Kategorie: Wszystkie | "Dziewczyny, bądźcie dla nas dobre na wiosnę" | ...bez końca | 0 | 100O i jeden Rabinów | A Puszkina też zapuszkują? | A moze to tylko pomieszanie zmyslow | A nie lepiej być purystą? | Aaaaaaaaaaaaaa...aalfabeta | Ach, gdzież jest litość lub wspolczucia pozór? | Ach, gdzież jest litość lub współczucia pozór? | Adam Mic - Kiewicz | Adaś i Ewka | Aforystyka | Amerykański sen | Autopsychoterapia | Bez sensu to to! | Bez szaleństwa... | Bezmyślne okrucieństwo | Bezradność | Biedna Szymborska | Biedny Kapturek! | Bliźni miłości | Bliźniego miłość... | Blondyn | Blue Bossa | Bojaźń i drżenie | Bratnie dusze | Bruner, ty świnio! | Buddyzm w życiu codziennym | Bóg mi poskapił tej anielskiej miary... | Bóg mi poskąpił tej anielskiej miary... | Bójstwo samo | Caritas | Chiziofrenia | Choroba na śmierć | Chwila ułudy | Chwila wytchnienia | Chłodne upojenie | Cierpienia i radości | Cierpienie i radość | Cleen feed | Cnota niedoli | Co slina na język przyniosła | Co tam panie w polityce? | Co w niebie piszczy | Co ślina na język przyniosła? | Corrida | Coś dla duszy... | Coś tak wulgarnego | Cudotwórstwo | Czarna Perła Tao | Czarny tulipan skrzyżowany z czarna różą | Czarny tulipan skrzyżowany z czarną różą | Czary Mary | Czego nie przysięgał Hipokrates? | Człowiek nie jest rzeczą | Człowiek to brzmi dumnie, ale nie u mnie | Często chowa | Częstochowskie rymy | Deficyt aniołów | Delightful! | Demokratyczne wybory w Oczodołach | Diabłoterapia | Dla wszystkich i dla nikogo | Dnieje | Do samego siebie | Dodatek | Dowcipas dnia | Duma narodowa | Dusze drzew | Dyskretna mgiełka autoironii | Dzielność | Dziki kapitalizm | Dzisiejsza młodzież | Dzisiejsza młodzież nosi ładną odzież | Egzystencjalizm jest chumanizmem | Ekonomia zbawienia | Elegancja Francja | Elegijnie | English gentelman | English gentleman | Epicurus | Ewa tylko ziewa | Falochron | Female | Filozofia bez uczoności | Forever Loving Jah | Gadu, gadu | Gadu, gadu, trochę więcej jadu | Gal Anonim | Gaz dla pedałów | Gaz dla pedałów, młot dla sierpów | Gdy rozum śpi... | Gendarme | Genek, gienialny gieniusz | Geno Typ | Gorący uczynek | Grabarz | Grabarz nonsensu | Gry i zabawy literackie | Głupota przysłowiem narodów | Głębie i tajnie Podświadomego | HIstoria nauczycielką bicia | Herbatka zen | Homo economicus | Homo sapiens czy Homo politicus | Humor absurdalny | Humor nieco absurdalny | Humor, satyra, panie... | I rekiny w oceani mają zębów cały rząd | I rekiny w oceanie mają zębów cały rząd | Indie Wschodnie i Zachodnie | Industrial | Istnieje również wrodzony brak poczucia humoru | Ja tam bynajmniej nie wiem | Jak długo będę jeszcze żył? | Jak uprawiać agresywne dziennikarstwo? Poradnik dla początkujących | Jakże cżęsto powtarza się ta historia | Jakże trudno czasami coś sklecić! | Jan i Małgorzata | Jan z Czarnolasu | Jesienna muzyka | Jeszcze smutniej! | Jeździec Apokalipsy | Językologia | Kaczuszki mandarynki | Karawana idzie dalej | Katedra Adamowego Żebra | Kawa z Kafką | Każdemu według naszych chęci | Każdemu według potrzeb | Każdemu, o czym tylko zamarzy | Kiciuś Miciuś! | Kicuś Micuś! | Kiedy człowiek staje się bestią | Kiedy owce nie milczą | Kij w mrowisku | Kniaź Wiktor | Kochani ludożercy | Kolacja Pani Sowy | Kometa tylko głownia nie ta | Konkwista | Koryfeusz nauki, milośnik sztuki | Koty i inne zwierzęta | Koty, głupoty, palikoty | Kości rzucone są | Kość słoniowa | Kto pierwszy był człowiekiem, kto będzie nim ostatni | Kto pisze teraz historię? | Kuchnia szamańska | Kwiatki Św. Franciszka | Kwiatostan śmierci | Kwitnienie kultury | Kwitnąca wiśnia | La colombina i ciche ukojenie | Lekarzu - lecz się sam! | Lenin wiecznie żywy | Leśmianiada | Lichwiarstwo polskie | Liryki i prztyki | Logika dziejów | Londyńska mgła niepamięci | Londyńskie przygody | Los ofiary | Los puka do moich drzwi | Lotosowy wpis | Ludzie ludziom... | Lunatyzm | Lęk społeczny | Made in Japan | Maligna | Marność nad marnościami | Marność nad marnościami. Rekoleksje Wielkopiątkowe | Marzenia senne | Marzeniologia stosowana | Maszkary i senne dziwadła | Maszkary i senne widziadła odbite w lustrze | Mała czarna z Kafką | Medycyna naturalna | Meine Liebe Augustin! | Melancholia | Melancholia stosowana | Memorabilia | Meszreiw | Meteo | Mgiełka autoironii | Mglisty dzień. Mgła | Mikołak | Mistrz i Małgorzatka | Mistycyzm lunarny | Mistyka i miłość | Mitologia osobista | Mitologia świata | Miłość | Miłość bliźniego | Miłość nie zawsze szczęśliwa | Miś Uszatek | Moc rytuałów | Monada nie ma okien | Mowa potoczna | Mowa ptaków | Mowa serca | Moze ktoś zrozumie, co teraz czuję | Może ktoś się ucieszy? | Może ktoś zrozumie, co teraz czuję | Może to trochę zbyt uszczypliwe | Musicology | Muza lekkich obyczjów | Muzyka przywraca ład serca | Myszoterapia dr Nezumi | Myśli prostego człowieka | Mądrość Natury | Mądrość jak z gazety | Mądrość narodów | Młot na faryzeuszy i hipokrytów | Męstwo bycia | Mówił sen do snu | NIe ma na świecie dwóch takich samych liści, ni kropel deszczu | Na jawie (lecz to, co niejawne pozstaje) | Na stos rzuciliśmy szcześcia los | Na stos rzuciliśmy szczęścia los | Na szczytach hipokryzji | Na zdrowie! | Nad piekną rzeką | Najokrutniejsze zwierzę | Najsłodsza tajemnica | Narastająca senność | Nic dzisiaj ciekawego nie napisałem | Nicość | Nie am dwóch takich samych liści, ni kropel wody | Nie bój się - najwyżej cię rozstrzelają! | Nie czas żałować burz, gdy płoną oczy | Nie czas żąłować burz, gdy płoną oczy | Nie każde szczere złoto jest szczerozłote | Nie ma na świecie dwóch takich samych liści ani kropel wody | Nie ma na świecie dwóćh atkich samych liści lub kropel deszczu | Nie ma takiego smutnego, co by na wesołe nie wyszło | Nie ma zazdrości bez miłości | Nie oddamy nawet guzika | Nie tylko dzielenie włosa na czworo | Nie wiem, ja w ogóle nie myślę | Nie zabijaj! | Nie zabijajcie drzew! | Nie zawsze urocza dzecinada | Niebiańskie szczyty głupoty | Niech