Kategorie: Wszystkie | "Dziewczyny, bądźcie dla nas dobre na wiosnę" | ...bez końca | 0 | 100O i jeden Rabinów | A Puszkina też zapuszkują? | A moze to tylko pomieszanie zmyslow | A nie lepiej być purystą? | Aaaaaaaaaaaaaa...aalfabeta | Ach, gdzież jest litość lub wspolczucia pozór? | Ach, gdzież jest litość lub współczucia pozór? | Adam Mic - Kiewicz | Adaś i Ewka | Aforystyka | Amerykański sen | Autopsychoterapia | Bez sensu to to! | Bez szaleństwa... | Bezmyślne okrucieństwo | Bezradność | Biedna Szymborska | Biedny Kapturek! | Bliźni miłości | Bliźniego miłość... | Blondyn | Blue Bossa | Bojaźń i drżenie | Bratnie dusze | Bruner, ty świnio! | Buddyzm w życiu codziennym | Bóg mi poskapił tej anielskiej miary... | Bóg mi poskąpił tej anielskiej miary... | Bójstwo samo | Caritas | Chiziofrenia | Choroba na śmierć | Chwila ułudy | Chwila wytchnienia | Chłodne upojenie | Cierpienia i radości | Cierpienie i radość | Cleen feed | Cnota niedoli | Co slina na język przyniosła | Co tam panie w polityce? | Co w niebie piszczy | Co ślina na język przyniosła? | Corrida | Coś dla duszy... | Coś tak wulgarnego | Cudotwórstwo | Czarna Perła Tao | Czarny tulipan skrzyżowany z czarna różą | Czarny tulipan skrzyżowany z czarną różą | Czary Mary | Czego nie przysięgał Hipokrates? | Człowiek nie jest rzeczą | Człowiek to brzmi dumnie, ale nie u mnie | Często chowa | Częstochowskie rymy | Deficyt aniołów | Delightful! | Demokratyczne wybory w Oczodołach | Diabłoterapia | Dla wszystkich i dla nikogo | Dnieje | Do samego siebie | Dodatek | Dowcipas dnia | Duma narodowa | Dusze drzew | Dyskretna mgiełka autoironii | Dzielność | Dziki kapitalizm | Dzisiejsza młodzież | Dzisiejsza młodzież nosi ładną odzież | Egzystencjalizm jest chumanizmem | Ekonomia zbawienia | Elegancja Francja | Elegijnie | English gentelman | English gentleman | Epicurus | Ewa tylko ziewa | Falochron | Female | Filozofia bez uczoności | Forever Loving Jah | Gadu, gadu | Gadu, gadu, trochę więcej jadu | Gal Anonim | Gaz dla pedałów | Gaz dla pedałów, młot dla sierpów | Gdy rozum śpi... | Gendarme | Genek, gienialny gieniusz | Geno Typ | Gorący uczynek | Grabarz | Grabarz nonsensu | Gry i zabawy literackie | Głupota przysłowiem narodów | Głębie i tajnie Podświadomego | HIstoria nauczycielką bicia | Herbatka zen | Homo economicus | Homo sapiens czy Homo politicus | Humor absurdalny | Humor nieco absurdalny | Humor, satyra, panie... | I rekiny w oceani mają zębów cały rząd | I rekiny w oceanie mają zębów cały rząd | Indie Wschodnie i Zachodnie | Industrial | Istnieje również wrodzony brak poczucia humoru | Ja tam bynajmniej nie wiem | Jak długo będę jeszcze żył? | Jak uprawiać agresywne dziennikarstwo? Poradnik dla początkujących | Jakże cżęsto powtarza się ta historia | Jakże trudno czasami coś sklecić! | Jan i Małgorzata | Jan z Czarnolasu | Jesienna muzyka | Jeszcze smutniej! | Jeździec Apokalipsy | Językologia | Kaczuszki mandarynki | Karawana idzie dalej | Katedra Adamowego Żebra | Kawa z Kafką | Każdemu według naszych chęci | Każdemu według potrzeb | Każdemu, o czym tylko zamarzy | Kiciuś Miciuś! | Kicuś Micuś! | Kiedy człowiek staje się bestią | Kiedy owce nie milczą | Kij w mrowisku | Kniaź Wiktor | Kochani ludożercy | Kolacja Pani Sowy | Kometa tylko głownia nie ta | Konkwista | Koryfeusz nauki, milośnik sztuki | Koty i inne zwierzęta | Koty, głupoty, palikoty | Kości rzucone są | Kość słoniowa | Kto pierwszy był człowiekiem, kto będzie nim ostatni | Kto pisze teraz historię? | Kuchnia szamańska | Kwiatki Św. Franciszka | Kwiatostan śmierci | Kwitnienie kultury | Kwitnąca wiśnia | La colombina i ciche ukojenie | Lekarzu - lecz się sam! | Lenin wiecznie żywy | Leśmianiada | Lichwiarstwo polskie | Liryki i prztyki | Logika dziejów | Londyńska mgła niepamięci | Londyńskie przygody | Los ofiary | Los puka do moich drzwi | Lotosowy wpis | Ludzie ludziom... | Lunatyzm | Lęk społeczny | Made in Japan | Maligna | Marność nad marnościami | Marność nad marnościami. Rekoleksje Wielkopiątkowe | Marzenia senne | Marzeniologia stosowana | Maszkary i senne dziwadła | Maszkary i senne widziadła odbite w lustrze | Mała czarna z Kafką | Medycyna naturalna | Meine Liebe Augustin! | Melancholia | Melancholia stosowana | Memorabilia | Meszreiw | Meteo | Mgiełka autoironii | Mglisty dzień. Mgła | Mikołak | Mistrz i Małgorzatka | Mistycyzm lunarny | Mistyka i miłość | Mitologia osobista | Mitologia świata | Miłość | Miłość bliźniego | Miłość nie zawsze szczęśliwa | Miś Uszatek | Moc rytuałów | Monada nie ma okien | Mowa potoczna | Mowa ptaków | Mowa serca | Moze ktoś zrozumie, co teraz czuję | Może ktoś się ucieszy? | Może ktoś zrozumie, co teraz czuję | Może to trochę zbyt uszczypliwe | Musicology | Muza lekkich obyczjów | Muzyka przywraca ład serca | Myszoterapia dr Nezumi | Myśli prostego człowieka | Mądrość Natury | Mądrość jak z gazety | Mądrość narodów | Młot na faryzeuszy i hipokrytów | Męstwo bycia | Mówił sen do snu | NIe ma na świecie dwóch takich samych liści, ni kropel deszczu | Na jawie (lecz to, co niejawne pozstaje) | Na stos rzuciliśmy szcześcia los | Na stos rzuciliśmy szczęścia los | Na szczytach hipokryzji | Na zdrowie! | Nad piekną rzeką | Najokrutniejsze zwierzę | Najsłodsza tajemnica | Narastająca senność | Nic dzisiaj ciekawego nie napisałem | Nicość | Nie am dwóch takich samych liści, ni kropel wody | Nie bój się - najwyżej cię rozstrzelają! | Nie czas żałować burz, gdy płoną oczy | Nie czas żąłować burz, gdy płoną oczy | Nie każde szczere złoto jest szczerozłote | Nie ma na świecie dwóch takich samych liści ani kropel wody | Nie ma na świecie dwóćh atkich samych liści lub kropel deszczu | Nie ma takiego smutnego, co by na wesołe nie wyszło | Nie ma zazdrości bez miłości | Nie oddamy nawet guzika | Nie tylko dzielenie włosa na czworo | Nie wiem, ja w ogóle nie myślę | Nie zabijaj! | Nie zabijajcie drzew! | Nie zawsze urocza dzecinada | Niebiańskie szczyty głupoty | Niech pani będzie dzielna! | Niech zapłaczą na moim pogrzebie | Nieco drapieżny wpis | Niekoniecznie ptasi móżdżek | Nienawiść bliźniego | Nieosobiście | Nieprzesłane przesłanie | Niestworzone rzeczy | Nieszkodliwe głupotki | Niewczesna melancholia melomana | Niewczesne rozważania | Niewielka profanacja | Niewielkie przekłamanie | Niskolotnie | No No! Teatr No | No comments! | No no! | Nowa poezja lingwistyczna | Nędzne kabareciarstwo | O Leonardo, po cóż się tak trudzisz? | O dzieleniu włosa na czworo, czyli metodzie scholastycznej | O dzieleniu włosa na czworo, czyli o metodzie scholastycznej | Obciachy | Obscenia i parafrenalia | Obsesja dobrego biustu | Ojej! | Oko w oko z zębem mądrości | Okropieństwa | Okruchy odgrzebane z lawy | Okruchy życia wygrzebane zlawy | Okruchy życia wygrzebane z lawy | Okrutna losu ironia | Orientuj się na orient | Owczarek | Owczarki afgańskie | Owocożerni | PL jak piekło | PO PiS | POeci wszystkich krajów dzielcie się | Pan Tadeusz | Panie pośle, po chrześcijańsku panu wybaczam | Pańska satyra polityczna jest niegramatyczna | Pendant do pewnego przypisu | Perlikowski | Pewna elastyczność zasad | Pewne jak w banku | Piorunujący piorun! | Po owocach poznacie ich! | Po upadku | Pobożne życzenia | Podpatrywanie Natury | Podroby i inne podróbki | Pokolenie Kainowe | Pokorne ciele | Pokorne cielę | Pokusa | Polak potrafi | Polak potrafi! | Politolog i Politowska | Politycznie niepoprawne! | Polonica | Polonika rycerskie | Polucje i ablucje | Pomarańcze i mandarynki | Pomarznąć dobra rzecz | Pomarznąć dobra rzecz! | Pomoc psychologiczna | Poranna kawka z Kafką | Porąbane marzenia | Potężne i głębokie warstwy pierwotnego mitu | Powieść brukowa | Powszechna życzliwość | Powtórka z cynizmu | Poznaj samego siebie | Prawda | Prawda jest jedna i piękna, ale złożona | Prawda popłaca | Prawdziwa metropolia | Prawi i sprawiedliwi | Prawiezmartwychpowstanie | Prawiezmarwtychpowstanie | Prognoza pogody | Pruski smutek | Przecież cię zjem! | Przedagonalny polski agon | Przegląd sportowy | Przeinaczenia | Przez pychę do pokory | Przeżyjesz to, a pote już tylko grób | Przeżyjesz to, a potem już tylko grób! | Przminęło z wiatrem | Prztyczek | Psiapowiednia Majów | Psubrat | Pustka | Pytanie dość retoryczne | Raczej to nie będzie hit | Radosne gonitwy śnieżnych tygrysów | Radość wędrowania | Rejterada Rejtana | Religie nauczą cie pokory | Res Sacra Pecunia | Romans z pop kulturą | Roots, Rock, Reggae | Rozkosze reinkarnacji | Rozmowa nie na telefon | Rozpacz | Rozpacz na wieki wieków | Rozpacz, która podpełza pod gardło | Ruch i świeże powietrze... | Rybołówstwo cudzołożnika | Rycerz pokalany | Samokrytyka | Samotność egzystencjalna | Sekrety pewnego domu handlowego | Seraphic Flames and Heavenly Love | Siedź na dupie i potakuj! | Somatyka | Somatyka logiczna | Spełniona przepowiednia | Spleśniały ser | Sponsorem tej opowieści jest wydawnictwo Błękitny Wieloryb | Sport to zdrowie | Spowiedź morskiego wilka | Stary Sącz i Nowy Sącz | Stary mafioso | Stołeczne stołki | Stratyfikacja społeczna | Suma sumarum | Sumienie rachunku | Sweet Music and Poetry | Sygnały podprogowe | Szalchetne zdrowie | Szczęśliwa pomyłka | Szekspir do żadnej nie należy epoki | Szkarady | Szlachetna gravitas | Szlachetne zdrowie | Słodycze grafomanii | Słówka | Słówko do słówka, a uzbiera się sówka | Tadeusz Bój Jeleński | Taia chińska podróbka | Takie będą rzeczpospolite jakie tego blogu chowanie | Takie tam, pierdoły | Talking Heads | Tania chińska podróbka | Tatiana | Teorie świata nauki | Terapeutyczie | Terapeutycznie | Thames | The Doors. Uchylone drzwi | The Lion cub | The fruit of beauty and despair | To na pewno nie Lec | To nie żadna filozofia | Tragiczne pożegnania | Transformacja duchowa | Trudna sztuka dialogu | Trudno czasmi coś sklecić | Trzylogia | Trója z polskiego | Twarda rzeczywistość | Ty mi tutaj nie filozuj | Tygrysologia stosowana | Tysiac i jeden ptaków | Tysiąc i jeden kotów | Tysiąc i jeden ptaków | Tysiąc różowych kroliczków | Tęsknica | Tęsknota duchowa | Ubekistan | Ucone księgi | Uczeni ludożercy | Uderzenia losu | Uduchowienie | Umrzeć z miłości | Upadek Pierwszego Człowieka | Uroczy wegetarianin | Uszczelnienie systemu podatkowego | Utrata uzębienia | W czym mogę panu pomóc? | Wciąz powtarza się ta sama historia | Wciąż powtarza się ta sama historia | Wdzieczna muzyka przywraca ład serca | Wesola grafomania z morałem | Wiecej broi dla szaleńców w Teksasie | Wieczne powroty | Wiedza radosna | Wielka wygrana | Wielomówstwo, czyli plaga opowiadania | Wierzba płacząca | Wiosny i jesienie | Witch | Więcej broni dla szaleńców w Teksasie | Wojna totalna | Wpis o kształcie piramidy | Wprowadzenie do kruczków prawnych | Wrzucam wszystko do kosza | Wrzątek | Wspomneinei pewnego wspomnienia | Wspomnienie pewnego wspomnienia | Wspomnienie pewnego wspomnienia | Współczesny filister | Wszystkie rybki | Wszystko na A | Wszystko na sprzedarz | Wszystko na sprzedaż | Wygrana | Węzłowato | Wólka Węglowa | Xin Lu, typowa brunetka o granatowych oczach | Z Nietzschego nic nie powstaje | Z księgi wulgaryzmów | Z rupieciarni myśli | Zaczarowany świat zen | Zanim mnie wrzucą do dołu | Zapowiedź Apokalipsy | Zaraz wracam! | Zasada domniemanej winy | Zaskroniec | Zastał Polskę drewnianą... | Zatrzaśnięte drzwi | Zbaw mie Buddo Amido | Zbaw mnie, Buddo Amido | Zdrowy egoizm | Zegar dziejów | Zestrzelenie księżyca | Zginął z rąk słabej kobiety | Zima się nas nie ima | Zjawiskowe | Znak jaskółki | Zrozumieć wartość tego, co nieużyteczne | Zuch zawsze ochoczy! | Zwierzęta pod postacią ludzi | Zwyciestwo konsumpcjonizmu | Ząb mądrości | ie zabijajcie drzew! | ieosobiście | kosmos | Łagodne prawo, ale prawo | Łagodność tygrysa | Śmiechotki, chichotki | Śmiertelna powaga | Śmierć | Światełko w mroku | Świętość, wziętość, nadętość | Życie jest tragiczne | Życie samo | Życzliwe spojrzenia na całość ogródka | Żyć, nie umierać
RSS
sobota, 31 sierpnia 2013

