Kategorie: Wszystkie | "Dziewczyny, bądźcie dla nas dobre na wiosnę" | ...bez końca | 0 | 100O i jeden Rabinów | A Puszkina też zapuszkują? | A moze to tylko pomieszanie zmyslow | A nie lepiej być purystą? | Aaaaaaaaaaaaaa...aalfabeta | Ach, gdzież jest litość lub wspolczucia pozór? | Ach, gdzież jest litość lub współczucia pozór? | Adam Mic - Kiewicz | Adaś i Ewka | Aforystyka | Amerykański sen | Autopsychoterapia | Bez sensu to to! | Bez szaleństwa... | Bezmyślne okrucieństwo | Bezradność | Biedna Szymborska | Biedny Kapturek! | Bliźni miłości | Bliźniego miłość... | Blondyn | Blue Bossa | Bojaźń i drżenie | Bratnie dusze | Bruner, ty świnio! | Buddyzm w życiu codziennym | Bóg mi poskapił tej anielskiej miary... | Bóg mi poskąpił tej anielskiej miary... | Bójstwo samo | Caritas | Chiziofrenia | Choroba na śmierć | Chwila ułudy | Chwila wytchnienia | Chłodne upojenie | Cierpienia i radości | Cierpienie i radość | Cleen feed | Cnota niedoli | Co slina na język przyniosła | Co tam panie w polityce? | Co w niebie piszczy | Co ślina na język przyniosła? | Corrida | Coś dla duszy... | Coś tak wulgarnego | Cudotwórstwo | Czarna Perła Tao | Czarny tulipan skrzyżowany z czarna różą | Czarny tulipan skrzyżowany z czarną różą | Czary Mary | Czego nie przysięgał Hipokrates? | Człowiek nie jest rzeczą | Człowiek to brzmi dumnie, ale nie u mnie | Często chowa | Częstochowskie rymy | Deficyt aniołów | Delightful! | Demokratyczne wybory w Oczodołach | Diabłoterapia | Dla wszystkich i dla nikogo | Dnieje | Do samego siebie | Dodatek | Dowcipas dnia | Duma narodowa | Dusze drzew | Dyskretna mgiełka autoironii | Dzielność | Dziki kapitalizm | Dzisiejsza młodzież | Dzisiejsza młodzież nosi ładną odzież | Egzystencjalizm jest chumanizmem | Ekonomia zbawienia | Elegancja Francja | Elegijnie | English gentelman | English gentleman | Epicurus | Ewa tylko ziewa | Falochron | Female | Filozofia bez uczoności | Forever Loving Jah | Gadu, gadu | Gadu, gadu, trochę więcej jadu | Gal Anonim | Gaz dla pedałów | Gaz dla pedałów, młot dla sierpów | Gdy rozum śpi... | Gendarme | Genek, gienialny gieniusz | Geno Typ | Gorący uczynek | Grabarz | Grabarz nonsensu | Gry i zabawy literackie | Głupota przysłowiem narodów | Głębie i tajnie Podświadomego | HIstoria nauczycielką bicia | Herbatka zen | Homo economicus | Homo sapiens czy Homo politicus | Humor absurdalny | Humor nieco absurdalny | Humor, satyra, panie... | I rekiny w oceani mają zębów cały rząd | I rekiny w oceanie mają zębów cały rząd | Indie Wschodnie i Zachodnie | Industrial | Istnieje również wrodzony brak poczucia humoru | Ja tam bynajmniej nie wiem | Jak długo będę jeszcze żył? | Jak uprawiać agresywne dziennikarstwo? Poradnik dla początkujących | Jakże cżęsto powtarza się ta historia | Jakże trudno czasami coś sklecić! | Jan i Małgorzata | Jan z Czarnolasu | Jesienna muzyka | Jeszcze smutniej! | Jeździec Apokalipsy | Językologia | Kaczuszki mandarynki | Karawana idzie dalej | Katedra Adamowego Żebra | Kawa z Kafką | Każdemu według naszych chęci | Każdemu według potrzeb | Każdemu, o czym tylko zamarzy | Kiciuś Miciuś! | Kicuś Micuś! | Kiedy człowiek staje się bestią | Kiedy owce nie milczą | Kij w mrowisku | Kniaź Wiktor | Kochani ludożercy | Kolacja Pani Sowy | Kometa tylko głownia nie ta | Konkwista | Koryfeusz nauki, milośnik sztuki | Koty i inne zwierzęta | Koty, głupoty, palikoty | Kości rzucone są | Kość słoniowa | Kto pierwszy był człowiekiem, kto będzie nim ostatni | Kto pisze teraz historię? | Kuchnia szamańska | Kwiatki Św. Franciszka | Kwiatostan śmierci | Kwitnienie kultury | Kwitnąca wiśnia | La colombina i ciche ukojenie | Lekarzu - lecz się sam! | Lenin wiecznie żywy | Leśmianiada | Lichwiarstwo polskie | Liryki i prztyki | Logika dziejów | Londyńska mgła niepamięci | Londyńskie przygody | Los ofiary | Los puka do moich drzwi | Lotosowy wpis | Ludzie ludziom... | Lunatyzm | Lęk społeczny | Made in Japan | Maligna | Marność nad marnościami | Marność nad marnościami. Rekoleksje Wielkopiątkowe | Marzenia senne | Marzeniologia stosowana | Maszkary i senne dziwadła | Maszkary i senne widziadła odbite w lustrze | Mała czarna z Kafką | Medycyna naturalna | Meine Liebe Augustin! | Melancholia | Melancholia stosowana | Memorabilia | Meszreiw | Meteo | Mgiełka autoironii | Mglisty dzień. Mgła | Mikołak | Mistrz i Małgorzatka | Mistycyzm lunarny | Mistyka i miłość | Mitologia osobista | Mitologia świata | Miłość | Miłość bliźniego | Miłość nie zawsze szczęśliwa | Miś Uszatek | Moc rytuałów | Monada nie ma okien | Mowa potoczna | Mowa ptaków | Mowa serca | Moze ktoś zrozumie, co teraz czuję | Może ktoś się ucieszy? | Może ktoś zrozumie, co teraz czuję | Może to trochę zbyt uszczypliwe | Musicology | Muza lekkich obyczjów | Muzyka przywraca ład serca | Myszoterapia dr Nezumi | Myśli prostego człowieka | Mądrość Natury | Mądrość jak z gazety | Mądrość narodów | Młot na faryzeuszy i hipokrytów | Męstwo bycia | Mówił sen do snu | NIe ma na świecie dwóch takich samych liści, ni kropel deszczu | Na jawie (lecz to, co niejawne pozstaje) | Na stos rzuciliśmy szcześcia los | Na stos rzuciliśmy szczęścia los | Na szczytach hipokryzji | Na zdrowie! | Nad piekną rzeką | Najokrutniejsze zwierzę | Najsłodsza tajemnica | Narastająca senność | Nic dzisiaj ciekawego nie napisałem | Nicość | Nie am dwóch takich samych liści, ni kropel wody | Nie bój się - najwyżej cię rozstrzelają! | Nie czas żałować burz, gdy płoną oczy | Nie czas żąłować burz, gdy płoną oczy | Nie każde szczere złoto jest szczerozłote | Nie ma na świecie dwóch takich samych liści ani kropel wody | Nie ma na świecie dwóćh atkich samych liści lub kropel deszczu | Nie ma takiego smutnego, co by na wesołe nie wyszło | Nie ma zazdrości bez miłości | Nie oddamy nawet guzika | Nie tylko dzielenie włosa na czworo | Nie wiem, ja w ogóle nie myślę | Nie zabijaj! | Nie zabijajcie drzew! | Nie zawsze urocza dzecinada | Niebiańskie szczyty głupoty | Niech pani będzie dzielna! | Niech zapłaczą na moim pogrzebie | Nieco drapieżny wpis | Niekoniecznie ptasi móżdżek | Nienawiść bliźniego | Nieosobiście | Nieprzesłane przesłanie | Niestworzone rzeczy | Nieszkodliwe głupotki | Niewczesna melancholia melomana | Niewczesne rozważania | Niewielka profanacja | Niewielkie przekłamanie | Niskolotnie | No No! Teatr No | No comments! | No no! | Nowa poezja lingwistyczna | Nędzne kabareciarstwo | O Leonardo, po cóż się tak trudzisz? | O dzieleniu włosa na czworo, czyli metodzie scholastycznej | O dzieleniu włosa na czworo, czyli o metodzie scholastycznej | Obciachy | Obscenia i parafrenalia | Obsesja dobrego biustu | Ojej! | Oko w oko z zębem mądrości | Okropieństwa | Okruchy odgrzebane z lawy | Okruchy życia wygrzebane zlawy | Okruchy życia wygrzebane z lawy | Okrutna losu ironia | Orientuj się na orient | Owczarek | Owczarki afgańskie | Owocożerni | PL jak piekło | PO PiS | POeci wszystkich krajów dzielcie się | Pan Tadeusz | Panie pośle, po chrześcijańsku panu wybaczam | Pańska satyra polityczna jest niegramatyczna | Pendant do pewnego przypisu | Perlikowski | Pewna elastyczność zasad | Pewne jak w banku | Piorunujący piorun! | Po owocach poznacie ich! | Po upadku | Pobożne życzenia | Podpatrywanie Natury | Podroby i inne podróbki | Pokolenie Kainowe | Pokorne ciele | Pokorne cielę | Pokusa | Polak potrafi | Polak potrafi! | Politolog i Politowska | Politycznie niepoprawne! | Polonica | Polonika rycerskie | Polucje i ablucje | Pomarańcze i mandarynki | Pomarznąć dobra rzecz | Pomarznąć dobra rzecz! | Pomoc psychologiczna | Poranna kawka z Kafką | Porąbane marzenia | Potężne i głębokie warstwy pierwotnego mitu | Powieść brukowa | Powszechna życzliwość | Powtórka z cynizmu | Poznaj samego siebie | Prawda | Prawda jest jedna i piękna, ale złożona | Prawda popłaca | Prawdziwa metropolia | Prawi i sprawiedliwi | Prawiezmartwychpowstanie | Prawiezmarwtychpowstanie | Prognoza pogody | Pruski smutek | Przecież cię zjem! | Przedagonalny polski agon | Przegląd sportowy | Przeinaczenia | Przez pychę do pokory | Przeżyjesz to, a pote już tylko grób | Przeżyjesz to, a potem już tylko grób! | Przminęło z wiatrem | Prztyczek | Psiapowiednia Majów | Psubrat | Pustka | Pytanie dość retoryczne | Raczej to nie będzie hit | Radosne gonitwy śnieżnych tygrysów | Radość wędrowania | Rejterada Rejtana | Religie nauczą cie pokory | Res Sacra Pecunia | Romans z pop kulturą | Roots, Rock, Reggae | Rozkosze reinkarnacji | Rozmowa nie na telefon | Rozpacz | Rozpacz na wieki wieków | Rozpacz, która podpełza pod gardło | Ruch i świeże powietrze... | Rybołówstwo cudzołożnika | Rycerz pokalany | Samokrytyka | Samotność egzystencjalna | Sekrety pewnego domu handlowego | Seraphic Flames and Heavenly Love | Siedź na dupie i potakuj! | Somatyka | Somatyka logiczna | Spełniona przepowiednia | Spleśniały ser | Sponsorem tej opowieści jest wydawnictwo Błękitny Wieloryb | Sport to zdrowie | Spowiedź morskiego wilka | Stary Sącz i Nowy Sącz | Stary mafioso | Stołeczne stołki | Stratyfikacja społeczna | Suma sumarum | Sumienie rachunku | Sweet Music and Poetry | Sygnały podprogowe | Szalchetne zdrowie | Szczęśliwa pomyłka | Szekspir do żadnej nie należy epoki | Szkarady | Szlachetna gravitas | Szlachetne zdrowie | Słodycze grafomanii | Słówka | Słówko do słówka, a uzbiera się sówka | Tadeusz Bój Jeleński | Taia chińska podróbka | Takie będą rzeczpospolite jakie tego blogu chowanie | Takie tam, pierdoły | Talking Heads | Tania chińska podróbka | Tatiana | Teorie świata nauki | Terapeutyczie | Terapeutycznie | Thames | The Doors. Uchylone drzwi | The Lion cub | The fruit of beauty and despair | To na pewno nie Lec | To nie żadna filozofia | Tragiczne pożegnania | Transformacja duchowa | Trudna sztuka dialogu | Trudno czasmi coś sklecić | Trzylogia | Trója z polskiego | Twarda rzeczywistość | Ty mi tutaj nie filozuj | Tygrysologia stosowana | Tysiac i jeden ptaków | Tysiąc i jeden kotów | Tysiąc i jeden ptaków | Tysiąc różowych kroliczków | Tęsknica | Tęsknota duchowa | Ubekistan | Ucone księgi | Uczeni ludożercy | Uderzenia losu | Uduchowienie | Umrzeć z miłości | Upadek Pierwszego Człowieka | Uroczy wegetarianin | Uszczelnienie systemu podatkowego | Utrata uzębienia | W czym mogę panu pomóc? | Wciąz powtarza się ta sama historia | Wciąż powtarza się ta sama historia | Wdzieczna muzyka przywraca ład serca | Wesola grafomania z morałem | Wiecej broi dla szaleńców w Teksasie | Wieczne powroty | Wiedza radosna | Wielka wygrana | Wielomówstwo, czyli plaga opowiadania | Wierzba płacząca | Wiosny i jesienie | Witch | Więcej broni dla szaleńców w Teksasie | Wojna totalna | Wpis o kształcie piramidy | Wprowadzenie do kruczków prawnych | Wrzucam wszystko do kosza | Wrzątek | Wspomneinei pewnego wspomnienia | Wspomnienie pewnego wspomnienia | Wspomnienie pewnego wspomnienia | Współczesny filister | Wszystkie rybki | Wszystko na A | Wszystko na sprzedarz | Wszystko na sprzedaż | Wygrana | Węzłowato | Wólka Węglowa | Xin Lu, typowa brunetka o granatowych oczach | Z Nietzschego nic nie powstaje | Z księgi wulgaryzmów | Z rupieciarni myśli | Zaczarowany świat zen | Zanim mnie wrzucą do dołu | Zapowiedź Apokalipsy | Zaraz wracam! | Zasada domniemanej winy | Zaskroniec | Zastał Polskę drewnianą... | Zatrzaśnięte drzwi | Zbaw mie Buddo Amido | Zbaw mnie, Buddo Amido | Zdrowy egoizm | Zegar dziejów | Zestrzelenie księżyca | Zginął z rąk słabej kobiety | Zima się nas nie ima | Zjawiskowe | Znak jaskółki | Zrozumieć wartość tego, co nieużyteczne | Zuch zawsze ochoczy! | Zwierzęta pod postacią ludzi | Zwyciestwo konsumpcjonizmu | Ząb mądrości | ie zabijajcie drzew! | ieosobiście | kosmos | Łagodne prawo, ale prawo | Łagodność tygrysa | Śmiechotki, chichotki | Śmiertelna powaga | Śmierć | Światełko w mroku | Świętość, wziętość, nadętość | Życie jest tragiczne | Życie samo | Życzliwe spojrzenia na całość ogródka | Żyć, nie umierać
RSS
piątek, 31 lipca 2015