pani będzie dzielna! | Niech zapłaczą na moim pogrzebie | Nieco drapieżny wpis | Niekoniecznie ptasi móżdżek | Nienawiść bliźniego | Nieosobiście | Nieprzesłane przesłanie | Niestworzone rzeczy | Nieszkodliwe głupotki | Niewczesna melancholia melomana | Niewczesne rozważania | Niewielka profanacja | Niewielkie przekłamanie | Niskolotnie | No No! Teatr No | No comments! | No no! | Nowa poezja lingwistyczna | Nędzne kabareciarstwo | O Leonardo, po cóż się tak trudzisz? | O dzieleniu włosa na czworo, czyli metodzie scholastycznej | O dzieleniu włosa na czworo, czyli o metodzie scholastycznej | Obciachy | Obscenia i parafrenalia | Obsesja dobrego biustu | Ojej! | Oko w oko z zębem mądrości | Okropieństwa | Okruchy odgrzebane z lawy | Okruchy życia wygrzebane zlawy | Okruchy życia wygrzebane z lawy | Okrutna losu ironia | Orientuj się na orient | Owczarek | Owczarki afgańskie | Owocożerni | PL jak piekło | PO PiS | POeci wszystkich krajów dzielcie się | Pan Tadeusz | Panie pośle, po chrześcijańsku panu wybaczam | Pańska satyra polityczna jest niegramatyczna | Pendant do pewnego przypisu | Perlikowski | Pewna elastyczność zasad | Pewne jak w banku | Piorunujący piorun! | Po owocach poznacie ich! | Po upadku | Pobożne życzenia | Podpatrywanie Natury | Podroby i inne podróbki | Pokolenie Kainowe | Pokorne ciele | Pokorne cielę | Pokusa | Polak potrafi | Polak potrafi! | Politolog i Politowska | Politycznie niepoprawne! | Polonica | Polonika rycerskie | Polucje i ablucje | Pomarańcze i mandarynki | Pomarznąć dobra rzecz | Pomarznąć dobra rzecz! | Pomoc psychologiczna | Poranna kawka z Kafką | Porąbane marzenia | Potężne i głębokie warstwy pierwotnego mitu | Powieść brukowa | Powszechna życzliwość | Powtórka z cynizmu | Poznaj samego siebie | Prawda | Prawda jest jedna i piękna, ale złożona | Prawda popłaca | Prawdziwa metropolia | Prawi i sprawiedliwi | Prawiezmartwychpowstanie | Prawiezmarwtychpowstanie | Prognoza pogody | Pruski smutek | Przecież cię zjem! | Przedagonalny polski agon | Przegląd sportowy | Przeinaczenia | Przez pychę do pokory | Przeżyjesz to, a pote już tylko grób | Przeżyjesz to, a potem już tylko grób! | Przminęło z wiatrem | Prztyczek | Psiapowiednia Majów | Psubrat | Pustka | Pytanie dość retoryczne | Raczej to nie będzie hit | Radosne gonitwy śnieżnych tygrysów | Radość wędrowania | Rejterada Rejtana | Religie nauczą cie pokory | Res Sacra Pecunia | Romans z pop kulturą | Roots, Rock, Reggae | Rozkosze reinkarnacji | Rozmowa nie na telefon | Rozpacz | Rozpacz na wieki wieków | Rozpacz, która podpełza pod gardło | Ruch i świeże powietrze... | Rybołówstwo cudzołożnika | Rycerz pokalany | Samokrytyka | Samotność egzystencjalna | Sekrety pewnego domu handlowego | Seraphic Flames and Heavenly Love | Siedź na dupie i potakuj! | Somatyka | Somatyka logiczna | Spełniona przepowiednia | Spleśniały ser | Sponsorem tej opowieści jest wydawnictwo Błękitny Wieloryb | Sport to zdrowie | Spowiedź morskiego wilka | Stary Sącz i Nowy Sącz | Stary mafioso | Stołeczne stołki | Stratyfikacja społeczna | Suma sumarum | Sumienie rachunku | Sweet Music and Poetry | Sygnały podprogowe | Szalchetne zdrowie | Szczęśliwa pomyłka | Szekspir do żadnej nie należy epoki | Szkarady | Szlachetna gravitas | Szlachetne zdrowie | Słodycze grafomanii | Słówka | Słówko do słówka, a uzbiera się sówka | Tadeusz Bój Jeleński | Taia chińska podróbka | Takie będą rzeczpospolite jakie tego blogu chowanie | Takie tam, pierdoły | Talking Heads | Tania chińska podróbka | Tatiana | Teorie świata nauki | Terapeutyczie | Terapeutycznie | Thames | The Doors. Uchylone drzwi | The Lion cub | The fruit of beauty and despair | To na pewno nie Lec | To nie żadna filozofia | Tragiczne pożegnania | Transformacja duchowa | Trudna sztuka dialogu | Trudno czasmi coś sklecić | Trzylogia | Trója z polskiego | Twarda rzeczywistość | Ty mi tutaj nie filozuj | Tygrysologia stosowana | Tysiac i jeden ptaków | Tysiąc i jeden kotów | Tysiąc i jeden ptaków | Tysiąc różowych kroliczków | Tęsknica | Tęsknota duchowa | Ubekistan | Ucone księgi | Uczeni ludożercy | Uderzenia losu | Uduchowienie | Umrzeć z miłości | Upadek Pierwszego Człowieka | Uroczy wegetarianin | Uszczelnienie systemu podatkowego | Utrata uzębienia | W czym mogę panu pomóc? | Wciąz powtarza się ta sama historia | Wciąż powtarza się ta sama historia | Wdzieczna muzyka przywraca ład serca | Wesola grafomania z morałem | Wiecej broi dla szaleńców w Teksasie | Wieczne powroty | Wiedza radosna | Wielka wygrana | Wielomówstwo, czyli plaga opowiadania | Wierzba płacząca | Wiosny i jesienie | Witch | Więcej broni dla szaleńców w Teksasie | Wojna totalna | Wpis o kształcie piramidy | Wprowadzenie do kruczków prawnych | Wrzucam wszystko do kosza | Wrzątek | Wspomneinei pewnego wspomnienia | Wspomnienie pewnego wspomnienia | Wspomnienie pewnego wspomnienia | Współczesny filister | Wszystkie rybki | Wszystko na A | Wszystko na sprzedarz | Wszystko na sprzedaż | Wygrana | Węzłowato | Wólka Węglowa | Xin Lu, typowa brunetka o granatowych oczach | Z Nietzschego nic nie powstaje | Z księgi wulgaryzmów | Z rupieciarni myśli | Zaczarowany świat zen | Zanim mnie wrzucą do dołu | Zapowiedź Apokalipsy | Zaraz wracam! | Zasada domniemanej winy | Zaskroniec | Zastał Polskę drewnianą... | Zatrzaśnięte drzwi | Zbaw mie Buddo Amido | Zbaw mnie, Buddo Amido | Zdrowy egoizm | Zegar dziejów | Zestrzelenie księżyca | Zginął z rąk słabej kobiety | Zima się nas nie ima | Zjawiskowe | Znak jaskółki | Zrozumieć wartość tego, co nieużyteczne | Zuch zawsze ochoczy! | Zwierzęta pod postacią ludzi | Zwyciestwo konsumpcjonizmu | Ząb mądrości | ie zabijajcie drzew! | ieosobiście | kosmos | Łagodne prawo, ale prawo | Łagodność tygrysa | Śmiechotki, chichotki | Śmiertelna powaga | Śmierć | Światełko w mroku | Świętość, wziętość, nadętość | Życie jest tragiczne | Życie samo | Życzliwe spojrzenia na całość ogródka | Żyć, nie umierać
RSS
środa, 31 lipca 2013

