I rekiny w oceani mają zębów cały rząd | I rekiny w oceanie mają zębów cały rząd | Indie Wschodnie i Zachodnie | Industrial | Istnieje również wrodzony brak poczucia humoru | Ja tam bynajmniej nie wiem | Jak długo będę jeszcze żył? | Jak uprawiać agresywne dziennikarstwo? Poradnik dla początkujących | Jakże cżęsto powtarza się ta historia | Jakże trudno czasami coś sklecić! | Jan i Małgorzata | Jan z Czarnolasu | Jesienna muzyka | Jeszcze smutniej! | Jeździec Apokalipsy | Językologia | Kaczuszki mandarynki | Karawana idzie dalej | Katedra Adamowego Żebra | Kawa z Kafką | Każdemu według naszych chęci | Każdemu według potrzeb | Każdemu, o czym tylko zamarzy | Kiciuś Miciuś! | Kicuś Micuś! | Kiedy człowiek staje się bestią | Kiedy owce nie milczą | Kij w mrowisku | Kniaź Wiktor | Kochani ludożercy | Kolacja Pani Sowy | Kometa tylko głownia nie ta | Konkwista | Koryfeusz nauki, milośnik sztuki | Koty i inne zwierzęta | Koty, głupoty, palikoty | Kości rzucone są | Kość słoniowa | Kto pierwszy był człowiekiem, kto będzie nim ostatni | Kto pisze teraz historię? | Kuchnia szamańska | Kwiatki Św. Franciszka | Kwiatostan śmierci | Kwitnienie kultury | Kwitnąca wiśnia | La colombina i ciche ukojenie | Lekarzu - lecz się sam! | Lenin wiecznie żywy | Leśmianiada | Lichwiarstwo polskie | Liryki i prztyki | Logika dziejów | Londyńska mgła niepamięci | Londyńskie przygody | Los ofiary | Los puka do moich drzwi | Lotosowy wpis | Ludzie ludziom... | Lunatyzm | Lęk społeczny | Made in Japan | Maligna | Marność nad marnościami | Marność nad marnościami. Rekoleksje Wielkopiątkowe | Marzenia senne | Marzeniologia stosowana | Maszkary i senne dziwadła | Maszkary i senne widziadła odbite w lustrze | Mała czarna z Kafką | Medycyna naturalna | Meine Liebe Augustin! | Melancholia | Melancholia stosowana | Memorabilia | Meszreiw | Meteo | Mgiełka autoironii | Mglisty dzień. Mgła | Mikołak | Mistrz i Małgorzatka | Mistycyzm lunarny | Mistyka i miłość | Mitologia osobista | Mitologia świata | Miłość | Miłość bliźniego | Miłość nie zawsze szczęśliwa | Miś Uszatek | Moc rytuałów | Monada nie ma okien | Mowa potoczna | Mowa ptaków | Mowa serca | Moze ktoś zrozumie, co teraz czuję | Może ktoś się ucieszy? | Może ktoś zrozumie, co teraz czuję | Może to trochę zbyt uszczypliwe | Musicology | Muza lekkich obyczjów | Muzyka przywraca ład serca | Myszoterapia dr Nezumi | Myśli prostego człowieka | Mądrość Natury | Mądrość jak z gazety | Mądrość narodów | Młot na faryzeuszy i hipokrytów | Męstwo bycia | Mówił sen do snu | NIe ma na świecie dwóch takich samych liści, ni kropel deszczu | Na jawie (lecz to, co niejawne pozstaje) | Na stos rzuciliśmy szcześcia los | Na stos rzuciliśmy szczęścia los | Na szczytach hipokryzji | Na zdrowie! | Nad piekną rzeką | Najokrutniejsze zwierzę | Najsłodsza tajemnica | Narastająca senność | Nic dzisiaj ciekawego nie napisałem | Nicość | Nie am dwóch takich samych liści, ni kropel wody | Nie bój się - najwyżej cię rozstrzelają! | Nie czas żałować burz, gdy płoną oczy | Nie czas żąłować burz, gdy płoną oczy | Nie każde szczere złoto jest szczerozłote | Nie ma na świecie dwóch takich samych liści ani kropel wody | Nie ma na świecie dwóćh atkich samych liści lub kropel deszczu | Nie ma takiego smutnego, co by na wesołe nie wyszło | Nie ma zazdrości bez miłości | Nie oddamy nawet guzika | Nie tylko dzielenie włosa na czworo | Nie wiem, ja w ogóle nie myślę | Nie zabijaj! | Nie zabijajcie drzew! | Nie zawsze urocza dzecinada | Niebiańskie szczyty głupoty | Niech pani będzie dzielna! | Niech zapłaczą na moim pogrzebie | Nieco drapieżny wpis | Niekoniecznie ptasi móżdżek | Nienawiść bliźniego | Nieosobiście | Nieprzesłane przesłanie | Niestworzone rzeczy | Nieszkodliwe głupotki | Niewczesna melancholia melomana | Niewczesne rozważania | Niewielka profanacja | Niewielkie przekłamanie | Niskolotnie | No No! Teatr No | No comments! | No no! | Nowa poezja lingwistyczna | Nędzne kabareciarstwo | O Leonardo, po cóż się tak trudzisz? | O dzieleniu włosa na czworo, czyli metodzie scholastycznej | O dzieleniu włosa na czworo, czyli o metodzie scholastycznej | Obciachy | Obscenia i parafrenalia | Obsesja dobrego biustu | Ojej! | Oko w oko z zębem mądrości | Okropieństwa | Okruchy odgrzebane z lawy | Okruchy życia wygrzebane zlawy | Okruchy życia wygrzebane z lawy | Okrutna losu ironia | Orientuj się na orient | Owczarek | Owczarki afgańskie | Owocożerni | PL jak piekło | PO PiS | POeci wszystkich krajów dzielcie się | Pan Tadeusz | Panie pośle, po chrześcijańsku panu wybaczam | Pańska satyra polityczna jest niegramatyczna | Pendant do pewnego przypisu | Perlikowski | Pewna elastyczność zasad | Pewne jak w banku | Piorunujący piorun! | Po owocach poznacie ich! | Po upadku | Pobożne życzenia | Podpatrywanie Natury | Podroby i inne podróbki | Pokolenie Kainowe | Pokorne ciele | Pokorne cielę | Pokusa | Polak potrafi | Polak potrafi! | Politolog i Politowska | Politycznie niepoprawne! | Polonica | Polonika rycerskie | Polucje i ablucje | Pomarańcze i mandarynki | Pomarznąć dobra rzecz | Pomarznąć dobra rzecz! | Pomoc psychologiczna | Poranna kawka z Kafką | Porąbane marzenia | Potężne i głębokie warstwy pierwotnego mitu | Powieść brukowa | Powszechna życzliwość | Powtórka z cynizmu | Poznaj samego siebie | Prawda | Prawda jest jedna i piękna, ale złożona | Prawda popłaca | Prawdziwa metropolia | Prawi i sprawiedliwi | Prawiezmartwychpowstanie | Prawiezmarwtychpowstanie | Prognoza pogody | Pruski smutek | Przecież cię zjem! | Przedagonalny polski agon | Przegląd sportowy | Przeinaczenia | Przez pychę do pokory | Przeżyjesz to, a pote już tylko grób | Przeżyjesz to, a potem już tylko grób! | Przminęło z wiatrem | Prztyczek | Psiapowiednia Majów | Psubrat | Pustka | Pytanie dość retoryczne | Raczej to nie będzie hit | Radosne gonitwy śnieżnych tygrysów | Radość wędrowania | Rejterada Rejtana | Religie nauczą cie pokory | Res Sacra Pecunia | Romans z pop kulturą | Roots, Rock, Reggae | Rozkosze reinkarnacji | Rozmowa nie na telefon | Rozpacz | Rozpacz na wieki wieków | Rozpacz, która podpełza pod gardło | Ruch i świeże powietrze... | Rybołówstwo cudzołożnika | Rycerz pokalany | Samokrytyka | Samotność egzystencjalna | Sekrety pewnego domu handlowego | Seraphic Flames and Heavenly Love | Siedź na dupie i potakuj! | Somatyka | Somatyka logiczna | Spełniona przepowiednia | Spleśniały ser | Sponsorem tej opowieści jest wydawnictwo Błękitny Wieloryb | Sport to zdrowie | Spowiedź morskiego wilka | Stary Sącz i Nowy Sącz | Stary mafioso | Stołeczne stołki | Stratyfikacja społeczna | Suma sumarum | Sumienie rachunku | Sweet Music and Poetry | Sygnały podprogowe | Szalchetne zdrowie | Szczęśliwa pomyłka | Szekspir do żadnej nie należy epoki | Szkarady | Szlachetna gravitas | Szlachetne zdrowie | Słodycze grafomanii | Słówka | Słówko do słówka, a uzbiera się sówka | Tadeusz Bój Jeleński | Taia chińska podróbka | Takie będą rzeczpospolite jakie tego blogu chowanie | Takie tam, pierdoły | Talking Heads | Tania chińska podróbka | Tatiana | Teorie świata nauki | Terapeutyczie | Terapeutycznie | Thames | The Doors. Uchylone drzwi | The Lion cub | The fruit of beauty and despair | To na pewno nie Lec | To nie żadna filozofia | Tragiczne pożegnania | Transformacja duchowa | Trudna sztuka dialogu | Trudno czasmi coś sklecić | Trzylogia | Trója z polskiego | Twarda rzeczywistość | Ty mi tutaj nie filozuj | Tygrysologia stosowana | Tysiac i jeden ptaków | Tysiąc i jeden kotów | Tysiąc i jeden ptaków | Tysiąc różowych kroliczków | Tęsknica | Tęsknota duchowa | Ubekistan | Ucone księgi | Uczeni ludożercy | Uderzenia losu | Uduchowienie | Umrzeć z miłości | Upadek Pierwszego Człowieka | Uroczy wegetarianin | Uszczelnienie systemu podatkowego | Utrata uzębienia | W czym mogę panu pomóc? | Wciąz powtarza się ta sama historia | Wciąż powtarza się ta sama historia | Wdzieczna muzyka przywraca ład serca | Wesola grafomania z morałem | Wiecej broi dla szaleńców w Teksasie | Wieczne powroty | Wiedza radosna | Wielka wygrana | Wielomówstwo, czyli plaga opowiadania | Wierzba płacząca | Wiosny i jesienie | Witch | Więcej broni dla szaleńców w Teksasie | Wojna totalna | Wpis o kształcie piramidy | Wprowadzenie do kruczków prawnych | Wrzucam wszystko do kosza | Wrzątek | Wspomneinei pewnego wspomnienia | Wspomnienie pewnego wspomnienia | Wspomnienie pewnego wspomnienia | Współczesny filister | Wszystkie rybki | Wszystko na A | Wszystko na sprzedarz | Wszystko na sprzedaż | Wygrana | Węzłowato | Wólka Węglowa | Xin Lu, typowa brunetka o granatowych oczach | Z Nietzschego nic nie powstaje | Z księgi wulgaryzmów | Z rupieciarni myśli | Zaczarowany świat zen | Zanim mnie wrzucą do dołu | Zapowiedź Apokalipsy | Zaraz wracam! | Zasada domniemanej winy | Zaskroniec | Zastał Polskę drewnianą... | Zatrzaśnięte drzwi | Zbaw mie Buddo Amido | Zbaw mnie, Buddo Amido | Zdrowy egoizm | Zegar dziejów | Zestrzelenie księżyca | Zginął z rąk słabej kobiety | Zima się nas nie ima | Zjawiskowe | Znak jaskółki | Zrozumieć wartość tego, co nieużyteczne | Zuch zawsze ochoczy! | Zwierzęta pod postacią ludzi | Zwyciestwo konsumpcjonizmu | Ząb mądrości | ie zabijajcie drzew! | ieosobiście | kosmos | Łagodne prawo, ale prawo | Łagodność tygrysa | Śmiechotki, chichotki | Śmiertelna powaga | Śmierć | Światełko w mroku | Świętość, wziętość, nadętość | Życie jest tragiczne | Życie samo | Życzliwe spojrzenia na całość ogródka | Żyć, nie umierać
RSS
niedziela, 31 sierpnia 2014