    

    Rozmawiałem przez chwilę ze starszą kobietą.

Mówiła po polsku, choć nazywała się Ogawa.  

Polskiego nauczyła się, bo kocha Chopina.  Pytała

o książki o nim, ale, co dziwne, akurat ich nie było,

co oznajmiono jej w sposób raczej zobojętniały,

jeśli nie opryskliwy.  Wiadomo, jak czasami

trudno wysiedzieć do końca pracy, a tu ktoś

marudzi.  W innych księgarniach leżą ich pewnie

całe stosy, bo przecież tylu jest turystów, a

i rodzimych patriotów. Musiała przyjść akurat tutaj.

Zacząłem się usprawiedliwiać. Przecież tu nawet ławki

wygrywają polonezy.  A Szopen to ktoś, kto ma

długie włosy. 

    Była trochę zmęczona, ale przysiadła

ze mną na ławeczce, a ja chwaliłem jakieś

przetłumaczone niedawno na polski studium,

porównujące muzykę Chopina i Couperina. Bardzo

mi się ta książka podobała. Była "sofistyczna". 

To jedno z tych słów, które podoba mi się u

Anglików.  Za to nie lubię, kiedy ktoś odpowiada:

"Dokładnie!" albo, kiedy przez telefon komórkowy

wrzeszczy: "Jeszcze raz!"  To już wolę kiedy coś

jest SUPER.  

     Wspomniałem też o tym, że przed wyjściem z

domu zdążyłem jeszcze posłuchać wczesnego

utworu fortepianowego Takemitsu, w wykonaniu

młodziutkiej (wtedy, kiedy go nagrywała dla 

szwedzkiej wytwórni BIS) i niezwykle sympatycznej

pianistki - Noriko Ogawy. To krótki utwór do słów

jakiegoś surrealistycznego poematu.  Zainteresowały

mnie tytuły jego części:

1. Slowly, sadly and as if to converse with

2. Quiety and with a cruel reverberation

3. A song of love

  Wtedy właśnie kobieta powiedziała mi, że ona też

ma na nazwisko Ogawa.

- Naprawdę nazywa się pani Ogawa? - spytałem

z niedowierzaniem - To przecież bohater jednej z

moich opowieści.  Chociaż ta opowieść wcale nie

jest przewrotna.

   Kobieta uśmiechnęła się delikatnie, a ja mówiłem

dalej - że jest ich zdjęcie razem, to znaczy, zdjęcie

Noriko i Takemitsu. Ciekawe, dlaczego Takemitsu,

którego tak inspirował Debussy, pozostawił po sobie

utworów fortepianowych tyle, co kot napłakał? (Spytała,

czy mam kota). Przeżył tylko 66 lat (Bach ledwie 65 -

zauważyła) i zawsze, kiedy myślę o jego śmierci, pytam,

dlaczego niektórzy ludzie żyją tak krótko.  Czy nie mógł

pozostać tu chwilę dłużej? Choć, na pewno nie chciał odejść,

a kiedy jest się młodym wydaje się, że taki wiek, to głęboka

starość i że nic już tu człowieka nie trzyma, poza głupim

przyzwyczajeniem do oddychania.  A przecież trudno o

większą wyobraźnię niż ta, jaką miał!  

    A potem żartowałem jeszcze, że piosenka miłosna

Takemitsu trwa dokładnie minutę i 26 sekund.

    Wiał lipcowy wiatr, ale czuło się już, że zbliża się

sierpień z jego wieczornymi chłodami.  Pani Ogawa

wydawała mi się bardzo samotna i skrywała w sobie

jakąś tajemnicę.  Była malutka, ale miała duże i

bystre oczy kotki i nie przestawała się uśmiechać.  

A to wszystko czyniło ją o wiele bardziej zauważalną,

niż z pozoru była. "To nieprawda, że oczy są zwierciadłem

duszy.  One są samą duszą! ...Może jest chora na

nowotwór, albo straciła męża" - pomyślałem.  Ale ona

z taką samą troską spojrzała na mnie.  

    - Pewnie już się nie spotkamy. - powiedziałem przy

pożegnaniu - Kocham ludzi, którzy potrafią słuchać. 

Wydaje mi się czasami, że wszystko wiedzą, czują i

rozumieją. 

    - No tak. Zrozumieliśmy się prawie bez słów. - zauważyła

- Już tu raczej nie przyjadę.  Słusznie domyśliłeś się, że

to pożegnanie...Takemitsu raczej nie słucham zbyt wiele. 

Za chwilę pewnie spadnie deszcz.  A za jeszcze jedną

nas nie będzie.  Zostanie tylko ta kropla deszczu, która spadła

jako pierwsza. Poczułeś ją?  Właśnie to chciałam ci powiedzieć.      

 

czwartek, 30 lipca 2015

   

     Niektórzy to lubią. Był nawet numer telefonu:

383 0761 Local.   Zabawny rysunek miał dodatkowo

zachęcać do skorzystania z usług. Pan Turnbull

zmiął ulotkę i wsiadł do samochodu.  Miał zamiar

skorzystać z zupełnie innej oferty.  Zachęcała do

tego, żeby połamać laskę na tylnej części ciała

pewnej dziewczyny, która bardzo to lubi.  Turnbull

przyśpieszył...i wtedy właśnie doszło do kolizji

z pojazdem nadjeżdżającym z lewego pasu jezdni.

Masakra... 

      - Zrobię jej z d...garaż - szeptał, kiedy wnoszono

go na noszach do szpitalnej sali.

      - Czy wie pan, gdzie pan jest? - spytał lekarz.

      - Chyba u ciotki Sally - odpowiedział.

      - Jest pan w szpitalu. Czy wie pan, dlaczego

pan tu jest?

      - Zatrucie pokarmowe! - oznajmił.

      - Nadaje się już tylko na narządy - westchnęła

pielęgniarka, kiedy ktoś zapytał ją o przystojnego

pana z pokoju nr 333.  

      Tego wieczoru ktoś inny połamał laskę na tylnej

części ciała Betty.  Klientów było kilku, ale żaden nie

miał takiej krzepy jak Turnbull.  Pod koniec upojnej

nocy dziewczyna doczołgała się w końcu do łóżka. 