              "...Poczuł się, jakby zanurkował w lodowatej wodzie. Wzdrygał się nerwowo. Deszcz bębnił w amado, stukające i wykrzywiające się pod naporem wiatru. Nie mógł zasnąć; tej nocy wołał czuwać. Ogień płonął w hibachi. Podszedł do szafki, aby sięgnąć herbatę. Otworzywszy ją, odskoczył natychmiast w tył z okrzykiem strachu. Przypadł do ściany trzęsąc się i dygocząc na całym ciele. 

              - Namu myoho renge kyo! Namu myoho remge kyo! - nawet jeden znak, jakim zapisywano tę cudowną mantrę, zapewniał przebaczenie i opiekę wierzącemu w raj Amidy, do której Myozenowi bynajmniej nie było śpieszno. 

             Dygocząc jak w febrze śledził z napięciem zwierzę, które pomknęło wzdłuż ściany, by rozpłynąć się w mroku. Dopiero wtedy wzruszył ramionami ze znużeniem. Szczur wystraszył go tak, że niemal postradał zmysły"

             ("Yotsuya Kaidan. Opowieść o duchu z Yotsui")

             Czy nie tak starałem się budować nastrój grozy w moich japońskich opowieściach?  Za chwilę ktoś się będzie dobijał do drzwi wystraszonego już i tak Myozena.  To najbardziej znana z japońskich opowieści grozy.  Lubię ten gatunek (podobnie jak reżyserzy filmowi).

             To ostatni, spóźniony wpis...Zaczyna już robić się trochę widno, ale owo poczucie grozy wciąż pozostaje.  Japończycy opowiadali sobie takie historie po zmroku przy blasku stu świec. Po każdej opowieści gaszono jedną z nich. Robiło się więc coraz ciemniej, a przy ostatniej świecy zjawiał się on - Duch... 

             To uczucie grozy jest przyjemne właśnie przez swoje wyszukanie.  Gdyby opowiedzieć jakąś realną historię, która zmienia nagle ludzkie życie w koszmar, to nie potrafilibyśmy uchwycić przejścia między tym, co realne a tym, co nierzeczywiste.  Tak straszeni być jednak nie lubimy, bo to otwiera drogę do psychozy.  Takie historie zdarzają się niestety każdego dnia (i każdej nocy).  A kto życie choć trochę poznał, już się im nie dziwi.                             

                                               Być, albo nie być? Nie nowe pytanie,

                                               Lecz, aby odpowiedzieć na nie,

                                               Starczy jedno zdanie, więc rzeknę: "Nie być!"

                                               ...I nic się nie stanie...

                                               Bo moje życie nie jest już działaniem.

                                               A gdybym tak rzekł - "Być!"

                                               Z rozpaczy chyba musiałbym wyć,

                                               Jak łoś lub jeleń,

                                               Lub któreś z ich wcieleń.