        Amerykańskiego astronautę?  Filozofa Anaksagorasa, który twierdził, że Księżyc to kamień, za co między innymi skazano go na śmierć?  Grecką boginię? Eliadego?  Zająca, którego na księżycowej tarczy widzą Chińczycy?  Tłumy zmarłych dusz, które widzą tam Hindusi?  Wodne odbicie zen?  Twardowskiego?  Ciemną stronę Pink Floydów?  Księżycowe odludki?  A może jest tam Czarodziej Nezumi?   Zniknął jakoś niespodziewanie u schyłku lata i nikt nie może go znaleźć.  Szukałem go już na Drodze Mlecznej i wśród spadających gwiazd, wśród świetlików i iskierek, w morzu wyobraźni i w błotnistym stawie, w którym ponoć utonął.  Żywego ducha...

       Wątpliwe, czy się jeszcze znajdzie.  Stogów siana już nie ma, a igły wychodzą z użycia.  Kamieni w wodzie jest mniej niż ich odbić...Spróbuję zapytać  o niego chińskiej Wyroczni.

       Jest i odpowiedź: "Nezumi wpadł już w czyjeś ręce (albo szpony) i trudno go będzie odnaleźć. Być może nie żyje, albo jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Szukaj na północy, północnym wschodzie lub północnym zachodzie."

       Zangetsu (Księżyc o zmierzchu), piękna japońska pieśń (cudowne są też jej wersje instrumentalne) opowiada o tęsknocie za zmarłą dziewczyną, która według jej męża, przebywa na Księżycu.   A więc przynajmniej ona się odnalazła.  Ale kto by tak tęsknił za Nezumim? 

                                               "Spektakl skończony. Znów król jest nędzarzem,

                                                Znów pojmujecie, że tylko mirażem

                                                Był świat wskrzeszony rzekomo na scenie;

                                                Ale bawiło was przecież złudzenie"

                                                ("Wszystko dobre, co się dobrze kończy",

                                                William Shakespeare & Stanisław Barańczak)

                                       

                        Choć to do mojej zupełnie nie pasuje historii, przytoczyłem tu pierwszą część Epilogu komedii Szekspira.

                        To słowa, które nie odnoszą się tylko do sztuki, ale przede wszystkim do samego życia.  Wierzymy w to,

                        w co chcemy wierzyć, a prawdą jest dla nas najczęściej złudzenie.  I dopiero miłość otwiera nam oczy.

                        Zaczynamy kochać świat takim, jakim jest.  Pan Bóg, który tę scenę urządził (a poeta pewnie w niego 

                        wierzył) wie, że wszystko na tym świecie przemija, oprócz miłości.  Nie wiemy dlaczego spotyka nas to,

                        co spotyka.  Dlaczego na przykład Pan Bóg ocalił moje pozostawione na pętli nocnego autobusu okulary,

                        zamiast oddać je komuś lub zmiażdżyć?  Zdążyłem jeszcze innym autobusem wrócić w to miejsce.