Przyśnił jej się sen o różowych króliczkach biegających

po śniegu. Śniegowe gwiazdki migotały, a przez pole

pędził z laską Turnbull. Na głowie miał czarny melonik. 

Prawdopodobnie chciał zatłuc wszystkie króliki, ale książę,

przebrany za pucybuta, zaczął czyścić mu lewy but.  

Turnbullowi nie chciało się kopnąć go w twarz.  Byłaby

to bowiem nieoszczędność energii rzędu 20 Kcal.

Zapalił więc tylko cygaro.  

     Mimo początkowych, beznadziejnych rokowań,

jej najlepszy klient szybko wyzdrowiał:      

      - Płacę i wymagam! - zażartował - Wiem, że masz

na czym usiąść, Betty, ale zapewniam cię, że nie

będziesz miała na to ochoty.  Kupiłem sobie nową laskę,

żeby zapewnić sobie wyższy komfort usług. Właściwie

to ty powinnaś mi płacić. Przecież cię zadowalam!

I HIV-a przy tym nie podłapię. Kochasz pieniądze,

prawda?

     - W sumie na tym polega wolny rynek - podsumowała

dziewczyna - A jak tam małżonka?

     - Chcesz zobaczyć?  -

     Turnbull już prawie się wypiął, jak do badania

ad rectum. Ale dziewczyna nie była specjalnie

zainteresowana oglądaniem jego rozległych

siniaków, mimo, że klient nalegał, żeby go tam

pocałowała.  Nie należało to jednak do jej 

specjalności.  Zaproponowała więc, że ewentualnie

koleżanka mogłaby to zrobić i Turnbull poczuł się

trochę niedopieszczony.

      - Współczuję ci, Harry - powiedziała i rozumiem,

że musisz się trochę wyżyć. W przyszłym tygodniu

będzie moja koleżanka. Idę na urlop.

     - Pieniądze leżą na ulicy. Trzeba tylko umieć je

podnieść - powiedział Pan Turnbull - A ile chcesz,

gdybym cię zatłukł jak mojego psa?

     - Jak od ciebie to...

      I Betty wymieniła sumę.  Harry wypisał czek

na okaziciela.  Po raz kolejny zadziałała niewidzialna

ręka rynku. 

środa, 29 lipca 2015

      Śmierć człowieka, który mógłby jeszcze pożyć,

wzbudza naturalne współczucie. A kiedy jest kimś znanym

i coś w życiu osiągnął, mówi się o niej. Zmarł Jan Kulczyk i

przy okazji na stronie "Gazety" przypomniano też pewne jego

idee.  Kiedy zapytano Go kiedyś o wyższe podatki dla

najbogatszych, odpowiedział: "Karanie ludzi za to, że wcześniej

wstają, więcej się uczą, więcej ryzykują i dlatego więcej 

zarabiają, jest niemoralne."  Jako człowiek Autor tych słów

mógł budzić sympatię.  Niemniej są one głęboko nieprawdziwe

i przywoływanie ich niekoniecznie ma sens.  Być może stanowią

one jeden z fundamentów ideologicznych obecnego systemu,

ale też odsłaniają jego rzeczywiste oblicze...

wtorek, 28 lipca 2015

      

      Wszystko w naszym życiu zmienia się,

a po dniach radości nastają chwile smutku.

Warto mieć wtedy pod ręką coś do przeczytania,

jakąś opowieść, która skieruje naszą myśl

ku czemuś, co zdarzyło się zbyt dawno, aby

mogło nie być prawdziwe.

      Niektórzy ludzie lubią wszelkiego rodzaju

zabawy i gry językowe, i słowa nie są dla nich

czymś mniej realnym od rzeczywistości, na

którą chcieliby mieć za ich pośrednictwem wpływ.

Dobrze, kiedy ta ich pasja nie wykracza jednak poza

granice wyobraźni i nie staje się częścią ich życia.

     Zawsze interesowało mnie też to, jak różnych

zawodów pod wpływem chwili ludzie się imają i

temu właśnie poświęcona jest moja opowieść. (Mam

nadzieję, że nie sprawi nikomu zawodu).

      Pan Lacombe był subiektem w sklepie

z damskim obuwiem. Skracając sobie dłużące się

godziny pracy, lubił pomagać klientkom w nakładaniu

bucików, albo przyglądać się temu dyskretnie.

Punkt widzenia subiekta jest zawsze subiektywny,

ale nie powinien on tego ujawniać, bo kupujący mogliby

mieć jakieś obiekcje. 

     Miał swoje ulubione klientki i buciki, a także pory

dnia i sklepowe zakamarki. Wieczorami zaś, które

spędzał samotnie w domu, przypominał sobie

najważniejsze chwile spędzone w pracy, obrazy, gesty,

aromaty, dźwięki, czy nawet jakieś nieuchwytne szelesty,

wypowiedziane lub niewypowiedziane słowa, po to,

aby zdrzemnąć się na kilka godzin i po wypiciu porannej

kawy wyruszyć znów tam, skąd nie tak dawno przyszedł 

w radosnym oczekiwaniu na to, co się wydarzy.

Toteż utrata tego zajęcia była dla niego, jak się teraz 

mówi, prawdziwym szokiem. 

      Bez względu na pogodę, codziennie zatrzymywał się

obok sklepu i zaglądając przez szybę przyglądał się temu,

co działo się w jego wnętrzu, albo przypominał sobie

stare dzieje. I nawet deszcz, wiatr, ani śnieg nie mogły

mu w tym przeszkodzić. Nie mógł uwierzyć, że to, co tak

kochał, przestało już dawno istnieć i że w tym miejscu

znajdował się teraz być może jakiś zakład pogrzebowy,

albo handlowano pietruszką.

       Czasami stał tak zahipnotyzowany do późna

w nocy, choć sklep był już dawno zamknięty i kiedyś

zainteresowali się nim nawet jacyś smutni panowie,

mimo, że pies z kulawą nogą tamtędy nie przechodził. 

Nie temu jednak zawdzięcza swą sławę i zaszczytne

miejsce w historii kryminalistyki.

      Otóż pewniej zimy 1857 roku na ulicy, przy

której znajdował się salon, znaleziono strużki krwi,

które zaprowadziły policjantów do pewnej bramy.

Przez blisko jedenaście lat trwał potem jeszcze ten

przerażający proceder, który...Nie uprzedzajmy jednak

faktów!

     Od początku roku 1857 w miejskich gazetach zaczęły

pojawiać się ogłoszenia pewnej prywatnej firmy, która

oferowała szybkie dostarczanie tortów zamawiającym je

z różnej okazji klientom.  Firma rozwijała się prężnie, gdyż

urok osobisty właściciela i dostarczyciela w jednej osobie był

wprost magiczny.  Pan Lacombe, zazwyczaj nieśmiały,

wykonując swą pracę potrafił oczarować każdego.  Wprost

emanowała z niego pozytywna energia, a uśmiech nigdy nie

schodził z jego twarzy.  Atoli wydarzyła się rzecz, która miała

całkiem odmienić ten bieg wydarzeń. Każdy, kto miał nieszczęście

poznać trochę lepiej życie - większość ludzi nie zna go wcale

- wie bowiem o tym, jak wiele w nim zależy od zwykłego

przypadku.

     Któregoś ranka jej właściciel przyjął zamówienie na

ogromny tort z kandyzowanymi gruszkami, daktylami i

rajskimi jabłkami, z czekoladową polewą  i bitą śmietaną.

Miał go dostarczyć na cmentarz, zaraz po pogrzebie pewnego

jegomościa.  Trzeba absolutnego zbiegu okoliczności, że

osobą zamawiającą tort była Madame Medusa, ulubiona klientka

Lacomba.  W dniu pogrzebu męża zamierzała spożyć ów tort na

wieczorku wspomnień poświęconych zmarłemu.  W programie

miało być też wywoływanie duchów i ordynarna popijawa, a

najważniejszym z zaproszonych gości miał być Pan Maiotru,

kochanek wesołej wdówki.  

      Lacombe przejrzał niemal natychmiast ową grę i

nieoczekiwanie zjawił się wśród wieczornych gości.  

A tej samej nocy pojawiła się pierwsza przesyłka, a niedługo

potem kryptonim sprawy: "Biustonosz."

     Okazało się bowiem, że przez następne jedenaście lat

prywatna firma Pana Lacombe całkowicie zmieniła profil 

swej działalności i w opakowaniach po torcie zamiast

tortu pojawiła się owa damska konfekcja. 

     Pan Maiotru zemdlał na widok otrzymanej przesyłki.  Długie

i bezskuteczne poszukiwania nie doprowadziły jednak do

odnalezienia reszty ciała Madame Medusy.  Okaleczone torsy

pozostałych ofiar odnajdywano potem w różnych miejscach miasta,

w Lasku Bulońskim, w parkach, w sadzawkach, w przeręblach, pod

mostami, a nawet w kościelnej ławce, podczas gdy biusty docierały

do przerażonych adresatów.  Toteż inspektor Zazu czuł się

naprawdę szczęśliwy odbierając cesarski order trzeciej klasy za

rozwikłanie tej tragicznej zagadki.  

     "Lacombe to typ perfekcjonisty. Wiecie, co go zgubiło? - chwalił

się na przyjęciu wydanym z tej okazji - W jednym z pudełek po torcie

znaleźliśmy gipsowy odlew piersi Madame de Pompadour.  Postanowił

zadrwić z policji!  W pierwszej chwili pomyślałem, że to beza i niewiele

brakowało, abym połamał sobie na nim zęby. "      

    - Czy oskarżony czuje skruchę? - zapytał któregoś

lipcowego dnia Wysoki Sąd. 

    - Spełniałem tylko swój obowiązek. Wszystkiego musiałem

się uczyć od podstaw.  Najpierw na węgorzu, a potem na innych

obiektach.  Nie jestem przecież rzeźnikiem, a na widok krwawiącego

karpia serce zawsze podchodziło mi pod gardło i miałem potem

zmarnowaną Wigilię. Pokroić coś w ultra-cienkie skrawki potrafi

może biolog lub medyk, ale dla zwykłego człowieka, który nie miał

nawet w ręku żaby, jest to bardzo trudne i kosztowało mnie to wiele

wysiłku i potu.  Ale od  czego jest trening i niezłomność postanowień?

Kiedy się czegoś bardzo pragnie, to to się ziszcza. "Nikt za ciebie tego

nie zrobi, Lacombe!" -mówiłem sobie.  Pan Bóg Wszechmogący

świadkiem, że zrobiłbym to wszystko jeszcze raz, może tylko z większą

starannością, aby nie pozwolić, żeby diabeł spijał śmietankę ludzkiej

rozpusty.  W żadnej chwili, Wysoki Sądzie, nie poczułem nawet cienia

litości dla tych obłudnych i plugawych istot i "Nie drgnęła źrenica moja".