                                              "Nie ma sposobu  w y k a z a n i a, że lepiej jest być, niż nie być"

                                               (Emil Cioran)

          I ja jestem o tym całkowicie przekonany.  W starożytności pogląd taki głosił Hegezjasz - więc jeszcze przede mną i przed Cioranem, ktoś o tym wiedział...Jednak nie chodzi wcale o to, aby kogoś (na przykład siebie) przekonywać do istnienia...ale aby istnieć i czuć, że się istnieć pragnie, chociaż na pewne niedogodności życia często poradzić nic nie można... 

         Oglądałem z mamą film "Control" o Ianie Curtisie, wokaliście i "duszy" zespołu "Joy Division", który w wieku 23 lat popełnił samobójstwo.  Curtis był mi bardzo bliski - rozpoznaję się w jego tekstach (chociaż piszę zupełnie i nieporównywalnie inne) i w muzyce, ale także w jego stanach psychicznych i kiedy o nim myślę prawie zawsze czuję, że zabrakło mi kiedyś Jego determinacji i że to skandal, że żyję tak długo.  Jest to oczywiście iluzja...ponieważ tragiczna śmierć Iana przytłacza mnie i budzi we mnie współczucie nie tylko w stosunku do niego samego, ale także bliskich mu osób.  Bardzo chciałbym, aby mógł żyć...      

         Mimo swojego marnego stanu zdrowia mama obejrzała film do końca i nawet sobie przy okazji trochę pogadaliśmy, chociaż pewne rzeczy mogły Ją w tym filmie razić.  W pewnym momencie z przerażeniem zauważyłem jednak, że ogląda ten film, jakby był on o mnie. Dotrwała do ostatniej jego sceny - chwili, w której nad kominem ukazuje się gęsty krematoryjny dym. "Mogliby to już sobie darować" - powiedziała.  I nigdy jeszcze nie widziałem, żeby była tak smutna, chociaż o własnym odejściu nigdy nie mówi z lękiem.  