                        Moja spokojna determinacja wynikała z tego, że godzinę wcześniej ocalił mnie od nagłej śmierci. 

                        Utrata okularów to dla mnie dramat - nie miałbym za co kupić nowych. A bez okularów nie mogę nawet

                        bezpiecznie przejść przez jezdnię.  Jednak w porównaniu z utratą życia, to drobiazg. Może chciał mi

                        powiedzieć, jakie znaczenie mają czasami takie drobiazgi i troski, które mimo wszystko trzymają nas     

                        przy życiu?  Hipoteza teistyczna jest czasami wielce kłopotliwa.  Gdyby Hiob był ateistą, to nie oskarżałby

                        Pana Boga o to, że jako ojciec przypomina raczej sadystę i dręczyciela, i nie musiałby potem

                        korzyć się przed nim...Czasami śpieszę się gdzieś, a Pan Bóg najpierw rozwiązuje po drodze jedno

                        sznurowadło u mojego buta, a później drugie, zatrzymuje autobus, który powinien był przyjechać,

                        wszczyna alarm bombowy w metrze, a ważną osobę, która na mnie czeka doświadcza bólem wątroby.

                        Wszystko idzie więc ku złemu.  Zaraz też zjawia się ktoś, kto podsuwa mi gotowy morał: "Gdybyś wyszedł

                        z domu trzy godziny wcześniej, to na pewno byś zdążył, Mroczku!"  Ale gdzie tam!  Wyjdę trzy godziny wcześniej,

                        to się po drodze zamyślę, wejdę do jakiegoś sklepu, porozmawiam ze znajomym.  Nikt nie ucieknie

                        od własnego losu...Inni mówią, że to nie Bóg, tylko złośliwy demon rozwiązuje sznurowadła i każe nacisnąć

                        kierowcy pedał, kiedy widzi kogoś dobiegającego do drzwi autobusu. Najlepiej wyjść jeszcze poprzedniego

                        dnia. 

                                                                Zbłąkane Muzy

                                                                różokształtne marmury

                                                                złoty rydwan boga Heliosa

                                                                pajączek uwieszony

                                                                na złotej strunie słonecznej harfy

                                                                jaskółki wirujące u belki stodoły

                                                                cielaczek który z ufnością

                                                                położył głowę

                                                                serce rozum miłość

                                                                i inne rupiecie

                                                                których nikt nie chce wziąć

                                                                nawet za darmo

                                                                nic z tego mi się nie przyda

                                                                tam dokąd odejdę

                                                                Niepotrzebny nikomu

                                                               

sobota, 30 sierpnia 2014

        Dzisiejsza piękna pogoda przypomniała mi moją Znajomą, z która mijałem się w zeszłym roku w równie piękny dzień. Jak zwykle trochę rozkojarzona czy może rozmarzona, ale uśmiechnięta, zagadnęła mnie o moje sprawy, przekazując mi ciepłe życzenia, żeby ułożyły się jak najlepiej. Była niezwykle serdeczną Osobą.  Nigdy nie rozmawialiśmy o filozofii, którą się zajmowała.  O Jej śmierci dowiedziałem się dopiero po kilkunastu dniach, a o jej przyczynie - niedawno.  Zakrztusiła się pijąc herbatę i  pobiegła do łazienki.  Po drodze potknęła się o coś, przewróciła i po jakimś czasie umarła.  Po kilku dniach, kiedy ciało jej poczęło ulegać rozkładowi, wyważono drzwi do Jej pokoju.  Jesteśmy czasami trochę samotni na tym Bożym Świecie... Nie byłem na Jej pogrzebie, ale kiedy wracam do domu wydaje mi się czasami, że mijam Ją po drodze i że już za chwilę, śpiesząc się, zatrzyma się na chwilę i powie coś, żeby mnie pocieszyć.

                                     - Wyglądasz tak, jakby Ci przybyło dziesięć lat -

                                     - Naprawdę tak wyglądam?  Mam nadzieję, że jeszcze będę wyglądał inaczej - rzekłem.  

                             Nezumi posmutniał trochę, bo to potwierdzało jego własne mimowolne spostrzeżenia.                                     

                                     - Kiedy byłeś z tamtą osobą wyglądałeś, jakbyś był o dziesięć lat młodszy.

                                     Ale nie martw się, na pewno jeszcze tak będzie...

                                     Podobno kobiety zauważają najmniejsze drobiazgi.   Nie widzieliśmy się trzy dni, a tu taka zmiana!

                                     "Na pewno chciała mnie tym pocieszyć. Wiedziała, że to zauważyłem i starała się mnie

                                     trochę podnieść na duchu" - pomyślał - "Jeśli to tylko nie jest jakaś poważna choroba,

                                     to nie warto się przejmować."   Czasami martwię się, że zamiłowania literackie

                                     wyostrzyły w Nezumim zmysł obserwacji podnosząc go do poziomu Herculesa Poirot.

                                     "Postarzeć się przez trzy dni o dziesięć lat!  Ho, ho!  Coś musi się za tym kryć!"

        Może to już ostatnia bajka (a właściwie baśń), jaką opowiedział Czarodziej Nezumi, który żegnał się właśnie z tym światem (albo tak mu się wydawało).  Jego ręka z trudem mogła utrzymać gęsie pióro i atramentem sympatycznym, który podarowała mu niedawno pod postacią chmury Rim-bo, napisał:

        "Rim-bo życzyła sobie, żeby w bajce umieścić słowo miłość, ale żeby nie było w niej smutku i łez.  "Coś takiego jest niemożliwe!" - pomyślał bajkopisarz - "Przecież bajki zawsze mówią prawdę."  Postanowił jednak spełnić Jej życzenie, bowiem ostatecznie prawdą jest dla nas to, czego pragniemy. "Słowa mają wielką moc. Złe słowo, nieopacznie rzucone w nieodpowiednim czasie, niejednego już przywiodło do zguby.  Hindusi uważali recytowanie zaklęć i mantr za przyczynę śmierci jakiegoś człowieka na równi z zasztyletowaniem. Słowa uwodzą czasami dwuznacznościami lub nawet deprawują.  Ale dobre słowo również ma wielką moc."  Takie myśli przechodziły mu przez głowę, gdy zanurzył pióro w chmurze.  A kiedy to uczynił, zaraz o tym zapomniał.  Podczas pisania męczyło go pragnienie, jak każdego będącego w chorobie.  Postanowił więc, że bajka będzie krótka, a potem napije się zielonej herbaty.

        Literat Lu zakochał się w pięknej i miłej dziewczynie o imieniu Złoty Dzwoneczek - napisał Nezumi - a Złoty Dzwoneczek również go pokochał. Nie mogli jednak być ze sobą razem, a kiedy ich rozłąka zmieniła się w niemal pewność , do czego przyczynił się zły czarownik, albo zła czarownica, jak w bajkach bywa prawie zawsze, Lu udał się w granitowe góry i na krótko przed zmierzchem rzucił się ze skały w otchłań cudownego wodospadu. Był to naprawdę piękny widok, choć nikt tego nie zauważył, a dla ryb było to jedynie pluśnięcie innej ryby lub może kamyka.  Wodospad szumiał radośnie dalej, a pogruchotane kości poety osiadły na mulistym dnie w różnych miejscach rzeki, a być może jedna z nich dopłynęła nawet do morza.  A ponieważ nikt tego nie zauważył, oprócz zachodzącego właśnie słońca, które mieniło się w wodzie kolorami tęczy, nikt też po Lu nie płakał (A tego właśnie życzyła sobie Rim-bo, która bajkę zamawiała).  Podobno skacząc ze skały Lu nie uronił żadnej łzy a w łoskocie wodospadu usłyszeć można jeszcze do dzisiaj słowo MIŁOŚĆ, które nie każdemu kojarzy się z chińszczyzną lub z tanią podróbką.  