A tym bardziej nie czuję jej teraz!  Dziwię się tylko, jak mogłem kochać 

t a k ą  kobietę.    

     Gilotyna działa niezawodnie. To bardzo humanitarne

urządzenie. Nawet przez sekundę skazaniec nie czuje bólu. 

Spytałem Lacomba, czy nie boi się śmierci.

     - To tylko chwila. - powiedział - Najgorsze jest samo

oczekiwanie. W pewnym sensie przecież wszyscy spędzamy

życie w celi śmierci, w oczekiwaniu na nieunikniony wyrok.

Pomyśl, ile zła powstałoby na świecie, gdybym nie dokonał

moich zbrodni.  Chociaż nie wiem nawet, czy moje skromne

uczynki zasługują na to wzniosłe miano. Niedługo przecież

i Ty umrzesz!  Przyniesiesz mi cygaro? - zapytał.     

     Czasami zatrzymuję się na tej ulicy w miejscu, gdzie

był ów sklep, w którym chwile szczęścia przeżył niegdyś

Pan Lacombe.   A kiedy zimą wielkie płatki śniegu oblepiają

wystawę, wyobrażam sobie, że podczas gdy z nieba spada

biała manna, chłodne anioły przy kolumnach kamienicy

wylewają łzy, które zmienią się może kiedyś w sople lodu

pod wpływem jakichś cieplejszych wspomnień.  

poniedziałek, 27 lipca 2015

   

    "Dziecko, które potrafi płakać, dostanie swoje mleko."        

    "Jeśli mnich nie postraszy diabłem, w jego worku nie będzie ryżu."

                      (Przysłowia chińskie, przekład M. Łochowski)

    

     Ruusbroec (1293-1381) to jeden z wybitniejszych mistyków

schyłku średniowiecza.  Zajrzałem do tomu czwartego jego dzieł,

w którym znajduje się mistyczny utwór "Dwanaście beginek" i listy.

Jego rozważania są głębokie, a znajomość życia i ludzi w

kontekście tzw. życia duchowego, wyjątkowe.  Jego proces

beatyfikacyjny wszczęty został w 1624 roku, a w 1908 r mistyk

został ogłoszony błogosławionym.

    Jestem przekonany, że jego "List do s. Małgorzaty z Meerbeka,

mniszki u Św. Klary w mieście Brukseli, przeciw partykularyzmowi

w klasztorach" powinien każdy choć raz przeczytać.  Bardzo wiele

mówi bowiem o człowieku, jego nie zawsze dobrej woli i o słabości

ducha, a przede wszystkim o psychologii społecznych zachowań.  

     Ale i główny, zamieszczony w książeczce tekst jest niezwykle

ciekawy.  Szczególnie to, co autor pisze o panowaniu Saturna w

świecie i o dzieciach poszczególnych planet - chociaż, jak wiemy,

astrologia nie zawsze prowadzi do właściwej diagnozy ludzkich

charakterów. Miło jest jednak przyglądać się tym wytworom zbiorowej

ludzkiej fantazji, a autor wykazuje tutaj sporą twórczą inwencję.  Choć

na pewno mniej komfortowo musiał czuć się w owych czasach jakiś

kacerz, który wyobrażał sobie świat inaczej.  

    Ruusbroec miał głęboki wgląd w naturę kontemplacji i związaną

z nią duchową pustkę.  To, co na ten temat mówi, doskonale

zrozumiałby niejeden buddyjski mnich.  Wspaniale też

interpretuje czasami słowa Jezusa.  Jednak jego mądrość nie

była bez skaz, a przynajmniej skłania do zastanowienia, na ile

w przeżyciu religijnym, obok miłości, istotny powinien być

element lęku i nienawiści do grzechu. 

     O uczniach Jezusa pisze: "Niewielka to była grupa. Tam nikt

nie miał własnego majątku: przynosili i razem składali to, co mogli.

Nie było tam ubogich, ponieważ wszyscy żyli jednakowo ze

wspólnego dobra."  Ale zaraz potem dodaje: "Ich grupa była mała i

wierna, ale miała wielu wrogów: pogan, Żydów i cały świat."  Ta myśl

wprowadza nas już w inną, nieco klaustrofobiczną rzeczywistość.

Nie twierdzę wcale, że pierwsi Chrześcijanie nie mieli wrogów, ale

miłość jest otwartością serca, a adres jaki Błogosławiony podaje,

wzbudza pewien niepokój.  

       Mistyk straszy nas przy tym wizją Sądu Ostatecznego,

przed którym "grzesznicy będą pragnąć, by się im góry i ziemia

otwarły, by się tam ukryć przed strasznym obliczem Pana."

W jego tekście pojawia się jako atrybut smoła piekielna, robaki,

które skonsumują nieczyste ciało grzesznika i diabły, które

porwą do piekła jego duszę.  Po co?  Skoro ten sam autor

w innym miejscu mądrze wyznaje, że zupełnie nie wiemy, jak

Bóg będzie oceniał poszczególnych ludzi. 

     Złą wolę, pychę i słabość ducha można piętnować, ukazując

zarazem, jak to w sposób sugestywny czyni, piękno miłości i

pokory. Dlaczego jednak mamy się przy tym ciężko przestraszyć?  

W tym, co określa mianem grzechu, jest potężna destrukcja i

psychiczna brzydota, która niszczy duszę grzesznika i zadaje

innym cierpienie. Grzesznik jest jak kąkol, który wyrasta

wśród pięknych roślin.  Jego złość jest dla innych wyzwaniem

i ma uczyć cierpliwego znoszenia i miłości.  Słaby człowiek zaś

powinien siebie karcić, przyznawać się do błędów, powstałych w

wyniku słabości i budzić do duchowego życia. Jest tu niewątpliwie

przejmująca wizja wolności duszy ludzkiej w Bogu...

      Czasami może trzeba wywołać w kimś psychiczny wstrząs,

który oczyści duszę z egoizmu i ożywi ją z jej martwoty. 

Wszyscy jesteśmy niejako skazani na cierpienie i śmierć już

od pierwszej chwili, kiedy przychodzimy do życia.  Ale, czy obłędny

lęk - lęk przed chwilą konania i wiecznym potępieniem, i wizualizacja

kłębiącego się wokół ciała robactwa, wyleczy każdą duszę z Jej

błędów?  Czy miłość, która karci i straszy piekłem, nie powinna już na

zawsze pozostać w historycznej epoce, która ją ukształtowała? 

Piekło jest tu na Ziemi i to my sami często je tworzymy...Nie tylko w

wymiarze indywidualnym, przyczyniając się do cierpienia innych, ale

i powołując do życia rzekomo służące społecznemu dobru, a w istocie

demoniczne, instytucje.  

      Czy nie lepiej myśleć, że Pan Bóg, jeśli jest, jest jak

kochająca matka, która każdego przygarnie i nikogo nie odtrąci? 

Jeśli sekunda kosmicznego życia, jaka przypada nam w udziale,

miałaby decydować o życiu wiecznym, to jaką wartość ma owo

życie w wieczności? Nie zmienimy natury religijnych przeżyć

i zawsze będzie obecny w nich lęk przed groźną i tajemniczą,

a zarazem fascynującą, świętą mocą.  Ale lęk, groza i ból cierpienia,

ani horror i poniżenie przez śmierć, nie powinny odsłaniać przed nami

demonicznego charakteru rzeczywistości w stopniu, który 

prowadzi do unicestwienia miłości do człowieka i innych czujących

istot.  To przecież Miłość jest tym Bogiem, w którego wierzą

wyznawcy większości istniejących religii.    


sobota, 25 lipca 2015

       

     Madame Mimoza siedziała na werandzie

w cieniu i pozwalała motylom muskać swe

włosy, a pszczoły i trzmiele delikatnie od siebie 

odganiała.

    - Na czym to skończyliśmy? - spytała.

    Markiz ukłonił się i rzekł:

    - Przeczytałem Ci o tym, jak Duch

Błękitnej Skały podburzył przeciwko sobie

wieloryba, po to, aby zobaczyć, czy nie

ukrywa w trzewiach jakiego skarbu. Ale

powiedziałaś, Pani, że to nudne...i chyba

nawet zasnęłaś... 

   - To co się stało z moim prawym uchem? 

- zaniepokoiła się Pani Mimoza.

   - Przypuszczam, Pani, że kiedy się 

zdrzemnęłaś w pogoni za łanią wpadł tutaj

wilk i odgryzł Ci lewe ucho...

   - To lewego też nie mam? - zmartwiła się

kobieta i zaczęła rozpaczliwie szukać palcami

płatka usznego...Ale podczas tego zajęcia

zorientowała się, że nie ma małego paluszka

u lewej dłoni, a prawa też pozostawała

niekompletna.

   - Wilk by tego nie zrobił! - rozpaczała -

   A gdzie jest mój brylant?

Markiz zamyślił się:

   - A może to hrabia Voyer?  Kiedy Cię opuściłem,

słyszałem, jak mówi do Ciebie: "Całuję rączki!"

   - To dlaczego nie mam małego palca u nogi?

   - Pan Bóg raczy wiedzieć, ale dobrze, że masz

przynajmniej język - rzekł Markiz.  

   A kiedy to powiedział stado skowronków 

wylądowało w ogrodzie Madame. Jedne nurzały się

w piasku, inne piły wodę z fontanny, a wszystkie

radośnie krzyczały.

    - E mam ołowy ęzyka - powiedziała kobieta.

    - Nie szkodzi - pocieszył ją Markiz - Są teraz

doskonałe drewniane protezy. A zresztą nie 

mówiąc nic staniesz się bardziej tajemnicza, a to

właśnie najbardziej podziwiam w kobietach.

Zresztą, pojedziemy do wód. Jeśli tylko okaże się,

że cały Twój majątek nie przepadł! - 

     Mówiąc to ugryzł się w język, ale było już za

późno!  Madame Mimoza wrzasnęła:

     - Jak śmiesz, Ty głupcze!  Dlaczego miałabym

stracić swój majątek!

     Markiz podniósł wachlarz, który przed chwilą

wylądował na trawie i powiedział:

    - Jak by ci to powiedzieć?...W taki sam sposób, 

jak straciłaś urodę!  Czy na pewno wszystko 

dobrze widzisz? - spytał delikatnie - Kiedy spałaś,

nadleciał wielki kruk i wydziobał Ci pieprzyk przy

lewej powiece. Niestety, przy okazji tknął też i

samą źrenicę...Ale od czego jest monokl?

     - No, nie! - podskoczyła Madame - Każdy sąd

mnie uniewinni.

     I faktycznie uniewinnił!  Madame Mimoza działała

bowiem w afekcie.  