         Byłem tym filmem naprawdę poruszony, ale tym bardziej w związku z tym odczułem pewne jego braki. (Nie chciałbym jednak tutaj o nich pisać).  Kosmiczna różnica między muzyką "Joy Division" a "New Order", polega wyłącznie na braku Iana Curtisa.  Zabrakło Go ponieważ był bardziej od innych wrażliwy.  Film pokazuje to w sposób sugestywny.  Podobnie jak wysiłki jego żony, żeby uratować ich związek i mimo wszystko nieco dwuznaczną rolę jego kochanki.  Wypisanego przedwcześnie ze szpitala, do którego trafił po kolejnym ataku epilepsji Iana wypychają od razu na scenę.  Nie potrafi na nią wyjść i zastępuje go ktoś inny, co kończy się zdemolowaniem przez publiczność klubu.  Czeka go wyjazd do Stanów Zjednoczonych, gdzie ma się przed nim i zespołem otworzyć światowa kariera.  Nikt nie liczy się z jego stanem zdrowia, psychiczną delikatnością, sytuacja życiową, w jakiej się znalazł. 

         W przedostatniej scenie filmu Curtis mówi swej żonie, że Ją kocha i przekonuje ją, że jego kochanka "nie ma nic do nich", ale że nie potrafi z Nią zerwać.  Żona mówi, że nie jest jeszcze zdecydowana na rozwód.  W napadzie agresji chłopiec krzyczy, żeby się stąd wynosiła i przyszła jak go już nie będzie.  To słowa, które bardzo dobrze znam... 

         W ostatniej scenie (po której jest już tylko ów dym) dziewczyna wysiada z samochodu i mówi swej malutkiej córeczce (ich córeczce!), że zaraz do niej wróci.  Otwiera kluczem mieszkanie męża i wybiega z niego z krzykiem rozpaczy:

         "Kto mi teraz pomoże?"  

         Zawsze zastanawia mnie to, że w podobnych przypadkach nie zjawia się żadna z wielu osób gromadzących się wokół tragicznego bohatera, czy też nieszczęsnej ofiary i że nikt nie potrafi jej pomóc.  Stanu prowadzącego do śmierci nie można określić mianem samotności.  Jest to poczucie osamotnienia i psychicznej izolacji.  Wszystko dzieje się niemal na oczach tłumu.   

 

piątek, 30 sierpnia 2013

                To jedna z recept Osho z książeczki "Apteka dla duszy" (przytoczę tylko fragment tekstu w przekładzie Bogusławy Jurkevich):

                "ODKŁAMYWANIE OCZU 

To, jak wygląda świat, zależy od Ciebie. Żyjemy w różnych światach, ponieważ różnią się nasze sposoby postrzegania. Światów jest tyle, ilu jest ludzi, stąd zderzenie. Stąd konflikt w miłości i przyjaźni - ponieważ dwa sposoby postrzegania nie zgadzają się.  Nakładają się na siebie lub ze sobą kolidują. Próbują manipulować lub dominować. U podstaw konfliktu leży fakt, że są to dwa sposoby widzenia, a między nimi toczy się walka o to, kto wygra, kto udowodni swoją rację. 

                Gdy zajrzysz w głąb znajdziesz zawsze trzecie oko...Patrzy ono bez patrzenia. Patrzy bez pośredników... 

                Ludziom zależy na tym, żeby mieć piękne oczy, a powinni skupić się raczej na tym, aby pięknie patrzeć. Zamiast mieć piękne oczy, mieć piękne spojrzenie.

                ...Więc medytuj z zamkniętymi oczami; spróbuj nauczyć się patrzeć do środka. Na początku jest to trudne. Jest tam bardzo ciemno, ponieważ zapomnieliśmy już, jak się patrzy w głąb...Powoli przezwyciężysz sztywne nawyki, będziesz w stanie poczuć, uchwycić się czegoś, przesuwać się po omacku. Stopniowo przyzwyczaisz się i zobaczysz je.

               Początkowo będzie całkiem ciemno. Tak jakbyś wszedł do pomieszczenia z miejsca, gdzie było gorąco i słonecznie, i przez kilka sekund nie był w stanie nic zobaczyć. Potem oczy przyzwyczajają się. Pokój powoli się rozjaśnia. Powoli wypełnia się światłem.

               To samo dotyczy Twojego wnętrza".

               Co zrobić, żeby nie walić w mordę przyjaciela i nie porzucać osoby, którą kochamy?  Najpierw zajrzeć w głąb siebie i odkłamać własne oczy i zobaczyć niby "trzecim okiem" to wszystko, czego nie widzimy, bo patrzymy tylko ze swojgo ograniczonego punktu widzenia.  Tak, jakby mógł spojrzeć na to bezstronny obserwator, ale obserwator wrażliwy i czuły.  Wtedy zamiast potrzeby walki o własne rację pojawi się miłość.  A to jedyny lek na utratę przyjaźni i miłości.  Trzeba tylko trochę skupienia i odwagi...

            Nie mogę się oprzeć pokusie zacytowania jeszcze raz jednego z przekładów Zygmunta Kubiaka:

                                                       "TYMON MIZANTROP

                                 "Tymonie, gdy już cię nie ma, powiedz, co gorsze: Hades

                                  Czy światło?  - Hades!  Tu jeszcze więcej jest was niż tam".     

                           

        Trzynaście lat temu ktoś bliski mi zaczął swój list do mnie od słów: "Kochany Daktylku!" ...A zakończył go słowami. "Będę pisać Koteczku, aby łatwiej Ci się było dobrze poczuć.  Pozostaję Twą Wierną Dziewczynką..." Do tej pory nie rozumiem skąd wziął się ten "Daktylek", bo nigdy wcześniej, ani później tego nie słyszałem. 

        Kiedy się wyjeżdża nad szumiące morze (list był znad morza) na pewno warto pamiętać o wierności (chociaż deklaracje lojalności nie zawsze są konieczne)...Kocham morze, ale dawno go już nie widziałem.  Za to pamiętam tak dobrze, jakbym je widział przed chwilą, a przede wszystkim słyszę szum wiatru, który zagłusza nawet szum fal.  Nad morzem byłem ostatnio w drugiej połowie września, w deszczową pogodę, która w cudowny sposób wystraszyła większość ludzi...ale nie tych najbardziej w nim zakochanych.  Co kilka godzin spotkać można była jakąś osobę w szczelnej, nieprzemakalnej kurtce, opatuloną szalikiem, spoza którego trudno było rozpoznać ukrytą pod kapturem i czapką twarz.  A w chwilach lepszej pogody mogłem oglądać zachody słońca.  Nie wymagało to specjalnego zachodu.  Błąkałem się i tak po pustej plaży.  

       Ta bliska mi i nie pozbawiona swoistego poczucia humoru Osoba, też lubiła morze.  Uważała, że jest "super- uspokajające" i do późnego wieczora podczas tamtego swojego wyjazdu fotografowała jego błękit pomieszany z wydatnym błękitem nieba.  W Jej ujęciach niebo górowało nad morzem, a nawet je przytłaczało swoim ogromem.  Czasami też dochodziło do pomieszania obu tych żywiołów, ale nigdy nie sprawiało to wrażenia nadmiernie dramatycznego...Nigdy nie spotkaliśmy się razem nad morzem...    

       Moja mama opowiada czasami taką legendę z mojego dzieciństwa (każdy ma jakąś swoją prywatną mitologię): Zostawiła mnie kiedyś na kocyku na jakiejś dzikiej plaży w okolicach Krynicy Morskiej, a miałem wtedy niecałe cztery lata i poszła się kąpać.  A kiedy wróciła, zobaczyła mnie usiłującego dotknąć rączką jakiegoś patyka.  Tym patykiem była żmija zygzakowata...Jeszcze wcześniej, w małej miejscowości nad Bugiem prześladował mnie podobno jakiś kogut.  Byłem malutki i leżałem w wózeczku, a kogut wrzeszczał głośno i straszył mnie swym dziobem.  Jednak i wtedy mama przyszła mi z pomocą...Pamiętam, jakie wrażenie wywarła na mnie kiedyś pewna zacna Indyczka, która instynktownie wyczuwając obecność jastrzębia, zwoływała swoje potomstwo i dzika kaczka w pewnym ogrodzie, która na mój widok, sycząc, gotowa była bronić swych dziatek pływających w oczku wodnym.  

      Niewiele łączy ze sobą te wspomnienia (zdarzenie ze żmiją pamiętam), poza tym, że są bardzo żywe i że jest w nich jakiś rodzaj zadowolenia z tego, że istniejemy i że istnieje też coś od nasz większego i wspanialszego niż nasze własne życie.  Jedną z takich cudownych rzeczy jest Miłość...drugą - Morze...   

czwartek, 29 sierpnia 2013

             "Tego dnia wiał wiatr i po chwili zobaczyłem, jak liść opuszcza gałąź i tańcząc radośnie opada na ziemię.  Cieszył się, bo opadając widział siebie już w drzewie, Był taki szczęśliwy. Nie bał się niczego. Wiedział, że nic się nie rodzi i nic nie umiera.Pokłoniłem się i zrozumiałem, jak wiele musimy od niego się nauczyć.