        Kiedy w ponad piętnaście wieków później Mistrz Nezumi zamyślił się nad tym wodospadem, kontemplując gwałtowny upadek jego strumieni, wydawało mu się, że słyszy je jeszcze. "Czy jest coś piękniejszego niż umrzeć z miłości?" - zapytał, ale odpowiedział mu tylko krzyk sępa. A potem Nezumi, który był białą czaplą, odleciał w zaświaty.   Czaple wolą bowiem na ogół stawy lub jeziora, których toń jest nieporuszona i cicha. Tak więc wszystko skończyło się dobrze, podobnie jak się niegdyś zaczęło.

piątek, 29 sierpnia 2014

       Może najtrudniejsze do zrozumienia dla współczesnej zabieganej i interesownej świadomości człowieka Zachodu jest to, że z cierpienia rodzi się miłość i że trzeba godzić się na nieistnienie, aby żyć naprawdę.  Chcielibyśmy przeżyć życie wygodnie i w błogim spokoju, tak, jakbyśmy mieli żyć dziesięć tysięcy lat.  Przebudzenie jest zrozumieniem, że uciekając od niepokoju i bólu istnienia, szukając życiowych ułatwień i żyjąc w pośpiechu bez świadomości śmierci, pozbawiamy się najdelikatniejszego kwiatu radości życia i jego prawdziwego owocu, jakim jest miłość.

       Kultura, w której żyjemy, namawia nas do sprzedawania siebie i przeliczania wartości ludzi na ich zdolność do osiągania życiowego sukcesu, gardząc wrażliwością i kusząc do inwestowania w materialne marzenia kosztem duchowego rozwoju. Ale to z duchowych, nie z materialnych marzeń, powstają miłość, przyjaźń i inne wartości ludzkie. Stajemy się nieczuli i odwracamy się od cierpienia innych, żeby pławić się w swym materialnym błocku, podczas gdy inne czujące istoty nie mogą dopchać się do wodopoju i giną z braku wody. Swą pomoc uzależniamy od spełnienia dodatkowych warunków tworzących zniewolenie - to dlatego na świecie umierają z głodu miliony dzieci i miliony dzieci się prostytuuje. Stąd tyle pięknych roślin, które nigdy się nie rozwijają lub kwitną, nie wydając owocu. 

       Chociaż Tao nie istnieje, jest źródłem wszystkich rzeczy. Choć nie istnieje pustka, to z niej rodzą się dzieci, wyrastają drzewa i pąki kwiatów.  To, co istnieje, powstaje zawsze z nieistnienia.  Przed naszym urodzeniem i po naszej śmierci istniejemy jedynie jako zalążki naszego przyszłego istnienia. To z duchowych, a nie z materialnych marzeń, powstają miłość, przyjaźń i inne ludzkie wartości.  Życie jest kruche, przemijające i zmienne.  Świadomość kruchości życia skłania nas jednak często do jałowego sceptycyzmu i utraty nadziei, albo do rezygnacji z siebie i cynizmu.  A potężna propaganda polityczna i rynkowa pcha nas w tym samym kierunku.  Biedni chcieliby być bogaci i żyć wygodnie, skrzywdzeni i poniżeni czekają na odrobinę uczucia, upokorzeni tęsknią za swoim Hitlerem...   

      "Miłość skreślam" napisał ktoś niedawno na jednym z blogów. Na razie świat jeszcze istnieje...ale Trzecia Wojna może być ostatnią.

                                             "Mieliśmy kiedyś sen, w którym byliśmy dla siebie obcy.

                                              Obudziliśmy się, by odkryć, że jesteśmy sobie bardzo bliscy."

       

       To piękny wiersz o miłości i jej nadziei.  Prawdziwa odtrutka na płaski pesymizm La Rochefoucaulda, który wmawia nam, że nie można kochać drugi raz tej samej osoby.  Metafora snu i przebudzenia jest wejściem w głąb ludzkich przeżyć, często stłumionych lub zdeformowanych w lustrach złudnej świadomości. 

 

                                              I jeszcze dwa "Świetliki" w tym samym tłumaczeniu:

 

                                              "Słabi mogą przerażać,

                                               bo wściekle pragną

                                               wydawać się silni.

 

                                               "Zysk uśmiecha się do dobroci,

                                               kiedy ta przynosi zysk"

 

        Tu już znacznie więcej pesymizmu.  Istnieją ludzie wewnętrznie słabi, którzy na zewnątrz są twardzi i nie okazują ludzkich uczuć.  Jak głosi starożytna mądrość chińska - człowiek mądry jest  wewnętrznie silny, ale na zewnątrz wydaje się łagodny i delikatny. Przypomina nefryt, kamień twardy, ale z łagodnym połyskiem. 

        Łagodność i dobrotliwość można jednak niestety udawać.  Zysk często przymila się do dobroci.   Należy strzec się ludzi, którzy udają dobrotliwych, a myślą wyłącznie o korzyści.  Konfucjusz nie bez powodu nazywa ich prostakami.  Są nieszczerzy i zastawiają zdradliwe pułapki, niewoląc nas tak, byśmy tego nie zauważali i ulegali złudzeniu, że jesteśmy wolni.  We współczesnym świecie jest to często zwykła umiejętność biznesowa.  Ale człowiek szlachetny nie czyni tak nigdy. 

        ____________________

        Przekład utworów Rabindranatha Tagore - Elżbieta Walter

 

                                                  SŁOŃCU ANI ŚMIERCI NIE MOŻNA PATRZEĆ PROSTO W OCZY.

                                                 

 

                                                  NIEZBYT KOCHAĆ TO PEWNY SPOSÓB ABY BYĆ KOCHANYM.

 

 

                                                  ZAWSZE MAMY DOŚĆ SIŁY, ABY ZNIEŚĆ CUDZE NIESZCZĘŚCIA.

 

                                                  (przekład Tadeusz Żeleński)

 

        Książę La Rochefoucauld był aforystą tak cenionym w swej epoce, że w 1678 r ukazało się piąte wydanie jego aforyzmów.  Objaśniam je,  komentuję i dyskutuję o nich od lat i teraz chciałbym się zwolnić z tego obowiązku na rzecz nieco luźniejszych uwag, które nie nawiązują do kontekstu historycznego w jakim ta dworska aforystyka powstała.  Dlatego wybrałem trzy spośród jego aforyzmów, które uważam za prawdziwe, choć prawda życia nigdy nie bywa prawdą absolutną.  Niemniej w moim przekonaniu to więcej niż półprawdy.  Smutne jest to, że ich pesymizm znajduje często potwierdzenie w życiu.  

        * Pierwszy z nich odsłania przed nami porażającą grozę śmierci. 