   

     Jaskółki z piskiem wirowały wokół wyniosłych topól.

Niedługo jednej z nich nie będzie.  Kiedy błyskawica

rozedrze niebo, chmury zapłaczą nad rozdartym w pół

drzewem.   A każdy, kto tamtędy przejdzie ujrzy smętny

widok.  Z wyjątkiem wesołego pijaka, który przepił

własne życie...


piątek, 24 lipca 2015

       Mam nadzieję, że na Ziemi2 nie ma ludzi ;-)

Chociaż, za niektórymi tęsknię...Ciekawe jednak, czy

są tam Ziemniaki?  

czwartek, 23 lipca 2015

     

     Myślę dzisiaj o Kwintecie g-moll Mozarta.

To cudowny utwór.  I jak ktoś słusznie zauważył,

transcenduje wszystkie najbardziej tragiczne

przeżycia kompozytora z roku 1787.  Mamy 

teraz rok 2015, a The Nash Ensemble nagrał

ten kwintet w roku 2010 w rozszerzonym o

jedną osobę składzie.  Z pewnością istnieją

doskonalsze nagrania, ale to jest wyjątkowo

udane. 

      Trzecia część tego utworu (Adagio

ma non troppo) objawia piękno, którego nie

sposób wyrazić słowami, a tak beztroski

często Mozart nawet krzyk rozpaczy potrafił

ukazać z delikatnością i wdziękiem, i z taką

miłością do życia, że wszelkie porównania tracą

sens.  Od strony muzycznej w kwartecie tym jest

wszystko to, co najbardziej podziwiam w muzyce

Mozarta i w samej szlachetnej formie kwartetu

smyczkowego, z cudownymi chromatyzmami i 

kontrastami brzmieniowymi, które tak uwielbiam. 

    Bliski mi jest też dominujący w nim nastrój "burzy 

i naporu", ale także chwile zamyślenia i cichej

melancholii...i nawet to nieoczekiwane radosne

zakończenie, którego obecność w niektórych

innych minorowych utworach Mozarta przyjmuję

zwykle z pewną dezaprobatą. 

    Cudowne jest to, że muzyka ta nie daje się

zamknąć w ramy jakiegoś stylu, choćby ulubionego.

Słuchałem dzisiaj tego kwintetu trzykrotnie w dużych

odstępach czasu i mimo pewnej ograniczoności, jaką

siłą rzeczy stwarza każda muzyczna interpretacja, za

każdym razem słyszałem w nim coś innego.  Magiczna

zdolność ukazywania rzeczy ostatecznych - miłości,

śmierci, rozłąki, tęsknoty, w sposób naturalny i

pozbawiony fałszywego patosu, jakby były częścią

codzienności, dana jest tylko niewielu artystom w historii,

ale jest to dar,  który nawet w chwilach największego

smutku budzi w nas radość życia...

     

     *Pierwotnie miałem zamiar opublikować ten tekst na

facebooku, gdzie go napisałem, ale przypadkowe

kliknięcie odesłało go w kosmos. Ciekawe, że facebook

i blox to tak różne światy, między którymi nie ma czasami

żadnej komunikacji.  

 

      Drogi Nezumi!

         Piszesz tyle o rzeczach niepraktycznych,

      a zapomniałeś prawie o swym Przyjacielu,

      który jeszcze nie tak dawno zamieszczał

      na twym blogu przepisy kulinarne.

      Zacznę więc od chińskiego przysłowia:    

      "Latem czosnek, imbir zimą

       - bez lekarza dni upłyną."

     To, z kolei, praktyczne porzekadło,

     dla tych, którzy nie chcą, żeby 

     oddalać się od esencji życia, w

     którym zdrowie jest chyba

     czymś najważniejszym.

    (* Przekład z chińskiego - M. Łochowski).

       W ludowej medycynie chińskiej czosnek

    uważany był, jak wiesz, za lek od tysięcy lat.

    Imbir też od bardzo dawna jest w niej

    znanym i uznanym lekiem. Mają one sporo

    leczniczych właściwości, których tu nie

    będę opisywał, bo są na ogół wszystkim

    znane.  Nie wiem też, czy mi zapłacisz za

    mój tekst.  Wisisz mi już trzy honoraria!  

         Zarówno czosnek, jak i imbir mają

    charakter jang i wykazują zdolność

    rozgrzewania ciała, stymulowania energii

    seksualnej i poprawiania krążenia krwi.

    Dlatego doskonale nadają się jako pokarmy

    w okresie zimowym. Dr Zhang Yifang

    pisze, że charakterystykę ziół i produktów

    żywnościowych można opisać jako cztery

    temperatury i pięć smaków. Cztery

    temperatury to:  ciepła, gorąca, chłodna,

    zimna i neutralna. Pięć smaków to:

    cierpki, gorzki, słodki, ostry i słony. 

    Na marginesie zauważę, że my, koty,

    w ogóle nie odróżniamy smaku słodkiego.

       Zarówno czosnek, jak i imbir uznaje się

    za "ciepłe."  Nasiona czosnku są "ostre"

    i "słodkie",  a imbir "cierpki."  Czosnek

    w tej postaci wzmacnia wątrobę i nerki,

    wzmacnia jang i  esencję, a imbir

    przeciwdziała zimnu.

       Jedną z najważniejszych  zasad medycyny

    chińskiej jest podobno zasada "jedzenie zgodnie

    z porą roku."  W "Kanonie medycyny chińskiej   

    Żółtego Cesarza" w rozdziale "Sztuka życia i

    cztery pory roku" wspomina się o tym, jak

    w ogóle należy żyć i dbać o zdrowie latem

    i zimą, a zalecenia te bardzo różnią się od

    siebie. Zastanawiam się więc, dlaczego

    porzekadło zaleca jedzenie czosnku latem, a

    imbiru zimą.  A może ktoś to wie?

        Latem pewnie czosnek jest bardziej świeży,

    a imbir im starszy, tym podobno jest

    mocniejszy...Ale wątpię, aby kogoś zadowoliło

    takie przypadkowe i trochę naiwne wyjaśnienie. 

    Zhang Yifang mówi przecież o świeżym kłączu     

    imbiru. Przyprawy te nie mają oczywiście identycznych

    właściwości...

        Z ukłonami - Dr Kot.  Autor słynnych "Porad

    kulinarnych dla sów i kotów."

           

wtorek, 21 lipca 2015

  

  -  "Okrutny jest tygrys, lecz nie pożera swych kociąt"

- mówi chińskie przysłowie.  Ale ja dla Ciebie nie istnieję!

Kiedy mówię do Ciebie, widzisz tylko powietrze. Wolisz,

żeby ktoś Cię okłamywał, mówiąc piękne słowa i składając

fałszywe obietnice.  Nie Jesteś okrutna!  Twoje serce

przytłoczył lęk i zamarło z rozpaczy, o której istnieniu

chciałabyś zapomnieć. Jeśli ktoś nie wstydzi się nieczułości

wobec osoby najbliższej, to tym samym niszczy w sobie

miłość i samego siebie krzywdzi. A nie znajdując w sobie

odwagi żeby żyć, ani dzielności, żeby walczyć o swą

miłość, jakże mógłby jeszcze kochać kogokolwiek - nawet

własne dziecko? - rzekł Pan Ogawa.  

      Nikt go jednak nie posłuchał.  

   

   "Kiedy się głaszcze w ten sposób, to staje się gładkie."

To słowa z książki "Klasyczny język japoński" Iwony

Kordzińskiej-Nawrockiej.  Niestety, nie wiem, z jakiego

klasycznego dzieła pochodzą te słowa, ani, co staje się

gładkie. Głaskam grzbiet wyciągniętej do mnie łapkami

Mistuko i nie może być już bardziej miękki, a mimo to

nie stał się wcale gładki (:   Ale może to dobrze?

 

 


niedziela, 19 lipca 2015

 

     Któregoś dnia Gregor Samsa obudził się

w łóżku i zobaczył, że jest Franzem Kafką.

Jego odnóża były niewątpliwie odnóżami

Franza Kafki, podobnie, jak chitynowy

pancerz.  Jak trudno jest czasami owadowi

podnieść się, kiedy leży na plecach, albo

czeka, aż coś go zmiażdży! 

    "Rozważaj, skąd się rzecz każda

bierze i z czego się składa, i jakiej ulegnie

przemianie i jaką będzie po przemianie, i

że przemiana nie będzie dla niej niczym

złym" - perswadował sobie Marek Aureliusz.

    A mówili o tym i Zhunagzi, i Budda...

A że nie każda przemiana jest słodka,

jak owoc w jesieni, czy płatki róży, czy nie

wiedział o tym przypadkiem też i ów Złoty Osioł,

który przechodził niegdyś nieszczęsne

metamorfozy?

    Skąd więc, nocny Marku, te słowa Twoich

rozmyślań:

    "Czego chcesz?  Żyć dłużej? Może

odczuwać? Dążyć? Rosnąć?  Znowu ustać?

Mówić? Myśleć?"

     Przecież wszystko już wiesz! 


sobota, 18 lipca 2015

     

      Pierwsza opowieść Mnicha.      

      W okolicy roiło się od strzyg, porywających i pożerających

niemowlęta, widm i upiorów.  A kiedy na niebie znikła już łuna

ostatniej błyskawicy, opadły mgły i w mroku widać było tylko

migotliwe oczy lemurów, i słychać ledwie słyszalny chichot mar

wszelakich, i szelest przeciągających się na podściółce węży.

Myszy czmychały do swych dziur, podobnych oczodołom pożółkłych

jak dynia czaszek, a sowy łopotały skrzydłami. I tylko od czasu

do czasu tę śmiertelną niemal ciszę przerywało jakieś łkanie

lub przypominające płacz dziecka miauczenie kota.

      - Piękna sceneria, nie ma co! - zawołał Maximus, zsiadając z

konia -  Czy tak wygląda śpiące piekło?  A jak się teraz czuje moja

Culpa? 

      - A jak ma się czuć kobieta, która podąża za ukochanym na swym

osiołku przez pobojowisko?  - odpowiedziała pytaniem dziewczyna.  

      Maximus kazał jej zsiąść ze zwierzęcia i puścić je wolno, a w

oparach mgły dopadł je zaraz jakiś wilk.  Słychać było, jak biedny

osiołek wydaje z siebie ostatnie, przedśmiertne rzężenie.  Po chwili

to samo stało się z koniem, którego młodzian także uwolnił.  Usiedli

jednak i zaczęli rozpalać ognisko, które od nadmiaru łez czasem

przygasało.  Tymczasem leśne istoty zupełnie zamilkły.

     - To było absolutnie konieczne - wyjaśnił Maximus - Inaczej nas by 

pożarły.  Były głodne. Ile można płakać po zwykłym ośle?       