              Chmura na niebie także nie będzie się bała. Gdy nadejdzie czas, stanie się deszczem. To radosne - stać się deszczem. Spadać, dźwięczeć, szumieć i stawać się częścią Missisipi, Amazonki czy Mekongu. Spadać na warzywa, by stać się później cząstką ludzkiej istoty.  To bardzo pasjonująca przygoda. Chmura wie, że gdy opadnie na ziemię może stać się częścią oceanu. Dlatego się nie boi.

              Tylko ludzie się boją". 

              (Thich Nhat Hanh, "Serce zrozumienia. Komentarze do buddyjskiej Sutry Serca", przekład Zbigniew Mach)

              Czasami warto przyjąć perspektywę chmury, wiatru czy fali i spojrzeć tak na swoje znikome życie, które chcielibyśmy ocalić.  I tak będziemy się bać.  To w końcu bardzo ludzkie...Ale może tak jest jakoś lżej na sercu?  To wszystko, co je przepełnia jest przecież pustką - nasze myśli gonią jedna drugą, tak samo przeżycia i doznania.  Avalokiteśwara mówi:  "Wszystkie zjawiska są pustką, nie powstają ani nie znikają".  

              Ktoś powie może - "To za trudne jak na mój mały rozum, przecież powstawanie i zanikanie to to, co stale widzimy.  Przed chwilą było jakieś miejsce lub człowiek, a teraz go nie ma".  Awalokita, to skrót od imienia Awalokiteśvara.  Nie wiem dlaczego, ale kojarzy mi się z kotem (może przez tą kitę).  Ale trudno, żeby kot uczył człowieka!   Już raczej wiatr, chmura, czy fala...Chociaż istnieje sporo książek na temat kotów uczących taoizmu lub zenu.  Jeden z takich kotów, Mistrz Zen, objaśnia na przykład, czym są paramity (buddyjskie "doskonałe cnoty"):

                                                                     radość z dawania  

                                                                     obyczajność

                                                                     cierpliwość

                                                                     wysiłek

                                                                     medytacja

                                                                     mądrość

              "Przyjąć taką wiedzę z rąk, przepraszam z łapek, kota - czy to się godzi?" - zapytać ktoś może.  Dlaczego?  Jeżeli kot to wie! 

              Pewnie jednak niejednemu Chrześcijaninowi trudno byłoby sobie wyobrazić któregoś z ewangelistów w postaci tych nieczystych zwierzątek o długich ogonach, stojących uszach i nieprzyzwoitych wąsach, które z takim upodobaniem rzucano kiedyś na stos.  Żyć trzeba poważnie, ale kiedy wszystko odbieramy zawsze całkiem serio, to nie tylko zabijamy własną spontaniczność, ale właśnie wtedy zjawia się lęk...Czy naprawdę znamy prawdziwą wykładnię?  Czy nie popełniamy grzechu lub błędu?  Przykład autora "Modlitwy żaby" jest pouczający.  Ktoś w Kościele się tej żaby przestraszył...      

              Istnieją, jak widać, różne lęki...

        Mówi o nich książeczka znanego psychologa klinicznego Joela D. Blocka, zatytułowana "Intymność w związku".  Chciałbym tu zwrócić uwagę nie na rady autora, jak sobie radzić w związku (najlepiej po prostu przeczytać jego tekst w całości), ale na to, co uważa on za jego podstawę.  Autor jest umiarkowanym optymistą.  Zwraca uwagę na to, że miłość między mężczyzną i kobietą jest czymś trudnym i wymagającym przede wszystkim odwagi, i akceptacji samego siebie, a także emocjonalnego otworzenia się (czy nawet obnażenia) wobec partnera oraz umiejętności wyrażania własnych uczuć.

        W każdym związku czujemy się przez partnera ranieni i bezbronni (nie istnieją związki idealne), ponieważ tylko początek miłości jest cudowny.  Nawet szczerość i uczciwość w relacji z bliską osobą nie jest czasami czymś łatwym, chociaż jest, oczywiście, czymś koniecznym.  Miłość, jak podkreśla autor z  o g r o m n y m  naciskiem, nie jest dla tchórzy i nie czyni życia bezbolesnym ani wygodniejszym, a najważniejszą w niej rzeczą jest...a k c e p ta c j a   s a m e g o   s i e b i e, własnej wartości, bez której miłość jest niemożliwa. Trzeba też umieć sobie samemu wybaczać i być dla siebie wyrozumiałym.  W  k a ż d e j miłości istnieje potencjalne ryzyko niespełnienia i zmarnowania energii życiowej.  Ale podjecie tego ryzyka, jego zdaniem opłaca się, bo dzięki miłości stajemy się pełniejszymi ludźmi.    

        Przepisałem tu kilka minut wcześniej dość cierpliwie cytaty z tej książeczki, ale zastrzeżenie wydawnictwa jest sformułowane tak ostro, że nie chciałem ryzykować, że zamiast wdzięczności za popularyzowanie ich książki spotka mnie kara lub przynajmniej będę musiał się tłumaczyć.  Bardzo mnie to dziwi, kiedy w ten sposób obwarowuje się poradniki dotyczące zdrowia, utrudniając do nich dostęp.  Ale taka jest widocznie strategia tego wydawnictwa.  Gdyby ktoś z szacunkiem cytował moje książki, to byłbym mu naprawdę wdzięczny, chociaż ich wydawnictwa opatrują je podobnymi zastrzeżeniami.   

środa, 28 sierpnia 2013

                   Marysia miał grzechotkę i ciągle nią grzechotała: "Grzech, grzech, grzech!"

                   - Przestań już tak grzechotać, ty sierotko!  - zawołał Czerwony Kapturek - To idiotyczne!

                   - Łaaaaaa! - zapłakała sierotka.

                   - No "ła" i  co z tego?  - zapytał Kapturek.

                   - To dla ciebie powinien być sygnał, że się zsikałam.  Zwalniam cię, ze skutkiem natychmiastowym.

                   - Znajdę sobie inną pracę - odpowiedział Kapturek.

                   - Dostaniesz ode mnie wilczy bilet - rzekła Marysia i żaden z krasnoludków cię nie zatrudni.

                   - Na szczęście mam jeszcze babcię - powiedział Kapturek. 

                   - No właśnie! - zauważyła z przekąsem Marysia - Mam nadzieję, że twoja babcia będzie miała dobry apetyt.

           Wszyscy znają Spinozę (1632-1677), ale kto tak naprawdę zna Mimozę (1632-1678)?  Obaj ci wybitni filozofowie żyli prawie w tym samym czasie w Amsterdamie i Hadze, z tym, że o ile Spinoza pochodził z rodziny portugalskich Żydów, to Mimoza pochodził z rodziny hiszpańskich Żydów.  "Jak go zwał, tak go zwał - w każdym razie z sefardyjskich!" - mówił nasz profesor filozofii.  Niewiele wiemy o życiu tego mniej znanego filozofa, poza tym, że istniał naprawdę.   Wspominam o tym dlatego, że pewien habilitant wymyślił niedawno "Leibnozę", chcąc skrzyżować ze sobą poglądy Leibniza i Spinozy.

           Łaciński traktat Mimozy "O szczęściu, losie oraz miejscu człowieka w kosmosie" odnaleziono kilkanaście lat temu wśród pakunków zawalających magazyn leningradzkiego Muzeum Literatury i Spuścizny Rękopiśmiennej.  Prawdopodobnie przywieziono go tam z Berlina.  Profesor Wsiewołod Wiśniewski dał go w prezencie naszemu profesorowi ze słowami rekomendacji:

                                                 - Przecież tego nie wyrzucę!    

           Egzemplarz był dość cenny ze względu na wartość skórzanej okładki i perfekcyjną wyraźność druku.  "Wedle Mimozy" - napisał w swej książce "Człowiek i Nieskończoność.  Teza i antyteza w filozofii Mimozy" - "świat składa się jedynie z tzw. iskier bożych, które przeskakując jedna na drugą, doprowadzą kiedyś do pożaru świata.  W przeciwieństwie do wielkiego racjonalisty, Spinozy, który wyśmiewał się z Kabały, Mimosa przejął pewne jej elementy, kompletnie ich nie rozumiejąc i nadając im zgoła odmienny sens.  Ale to, że wpakował się w taką kabałę, czyni z jego utworu dzieło w filozoficznej literaturze tamtego czasu wyjątkowe".    