        Mimo to ludzie, jak wiadomo, zabijają się z miłości i pod wpływem innych uczuć, na przykład pod wpływem pragnienia zemsty narażają się na śmierć, co innego myśliciela, Francisa Bacona, doprowadziło do błędnego mniemania, że lęk przed śmiercią nie jest w przypadku większości ludzi lękiem zbyt silnym. Często również okoliczności życia sprawiają, że człowiek umiera niejako mimochodem, zajęty czymś innym, prawie tego nie zauważając.  Rzadko chyba jednak rzeczywiście patrzymy śmierci prosto w oczy i nie jest to raczej czymś dziwnym.  Chyba w zeszłym roku ktoś, z kim rozmawiałem w necie, napisał komentując jakieś moje słowa, że dla niego śmierć nie jest abstrakcją.  Ma 88 lat i chciałby umrzeć podczas snu, żeby nikomu nie robić kłopotu.

        **Drugi, potęgę egoizmu.

         Egoizm sprawia, że człowiek, który kocha drugą osobę czuje się często wobec niej bezbronny i bezradny, i że zwykle nie potrafimy szanować uczuć ludzi, którzy kochają nas bardziej niż my sami jesteśmy w stanie ich kochać.  Najlepszy sposób, aby utracić czyjąś miłość, to dać owej osobie poczucie, że kochamy ją tak mocno, że może nasze uczucia lekceważyć.  Należałoby więc, jeśli pragniemy wzajemności, ukrywać czasami siłę swych uczuć.  Jakie to smutne!

        ***Trzeci ukazuje pewną przykrą właściwość natury ludzkiej, którą pozostawię bez komentarza.   

       

czwartek, 28 sierpnia 2014

                                                  ...A ja niestety muszę za chwilę wyjść z domu.     

                                                  Małe prawdopodobieństwo, abym zginął od pioruna.

                                                  Raczej zmoknę...

       Położyłem się na chwilę.  Chyba jeszcze nigdy Mitsuko nie była we mnie tak wtulona. Nie wiem, jak to zrobiła, ale uszka i nosek całkiem znikły. Może uda mi się zasnąć po tylu nocach i dniach?  Sporo miałem dzisiaj wrażeń, a potem musiałem wyjść z domu na deszcz.  Zdumiała mnie rozmowa z moją matką.   Rozmawialiśmy na ciężkie tematy - jak choroba nowotworowa i śmierć mojej bratowej, która odeszła, pozostawiając malutkiego synka i już przed samym moim wyjściem, a było to o wpół do jedenastej, mama zaczęła mówić o czymś, co mnie zupełnie zdumiało.  Ma wrażenie, że opiekuje się nią ta sama nieżyjąca osoba, która opiekuje się mną.  Nie dziwię mnie to wcale, bo ta osoba jest jej jeszcze bliższa niż mnie, ale mama nigdy o tym nie mówiła, a ja właśnie dzisiaj o tym duchu opiekuńczym myślałem. Nie wiem, jak to się stało, ale to odgadła i była tym, co mówi bardzo przejęta, a ja nie miałem pojęcia, że ona w takie rzeczy wierzy. Zwykle  mówiła tylko o swoim ojcu, który zginął w Powstaniu i którego bardzo kochała, bo była jego ulubioną córeczką, ale teraz zaczęła o nim mówić, a ja zmęczony dniem przestałem na chwilę słuchać (trwało to może sekundę) i nagle ze zdumienia otwarłem szeroko oczy.  Nie miałem wątpliwości, że ta zmarła osoba jest z nami.  Czułem Jej obecność w pokoju...Nie chcę interpretować tego zdarzenia.  Nie jestem kabalistą i myślę o życiu raczej w sposób racjonalny, ale niewątpliwie intensywność poruszanych w rozmowie tematów sprawiła, że nastąpiło w końcu to wyznanie tak zbieżne z moimi odczuciami.  Znaczy to, co najmniej tyle, że z tego samego źródła czerpiemy nadzieję - a tym źródłem jest zawsze mądry człowiek.             

środa, 27 sierpnia 2014

                                                                    "Fili non potes perfectam possidere libertatem:

                                                                    nisi totaliter abneges temet ipsum."

       Podobno kiedy miałem niecałe pięć lat i moja mama była chora, przyniosłem jej ze swojego pokoju do łóżka misia i wszystkie zabawki, i ze łzami w oczach ją pocieszałem.  Opowiada mi o  tym często mówiąc, że zawsze byłem wrażliwym, może nawet trochę nadwrażliwym, chłopcem.  (Byłem też podobno cierpliwy i odporny na ból - dwukrotnie zszywano mi w dzieciństwie głowę, utraciłem sporo krwi i lekarz bardzo mnie chwalił).    

      Czytałem wtedy mojej babci, matce mojej mamy, baśnie Andersena.  Bardzo lubiła baśń o Małym Klausie i Dużym Klausie, być może ze względu na ich ludową scenerię.  Ja wolałem inne baśnie - "Krzesiwo" i "Kalosze szczęścia."   Nie pamiętam już dobrze tej baśni, ale zdaje się, że Mały Klaus był dobry, choć zarazem przebiegły, jak Odyseusz, a Duży Klaus był zachłanny i zły, ale niezbyt inteligentny, i nawet kogoś zamordował z chęci zysku.  Moja babcia po latach powiedziała, że jestem wyjątkowo dobrym człowiekiem.  Za jedyną moją wadę uważała nadmierną lękliwość. Była mądra i choć los ją mocno doświadczył, niezwykle dzielna. Znała się na ludziach. 

       Dziadek, ojciec mojego ojca, też tak uważał.  Powiedział kiedyś, że jestem "dobry chłopak" i że w przeciwieństwie do innych znanych mu chłopców nigdy bym nie zbił smyczą psa.  Dlaczego mówił akurat o psie?  Kiedy miał dziesięć lat chodził ze swoim ojcem po wschodniej Ukrainie od huty do huty w poszukiwaniu pracy.  (Jako Polak uciekł później stamtąd do Polski).  Podobno mój pradziadek był człowiekiem bardzo surowym, bił dziadka żelaznym prętem, a kiedy wpadał w szewską pasją, potrafił powiesić na drzewie swe psy.  Dziadek często mi o tym opowiadał. Sam kochał psy i zawsze mówił, że pies jest najlepszym przyjacielem człowieka.  Ja też je lubiłem i czarny seter, Diana, spał zawsze w moich nogach.  Jako chłopiec nie krzywdziłem też nigdy żab, ani innych stworzeń...

       Podobne zdanie mieli później o mnie moi nauczyciele, czy też mistrzowie akademiccy, ludzie wyjątkowo mądrzy i szlachetni, jakkolwiek swój szacunek dla mnie wyrażali w nieco inny sposób,  nazywając mnie człowiekiem "delikatnym i głębokim". Nawet biorąc pod uwagę to, że zauważanie w człowieku dobrych cech zmienia go często na lepsze, o czym doskonale wiedzieli, ich opinia na temat mojego charakteru i naturalnej wrażliwości była bardzo dobra.

       A jeszcze później podobnie myśleli o mnie terapeuci, którzy jednak widzieli także pewne me ułomności i leczyli mnie na przykład z "nadmiernej ufności" i  "chorobliwego altruizmu." 

       Choć nie piszę tego całkiem serio, jest w tym pewnie jakaś cząstka prawdy.  Zawsze też chciałem przeżyć życie radośnie i beztrosko, jednak nie było mi to dane i los jest dla mnie raczej okrutny.  Uwielbiam epigramat Puszkina, który mógłby być chyba i moim epitafium, gdyby nazwisko poety zastąpić mym imieniem: 

                                                    

                                                       "Tu leży Puszkin!  Wesół z muzą w świat wyruszył,                                                  

                                                       Kochał się, leniuchował, wreszcie kresu dobiegł,

                                                       Nie robił nic dobrego, ale w głębi duszy

                                                       Był to, jak Boga kocham, dobry człowiek!"