                                               Lecz nie wyć wolę!  

                                               I waham się chętnie, 

                                               Zamiast dylemat błogi przyjąć obojętnie.

                                               Nie chcę być jednym z tamtych manekinów,

                                               O którym powie ktoś: "Oto człowiek czynu!"

                                              

 

 

 

 

                                              

                Autor - Anonim z II wieku n. e.  Prawdopodobnie żył w czasach Marka Aureliusza lub jego syna Kommodusa. 

            "Kleopatra:   Nosie, mój nosie, a i Ty Minosie, wiedźcie i pamiętajcie,

                               I mnie i Antoniusza z radością witajcie...

                               Choć będzie i Cezar!

             Kapłan Boga Ra:  "Przestrzegam panią i oświadczam ninie,

                                        Że i Antoniusz przeminie,

                                        Ważny twój nos, o Pani,

                                        Nie potrzebujesz tych drani!

                                        Jak powiedziało sie

                                        Możesz ich mieć w nosie".        

             Kleopatra:  "To, że mi kadzisz, kapłanie, wcale mi nie wadzi,

                               Lecz może na trudności me Bóg twój coś poradzi?"

             Kapłan (odchodząc):  "Nie mogę rzec nic więcej niż ta stopa pod kilem,

                                              Wobec przewagi wroga odpływam w dół Nilem". 

             Kleopatra:  "Żałuję bardzo - byłam taka miła.

                               Szkoda, żem ciebie wcześniej jednak nie zabiła.

                               Teraz za późno przecie, no i deszcz spadł właśnie.

                               Chyba już Kleopatra tej nocy nie zaśnie.

                               Pędzę do łoża, choć nie całkiem goła,

                               Może mnie dziś zwycięzca zadowolić zdoła".

            Krokodyl: "Śpieszę ci donieść, byś nie zdechła z nudów, 

                             Że Cezar dość ma już wojennych trudów.

                             I z Antoniuszem świat chce swój podzielić.

                             A Tobą się na poły z Cezarem podzielić".

           Kleopatra:  "Patrzę ja na to z wielkiego ukosa,

                             Bo chociaż jestem biedna, królowa i bosa.

                             To chcę być całą, a nie podzieloną,

                             Więc rzecz uważam całą za skończoną..."

                             (Akt III, scena przedostatnia)

          Niestety ten tylko fragment tragedii zachował się do naszych czasów w stanie nieuszkodzonym w marmurów kraju...        

 

 

         Kiedy ptak zbyt wysoko się unosi - czytamy w komentarzu do "I Ching" - to wpadnie w końcu w sidła.  Chodzi tu o sytuację, w której ktoś nie wyznacza sobie żadnych granic, trochę jak Ikar...Z drugiej strony Zhunagzi obrał wzlot ogromnego ptaka za metaforę życia kontemplacyjnego.  Wcale nie chodzi o to, aby odrywać się od ziemi w sensie porzucania zasad rozumu, lecz aby wznosić się w górę dzięki sile wyobraźni i kontemplacji. Stan ten nazywa Zhuangzi "beztroską wędrówką".  W tekście Zhuangzi dwa inne ptaki wyśmiewają się z tego ogromnego ptaka, ponieważ same nie potrafią wznieść się tak wysoko.  Jednak on się z nich nie wyśmiewa - ponieważ wie, że każdy ptak jest inny, ma swoje własne potrzeby i swe własne szczęście i nie ma w nim cienia zarozumialstwa.  Ot, leci sobie gdzieś, ale nie patrzy na innych z góry! 

        Oczywiście nie uszło uwadze chińskich myślicieli, że bywa i tak, że kogut lub inny nisko latający ptak, chciałby wznieść się wysoko i zwykle kończy się to żałośnie.  Macha skrzydłami, jednak wznieść się do nieba nie potrafi, chociaż przed chwilą piał nad sobą z zachwytu.  Im wcześniej sobie przypomni o tym, ze jest tylko kogutem, tym dla niego lepiej, ponieważ na byciu sobą polega jego szczęście.  Ale chodzi też o to, aby nie tracić kontaktu z rzeczywistością.  Ktoś z ludzi Zachodu napisał kiedyś bodajże: "Że trzeba mocno chodzić po ziemi, aby móc wznieść się w chmury".        

        A jak to jest w odniesieniu do ludzi?  Zupełnie tak samo.  Z tą może różnicą, że wolno nam jednak marzyć o lataniu, tak jak wolno nam marzyć o wolności - o nieograniczonej swobodzie istnienia.  Mnie na przykład dość często śni się taki sen - że latam gdzieś sobie wysoko w górze, poza zasięgiem ludzkich trosk i spraw, poza czasem i przestrzenią. Chętnie też marzę na jawie.  A kiedy zajmuję się czymś, co całkowicie mnie pochłania - na przykład słuchaniem muzyki, oglądaniem kwitnących roślin lub zgłębianiem sensu jakiejś głębokiej myśli, czy nawet podpatrywaniem mojej koteczki, to zapominam o sobie i o swoim  ograniczonym punkcie widzenia.  Nagle okazuje się, że to, co namiętnie przeżywałem lub konstruowałem z abstrakcyjnych myśli, myśli z którymi się "biłem", uczucia, które pętały moją wyobraźnię, ludzie z którymi się o coś spierałem, przestaje być dla mnie rzeczywiste i ta chwila uwolnienia odświeża mój umysł, dzięki czemu mogę spojrzeć na świat świeżym wzrokiem i odczuć, czym jest miłość, zaciekawienie i radość.  Za chwilę oczywiście wszystko to powróci, ale nie będę już tak temu ufał - bo zobaczyłem, że świat wygląda inaczej.

        Oczywiście kontemplacja ma swój czas.  Podobno Tales patrząc w gwiazdy wpadł do studni...Trudno byłoby ją też polecać żołnierzowi, który uczestniczy w bitwie lub pilotowi samolotu.  Przypomina mi się czasem taki obrazek z frontu i z rosyjskiego filmu.  Żołnierz patrzy bezradnie w niebo, a z góry bez przerwy lecą bomby i rozrywają się o parę kroków od niego.  Żołnierz przywiera do ziemi i modli się.  Jest zupełnie sam, bo wszyscy jego koledzy już zginęli...Czujemy bezmiar jego bezradnej rozpaczy i przypadkowość ufności...