     - On był moim przyjacielem. Był bardzo mądry!  Ale nie dojdziemy

już chyba do wulkanu - przeraziła się Culpa.

     - To przez ciebie! - rzekł Maximus - Wlokłaś się na tym ośle całkiem

bez sensu.  Uparłaś się!  A trzeba było go wcześniej utuszyć i zjeść.

A gdybym nie złapał tego jeża, umarlibyśmy pewnie z głodu.  Ty

nawet nie umiesz go ugotować!  Jeża pieczemy w całości, jak kasztany. 

Nauczyłem się tego podczas wojny z barbarzyńcami.    

     - Ale tylko popiół może uratować życie Lawinii - żaliła się Culpa.

     - Musisz się z tym pogodzić, słaba kobieto!  - zauważył Maximus -

Lawinia żyła tak długo, jak długo było jej dane, a skoro nadszedł jej kres,

z pewnością umrze i zostanie pogrzebana w lawie.  To całkiem naturalne! 

"Strata jest niczym innym, jak przemianą. A ta jest miła wszechnaturze" -

rzekł pewien mędrzec, albo, jeśli nie rzekł, to niebawem tak powie.    

     - Nie mogę spokojnie myśleć o tym, jak ona płonie i jak jej usta zalewa 

lawa, wypełniając je śmiertelnym pyłem.  Czy Natura zawsze musi gwałcić?

Gdybyśmy zdążyli, może Wulkan udałoby się jakoś jeszcze

udobruchać?

     - Jego gniew nie zna granic i jest nie do przebłagania, choćbyś nawet

obdzierała niewinnego człowieka żywcem ze skóry, robiąc na niej,

zwyczajem Azteków lub Inków, odpowiednie nacięcia i ubierając się

potem w jego skórę na wiele tygodni, jak ichni kapłan. Zaiste, Natura jest

wielka i żadna siła jej nie przemoże, a żadne słowa nie wypowiedzą

należnego jej podziwu!  Zobacz, jak wściekle wieje czasem morski wiatr,

a ci, co uciekli przed rozszalałą, błotnistą tonią, wpadają w otchłań

płonącego ognia.  I nie ma ratunku dla oszalałego z bólu i z przerażenia

człowieka, ni dla stworzenia. A kiedy wybucha bomba nuklearna, ludzie

parują, a ich cienie pozostają na ścianach domów. Ci zaś, którzy przeżyli,

latami umierają na choroby nowotworowe.  Nie da się nawet zliczyć

holocaustów i pogromów. A wszystko to jest Wszechmoc, boska przemoc

i gwałt!  Czy to nie małostkowe chcieć, żeby człowiek nie cierpiał?  

     - Nie lubię, jak tak mówisz! - jęknęła dziewczyna - Mówisz, jakbyś

krzyczał. Przedtem mówiłeś inaczej. Jakoś spokojniej.        

     Ale Maximus położył jej dłoń na ustach. Ogień płonął, a oni, zagrzebani w

jesienne liście, opowiadali sobie potem przez całą noc tajemnicze historie,

które przerywało tylko chlipanie dziewczyny. A kiedy jakaś ćma ginęła w

płomieniach, nie wydając z siebie jęku, wydawało jej się, że to płonie jej

siostra.  

     A oto jedna z owych opowieści wygłoszona przez Maximusa już po

pierwszym miłosnym uścisku: 

     "Filia była córką Filodendrona i leśnego satyra Kutafona. 

Kiedyś, o poranku, pobiegła nad strumień, żeby wymyć swe jasne,

piękne włosy. Ale, kiedy pochyliła się nad wodą, Słońce na niebie

zgasło i zamiast swej twarzy przerażona Nimfa ujrzała noc.  

Zeus wyłączył chyba zasilanie, względnie wcisnął opcję - CAŁKOWITE

ZAĆMIENIE. Być może uczynił to pomyłkowo, zamiast kliknąć:

ŚPIEW SŁOWIKA. Nie od dzisiaj bowiem wiadomo, że wypija z

Bachusem spore ilości wina, zmieszanego z wodą.  W ciemnościach,

które potem nastały, niebiańskie bóstwo posiadło dziewczynę i

spłodziło z nią 12 antylop, zwanych Dorajdami.  Po ich urodzeniu

Nimfa zaś, nie mogąc rozpoznać w nich istot ludzkich,  z żalu

wyzionęła ducha.  Gromowładny nie przejął się jednak tym

specjalnie, a jedynie po pijanemu wyznał Bachusowi,

że jak chce, to może mieć każdą dziwkę, śmiertelną lub

nieśmiertelną.  Miło jest bowiem zaspokajać swą chuć i płodzić

życie z kim popadło,a szczególnie po pijanemu. Świadczy to bowiem

najlepiej o boskiej mocy..."

      Słysząc, że jego ukochana Culpa śpi, Maximus urwał swą

opowieść. Nie dał się nawet zmylić temu, że przez sen wyszeptała:

"...i satyra Rododendrona", chcąc pokazać, że nadal z uwagą go

słucha. Tymczasem ogień nieco przygasł, a zwierzęta i widma

zwabione zapachem dwóch śpiących ciał, poczęły zacieśniać

nad nimi swój krąg.  Maximus z przerażeniem czuł, że in on zasypia

i jedynie jego męskie przyrodzenie (membra virilis) pozostawało

nieco wzniesione, powieki zaś, niestety, całkiem opadły i jak tłuste

larwy, zalęgły się pod nimi słodkie, zgoła nie nieśmiertelne sny.   

      Ciała kochanków znaleziono rankiem rozebrane do kości. Rozgniewany

Wulkan pochłonął zaś Lawinię i choć posypała sobie włosy popiołem, jej

mózg prysnął w czaszce, jak mydlana bańka. A wraz z nią zginęły tysiące

innych, pięknych Lawinii.

      I dzisiaj jeszcze archeolodzy z odległego Plutona wygrzebują z lawy

i popiołu kawałek jej ozdobnego grzebyka, a to poczerniałą pomadkę

do ust, albo odłupane szczątki czaszki, w nadziei, że zrekonstruują kiedyś

wizerunek jej twarzy.  Interesuje ich też żywo historia gatunku ludzkiego

i zabytkowe niewybuchy nuklearne.  Zima nuklearna, podobnie jak 

wulkaniczna, trwa bowiem czasem niezmiernie długo.  

     Ale to, co najciekawsze, rzekł mi Lukrecjusz - poeta, w chwili swego

szaleństwa.

     "Spytałem później maga Zoroastra, czy można było zapobiec owemu

nieszczęściu:

     - Owszem! -  odrzekł - Zabiła ich klątwa tego jeża...

     Chciałem mu zadać jeszcze drugie pytanie, ale tymczasem odrąbano

mu głowę. Udałem się zatem z jego językiem w dłoniach do Wyroczni. 

Czasami wydawało mi się, że ten, oślizły, pełza po moich palcach, liżąc

je, jakby prosił o zmiłowanie.     

     "Kiedy zwyczajne zmienia się w potworne,

       a pomyślne w złowrogie,

       nasze oszołomienie nie ma kresu"

      - odrzekła, błądząc w limbach, szalona kobieta.  

     Ale czy tak było, czy nie było, tego nie wiem. Wiem, że niedługo

stąd odejdę, a wszyscy o mnie zapomną - rzekł Lukrecjusz. 

      Wyznaję, iż choroba Lukrecjusza martwiła mnie od stuleci.  Bo,

albo wierzymy w ponury zabobon, albo w nieokiełznaną przemoc

Natury, która budzi w nas zarazem lęk i podziw. Ale, kto naprawdę

wierzy w potęgę ocalającej wszystko Miłości?  

      Tak zakończył swą opowieść Mnich, a ja, ze względu na późną

porę i niejaką niechęć do mędrkowania, nie pytałem go już o nic więcej. 

A czy to ten był Lukrecjusz, czy aby nie ten, bo przecież Lukrecjuszów

jest jak psów, a połowa z nich to poeci...A jest jeszcze i Lukrecja.

piątek, 17 lipca 2015

      

         "Krzewy puściły się na ruinach pałacu.

         Teraz księżyc w rzece Siang-kiang jest

         jedynie tancerką, która pląsa w salach,

         gdzie przesuwało się tyle pięknych kobiet."

         (Li Po, Ruiny Su-Tai, przekład Leopold Staff)

      

       "Jest Ojcem, a my jesteśmy jego dziećmi."

      (Mozart o Carlu Philippie Emanuelu Bachu)

     

      See Siang Wong nie jest specjalistą od nagrań

 z jednej epoki. Gra klasyków wiedeńskich, Shumanna,

 i muzykę współczesną, często technicznie bardzo trudną

...Nazwany przez jakiegoś dziennikarza "subtelnym

malarzem dźwięku", ten młody i niezwykle sympatyczny

artysta, zdobył już pewne uznanie i np. jurorzy szwajcarskiego

radia uznali jego nagranie koncertu Schumanna za godne

porównania z nagraniami Marthy Argerich i Kissina. 

Występował zresztą już w 30 krajach świata i to w miejscach

koncertowych najbardziej znanych, współpracując

między innymi z Pierrem Boulezem.

      Kamerorchester Basel to stylowa orkiestra 

grająca repertuar epoki baroku i każdy meloman dobrze

ją zna, bo towarzyszy też na płytach recitalom wokalnym

znanych artystów. (W nagraniu tym prowadzi ją Yuki Kasai).  

     To podwójne CD wydano w ubiegłym roku z okazji

300-setnej rocznicy urodzin wielkiego kompozytora -

Carla Philippa Emanuela Bacha, ale poświęcone jest

też muzyce jego trzech braci - Wilhelma Friedemanna Bacha,

Johanna Christiana Bacha i stosunkowo mniej znanego -

Johanna Christopha Friedricha Bacha.

       Wszystkie te Bachasyny, jak ich nazywała jedna z

moich dawnych znajomych, to kompozytorzy niezwykle

uzdolnieni, doskonale wyedukowani (przez Ojca), w

dużym stopniu oryginalni, z przebłyskami prawdziwego

twórczego geniuszu.  Według Alebrta Schweitzera

najbardziej genialny był Wilhelm Friedemann, który

jednak trochę nadużywał alkoholu i "trzeba go było często

wyciągać z błota."  Niektóre utwory Mozarta bardzo 

trudno odróżnić od kompozycji Johanna Christiana Bacha,

zwanego londyńskim Bachem, któremu za muzyczną edukację

płacono w szczerym złocie.  (To ten, co nazwał, Johanna

Sebastiana Bacha "upudrowaną peruką").  Ale największy

szacunek i podziw stał się niewątpliwie udziałem

Carla Philippa Emanuela Bacha, wielkiego kompozytora i

teoretyka muzyki, którego podziwiali i uważali za swego

duchowego Ojca - Mozart i Beethoven. 