      

        Moja babcia Eleonora, matka ojca, była dość energiczną kobietą. Przekonał się podobno o tym mój dziadek w noc poślubną.  Kiedy zażartował "Zobacz Lola, pod łóżkiem jest mysz!" oberwał w głowę patelnią.  Nie wiem skąd patelnia wzięła się w sypialni księżniczki.  Może byli na dorobku i mieli tylko jeden pokój?   Dziadek był człowiekiem dobrotliwym i miał spore poczucie humoru.  A kiedy jako szesnastolatek mieszkałem trochę u nich uwielbiał mnie demoralizować, doprowadzając tym babcię do prawdziwej furii. Nie zamykał na przykład drzwi od łazienki i stamtąd mówił głośno robiąc siusiu (dzięki świetnej akustyce słychać było stamtąd strużki wypływające z jego membra virilis)*: 

                                                     "Na starość to człowiek  rad, że ma się czym wyszczać!"

                                                      albo

                                                     "Na starość wszystkie członki są twarde, tylko jeden miękki."

       Wygłaszał sporo podobnych sentencji. I wiele razy opowiadał, jak kiedyś nocował w Odessie i nagle pewnej nocy poczuł podczas snu, że pod jego kołdrę weszła jakaś młoda i ciepła dziewczyna.  "No to ja niewiele się namyślał!" - mówił z satysfakcją.  A kiedy babcia wpadała w szał i zaczynała ciskać w niego talerzami oznajmiał:

                                                    "Popełniłem w życiu jeden wielki błąd. Za wcześnie ożeniłem się z babką!" 

(Ale w Odessie też, podczas rewolucji, widział podobno, jak tłum ukamienował prostytutkę, która sprzedawała się burżujom).  To samo powiedział dziadek podczas uroczystości diamentowych godów, więc chyba był to jego dość ugruntowany pogląd lub uważał to za swój najlepszy żart.  Kiedy chodziłem z dziadkiem na spacery po plantach, a podobno byłem przystojny i wyglądałem na młodego poetę, powiedzmy Adama Mickiewicza, zawsze mówił, że dziewczyny się na niego oglądają. 

       Przed piątą rano budziło nas głośne pohukiwanie synogarlic.  Wtedy babcia wstawała z łóżka (spali na jednym) i tarmosząc dziadka za ramię mówiła: "Wstawaj Zygmunt, już piąta!  W kolejkę po mięso!" (No bo  wtedy po mięso były kolejki!)  Ja zaś mogłem jeszcze troszeczkę pospać nakrywając głowę kołdrą, przed pójściem do mojego liceum, w którym nazywano mnie "Warszawiakiem" (Z tego powodu niektórzy nauczyciele niezbyt mnie lubili).  Pamiętam, jak zbladłem, kiedy na pierwszą wywiadówkę zamiast mojej mamy przyjechał ojciec, powiadomiony o trzech ocenach niedostatecznych (jak się wtedy mówiło) - z przysposobienia obronnego, prac ręcznych i z chemii.  Groziło mi, że nie przejdę do następnej klasy.  Ponieważ moją mieszczącą się w budynku dawnego klasztoru szkołę zamykano punktualnie o ósmej rano, a musiałem do niej dojechać, sporo czasu spędzałem na wagarach nad rzeką Mleczną. Szkoła ta była tzw. szkołą z tradycjami, pełno tam było gablot z fotografiami całych pokoleń uczniów i niewiele tylko osób otrzymało w niej oceny dobre, a bardzo dobre należały do absolutnych wyjątków. Do kina na wagary nie chodziliśmy, bo prawie zawsze czatował tam jakiś nauczyciel i wyłapywał uczniów. Za to później nauka w liceum warszawskim była dla mnie czymś łatwym. 

       Opiekował się mną wtedy dyrektor szkoły, człowiek o bardzo dobrym, gołębim sercu i niezwykłej delikatności. Nigdy nie zapomnę z jaką dobrocią odnosił się do mnie.  Pamiętam też jednak, niestety, jak drżały mu dłonie, kiedy zapraszał mnie do siebie do gabinetu lub do pokoju w domu.  W szkole nie było dobrej atmosfery, miał też kłopot ze spłatą jakiegoś długu, a przyjaciele odmówili mu pomocy, sprawa zrobiła się honorowa, do tego dołączyły się podobno kłopoty z żoną, która go nie kochała i nie szanowała, choć on ją bardzo kochał i któregoś dnia ów dobry i kochany człowiek utopił się w pobliskim jeziorze. Ta samobójcza śmierć wywarła niestety duży wpływ na moje późniejsze życie. 

       Jego miejsce zajął młody, ambitny i elegancki polonista, którego uczniowie potwornie się bali, bo potrafił każdego maksymalnie upokorzyć, nazywając go na przykład "Ciołkiem!" albo "Mroczkiem", jeśli nie zgoła "Durniem". I mnie często spotykał podobny los, ale któregoś dnia ów dumny satrapa odczytał na lekcji mój wiersz, który ukazał się właśnie w jakimś czasopiśmie i powiedział swym niskim, pięknym, aktorskim głosem:

                                                -  Wy tego nigdy nie zrozumiecie, wy bałwany! 

 

* Podobno Nezumi ma tzw. słuch absolutny

wtorek, 26 sierpnia 2014

                                                  ...a ja wyjść z domu muszę

                                                 

                                                   "Znów wiatr jesienny.

                                                   Cel drogi twego życia

                                                   nadal nieznany-"

                                                   [Shiki, przekład Ryszard Krynicki,

                                                   Haiku Mistrzów]

 

                                                   ...Nie wiemy czasami jaki jest cel

                                                   naszej wędrówki bez celu.

                                                                   

 

                                                                         Zbliża się jesień

                                                                         grzeję łapki Mitsuko

                                                                         rozpacz zostaje

 

 

 

 

 

 

 

 

                                          Lew Tołstoj   AFORYZMY przekład M. Biernacka i A. Raźny

                           

                                         "Miłość jest zawsze w naszej mocy."  

                                         Komentarz:  To, że jest w naszej mocy nie znaczy, że zawsze kochamy.

                                         To kwestia przeszkód, o których mówi trzecia myśl.

 

                                        "To, że jest nam dobrze, kiedy kochamy i kiedy jesteśmy kochani,

                                         dowodzi, że dobro naszego życia tkwi tylko w miłości."

                                         Komentarz:  W tym miejscu istnienie miłości do najbliższej osoby

                                         dowodzi, że również miłość uniwersalna jest dobrem, choć z innymi

                                         ludzi nie łączy nas intymna więź, ani bezpośrednia bliskość.

                                         Kochać innych ludzi, wyjaśnia Tołstoj, to być dla nich dobrym.

                                        

                                      

                                         "To, że nie kochasz, nie znaczy , że nie ma w tobie miłości,

                                          lecz, że jest w tobie coś, co jej przeszkadza."

                                          Komentarz:  Tołstoj zwraca uwagę na kilka takich przeszkód.

                                          Przede wszystkim lęk. Jeśli się kogoś boimy, to nie możemy go kochać.