        Te kilka naiwnych uwag o życiu wypowiadam nie bez pewnego przekonania.  Nie boję się posądzenia o naiwność, bo taki lęk prowadzi czasami do nadmiernego sceptycyzmu i utraty wiary.    

wtorek, 30 lipca 2013

            Nie jest zatrute złą myślą i nie podrzucam go tu w celach dwuznacznych...

            "Nie przytyje się od jednego kęsa.  Nie przejdzie się jednym krokiem do nieba".

            W niektórych "klasztorach" zen każdy mnich zostawia tzw. głodnym duchom (które tułają się po świecie) pięć ziarenek ryżu.  Może jednak jakaś ludzka istota, która duchem nie jest, a potrzebuje duchowego pokarmu, odnajdzie to ziarenko i się nim pokrzepi. 

             Spodobało mi się kilka powiedzeń chińskich z książeczki, którą ułożył Marcin Łochowski.

             "Usta są jak topór raniący człowieka, język jest jak nóż kaleczący jego ciało"

             (...Można by do tego dodać słowa pieśni Czesława - "Cześka" - Niemena:

             "I nieraz jest tak, że ktoś słowem złym zabija, tak jak nożem", wraz z jego optymistyczną wiarą:

             "Lecz ludzi dobrej woli jest więcej i mocno wierzę w to, że ten świat nie zginie nigdy dzięki nim...

             oraz moralnym apelem: "Nadszedł już czas, najwyższy czas, nienawiść zdusić w sobie").    

            

              "Racja nie zależy od siły głosu".  (Każdy o tym czasami trochę zapomina...)

             

               "Nadmiar oleju nie psuje potrawy.

               Nadmiar grzeczności nie zraża ludzi"

               (To czasami trudna prawda, ale prawda)

 

               "Kogo ukąsi wąż, ten przez dziesięć lat będzie drżeć na widok studziennego sznura" (Nic dodać, nic ująć - oprócz, oczywiście, węża)

               "Zbyt wielu weterynarzy zaleczy byka na śmierć".  (Ja już, na szczęście, jestem prawie wyleczony!)

               "Jeśli mnich nie postraszy diabłem, w jego worku nie będzie ryżu". (W kwestii istnienia diabła nie mogę się wypowiadać. Istnieją jednak ludzie demoniczni) 

               "Nie trzeba się bać silnego, słabego nie wolno uciskać"  (Każdy kto czytał "Ucieczkę od wolności" Fromma wie, że to największy chyba problem moralny).

               Niektóre z tych powiedzeń, to prostu przysłowia.  Ktoś kiedyś napisał przekornie, że "przysłowia są głupotą narodów".  Ale biorąc pod uwagę te - Chińczycy chyba nie są jako naród tacy głupi!  

              

        Mój kot obudził się z drzemki...Ja zaś nie bez pewnego smutku myślę o tym, do czego doprowadziło mnie pisanie tego blogu.  Jestem przekonany, że w powodzi innych, napisałem tu sporo dobrych tekstów i że nie są one "pisane z górnego C", ani "ckliwe", choć mogą tak czasami zabrzmieć, ani nie są jedynie wyrazem mojej "alienacji".  Mam wrażenie (mam nadzieję, że jest to tylko wrażenie), że ostatnie komentarze w ogóle nie dotyczyły moich tekstów, a tego jaki jestem jako osoba i żebym przypadkiem nie wyobrażał sobie, że coś mądrego mam do powiedzenia, a moje poczucie humoru nie jest żałosne. Owszem, gdyby to ktoś inny wypowiadał te same słowa - to może byłyby one i mądre...Nie dziwię się wcale, że brakuje mi twórczej charyzmy, a jako nikomu nie znany autor powinienem raczej ukryć się przed ludzkim wzrokiem i sprawiać wrażenie martwego owada, którego łatwo uprzątnąć - byle sobie tylko nie zaszkodzić...Można dowartościowywać się i w ten sposób, jak ktoś chce - chociaż jestem przekonany, że przynajmniej jedna z osób tak krytycznie nastawionych do tego, co tutaj piszę, dowartościowania żadnego nie potrzebuje.  Na pewno nie należy być przewrażliwionym na krytykę i niesłuszne jest przyjmowanie z góry, że krytykujący nie ma dobrych intencji. Poza tym jest też człowiekiem i może ulec błędnemu wrażeniu lub nie widzieć czegoś dostatecznie jasno.  Jest to też czasami kwestia zbyt wysokich oczekiwań, innego rodzaju wrażliwości lub systemu wartości.  Nie każdy więc musi (na szczęście) lubić lub cenić to, co robię i na tym blogu, i poza nim. Z doświadczenia recenzenta (muzycznego) wiem, ze pewne rzeczy w sposób odruchowy nas irytują i po prostu ich nie lubimy.  Obiektywizm polega jednak na tym, że potrafimy dostrzec coś cennego nawet w utworach, czy interpretacjach, których, mówiąc delikatnie, nie akceptujemy.  Niewiele się tutaj przedostaje z tego, czym zajmuje się zawodowo - nie z powodu ubóstwa myśli, ale dlatego, że takie było przyjęte przeze mnie założenie - Pisać dla ludzi, których myślenie nie jest zdeterminowane przez przynależność środowiskową lub pewien, określony przez zawód typ myślenia...Czasami piszę je dla kilku najbliższych lub znanych mi osób, a czasami dla kogoś nieokreślonego... 