     Perełką pierwszego CD jest jego słynny koncert

klawesynowy d-moll grany tutaj, niestety - o zgrozo! - na wielkim

współczesnym fortepianie (Stainway & Sons, D-274 Model),

o którym sam wykonawca mówi w wywiadzie, że niewiele ma wspólnego

z instrumentami z epoki.  Początkowo odczułem to jako spory zawód,

bo CD reklamowano jako "historycznie poinformowane", co jest

jednak pewnym nadużyciem. Ale po wysłuchaniu czterech koncertów

z pierwszego CD (dwa w cenie jednej) ucieszyłem się, bo może w

ten sposób ten zapomniany trochę przez pianistów koncertowy

repertuar nie będzie ograniczał się do wąskiego kręgu miłośników 

tzw. autentycznych wykonań z epoki. W pełni bowiem na to zasługuje.

      Problem jednak pozostaje - późnobarokowe orkiestry kameralne

mają delikatne brzmienie i dużą ekspresję, a współczesny fortepian-mamut

porusza się w tej brzmieniowej przestrzeni trochę, jak słoń w składzie

porcelany i to niezależnie od tego, z jaką lekkością interpretuje muzykę

wykonawca.  Jest wszechobecny i dominujący i bardzo obciąża najlżejsze

nawet brzmienie. Ale skoro słuchamy jednak nie bez przyjemności podobnych

transkrypcji koncertów klawesynowych Jana Sebastiana, to możemy

słuchać też koncertów jego dzieci. 

      Ostatnio Miklos Spanyi nagrał ten piękny koncert d-moll na cudownie

brzmiącym instrumencie z epoki (tangent piano) i ze stylową orkiestrą, ale

nagranie sprawia wrażenie, jakby dokonujący go w fińskim studio węgierski

artysta zdrzemnął się na chwilę podczas białej nocy. 

       Dlatego warto posłuchać Gustava Leonhardta, który w 1980 roku nagrał

oba genialne koncerty klawesynowe Bachów - Jana Sebastina i Carla Philippa

Emmanuela na jednej płycie w sposób tak pełen ekspresji, że ani na

chwilę nie przestają elektryzować.  O ile wiem, Spanyi, który jest wybitnym

ekspertem,  chce nagrać wszystkie koncerty C.P. E. Bacha - wiele z tych nagrań

już znam i są rzeczywiście bardzo udane, ale to, niestety, choć na nie przez lata

czekałem, sprawiło mi taki zawód, że wysłuchałem go ledwie dwa razy.

Istnieje chyba tylko po to, aby pianista, kiedy już się obudzi, mógł się popisać

swą nadzwyczajną biegłością w grze i wyczuciem stylu.   W przeciwieństwie

do Spanyiego, który miał pewnie gorszą noc, Siang Wong jest w pełni

przebudzony, a jego interpretacja koncertu jest wyrazista i piękna.

     Perełką drugiego, na którym wykonywany jest solowy repertuar

fortepianowy, jest " C.P.E. Bach' s Empfindungen", jeden z ostatnich

utworów kompozytora, który dokonał już przejścia od muzyki baroku,

czy też raczej od stylu Galant (przez 30 lat był nadwornym klawesynistą

Fryderyka Wielkiego i dlatego nazywano go Berlińskim Bachem) do muzyki

epoki klasycyzmu.  Pierwsza cześć tego utworu - Fantazja f-moll jest

niezwykle melancholijnym, choć zarazem pełnym ekspresji utworem, w

którym dochodzi chyba do głosu przeczucie ostatecznej rozłąki z bliskimi 

i śmierci.  Cudowne Fantazje młodego Mozarta, który wzorował się w nich

na swoim Mistrzu, nie są od niej ani piękniejsze, ani muzycznie i uczuciowo

głębsze. 

     Solowe utwory fortepianowe Bacha (przede wszystkim sonaty)

gra się już teraz często nie tylko na klawikordzie (który podobno

szczególnie lubił), na klawesynie, czy fortepiano Silbermanna, ale i na

współczesnych fortepianach.  Znane i lubiane są m. in nagrania Pletniewa

i ostatnio Drivera (na angielskim Hyperionie). See Siang Wang to

rzeczywiście zdolny pianista, który potrafił wczuć się w muzykę, która

nie tylko otworzyła drogę do powstania innej, doskonalszej muzyki,

ale ma też urok czegoś niedopowiedzianego do końca i niewyrażalnego,

i swe własne, oryginalne piękno. Dzieci bowiem, na szczęście, nie zawsze

i nie we wszystkim naśladują swych rodziców.   

 

czwartek, 16 lipca 2015

      - O tym chyba jeszcze nie słyszałem. Żaby rzadko

przebywają w głębinach oceanu,  a rekiny nie często

goszczą w studniach - powiedział Pan Xiao Ming.

      - Nie staram się naśladować Natury. A żaba zawsze

znajdzie właściwego żyranta. Na tym polega sukces

bankowości - zarechotała Żaba.

      Ja zaś słysząc tę rozmowę, niewiele z niej

zrozumiałem, może dlatego, że byłem zajęty czymś

innym, w miejscu nieco mniej podmokłym.

    

 

     Na interesującym ze względu na swą tematykę

i sposób jej przedstawiania blogu Śródziemnomorze,

chyba 5 lipca pojawił się wpis o tym tytule i dwa

filmy z moimi ulubionymi koncertami -  Greczynki

Eleftherii Arvanitaki i  "Algerczynki"  Souad Massi.

Niech będzie Algerczynka - jakoś mi się podoba.

Lubię śpiewać z Massi i Jej śpiew, szczególnie na tym

koncercie, wyjątkowo mnie wzrusza.  Eleftheria 

brzmi czasami piękniej w studio, ale tu widać, jak

uwielbia ją (i słusznie) publiczność.  Bardzo cieszę się

z tego wpisu w tak ciekawym i ciepłym miejscu :-)

Możemy tam przeczytać sporo ciekawych tekstów

ilustrowanych obficie zdjęciami, z których wiele

ożywia naszą wyobraźnię...

 

 

 


środa, 15 lipca 2015

 

      Może ktoś zauważył,  że od pewnego czasu nie piszę już swych

drobnych recenzji muzycznych, a muzyki słucham z pewnym lękiem,

choć była moją jedyną radością...Ale dzisiaj postanowiłem jednak

posłuchać Mozarta, choć to CD z jego muzyką najwięcej ostatnio

wyparowało, czy też wsiąkło - czy, mówiąc w sposób eufemistyczny,

znikło z mojego stanu posiadania, co raczej jest mało pocieszające.

Choć Śp. profesor Barbara Skarga, powiedziałaby po prostu, że ktoś

jej "podpierdzielił Don Giovanniego pod Gardinerem."  

     Pocieszać po takiej stracie można różnie. Pan Sławek powiedziałby

zapewne, że nie ma czego żałować, bo "pod Gardinerem, to najgorsze

z możliwych do wyobrażenia wykonań." Ale w innych przypadkach

zabrakłoby mu pewnie argumentów.  Bo "Don Giovanniego" pod Giullinim

uważa, o ile wiem, za "mistrzostwo świata!"  Ale czy Pan Sławek, człowiek

młody i zacny, i wielki znawca muzyki romantycznej, nie zapił się już

przypadkiem z żalu na śmierć? 

    Ileż to kobiet dzięki niemu miałem przyjemność poznać przy

kawiarnianym stoliku i degustacji wina...Nawet panią stomatolog, która

uwielbiała Mozarta. Jego uwodzenie kończyło się zwykle tak samo -

wymiotami, kacem i bólem głowy adorowanej dziewczyny, którą

pieszczotliwie nazywał "świnią." (Miało jednak zwykle później

kontynuację, bo Pan Sławek, nigdy nie przepuścił żadnemu "słodkiemu

stworzeniu").  Za to ja przedstawiany byłem zawsze jako poeta,

filozof, wybitny pisarz, uczony, człowiek niezwykle wrażliwy,

a czasami nawet...po prostu geniusz!  Jedno tylko Pan Sławek

nielitościwie zwalczał - mój muzyczny gust!  Uważał, że zepsuło go 

słuchanie muzyki baroku... 

    Pojedynek słowny zwykle wyglądał tak. Pytał mnie, jakie jest moje

ulubione nagranie utworu, które poleciłbym pięknej damie, a

potem, po chwili tajemniczego milczenia, z surową miną oświadczał:

"To jest najgorsze wykonanie, jakie kiedykolwiek słyszałem! 

Co ja mówię - najgorsze wykonanie w historii! Słyszałem już pięćdziesięcu

Mesjaszów i żaden nie jest tak zły, jak Gardinera.  Rozumiem, że podoba

się." Zawsze chętnie się z nim zgadzałem, ponieważ swoje zdanie wyraziłem

już wcześniej.  Dla niego w owej chwili był to na pewno najtragiczniejszy

Mesjasz w historii! 

     Mówiąc szczerze, Don Giovannich, choć uwielbiam Pana Sławka,

łatwo przebolałem, nie myśląc nawet o Kierkegaardzie. I tak zwykle

słuchałem tylko dramatycznej uwertury, a potem była już końcowa

scena, z budzącą grozę statuą Komandora...A i z innymi stratami jakoś

daję sobie radę.

     Ale przerażenie pozbawia trochę człowieka złudzeń. Kiedy wracałem

do swego pustego pokoju, to mogłem czuć się w nim, jak w swoim świecie,

mimo nędznych warunków życia, w jakich pozostaję.  (Nie chcę tu wchodzić w

szczegóły. Kilku osobom już o nich pisałem w mailach, ale też nie wszystko,

bowiem z pewnych powodów nie mogę napisać wszystkiego. I nie chciałbym

też i tutaj odpowiadać na komentarze pytające o to, jak to się stało).

       Powodem, dla którego zdecydowałem się coś jednak o tym napisać,

jest moje żywe poczucie związku muzyki z życiem, które starałem się

wyrażać pisząc o muzyce, a także idea względnej wartości wszystkich

rzeczy. Jeśli ktoś sprzedał moje CD za pięć złotych i napił się za to wódki lub

coś zjadł (w co raczej wątpię), to jego szczęście (choć to na pewno nie Pan

Sławek), a moja strata. 

      Jeśli rzeczy materialne mają czasami dla nas ogromną wartość, to często

nie dlatego, że je musieliśmy nabyć lub, że bywają nie do odzyskania, ale

dlatego, że towarzyszyły nam przez większość życia i przywiązujemy się

do nich. 