                                          Lęk ten bywa irracjonalny.  Także pycha, która jest nadmierną miłością

                                          samego siebie. Tołstoj podkreśla, że miłość jest zawsze jakaś ofiarą,

                                          poświęceniem.  Dalej interesowność.  Powinniśmy - pisze - kochać

                                          drugą osobę za nic.  A miłość jest dawaniem bez oczekiwania, że

                                          coś za to otrzymamy.  Może to się nie zgadzać z drugą myślą, bo 

                                          ten, kto kocha pragnie być przecież kochany.  Istnieje jednak 

                                          różnica między pragnieniem, a oczekiwaniem, że za każdą

                                          cząstkę miłości coś otrzymamy. Miłość i kalkulacja  wykluczają się.

                                          Jeśli nie otrzymam swojej porcji miłości, czy radości, to kochać                                     

                                          nie przestanę. Może być tak, że nigdy jej nie otrzymam, a będę

                                          chciał ją dawać, bowiem nie uzależniam tego, że coś daje od tego,

                                          że coś otrzymuję. Nie istnieje tu jakikolwiek element transakcji

                                          i oczekiwania, by ktoś inny dał nam tyle, ile my mu dajemy.

                                          Przeciwnie, sami chcemy ofiarować jak najwięcej.  Prawdziwa

                                          miłość jest bezinteresowna. Nie stawia żądań i niczego nie

                                          wymaga.  Mówi jednak Tołstoj, że miłości uniwersalnej (a więc

                                          takiej, która obejmuje wszystkich ludzi i nie wiąże się z bliskością

                                          i intymnością) powinniśmy się uczyć, jak gry na skrzypcach.

                                          Ale kto, w tych brutalnych czasach uczy się gry na skrzypcach?  

                                          W przypadku miłości do najbliższych pragnienie wzajemności

                                          jest chyba niemożliwe do całkowitego wyeliminowania.

                                          Ale i tu nie pojawia się element kalkulacji. Jest chyba oczywiste,

                                          że jeśli bliska osoba jest chora lub znajduje się w trudnej sytuacji

                                          materialnej, to przecież nie opuścimy jej z tego powodu i nie

                                          przestaniemy kochać, choć nic nam dać nie może poza samym

                                          poczuciem, że jesteśmy jej bliscy...

                                                                     Spojrzenie kpiarskie

                                                                     serce lichwiarskie

                                                                     i nie daj Boże

                                                                     jak dopomoże

niedziela, 24 sierpnia 2014

      Pogodny raczej i trzeźwy duch Baltazara Gracjana (1601-1658)  już tu kiedyś gościł...Wspominałem kiedyś o jego popularnej dzisiaj książce "Sztuka doczesnej mądrości", więc już nie będę tego tutaj powtarzał, a jedynie przytoczę myśl, którą większość ludzi uzna pewnie za bezużyteczną, choć za praktyczną użyteczność mądrości ceni się zwykle tego autora:

 

                                                            ZAUFAJ SWOJEMU SERCU...

       ...zwłaszcza jeśli jest silne.  Nigdy nie zaprzeczaj temu, co mówi, bo zwykle może przepowiedzieć rzeczy, które mają największe znaczenie:To jest Twoja własna wyrocznia. Wielu gnębiło to, czego się bali, ale jaka korzyść płynie z czegoś, jeśli nie podejmie się żadnych kroków, aby temu zapobiec? Niektórzy ludzie mają bardzo lojalne serce, dane im z natury, które zawsze ich ostrzega i bije na alarm, a tym samym ratuje ich przed nieszczęściem. Nie jest rozważne biec ku kłopotom, ale należy wyjść im na przeciw, aby je pokonać.

          (Przekład P. Gancarczyk)

 

          Słowniczek terminów i zwrotów do zapamiętania:

          Twoja własna wyrocznia = serce

          Silne serce =  nie dostanie zawału, wytrwa bez lęku i palpitacji

          Lojalne serce = takie, które ostrzega nas i bije na alarm, lojalne wobec własnej prawdy i wobec bliskich

          Nieszczęście, kłopot =  negatywne, niepożądane stany rzeczy, które towarzyszą często dążeniu do własnego szczęścia     

          Krok =  rozważny, we właściwym kierunku, wychodzenie na przeciw lub odwrót.

          KOMENTARZ:

          Czy mądrość ta jest praktyczna, czy nie, niech każdy to sam oceni.  Jednak Lojalne serce bijące na alarm, to rzecz

          czasem całkiem przydatna...A, co jeśli to serce jest słabe i nielojalne? Wtedy chyba można tylko liczyć na alarm lojalnego

          serca dobrego przyjaciela.  Żyjemy chyba w czasach, w których Lojalne serca należą do rzadkości...

                                                  "Requiem" Mozarta.  W sam raz na taką pogodę...

       ...równoważąc oschłość ludzkich serc.  Ale po deszczu zjawia się kiedyś słońce. Jeśli nie zasłonisz przed nim twarzy, zobaczysz je.  Myślę teraz o deszczowym utworze pewnego współczesnego japońskiego kompozytora, skomponowanym na koto.  To instrument, na którym grają przeważnie kobiety. Jest czuły, jak ich serca, kiedy napełnione są czułością i nie wydaje z siebie żadnego oschłego dźwięku. Ostre i trochę oschłe jest brzmienie shamisenu.  Grają na nim często również kobiety...Byłaby to idealna muzyka do jakiegoś miłosnego filmu.  Nie jest ani trochę przesłodzona.  Japońska muzyka klasyczna wiąże męską miłość bardzo silnie z szaleństwem, ruiną i samobójstwem, do jakiego doprowadza kochanka kobieta, której "decyzję musi uszanować."  Pesymizm przenikający japońską kulturę zawsze jest jakoś jednak równoważony.  (Jaka szkoda, że ludzie znają często tę kulturę jedynie z komiksów i kreskówek - często "fajnych", ale trochę infantylnych, albo z popularnych filmów o samurajach lub z filmów erotycznej grozy).  W muzyce jednak widać to zrównoważenie najmniej.  Muzyka japońska to jedna z najsmutniejszych rzeczy pod słońcem.  Mówi o okrucieństwie ludzkich uczuć lub ich braku, o wietrze, deszczu, samotności i tsunami, o niepokoju i rozpaczy.  Melancholia wyspiarzy?  Wpływ buddyzmu?  Zostawmy te rozważania publicystom.  Kocham tę muzykę, bo przywraca człowiekowi duszę.  Utwór, który sobie przypomniałem płynie jak strumienie deszczu i jest trochę melancholijny, ale też i pogodny jak piękne wspomnienia.  Porusza mnie, ale i przynosi ukojenie. Słucham go, nie słuchając, z pamięci...

         Osobną zupełnie rzeczą jest muzyka zen. Nie jest ani trochę teatralna i przedstawia często obraz pustki.  Jest melancholijna, ale słuchając jej sięgamy przestrzeni nieba i pustki oceanu, i odzyskujemy swobodne spojrzenie na świat i życie.   Mam pod ręką sporo książek na temat estetyki zen, która przenika kulturę japońską, ale nie chce mi się wyciągać tutaj fachowych określeń.  I bez ich znajomości muzyka ta przemawia do każdego, kto ma nie tylko serce, ale i otwarty umysł.    