          Tak naprawdę jednak profesor nie miał nam zbyt wiele do powiedzenia o poglądach tego Mimozy. Koncentrował się więc głównie na aspektach osobistych.  Mimoza był człowiekiem niezwykle delikatnym.  Aby to jakoś zilustrować profesor posługiwał się zwykle epigramatem hiszpańskiego poety Alfonsa de Moliny, napisanym w trzy dni po przedwczesnej śmierci filozofa:

                                               "Mimoza, gdy ją dotkniesz, trawy swoje tuli, 

                                                Jak dziecię opuszczone, stęsknione matuli. 

                                                Przedwcześnie umrze przecie takie dziecię,                               

                                                Zostanie tylko uśmiech po nim na portrecie"

           "Nie ma na świecie miejsca dla tak delikatnych i wrażliwych dusz, powtórz Mosiołek!" - kończył swój wykład. 

           "Profesor powiedział, że nie ma na świecie miejsca dla takich gogusiów i lalusiów i dup.  A dostanę piątkę?" - odpowiedział grubas.

           "Co za bezczelność!" - złościł się profesor - "Mosiołek, ty Ośle! ciebie matka chyba przez pipę nie rodziła, ale w odwrotnym kierunku!" 

           Wszyscy bardzo szanowali profesora, ale kiedyś pani od polskiego powiedziała nam prywatnie, że profesor nie trzymał moczu podczas dyżuru w pokoju nauczycielskim.  Od tego czasu autorytet tego starego przedwojennego profesora nieco podupadł.

           Już po moich studiach inżynierskich sięgnąłem po artykuł profesora i mocno utkwił mi w głowie pewien cytat z Mimozy. Chętnie go wiec tutaj przytoczę:

           "Tak długo, jak długo w naszym gnieździe uwije sobie gniazdko pisklę rozpaczy, nie będzie w naszym sercu miejsca na prawdziwą radość. Nigdy jednak nie wyrzucaj tego pisklęcia. Ono też chce żyć!"   

           Moja żona często śmieje się z tego cytatu, ale ona jest trochę niewykształcona.  Skończyła tylko WYSROL (Wyższą szkołę Rolniczą) w Białowieży. Dla niej każdy człowiek, to żubr.  Kłaniam się już i zdrówka życzę. 

                                                                 Krzysztof Moczymord

                                                                 (tak tak, z tych...)

 

            Maszynogorsk, niewielkie miasteczko za Uralem.  Tu żył Wania Abdullahow.  A ponieważ w przeciwieństwie do innych pionierów chodził smutny Pani nazywała go: 

                                               UO

           (Umyslienno odstałyj, czyli raczej niedorozwinięty)

           Wania nie miał żadnej koleżanki, a jeszcze do tego dłubał w nosie i zjadał własne gluty, a mamusia powiedziała mu kiedyś, że tatuś utnie mu siurka.  Dlatego Wania nie potrafił się śmiać.       

            - Te, Allah, co jesteś taki smutny?  - pytał go często Kola Morozow - Wykręcić ci rękę!                       

            - Wolałbym raczej nie - odpowiadał pokornie Wania, ale Kola, syn milicjanta, zawsze wykręcał.

            - Boli? - pytał.

            - A teraz?

            W końcu Wania mówił, że boli, a wtedy Kola wykręcał jeszcze bardziej i doznawał orgazmu (pojęcie w owych czasach mało sprecyzowane).

            - Wszyscy raźno idziemy przepracować dodatkowe godziny na rzecz Naszej Partii i Towarzysza Stalina!  Ty z nami nie idziesz, Wania? - spytała Tania Rozumowska.

            - Źle się czuje - odpowiedział Wania.

            - URAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA! - rykneły ochoczo dzieci i pobiegły podawać cegły na ciężarówki.  Z wyjątkiem, oczywiście, aspołecznego Wani. 

            - Co jesteś taki skwaszony, Wania? - pytał Ojciec - Podobno sabotujesz młodzieżową organizację?

            - On taki zawsze - powiedziała matka - Trochę wybrakowany. Nawet gimnastyki dziś nie zrobił.

            - W ciebie się wdał, Rywka!

            - A ja myślę, że w ciebie, Ahmad!

            Jeszcze przed rozstrzelaniem szeregowiec Abdullahow miał szansę się uśmiechnąć, ale ją zmarnował.  Niektórzy ludzie nie poddają się resocjalizacji.

 

           O projekcie swojego poematu symfonicznego "Niezguła" opowiada jego autor,  Jack Lestschovitch..."W moim utworze chodzi przede wszystkim o uchwycenie jakiegoś początku. To alegoria drapania się w głowę.  Bohater mojego poematu, nie wie, jak zacząć dzień, więc go nie zaczyna.  Leży na łóżku i patrzy w sufit.  To bardzo konstruktywny projekt.

           - A jaki tytuł nosi pierwsza część pańskiego projektu? - spytała Beata Pójdźka - Sowińska, dziennikarka pisma "Modest Musorgski"

           - Poemat jest bez-częściowy.  Ale mogłaby ona nosić tytuł: DEPRECHA.

           - A kieliszeczek wina nie poprawiłby bohaterowi nastroju?

           - Wydał już wszystkie pieniążki.  Przecież nie pójdzie na ulicę.

           - Ja bym poszła...Ma swoją godność?

           - Powróćmy może na chwilę do mojego projektu.  Muzyka ma wyrażać w tym miejscu przede wszystkim zastój i czającą się gdzieś w mroku pokoju (bohater nie odsłania okna) grozę.  Jego pokój ma czarne ściany i sufit.  Niezguła zamalował tapety czarną farbą.  Wygląda naprawdę lux. 

           - Brakuje tylko czarnego kota?

           - Nie brakuje!  On tu jest!  Gotów rzucić się na Niezgułę z pazurami...

           - Nie rozumiem, dlaczego nie otwiera okna, a nawet je zamknął.

           - Światło i te sprawy...A mojżesz też ze względu na kota?  Poza tym jego okno wychodzi akurat na ścianę drugiego bloku.  Sama ściana, bez okien. Można dostać klaustrofobii.

           - A on tego nie chce? Przecież się udusi...

           - Raczej nie.  

           - Nie lepiej, jakby wziął sprawy w swoje ręce?  

           - Pewnie już to robił.  Ale ile można...

           - Działać, panie Lestschovitz!   Być kreatorem!   Inicjować!  

           - To sposób na kobiety?

           - Nie wiem.  W końcu sama jestem tylko kobietą.  Nie wiem, co kobiety kręci.  Każdą chyba kręci co innego.  To pan zna sposoby!  Ale ten pański "Niezguła" jest po prostu nudny. Myślałam, że przy nim chociaż zasnę.  Nie to, co pan!  Jak się z panem rozmawia, to na dwa kilometry jedzie prawdziwym mężczyzną.  To pan powinien być bohaterem tego poematu.  Przynajmniej nie byłby taki mroczny.  I dlaczego pan go tak przeestetyzował?  A gdzie szczury, owady, gdzie krew i bandaże, gdzie wreszcie sam Franz Kafka? 

            - Druga część mojego poematu-studium nazywa się Larwo.

            - Chyba Largo?

            - Nie...Larwo.

            - Rozkład psychiczny bohatera prowadzi do tego, że pojawia się robactwo? To wstrętne!

            - Mam na myśli larwalny stan motyla.  Mój bohater nie dojrzał jeszcze do prawdziwego piękna.

            - I na razie leży w barłogu i dojrzewa?  Chce mnie Pan zmrozić Mrożkiem?  Czy rozmiłować Miłoszem?

            - Nie wiem, droga Pani.  Ja tu nie jestem od tego, żeby ludzi zabawiać!

            - A od czego pan jest?...Jaka jest ta trzecia część? 

            - Marcia Funebra.  

            - Chciał pan powiedzieć, że nazywa się "Marsz pogrzebowy"?  Z jakiej racji, przecież bohater niczego nie dokonał?  Gdzie jest to oczekiwane przez wszystkich piękno?  To jakiś Anty-Mahler!  Ja bym mu nie pozwoliła umrzeć zanim nie zliże wszystkiego z podłogi.

            - Jest tylko pustka.  Czasami trzeba pozwolić umrzeć człowiekowi w spokoju.

            - BO to takie humanitarne?  Bo zaraz pana czymś zdzielę!  To już lepiej, jakby zrobił sobie tatuaż z kotwicą albo z gołą babą.  Ale wie Pan chyba, gdzie?  

            - Ten człowiek wie wszystko o życiu i o ludzkim losie.

            - I dlatego padł trupem i leży?  To jakiś leń!  Niech lepiej przyniesie, wyniesie i pozamiata.  Niech zrobi coś dobrego dla ludzi. 

            - Już to robił...Teraz ktoś jego powinien uprzątnąć.