       Można teraz zapytać skąd tak poważny komentarz do tak jednodniowej i z natury rzeczy czasami lekkiej twórczości? ...Przecież jest oczywiste, że gdybym wydawał książkę z moimi tekstami, to większość tych, które tutaj piszę musiałbym uznać za "odrzuty" lub "nadprodukcję". Jest to więc jak gdyby mój brudnopis, co nie znaczy, że teksty które tu można przeczytać są "brudne".  Nie służą one również kreowaniu jakiegoś mojego wizerunku. Kiedy pojawiam się tu jako rzeczywista postać, to zwykle towarzyszy temu autoironia - choć zdarza się czasami, że to co piszę stanowi wyraz moich na tyle ugruntowanych poczuć i przeżyć, ze przybiera poważny ton.  Jak już kiedyś tu napisałem - moja "pisarska" metoda jest taka: Pisać jak najwięcej, a potem wybierać z tego, to co sam uznaję za właściwy wyraz moich przeżyć lub życiowej postawy.   Metoda ta jest trochę ryzykowna, bo, jak pisał w jednej ze swych bajek Leonardo, gdy strumień naniesie zbyt wiele kamieni, to może zmienić swe koryto.  Ale z doświadczenia wiem, że nadmiar kontroli i autocenzury często bardzo szkodzi i że poezję można - jak ktoś powiedział - przez zbyt częste poprawianie zastraszyć, jak "uczniaka"...Że nie o samą poezję chodzi nie trudno się zorientować. 

       A teraz pytanie - po co właściwie psuć wizerunek własnej osoby przez taką "pisaninę"?  Niestety, wydaje mi się, że żyjemy w czasach, w których wizerunek stał się ważniejszy, od tego, kim naprawdę jesteśmy lub od naszego życiowego powołania (było tak też w czasach Schopenhauera, który o tym kiedyś pisał).  Każdy chce za kogoś uchodzić i odgrywać jakaś ważną rolę - od babki klozetowej do profesora i ministra.  A przecież, niezależnie od przyjmowanych ról, jesteśmy przede wszystkim ludźmi i o taki właśnie "ludzki" (choć, oczywiście nie zawsze osobisty) kontakt nam chodzi.  Oczywiście babka klozetowa ma prawo oceniać swoich klientów, ze względu na poziom ich kultury, zużycie papieru lub towarzyskość, a profesor ma prawo być wyczulony na intelektualną tandetę lub miałkość.  Problem zaczyna się wtedy, kiedy owa kobieta opuszcza swoją domenę, a profesor katedrę i stają się oni bywalcami innych miejsc.  Nie piszę tego po to, żeby obrażać profesora (babka doskonale sobie poradzi), ale żeby zwrócić uwagę na rzecz oczywistą - wielość odgrywanych przez nas ról, ograniczoność naszych kompetencji, itd.  Kiedyś zadomowiłem się tak w pewnej księgarni, że zacząłem tam zbłąkanym klientom polecać towar i czasami łatwiej było mi go znaleźć na półce niż pracownikowi, który jednak trochę czasu spędzał gdzie indziej.  Skończyło się to dość tragicznie.    

       Ale jest i pytanie istotniejsze, jakie można postawić każdemu autorowi, pytanie, czy szanuje on czytelnika?  Jestem przekonany, że mimo przyjęcia owej ryzykownej "metody" - szanuję go nie mniej niż inni poważni autorzy.  Zwykle jednak tomiki z "odrzutami" wydają poeci sławni, których czyta się z pewnym oczekiwaniem i którzy tego oczekiwania nie mogą zawieść, bo jakżeby Szymborska miała nie być Szymborską, Różewicz Różewiczem, a Profesor Kołakowski lub Gadacz, Profesorem Kołakowskim lub Gadaczem (celowo podaję tu przykłady autorów, których twórczość cenię).  Zachowując oczywiście odpowiednie (czasami "megagalaktyczne") proporcje, które są wyrazem psychicznego zdrowia, mogę powiedzieć, że kłopot z autorem tego blogu polega na tym, że jak dotąd był zupełnie nieznany.  Stąd być może czasami lęk i obawa, że znanym się stanie i popsuje komuś dobry gust.  

      A teraz chciałbym posłużyć się przykładem mojego tekstu "Miasto Kartezjańskie".  Czytelnik mógłby, chociaż nie powinien, odnieść wrażenie, że autor nie ma szacunku dla Kartezjusza lub zgoła go nie zna.  Chciałbym w związku z tym powiedzieć, że "Medytacje..." Kartezjusza pochłonęły mnie kiedyś tak dalece, że nie mogąc ich wypożyczyć z biblioteki, przepisałem je na swojej maszynie (dość długo nią się posługiwałem także w epoce komputerowej)...Mimo to mój tekst, choć mało precyzyjny w szczegółach i nieco zwodniczy, nie jest całkiem bez sensu.  Nie jest jedynie publicystycznym ekscesem, lecz pewną intelektualną prowokacją...Bardzo bym chciał, aby tego rodzaju prowokacje odróżniać od prowokacji osobistych...Zdarza mi się napisać limeryk lub pamflet, ale wówczas forma i kontekst, w jakim tekst się pojawia, nie pozostawia złudzeń, co do tego, że taki właśnie te teksty mają charakter i że nie pretendują do tego, aby być obiektywną prawdą o jakimś człowieku lub o jego życiowej działalności.  

     Hola, hola, drogi autorze, czyś się przypadkiem nie zagalopował?  Jeśli tak, to na pewno nie tak daleko, abym nie mógł zawrócić...

       

 

 

          Wieczór spędziłem z bliskimi mi osobami.  Moja mama zwykle źle znosi upały, ale dzisiaj nie było najgorzej.  Jednak wcześniej niż zwykle musiała położyć się spać...I ja też czułem się bardzo zmęczony i senny.  Udało mi się jednak, zanim jeszcze odwiedziłem mamę, zajrzeć do innej bliskiej mi osoby.   Jest zmęczona pracą, ale w te upały trochę już "nie daje rady".  Zrobiłem kilka zdjęć, chociaż jak zawsze broniła się przed tym. I dowiedziałem się, że codziennie modli się za mnie.  Na szczęście na spacerze wiał już trochę wiatr i upał zelżał, a pozostałość łąki sprawia tutaj nawet wrażenie pewnej dzikości.  Niewiele jest teraz takich miejsc w środku miasta.

          Trzecią osobą była Mitsuko.  Pobiła dzisiaj rekord świata w spaniu - podnosiła na chwilę głowę, ale trudno jej było otworzyć nawet jedno oko.  Zrobiłem jej kilka rozkosznych zdjęć, ale martwiłem się, że będąc w takim futrze, nie pije wody.  Doglądałem jej jak nigdy, bo ma już początki rujki.   