      Kiedy biorę do ręki niektóre z płyt, żeby ich posłuchać, to często czuję,

jak są dosłownie namagnetyzowane budzącymi wzruszenie wspomnieniami 

mojego życia i bliskich mi osób, z których niektóre już nie żyją, a innych w

moim życiu nie ma.  A to samo dotyczy szczęśliwych i smutnych chwil, pięknych

krajobrazów lub miłości, którą ożywiała muzyka...zawarta, niestety, jedynie w tym

konkretnym materialnym przedmiocie, którego ktoś dotykał lub oglądał jego

okładkę z uśmiechem zainteresowania, roztargnieniem lub smutkiem.  Myślę, że

to właśnie dlatego, chcąc ocalić od zapomnienia pewne chwile naszego życia i

najbliższe nam osoby, wynaleziono kiedyś fotografię.

     Nie jestem typem kolekcjonera.  Źle bym się czuł wśród gablot i klaserów

z przyszpilonymi motylami moich wzruszeń. Niedługo zresztą wszyscy stąd

odejdziemy i utracimy wszystko, bo niczego mrukliwy Charon nie da nam

przewieźć na drugi brzeg.   Ale kocham życie, a muzyka, to także wiedza.

Słuchając i porównując ze sobą różne wykonania tej samej muzyki, można

ją lepiej poznać.  Być może i ja niedługo zostanę bezdomnym, ale na razie

książki i płyty są mi, mimo mej anielskiej natury, a może właśnie ze względu

na nią, potrzebne niemniej, niż zjadanie chleba.  (Zdarzało się już w moim

życiu, że kupowałem je, a potem byłem głodny). W przeciwieństwie do

jakiejkolwiek innej własności, poza zdjęciami i listami od osób bliskich. 

     Wśród odebranych mi rzeczy była też płyta z pięknymi wariacjami

Mozarta do słów francuskiej pieśni "Niestety, nigdy nie zobaczę już mojej

ukochanej."  Mam jakiejś inne jej wykonanie, ale odegrane raczej z chłodną

brawurą, bez tego rzewnego, trochę cygańskiego, uczucia melancholii

przechodzącej w rozpacz. Techniczna biegłość, cudowne brzmienie

instrumentów, wspaniale ukazana atmosfera epoki, czy nieskazitelna

akustyka nagrania, a nawet wybitna osobowość artysty, nie są w stanie

zastąpić tej jedynej i niepowtarzalnej interpretacji, opartej na autentycznym

przeżyciu człowieka czującego pełną żalu tęsknotę.  I dlatego nawet, gdy

gra te wariacje sam Ojstrach (artysta pełen wylewnego uczucia) z

towarzyszeniem równie wybitnego pianisty, po prostu strach mi tego słuchać! 

     Nigdy już nie posłucham tej muzyki.  Tak, jak nigdy już pewnie nie

zobaczę mojej Ukochanej...którą poznałem przecież w sklepie muzycznym.

Każdą półkę tego sklepu znałem do tego stopnia, że wszyscy, oprócz

znajomych i przyjaciół, brali mnie za sprzedawcę. Wiedziałem, gdzie

leży najlepsze wykonanie "Siedmiu ostatnich słów Chrystusa" w wersji

na kwartet, które właśnie ktoś mi też podprowadził i już nigdy go nie usłyszę,

a wszyscy klienci chwalili moją wiedzę, uprzejmość i kompetencję.  Dzisiaj

już tego sklepu, największej księgarni w Warszawie,  nie ma.  Początkowo

zastąpiono go straganem z oscypkami, pietruszką i winem.  Nie zaglądam

tam, bo nie mam już tam przyjaciół, ale mam wrażenie, że prawie cała

kamienica Jabłkowskich stoi pusta (poza malutką księgarnią na parterze),

bo swą własność w końcu jej właściciel, z niewątpliwą stratą

dla polskiej kultury (urządzano tam też galerie, spotkania i

koncerty), odzyskał.   Ale to już zupełnie inna historia...

 

 

wtorek, 14 lipca 2015

 

                      szczęśliwi są ci

                      którzy codziennie potrafią napisać wiersz

                      i ci którzy ich nigdy nie piszą

                     

                      kiedy deszcz pada bez przerwy

                      przez wiele dni 

                      to wiatrowi nie grozi posucha

                     

                      a kiedy deszcz w ogóle nie pada

                      słońce często świeci

                      i niebo bywa bezchmurne

 

                      bywa że kotka w jednym miocie

                      tyle szczęśliwych kociąt urodzi

                      a deszcz ich nie potopi 

                  

                      miauczą i biegają

                      wszystkiego ciekawe

                      i oto jest i poezja

 

                      ale gdy były ślepe

                      matka przenosiła je w pysku                    

                      w miejsce bezpieczne

 

                     

poniedziałek, 13 lipca 2015

      

       Mam zwykle spory dystans do podobnych informacji i opinii,

ale ta mnie jednak poruszyła:

       "30 tysięcy Polaków umiera co roku na raka, mimo, że

mogliby żyć." - napisała Marta Pawłowska - "Przez wiele lat

intensywnie pracowałam i płaciłam bardzo wysokie składki.

Kiedy się rozchorowałam, okazało się, że jeżeli do leczenia

nie dorzucę bardzo dużych pieniędzy - umrę."

     "Lekarze wiedzą, że są terapie, które mogą ich pacjentom

ratować życie, ale NFZ ich nie refunduje. Państwo polskie

leczy raka czysto teoretycznie." (Bartosz Poliński, Fundacja

Onkologiczna Osób Młodych "Alivia")

      To mocne słowa. Były i mocniejsze, ale je tutaj pominąłem.

Jestem przekonany, że choć wartość takich statystyk można

kwestionować, to sam problem, niestety, istnieje.  30 tysięcy ludzi, to

całkiem spore miasto. Argument, że na ich leczenie nie ma pieniędzy

w budżecie kraju, w którym dzięki neoliberalnej fikcji pozwolono wielu

ludziom ukraść pierwszy milion, to nieludzka, a może nawet i groźna

demagogia.

     Zdrowie jest, oczywiście o wiele ważniejsze, niż mienie, ale, jak

widać - jedno może zależeć od drugiego. Kilka dni temu, po ponad 25

latach istnienia nowego, demokratycznego systemu politycznego w Polsce,

ukazała się ustawa anty-lichwiarska.  Kto pomoże teraz ofiarom tej lichwy,

która istniała przez ćwierć wieku za cichym przyzwoleniem polityków?

Niewidzialna ręka rynku?  Ta zbyt często, niestety, kradnie lub

wykorzystuje ludzkie nieszczęścia. Najtragiczniejszy aspekt tej sytuacji,

to ostentacyjne przyznawanie się tych samych polityków do wartości

chrześcijańskich...





sobota, 11 lipca 2015

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

.

czwartek, 09 lipca 2015

       

       Tymi słowami przywitał pewien król konika morskiego. 

       Ale ten nie dał mu wiary i zanurzył się w odmętach.

       Nie podobało mu się, że na królewskim herbie widnieje

       topór i szachownica.

       - Nie po to unoszę się na wodzie i w niej zanurzam,

       aby jakiś zakuty łeb był moim panem - rzekł  - Jestem

       wolną istotą.

       Król bardzo się tym zirytował i kazał odcedzić konika

       z wody specjalną siecią, a potem wyrzucić go na piasek,

       żeby się udusił i skonał z pragnienia.  Wszelako Pan Bóg,

       nasz Stworzyciel, sprawił, iż plażą przechodziła siostra

       Adalberta ze swoimi mniszkami.  A jedna z nich, siostra

       Teofila, ujęła się za nieszczęsnym stworzeniem i ze łzami

       w oczach przywróciła je jego naturalnemu żywiołowi.  

       Król rozgniewał się po raz wtóry i kazał nałożyć jej worek

       na głowę, a potem gwałcić swym Mauretańczykom. 

       Ci jednak odmówili wykonania okrutnego rozkazu. 

       Ich ucięte głowy stały się więc żerowiskiem morskich

       ptaków, a sól wypaliła im oczy.  Wyglądali, jak poschnięte

       meduzy, a krew ich długo wsiąkała w piasek...

       - Nie jestem mściwy - rzekł król - ale wolę już widok

       tych galaretowatych meduz, niż ich genitaliów na moim

       półmisku. 

       Członkowie królewskiej watahy wybuchnęli

       na te słowa gromkim śmiechem, a karły pląsały przy

       ognisku.  Podobno z różowej piany, która powstała

       po ucięciu owych genitaliów, po raz wtóry narodziła się

       boska Cypryda.

      

środa, 08 lipca 2015

 

        "W prawdziwej miłości zawiera się poczucie

odpowiedzialności i akceptacja drugiej osoby taką,

jaką jest, ze wszystkimi jej zaletami i wadami. 

Jeśli lubimy w drugim człowieku tylko te najwspanialsze

cechy, to nie jest miłość.   Musimy zaakceptować

słabości drugiego człowieka i wspomagając go

naszą cierpliwością, zrozumieniem i energią,

doprowadzić w nim do wewnętrznej transformacji...

"Chcę cię kochać. Chcę Ci pomagać. Chcę się o Ciebie

troszczyć. Chcę, żebyś była szczęśliwa. Chcę się

starać, żebyśmy byli szczęśliwi. Ale tylko przez kilka

dni." Czy to ma sens?  Boimy się wiązać na dłużej.

Pragniemy wolności. Musimy jednak zobowiązać się

na wiele lat...Nie możemy ot tak powiedzieć sobie:

"Już cię nie kocham."

        (Thich Nhat Hanh, Nauki o miłości)


wtorek, 07 lipca 2015

   

     Wprawdzie kłopoty ze zdrowiem i troski życiowe nie pozostawiają mi

zbyt wiele sił na pisanie, staram się jednak pozostawiać tu codziennie jakiś wpis.

Dzisiaj, niestety, po ponurym i dramatycznym początku dnia, wieczorem poczułem

się źle i z trudem w ogóle dotarłem do domu.  Życie bywa brutalne, ale nasz

organizm nie zawsze to rozumie i zdarza się, że nie daje rady...Scenarzyście

i reżyserowi mojego życia (wbrew pozorom to nie jestem ja) poradziłbym tak:

"Mniej suspensów i absurdalnego poczucia humoru, trochę więcej miłości lub

przynajmniej odpowiedzi na miłość, jaką główny bohater okazuje. Koszmar nie powinien

stale się zagęszczać.  Muszą być jakieś przerwy!" 

    Już słyszę, jak mówią, że ludziom brakuje czasami odrobiny dobra, ale, że w gruncie

rzeczy nie są tacy źli, a ostatecznie każdy sam sobie jest winien.  Gdyby tylko do tego

sprowadzała się prawda artystyczna utworu, jakim jest życie, to myślę, że wszyscy 

czulibyśmy się szczęśliwi.

niedziela, 05 lipca 2015

 

   "Zawsze mamy dość sił, żeby znieść cudze nieszczęścia."

                          (La Rochefoucauld)


 
1 , 2