            - I taka jest gieneza ostatniej części Pańskiego utworu?  Czujesz się gieniuszem, Lestschovitch? Odebrałeś ludziom nadzieję na godny pochówek.  Przecież to zwykła, prostacka dekadencja! 

            - Lubię mojego bohatera - chociaż zarazem mam do niego pewien dystans... 

            - Tfu!  Te pańskie słówka!...Przejdźmy jednak do zakończenia pańskiego utworu. Śpieszy mi się trochę, jestem z kimś umówiona.

            - Rozumiem to...Ostatnia jego część, zaznaczam jednak, że oryginalna idea mojego utworu jest bez-częściowa, to pieśń, którą można by zatytułować:  "Chińska pagoda".  Wyraża ona pełne afirmacji pogodzenie i praktycznie nie ma końca.

            - A nie - pogoda?  I dlaczego akurat chińska?  Czy jest pan żółty?

            - Czasami tak...przechodziłem kiedyś żółtaczkę...

            - Od tych pańskich jaj?

            - Mój poemat to utwór tragiczny, z delikatna nutką afirmacji.

            - I co, jak go już Pan prawykona?  Rozumiem, że już ma Pan jakąś orkiestrę?  Czy wtedy przejdzie Pan metafizyczną przemianę?

            - Zrobię skok na kasę i kupie sobie bułeczkę.  Taką prawdziwą, posypaną makiem.  To moje jedyne marzenie.

            - I będzie pan ją jadł połykając smarki?  A gdzie masełko?  Masełko jest zbyt alternatywne?  Za porządne, jak dla Pana?  A kto wysłucha oklasków? 

            - Dyrygent.

            - A pan ich nie wysłucha?

            - Chyba się zabiję!

            - Nie znosi pan kobiet?

            - W ogóle lubię ludzi.  

                                            Zagubiony wśród wyśnień światów już zetlałych,

                                            Szedł wędrowiec bez oczu do krain udałych.

                                            Rozzuchwalił się nocą i snem rozleśmianił,

                                            Duszę swą i jej duszę bez reszty omamił! 

 

                                            A wszystko widział jasno swym wewnętrznym wzrokiem,

                                            Metafizykę i sowę z pobielałym okiem,

                                            Z okiem, które bez przerwy sowa przymrużała,

                                            Wypatrując ofiarę, jak mysz polną małą. 

 

                                            Lecz wędrowiec szedł dalej na krańce marzenia, 

                                            Chociaż w życiu to nigdy niczego nie zmienia.

                                            Aż wreszcie utrudzony przycupnął tu w raju

                                            I napił się błękitu z rajskiego ruczaju.

 

                                            I chociaż się udiablił w lesie jeżynami,

                                            Pobożył się tu z Bogiem, a trochę też z nami.   

                                            A psu co u podziemi wejścia się wyszczerzył,

                                            Odszczekał jego język, żeby mocniej wierzył. 

                                         

                                            Znając piekła podwoje i nieba fantazmy,

                                            I atomy marzenia, i snu cząstek plazmy

                                            Nigdzie się nie zatrzymał, lecz jak grudka śniegu

                                            Roztopił się w marzeniu niepomny pogrzebu.

 

                                            "Na cóż te wszystkie światy i te drogi mleczne,

                                            Skoro istnienie moje jest dla niej zbyteczne"

                                            Zdążył jeszcze pomyśleć, a to myśl jedyna,

                                            Która się smętnej duszy w pustce przypomina.

 

                                            Gdyby i tobie kiedyś taki sen się przyśnił,

                                            Uważaj, abyś się zbytnio nad nim nie zamyślił.

                                            Włócząc się po obłokach i idąc bezdrożem

                                            Poczuj - w twej klatce byłoby ci gorzej! 

         Chętnie bym się dzisiaj rozpuścił we mgle, albo spędził wieczór jako badacz cieni.  Często to robię, kiedy wolałbym przez chwilę nie istnieć.  Rozpuszczanie się we mgle polega na zapomnieniu o sobie i rozproszeniu zablokowanej energii.   Potrzebna jest tylko do tego mgła, ale dzisiaj jest taki ładny dzień!  Studiowanie cieni, to także jedno z moich ulubionych zajęć w takich sytuacjach.  Cienie czasami pochodzą od realnych przedmiotów, jednak częściej są to ślady czyjejś energii lub duchy.  Potrafię je też czasami sfotografować.  Podobno mając zwykłą lustrzankę i tani teleskop można robić piękne zdjęcia kosmosu.  Cienie niekoniecznie muszą być piękne, ale wchodząc w ich aurę odkrywamy świat, którego istnienia nie jesteśmy świadomi.  Nocne światło odsłania przed nami inny wymiar istnienia.  Nazywam to istnienie kurzem lub pyłem mroku i świetlnych drobin.  Ten kurz zaświatów nieustannie do nas przylega.  Nie, jak często myślimy, w jakimś dziwacznym świecie z pogranicza psychozy lub gdzieś na kresach naszej świadomości - na polach Ukrainy, gdzie znaleźć jeszcze można "smętne nagrobki starte czasu nogą" ludzi mówiących w stu nieznanych językach, których tutaj pomordowano...To jest całkiem blisko nas.  Wystarczy na chwilę wyjść z domu i zapomnieć o własnym istnieniu i pozwolić, aby czas przestał istnieć - wejść w wieczność chwili. A ta ugości nas w sposób nieoczekiwany.  Jeśli ktoś nigdy nie miał takich doświadczeń, pewnie nie zrozumie, o czym mówię.  Kto je miał, wyrazi je być może zupełnie inaczej.  Jednak one istnieją, jak istnieje kosmos i mikroświat...W pewnym sensie nasze istnienie jest zawsze częścią przeszłości - próbujemy się z niej wyrwać ku chwili, jak uwięziona w ciele iskra duszy, ale przyszłość nam umyka i pozostajemy w pustce.  Mistycy mówią czasami, że istnieje tylko teraźniejszość.  Ach, jestem pewien, że nie ma jej w ogóle, a przeżywamy tylko sen - im częściej się z niego budzimy tym lepiej, bo wtedy właśnie owa wieczna chwila przed nami się otwiera.  Mała jak kropla deszczu kryje w sobie ocean...          

       

                                                 OPUSZCZONA DZIEWCZYNA

                                                            ASKLEPIADES

                                                   (przekład Zygmunt Kubiak)

 

                                "Dawniej mnie tulił, przyciskał. A dziś już nawet dla żartu 

                                 Nie spojrzy Archeades na swą nieszczęsną dziewczynę.

 

                                 Słodki Erosie, nie zawsze słodki jesteś!  Lecz nieraz

                                 Im  okropniej nas dręczysz, my tym bardziej kochamy!"

              

       Ze względu na późną porę autor tego blogu, Nezumi13, pozostawia ten utwór bez komentarza.

 

         Paul Badura-Skoda, to jeden z niewielu naprawdę wybitnych pianistów, którzy grali na tzw. instrumentach z epoki. Nagrał w ten sposób wszystkie sonaty Schuberta dla austriackiej firmy "Arcana", a przedtem sonaty Mozarta dla francuskiej firmy "Naive", chociaż znakomicie gra na współczesnych mamutach.  Kiedy byłem chłopcem, pianista ten wydawał mi się bardzo stary, zwłaszcza, że na okładce jednej z płyt był trochę uszminkowany.  Teraz wydaje mi się kimś prawie w moim wieku.  To taki paradoks, bo naprawdę sporo mi do jego wieku brakuje.  Jemu jednak ubywa lat, a mnie przybywa...

        Z przyjemnością zobaczyłem CD, na którym Badura-Skoda nagrał ostatnią sonatę fortepianową Schuberta w trzech wersjach:

                                                        Wersja 1 - Conrad Graf fortepiano (c. 1826)

                                                        Wersja 2 - Steinway No. 569686 (2004)

                                                        Wersja 3 - Bosendorfer No. 23274 (1923) 

       Oto jak można cieszyć się życiem i być twórczym w obliczu zbliżającej się (oby bardzo powoli!) śmierci.  Kiedy widzę taką twórczą zabawę i to jeszcze w wykonaniu człowieka, którego zawsze cechowała jakaś szlachetna powaga, to moje poczucie sensu życia bardzo się przez to umacnia. Nie wiemy, jakie brzmienie sonat Schuberta byłoby bliskie samemu Schubertowi i jak znajdowałby Steinwaya.  Kwestia brzmienia i możliwości instrumentu jest niesłychanie ważna, chociaż odrzucana często przez konserwatystów.  Sam Schubert był człowiekiem bardzo młodym, kiedy komponował tę piękną sonatę.  Grał na rozklekotanym fortepianie, bo normalnie działający kupiono mu podobno na dwa lub trzy tygodnie przed śmiercią.  Niektórzy muzykolodzy czytają tylko zapis nutowy i już wiedzą, jak utwór brzmieć powinien.  To cudowne, że ktoś tego nie wie!          