           To wrażenie bliskości zostało trochę jednak nadwątlone przez moją obojętność wobec pozostałych czujących istot. Przed sklepem, w którym wieczorem coś kupuję, zostałem już chyba po raz czwarty zaczepiony przez kogoś, kto prosił mnie o pieniądze.  Ten człowiek był naprawdę bardzo biedny...Nie miałem drobnych i obiecał zaczekać na mnie pod sklepem, ale zniknął.   Był po prostu głodny. Tłumaczył mi szczerze, że nie potrafi kraść i miałem wrażenie, że mówi to po raz pierwszy, że się jeszcze tego nie wyuczył - wyglądał na zawstydzonego...Nie wiem, dlaczego ogarnęła mnie jakaś rozpacz.  W sklepie byłem nie dłużej niż trzy minuty. Chciał pieniędzy na zupę, a ja nie chciałem mu ich dać więcej niż ta zupa kosztuje...

           Poprzednie osoby, które potrzebowały wsparcia mówiły o tym tak, jakby drobiazgiem było dla mnie kupienie im obiadu lub jakbym nie potrafił się wczuć w to, że potrzebują się napić...Zwykle alkoholicy starają się być wyjątkowo grzeczni i swoją prośbę o "symboliczną złotówkę" ubierają w wytworne słowa.  Ten prosił mnie o cztery złote.  A kiedy mu odmówiłem uznał, że jestem bezczelnym hipokrytą. 

           Mam znajomego, który na brak pieniędzy nie narzeka, ale jednak bardzo złości się na tych ludzi - nie dlatego, że ich potępia, ale dlatego, że uważa nawyk dobroczynności za usprawiedliwienie braku troski o biednych ze strony powołanych do tego instytucji.  To przez to dawanie państwo nie poczuwa się, jego zdaniem, wobec nich do żadnego obowiązku.  Zły był nawet na mnie, kiedy coś przy nim dałem, chociaż to człowiek poczciwy - więc złościł się dla samej zasady i...oczywiście pouczył potrzebującego.   

          Kiedyś Profesor Ija Lazari- Pawłowska napisała piękny tekst o kręgach ludzkiej wspólnoty.  Poczucie bliskości innych ludzi, czy innych czujących istot jest wyraźnie stopniowalne, jednak należy je rozszerzać.  Jest to, Jej zdaniem, wymóg dość elementarnej wrażliwości moralnej...Ale rozszerzanie tej wrażliwości w warunkach - nazwijmy to - miejskich, jest czasami trudne.  Wiele osób - a wśród nich także i ja - zarabia o wiele mniej niż wynosi wyliczona niedawno przez kogoś statystyczna pensja zawodowego żebraka w Warszawie.  Oczywiście łatwo powiedzieć "zawodowy żebrak"...

          Żebrzący przed Mac Donaldem staruszek, żywi się właśnie tam i naprawdę sporo musi wydać na jedzenie, które nie przynosi mu zdrowia.  Często pyta mnie o moją mamę...A najbardziej wzruszył mnie radą, gdzie mogę sobie kupić tani telewizor.  Zwykle jest pogodny i zajmuje się podtrzymywaniem mnie na duchu (kiedy jestem czegoś markotny), ale kiedy pogoda (na zewnątrz) zbytnio mu dokuczy, popada w nastrój resentymentu i opowiada o tym, jak to Bujak zarobił na rewolucji w Polsce miliony, których nie ma nawet komu zostawić.  Słyszałem to już od niego kilka razy przez ostatnie dziesięć lat, odkąd go spotykam. I zawsze mam mu trochę za złe, że On, człowiek, który uczy mnie pokory (chociaż nie nauczę się jej chyba nigdy) zaczyna się złościć.  Ale dla tego człowieka, który naprawdę lubi się myć, problemem był do niedawna dostęp do czystej wody i noclegowego miejsca.  Przy okazji twierdzi, że trochę inaczej wyobrażał sobie solidarność.  Rozumiem to, bo sam powiedziałem niedawno, że "Solidarność w Polsce wywalczyła w sposób paradoksalny prawo do braku wszelkiej solidarności" - powiedziałem to jednak nie publicznie, lecz prawie na ucho obchodzącemu jubileusz Profesorowi, kiedy zostaliśmy na chwilę sami.  Zgodził się ze mną...Ale jakie w tym pocieszenie...

                           

 

     

poniedziałek, 29 lipca 2013

              Na stronie "Gazety" odnalazłem przed chwilą wywiad z Olgą Kołakowską, która przestrzega przed kleszczami:

              "Czy preparaty odstraszające są skuteczne?

              - Z tym jest różnie. Trzeba jednak pamiętać, że jeśli kleszcz już napił się krwi, ale nie jest jeszcze najedzony i został oderwany od żywiciela, to jest bardzo zdeterminowany, żeby dokończyć żerowanie. Wtedy właśnie żadne środki ochronne go nie powstrzymają.  Takie kleszcze żerują nawet na sobie nawzajem".   

              Jak widać natura nie zawsze jest piękna, ale czy wobec tego nie warto chodzić do lasu, parku czy na łąkę? 

                 "Ludzie z poczuciem humoru są zawsze ludźmi w jakiś sposób genialnymi; dowcipnisie rzadko są genialni..."

      "Prawda jest zacnym psem; ale niechże się strzeże, by nie szczekać zbyt blisko pięt kłamstwa, aby ono kopnięciem nie wybiło jej mózgu z głowy".

                 "Chińczycy nazywają monsun trąbą powietrzną; kiedy jest zaś nadzwyczaj gwałtowny - słoniem.  Świetny to obraz - oszalały, zraniony słoń wojenny".

                 "W zamglonym świetle Londyn wydawał się zbiorowiskiem grobowców, pośród których tłumy duchów się snuły".   