         Gdybym mógł dzisiaj słuchać muzyki, to pewnie słuchałbym najchętniej Sylviusa Leopolda Weissa.  Urodził się mniej więcej w rok po Bachu, a zmarł  w tym samym roku, co on.   Spotkali się podobno nawet.  Muzyka lutniowa Weissa nie ustępuje w niczym muzyce lutniowej Bacha. Różnica tylko taka, że Weiss żadnej innej nie komponował.  Hopkinson Smith i Jacob Lindberg to lutniści, którzy najlepiej tę muzykę wykonują.  Nigel North nie wiadomo dlaczego jej nie nagrywa. Muzyka lutniowa Dowlanda, którą ostatnio wykonuje, jest wielka, ale to inna epoka w dziejach muzyki i w porównaniu z kompozycjami Weissa jest trochę monotonna w swym cudownym pięknie.  W tego rodzaju instrumentalnej muzyce na pierwszy plan wysuwa się muzyczny afekt.  Instrumenty strunowe maja taką magiczną właściwość.  Kiedy słucham muzyki lutniowej w skali jeden do jednego, czyli tak głośno (i cicho zarazem) jakby w moim pokoju grał lutnista, wtedy słyszę w tej muzyce wszystko. Odnajduję w niej ból, cierpienie i radość miłości, ale także piękno krajobrazu i żywy oddech życia.  Sonaty Weissa są czasami francuskie w swym wyrazie, a mają podobną moc wyrazu jak Suita lutniowa g-moll Bacha.  Każdy kto zna tę suitę i słynną suitę wiolonczelową Bacha, które są niemal identyczne, wchodzi w świat absolutnego piękna.  Weiss zatrzymuje się jak gdyby przed progiem tego piękna.  Jego utwory nie mają w sobie metafizyki obecnej w muzyce Bacha, ożywia je jednak często ten sam nastrój.  Rozważana od strony terapeutycznej muzyka ta jest uspokajająca.   Najpiękniejsze są, oczywiście, sonaty minorowe z ich głęboką często melancholią. 64 i 65 lat życia - tyle dał Bóg tym swoim sługom, ale tworzyli oni muzykę dla człowieka.   Muzykę kojącą serce i duszę.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

.

sobota, 23 sierpnia 2014

                       Wrony, sowy i puchacze, lelek i kilka innych ptaków, przeleciały przed srebrną tarczą księżyca.

                       Dawne odludzie zmieniło się w pustkowie.  Przymknął powieki powiek i myślał przez chwilę o 

                       czymś, czego śladu nie mógł odnaleźć w swej pamięci.  Ale kto myślał?  I co to mogło być?

                       Była mgła albo padał śnieg lub deszcz.  Z jednego krańca Pustkowia na drugi wiodła księżycowa

                       droga. Prowadziła przez pola, łąkę i mokradła. Nad Mrocznym Stawem czatowały siwe czaple. 

                       Od czasu do czasu drogą przebiegał jakiś piesek lub kot o szklanych oczach.  Cisza, bezruch

                       i milczenie stopiły się w jedno.  "Te kilka lat życia można przeczekać, a później człowiek i tak

                       umrze!" - pomyślał.  Ale kto tak pomyślał?  Słowa te były głuche jak stłumione czucie i ciężkie,

                       jak przewrócony powóz...Nagle przypomniała mu się twarz dziewczyny i jakaś tajemnicza siła

                       porwała go w wir mętnego nurtu rzeki.  Powoli wchodził w toń aż całkiem zniknął.  Ale kto zniknął?

piątek, 22 sierpnia 2014

         Baba Alaudin Khan, ojciec  Alego Akbara Khana i guru Raviego Shankara, znał nie tylko klasyczną muzykę indyjską, ale również klasyczną muzykę Zachodu, w tym Bacha, którego grywał na skrzypcach.  Obaj wielcy muzycy zagrali dla niego wspólny koncert poświęcony jego pamięci, wydany przez Apple Corps.  Jest to jeden z najładniejszych koncertów z muzyką indyjską - na sitar, sarod i tablę.  Nazywa się to CD, wydane w 1996r "Pandit Ravi Shankar, Ustad Ali Akbar Khan in Concert* 1972".  Na tabli towarzyszy im niemniej słynny Alla Rakha, ojciec Zakira Husseina.  Szczególnie poruszająca jest raga "Sindhi Bhairavi." 

         Przypomniałem sobie wczoraj to nagranie medytując o spokój ducha moich bliskich i życząc im, aby zawsze mieli w sercu życzliwość i miłość, i nie dali się poniżyć przez trudne czasem warunki materialnego życia.   

czwartek, 21 sierpnia 2014

         Kilka dni temu zrobiłem świetny deal.  Płytę z Schubertem (wykonanie raczej przeciętne), którą kupiłem za 00, 1 zł w MPiK-u  (system się pomylił, teraz kosztuje już 66, 99 zł) wymieniłem na zabytkowe "Il cimento dell' armonia e dell' inventione" z Monicą Hugget i Raglan Baroque Players.  Nie wszyscy może wiedzą, że to w tym zbiorze znajdują się słynne "4 pory roku" i że najpiękniejsze utwory są w nim nieco dalej (od koncertów "Pór roku" zbiór się zaczyna).  Grają pięknie (1989 rok!)  Okładka tylko trochę dziwna - czarno-biała, ale za to z pięknym zdjęciem Moniki!   Po raz pierwszy udało mi się przechytrzyć starego lisa.  Dopłaciłem do tego interesu tylko 10 zł, bo Vivaldi to dwa CD.  I tak właśnie działa czasami ten polityczny SYSTEM! 

Zagadka:

A jaką wartość ma to, co pisze Nezumi - 0,01 czy 66,99?   Wolę o tym czasami nie wiedzieć.      

                                       - Mamy tu miliardy spadających gwiazd.  Czy chodzi panu o jakąś konkretną?

                                       - Tak, o Afrodytę  9999999901.

                                       - To zaledwie milion lat świetlnych...Mam ją...No więc, proszę pana, to raczej

                                         banalny przypadek -

                                       - Tak?

                                       - Utopiła się na Drodze Mlecznej! 

                                       - Ale dlaczego?

                                       - Zawód miłosny plus intrygi.  Potykała się o inne gwiazdki.

                                       - To ona się zawiodła?

                                       - Raczej nie! To była wyjątkowo szczęśliwa miłość. Nie mogła tego wytrzymać, bo

                                         po prostu nic się nie działo. Facet był w niej zakochany.  Jednym słowem, banał! 

                                         Nie mogła się od niego opędzić, bo to jakiś pisarz...

                                       - W jakim stanie jest jej ciało?

                                       - W bardzo dobrym!  Dlatego chcę za nie tylko po tysiąc dolarów od zdjęcia!

                                       - Mówiła coś przed upadkiem? 

                                       - Jak to blondynka. Powtarzała chyba fragment jakiejś roli:                

                                         "John, kochałam cię, a właściwie nie kochałam!  Przecież wiesz!...Nienawidzę Cię John!

                                         Jesteś potworem!  Kochałam Artura, ale za dużo pisał...Poza tym, ta różnica wieku...

                                         Mam już dosyć tego szczęścia!   Spodziewam się dziecka...Zaskoczę Cię. Nie spodziewam

                                         się dziecka.  Jestem w grawitacji!

                                        - To nielogiczne!

                                        - Dlatego skoczyła...był jeszcze chyba Robert.  Blondynka!

                                        - No tak...

                                        - A może CIA też jej trochę pomogła!

                                        - CIA, ojej!  Biedna dziewczyna.

                                        - Tak to jest, jak chce się być gwiazdą!

                                        - Nic taniej?

                                        - Dla starego znajomego upust - dwadzieścia centów od zdjęcia.  Poza tym mamy tu jeszcze gadżety.

                                          Kubki, torebki, lustereczka, długopisy, opakowania do prezerwatyw...

 
1 , 2 , 3 , 4