       Może kiedyś uda mi się tej płyty posłuchać? Ciekaw jestem co artysta na niej wyczarował!   Na razie cieszę się po prostu z tej właściwości życia niektórych ludzi.  (Alfred Brendel i Mitsuko Uchida, to moi ulubieni interpretatorzy Sonaty D 960).

                                            Przypomniał mi się epigramat Johna Donne' a:

                                            "Compassion in the world again is bred:

                                                  Ralphius is sick, the broker keeps his bed"

              To dość zabawny utwór.   

                          Ale na pewno nie dla samego owego Ralphiusa, którego położenie jest jednak trudne... 

              Donne to tak zwany poeta metafizyczny, jednak z metafizyką ten utwór niewiele chyba ma wspólnego...

wtorek, 27 sierpnia 2013

           I to sprzed ponad dwóch tysięcy lat...Przetrwał, pewnie zapisany na strzępie jakiegoś papirusu, choć cały wiersz zaginął.  Przetłumaczył go na polski Zygmunt Kubiak, który był nim zachwycony. 

                                          "ŚWIERSZCZA WRZASK

                                    Tyś za skrzydło chwycił świerszcza"

           Tyle tylko z wiersza, którego autorem był sławny poeta Archiloch, ocalało.  I wystarczy...Podobno Archiloch chciał poślubić piękna kobietę, ale jego przyszły teść w ostatniej chwili wycofał swe słowo (dziewczyna nie wiele miała "do gadania").  Odtąd poeta zasypywał go wrzaskliwymi wierszami.  Jednak siła tej metafory przemawiałaby do nas nawet wtedy, gdybyśmy o tym nie wiedzieli (z ocalałych fragmentów innych wierszy).   

           W książce "Literatura Greków i Rzymian" pozostawił nam Zygmunt Kubiak też inny wiersz o tym skrzydlatym śpiewaku..."Do świerszcza".  Autor wiersza pozostał na zawsze anonimowy, ale utwór jest zgrabny i pełen wdzięku. Nie przytoczę go tu w całości, żeby nie podkradać zbyt wiele z tej książki (którą teraz wznowiło w trzecim już wydaniu wydawnictwo "Znak"). 

                                   "..................................rodem

                                   Z ziemi, rozkochany w hymnach,

                                   Obojętny, bez krwi w ciele,

                                   Niemal równy jesteś Bogom"

             Jako mały chłopiec bałem się świerszczy, ale teraz zawsze chętnie ich słucham.  Łatwo znajdziemy wiersze o nich także w innych, niż nasza,  kulturach.  Podobnie jak i o cykadach.  Zamiast jednak takiego wiersza, może z przekory przytoczę inny, o księżycu:

                                  "Księżyc jak zawsze

                                   lecz nikt go nie podziwia

                                   lato jest w Suma"

                                   (Basho, przekład A. Żuławska-Umeda)

             W sumie nawet, kiedy nie wiemy zbyt dobrze gdzie leży Suma, ten wiersz może do nas przemawiać.

            Słuchałem trochę sonat Purcella - "Ten Sonatas in Four Parts".  Nic tak nie poprawia nastroju jak znajoma muzyka, którą się lubi, zwłaszcza kiedy o jej istnieniu się zapomniało.  "Retrospect Trio", to niby tylko dobrze wytrenowany zespół wykonujący muzykę barokową, jakich wiele, ale w ich wykonaniu jest jednak sporo finezji.  Od 2009 roku, kiedy kupiłem te płytę słuchałem jej może ze trzy albo cztery razy, ale te sonaty Purcella znam jeszcze ze swoich "londyńskich" czasów i z kilku równie dobrych wykonań, np. znanego zespołu "London Baroque" z okresu, kiedy był w najlepszej formie. Kiedy pierwszy raz słuchałem tych sonat, nie było to dla mnie łatwe - pochodzą przecież z okresu, kiedy dzięki Corellemu kształtowała się dopiero forma dojrzałej barokowej sonaty.  Ale Purcell miał cudowny talent i jego geniusz polegał między innymi na tym, że wszystkiemu potrafił nadać wdzięczną formę i wszystko w pewien sposób zdrabniać.  Teraz słuchałem tej muzyk z taką swobodą, że mógłbym przy niej zasnąć, gdyby nie zimny nosek Mitsuko i jej wyciągnięte ku mnie łapki.  Muzyka ożywia wspomnienia i koi smutek.  Ta muzyka mało przypomina ogród angielski - Purcell oczywiście naśladuje Włochów.  To urocze, chociaż czasem niezwykle poważne, drobiazgi.  Co ciekawe, trio gra w czteroosobowym składzie, bo tego wymaga utwór.  Kiedy myślę o Purcellu, mam zwykle przed oczami pożar Londynu (ze znanego filmu z jego muzyką) i wspaniały pogrzeb Queen Mary (z napisaną przez niego muzyką).  Oglądałem ten film w mieszkanku Miss Barbary, nie przeczuwając nawet, że już nigdy Jej nie zobaczę.  Ale muzykę Purcella grano też w moich ukochanym londyńskim parku, gdzie prawie codziennie zaszywaliśmy się z Basią niby dwie wiewiórki.  Na zdjęciach Basia ma czasami kolor włosów wpadający w rudy, ale w rzeczywistości jej włosy były koloru "mysiego" (jak sama to zauważyła).  Dzisiaj, kiedy tego wszystkiego już nie ma - co nie znaczy, że nic nie ma - moje wspomnienia uwolniły się od smutku i nabrały jakiejś nieoczekiwanej lekkości.  Kochać piękną muzykę i piękną kobietę, to naprawdę spore szczęście w nieszczęściu, niezależnie od  smutnego końca (życie ma przecież taki koniec)...Może Jej uroda miała pewne braki w porównaniu z urodą mojej obecnej Miłości, nie była tak "nieskazitelna"...Mam nadzieję, że uważny czytelnik nie przeoczy tego zejścia do minoru, które dokonuje się teraz we mnie w tak pogodny sposób i zauważy też, że o swojej roli zdobywcy niewieścich serc mówię jednak z pewnym autoironicznym dystansem.  Cieszę się, mogąc teraz żyć przez chwilę w tamtych czasach - Miss Barbary i Purcella, nazywanego "Brytyjskim Orfeuszem"...mimo tego pożaru uczuć i pogrzebu.  Piękno ludzi jest w ich duszach, ale w przypadku kobiet i dzieci, przejawia się także w ich nadzwyczajnym wdzięku.  Purcell skomponował wiele cudownych pieśni miłosnych, ale Basia najbardziej lubiła "You' re Lost Little Girl" Jima Morrisona. Cieszę się, ze umysł ludzki ma tę cudowną właściwość fałszowania wspomnień i przypominania sobie tylko tego, co szczęśliwe i piękne.  Może właśnie dlatego ludzie nie umierają z rozpaczy, a wdzięczny Epikur, torturowany przez bolesną chorobę, uśmiechał się na wspomnienie swych dawnych Przyjaciół.     

           "Kurewstwo za słonia!" - zawołał Hannibal, kiedy jego ukochany słoń padł pod ciosem rzymskich mieczy i toporów.  Ale była to tylko chwila słabości.  Kartagińczycy mieli swą godność, którą wypieściło słońce Afryki, to dlatego ich miasto trzeba było zrównać z ziemią.  

           - Mamo, kiedy była czwarta Wojna Punicka? - zapytał Jaś. 

           - Trwa do dzisiaj - powiedziała mama - Przez wieki całe zwycięski Rzym pastwi się nad światem dzikich.  Mam na myśl Rzym, nie jako Rzym, lecz jako Rzym, rozumiesz?   Nie Watykan, lecz rzymską militarystyczną, pragmatyczną potęgę.

           - A może to Babilon nakłada te łańcuchy - tam przymus był ekonomiczny?  Czytałem o tym w księdze.

           - Mam tylko bilon, więc nie interesuje mnie Babilon.  A większość miliardów świata idzie na uzbrajanie armii po zęby, podczas gdy biedni ludzie umierają z głodu, a chorych nie ma za co leczyć.  To nie Babilon, dziecko, to Republika Rzymska.   

           - Mamo, a będę mógł dzisiaj zabić Jurka?  Bawimy się w wojnę?

           - Jak chcesz, ale słyszałam ostatnio, że to Jurek cię zabił, a przecież żyjesz - 

           - Tak.  Wojna wciąż trwa.  Może kupię sobie w sklepie karabin maszynowy. Mam ochotę zastrzelić kilku kolegów. 

           - Dostęp do broni jest niezbywalną częściej naszej wolności i demokracji, podobnie jak gęsi kapitolińskie i Biały Dom - powiedziała mama.

           - Czyli, mogę?  - zapytał Jaś. 

           Trzecia ciąża słonicy o imieniu Durga przebiegała prawidłowo i po upływie stosownej ilości miesięcy i lat, słonica urodziła kolejnego Boga.  Chłopiec był koloru niebieskiego i miał trzy głowy, a z każdej z nich wystawała trąba słoniowa.  Ale mieszkańcy wioski zabili słoniątko.  Prefekt policji powiedział w związku z tym: "Reakcja wiernych była całkiem zrozumiała.  Lista oficjalnych i nieoficjalnych bóstw naszej wiary jest już dawno zamknięta.   Słonia ukamienowano, bowiem nasza święta rzeka Ganges, nie mogła zostać zbrukana niestosowną ofiarą dla tego domorosłego bożka".  W życiu prywatnym komendant policji był fakirem.  Skakał po rozżarzonych ogniach, chodził po wodzie, a po jednej z nieudanych interwencji zakopał się na pół roku w ziemi i spowalniając oddech przeczekał, aż cofnięto jego dymisję.   Ponieważ matka słoniątka bardzo rozpaczała, gdyż podobnie postąpiono z jej poprzednimi dziećmi, specjalny transporter zawiózł ją w głąb dżungli, aby mogła już na zawsze cieszyć się przyjaznym towarzystwem węży i krokodyli. Czy tak było, czy tak nie było - tego nie mogę z całą pewnością powiedzieć, ale jeden człowiek tak mówił. A jest to nie lada mędrzec. 

           Specjalny korespondent gazety internetowej "Mumbai News" napisał:  "Do stolicy tego stanu trudno dojechać o tej porze roku.  Wielu ludzi wciąż żyje tam jeszcze we wspólnocie pierwotnej. Nie dziwmy się zatem, że wszelkie próby religijnej inicjacji kończą się czasami niepowodzeniem.  W związku z ekspansją Islamu na naszym subkontynencie trwającą od XII wieku (korespondent niekoniecznie był dobrze historycznie poinformowany) istnieje jednak nadzieja na większą tolerancję dla podobnych wierzeń.  Blisko stuletnia słonica znajduje się obecnie w naszym miejskim ZOO w Mumbaju i jest obiektem zainteresowania turystów.  Nic dziwnego - jej oczy są koloru szmaragdów, a uszy przypominają swą barwą najpiękniejsze wachlarze.  Nawet trąba wykonana jest z naturalnego złota".

           - U nas coś takiego byłoby niemożliwe - pomyślał Grześ.   

 

 

 

               W książeczce Viv Foster "Chińska metoda malowania pędzlem" czytamy:

               "Przy malowaniu zwierząt najważniejszy powinien być ich charakter.  Słoń musi wyglądać na bardzo ciężkiego i silnego, mysz na malutką i lekką.  Dwie najważniejsze cechy malowanego kota to miękka sierść i płynność ruchu"  (przekład M. Piątek).

               Uwagi Czytelnika:  Koteczka Mistuko - miękka sierść i płynność ruchów.  Nezumi mysz - mała i lekka.  Słoń chwilowo nieobecny w mieszkaniu.  Moje koty mają zawsze miękką sierść i płynne ruchy.  Na blogu jestem mały i lekki - prawdopodobnie tak się tam czuję.  Wyobraźmy sobie - Maleńka i lekka mysz tuli do siebie ogromnego czarnego kota (od spodu kot jest biały i ma białe skarpety). Czy nie byłoby to jednak trochę przerażające?  Dlatego artysta przydał Nezumiemu siłę i ciężar, a także - nie ukrywajmy, wielkość słonia (w porównaniu z wielkością Mitsuko), kota zaś unieruchomił i w ten sposób wszystko jest na swoim miejscu.   

         "Jeśli w kulturze chińskiej istnieje jakiś fundament, to jest nim z pewnością pełna szacunku ufność, z jaką Chińczycy odnoszą się do samej natury, a zarazem do natury człowieka - wbrew wojnom, rewolucjom, masowym egzekucjom, głodowi, powodziom, suszom i wszelkiego rodzaju okropnościom. Nie ma w ich filozofii nic takiego jak pojęcie grzechu pierworodnego, czy nieodłącznego w przypadku buddystów Theravady poczucia, że egzystencja jest katastrofą.  Chiński filozof, nieważne czy taoista, czy konfucjanista, ktokolwiek, nawet maoista, za podstawową przesłankę przyjmuje fakt, że gdyby nie można było zaufać naturze czy innym ludziom, nie można by ufać sobie.  A jeśli nie można ufać sobie, nie można ufać nawet swojej nieufności sobie".

         (Alan Watts, "Tao strumienia", przekład Marek Obarski)

         To jeden z najważniejszych powodów mojego zainteresowania chińską filozofią.  Istnieją bowiem dwa zasadnicze systemy psychicznego reagowania - jeden jest oparty na ufności, a drugi na podejrzliwości.  Zdecydowanie bliższy jest mi ten pierwszy...Oczywiście Alan Watts trochę przesadza.  Musiał jednak chyba wypić trochę za dużo, skoro przypisuje maoistom ufność w ludzką naturę.  Rewolucja kulturalna jest wyrazem skrajnej podejrzliwości w stosunku do pewnych przynajmniej ludzi, chociaż większości można z pełnym entuzjazmem zaufać (zwłaszcza, kiedy się nią skutecznie manipuluje).  Już w starożytności istniał też legizm, chińska filozofia oparta na podejrzliwości i manipulacji.  Jednak istota myśli Wattsa jest mi bliska.  Jeśli utracimy ufność, skazani będziemy na podejrzliwość i manipulację, i zamiast ludzką dobroć wzmacniać będziemy tylko, za pośrednictwem systemu nagród i kar, posłuszeństwo i zniewolenie.  Zaufać naturze, strumieniowi życia, to chyba odpowiedni kierunek...     

         "Jestem, a właściwie byłem..." - tak napisał o sobie pewien dzielny i pogodny człowiek w XVIII wieku.  I ja też tak często myślę o sobie, chociaż przecież jeszcze istnieję.  Ale gdybym był, jak on, w śmiertelnej opresji, nie potrafiłbym pewnie tak spojrzeć na własne życie...Dlatego powiedziałem o nim, że był dzielnym i pogodnym człowiekiem.  "Jestem, a właściwie byłem..."  Ile w tych słowach czasami cichej rezygnacji.        

                                                    "Ledwo uszłaś szponom, duszo moja, 

                                                     A już w potrzask wpadasz śmiertelny...

                                                     Nikt nie zauważy nawet twego nieistnienia.

                                                     Choć pełna byłaś radości i smutku,

                                                     Za chwilę już przestaniesz się błąkać

                                                     I tchnienie oddasz ostatnie cichutko".

          -  Słowa te napisał Marcus Julius Divinus, poeta rzymski, którego właśnie powołałem do istnienia, a teraz wygłaszam ostatnią mowę ku jego czci.   Zacznie się od słów: 

          "Najpierw nie istniał, potem istniał nieco, wreszcie istnieć przestał...że istniał kiedykolwiek, nikt tego nie poświadczy, że nie istniał, poświadczy zapewne wielu.  Niczym było jego życie, z nicości wyszedł i wnet wejdzie w nicość.  Tylko jego matka wie, że go poczęła i nie zapomni nawet o tym w swym chłodnym grobie". 

          "Niezłe, niezłe!" - pomyślał Horacjusz - "Zastanawiam się jednak trochę, czy pisać mowę się opłaca.  A jeśli Marek jeszcze trochę pociągnie, a ja odejdę pierwszy?  Położenie naszych wojsk jest ciężkie.  Po klęsce w ostatniej bitwie nikt już nie ma złudzeń, co do możliwości uratowania Rzymu.  Nastaną wieki ciemne.  Ja jednak wierzę, że..."

          I tyle tylko dotrwało do naszych czasów...Zapis jest mocno uszkodzony.  Profesor Luigi Botticelli z Uniwersytetu w Padwie uważa jednak, że żołnierz Horacjusz i poeta Marcus Julius Divinus, to ta sama osoba.  "Którego właśnie powołałem do istnienia" - napisał przecież.  Określenie "powołałem" wskazuje jakoby na osobę dowódcy wojskowego, który powołuje kogoś do służby.  "Nie wiemy, kim był autor i czy zaraz potem zginął, wiemy tylko, że prawdopodobnie był oficerem armii rzymskiej.  Musiał to być zarazem człowiek, który liznął trochę kultury, bowiem jego epigramat zdradza liczne wpływy i naleciałości.  I chociaż jest już jedynie skamieliną dawnych przeżyć, odruchowo czujemy, jak wielki musiał być niepokój tego człowieka".  

 

                                           

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6