                 "Istnieje pewien rodzaj aplauzu prawie nie mniej istotny dla artysty - czy to poety, czy muzyka, czy malarza - niż ciepło wiosenne dla skrzydlatych śpiewaków w porze budowy gniazd albo w porze wylęgu - mianowicie sympatia, wyraźnie wypowiedziana nadzieja, będąca swobodnym powietrzem, którym poeta oddycha..."                  

                 Dobrze się czuję w towarzystwie tego poety.  Może dlatego, że miał on szczególny dar ukazywania w zwięzłej formie rzeczy o wielkim poetyckim ładunku, a jednak całkiem realnych.  A także przez jego odrzucenie wszelkiego fałszu. 

                Ależ za kogo on siebie uważa? - mógłby ktoś zapytać - I czy sam nie mówi często rzeczy sztucznych i przypadkowych, a więc zabijających prawdziwą poezję?  Z pewnością często tak jest.  Ale wielkość tego poety i moja własna małość, doskonale idą ze sobą w parze - żadne z nas nie przyśpiesza i nie pozostawia drugiego w tyle...Przechadzając się czasem po Elizjum z poetami i słuchając tego, co mówią (taka jest moja wizja Elizjum), czuję się czasami pozostawiony w tyle lub wyrywam się do przodu...Tu nie mam takiego wrażenia.  

                "Spróbuj spojrzeć na ludzkość jako na zbiorowisko dzieci. Kochamy dzieci, bo są piękne i szczęśliwe; wiemy, że łakociami, zabawką zdobywamy ich maleńką miłość, a za chwilę już się na nas krzywią. A przecież się nie obrażamy".     

                "Chleb udręki wilżę wodą przeciwności".

                "Wąsy ostu i puch mlecza unosiły się, jak życie, pośród samotnych gór. Ujrzałem je spoza drzew: muskały powierzchnię jeziora jak jaskółki".

                Nie będę jednak przepisywał tutaj wszystkiego, a najbardziej ulubione z moich aforyzmów ukryję przez nieżyczliwym okiem.  Każdy przecież i tak może sam tam zajrzeć i pobyć trochę w cieniu wielkiego poety, bez potrzeby natykania się na żadna inną żywą istotę.  Wielkie duchy przechadzają się zwykle w skupionym spokoju, ponieważ nic już ich nie trapi.  Żywi ludzie mają swoje drobne i wielkie udręki...                 

                Jedną z przyjemniejszych rzeczy w moim życiu była możliwość poznania Zygmunta Kubiaka, tłumacza tych aforyzmów, który gorąco zachęcał mnie do wydania tomiku poezji Zhuangzi (Czuang-tsy) z moim wstępem.  Byłem szczęśliwy, że zna Zhuangzi i że potrafił z pamięci zacytować piękny fragment o motylu.  To do niego także mógłbym odnieść słowa Coleridge' a:

                "Im bardziej wyszukany i delikatny jest kwiat radości, tym czulsza powinna być ręka, która go zrywa".

 

         Połączę teraz słonia z fenomenologią w jeden wpis.  Pan Kaligula w tak doskonały podobno sposób potrafił imitować mój styl (czy raczej brak wszelkiego stylu), że Pan Robin, nie zauważając, że Pan Kaligula wyszydza mnie nieustannie, strasząc od czasu do czasu i zarzuca mi deprawację czytelników oraz pragnie, jak sam to zadeklarował, zniechęcić mnie do pisania w internecie, utożsamił mnie z nim...A ja, niestety, utożsamiłem Pana Robina z Panem Kaligulą.  Pan Robin łagodniej jednak ocenia moją twórczość, uznając ją za grafomanię megalomana, a może nawet "czubka", który nie potrafi uważnie czytać innych (wpisów Kaliguli).  Przyznaję, że cieszę się, że w ten sposób wszystko się wyjaśniło - łącznie z podejrzeniami Pana Kaliguli, że realne, komentujące moje wpisy osoby - to ja sam...

        Obaj moi mili goście zauważyli też zgodnie, że powinienem pisać co najwyżej wspominki, czy jakiś dziennik (tak jakby blog nim nie był).  Wspólne dla obu autorów są też przejrzyste aluzje do niedawnej obecności mojego blogu w TOP 1000 (ostatnio na pozycji 845 bodajże). Nie bez satysfakcji więc dodam, że mój blog w tym tygodniu tam się nie zmieścił.  A zatem nie trzeba się obawiać, że jestem Poetą Czubkiem na Czubku (jak to uprzejmie sugerował Pan Robin).  Panu Robinowi bardzo podobała się ksywa Kaligulamikrus1, co było jedną z najważniejszych rzeczy, jakie miał do zakomunikowania wchodząc na mój nieszczęsny blog, na którym, jak powiedział po jego przypadkowym zdewastowaniu, wolno mi przecież pisać i czuć się jak u siebie w domu.  Pan Kaligula napisał, że blog mój odwiedzają osoby niewrażliwe lub kompletnie niepoważne, a Pan Robin już na wstępie zakomunikował, że odwiedzają go widocznie osoby lubiące pić piwo i oglądać pornosy, skoro tak mało jest na nim komentarzy (ledwie 900, włącznie z odpowiedziami autora).  W decydującym momencie okazało się jednak, że obaj Panowie są bardzo poważnymi osobami...

         To najkrótszy opis tego, co się na moim blogu opanowanym ostatnio przez komentarze Pana Kaliguli działo.  Trudno jest, jak widać, żyć w wirtualnym świecie i nie dać się zwariować.  Ale w świecie rzeczywistym bywa, niestety podobnie... 

niedziela, 28 lipca 2013

         "Parlament izraelski Kneset przegłosował..." - Pan Henryk Żarłacz wyłączył ze zniecierpliwieniem radio.  "Ile można w końcu słuchać o tych Żydkach" - pomyślał.  Ale żal mu był tych górników, których Taczerówa zagłodziła na śmierć.  A ten prezes związków zawodowych, jak on się nazywa? Sk...Skurwiel, Skargiel? - to jednak marionetkowa postać.  A  w ogóle "Wolna Europa" to ulubione radio Pana Henryka, chociaż słuchać go w gmachu KW,  to trzeba było mieć odwagę.  "Chłopom polskim Szczęść Boże!  Z Londynu mówi dla państwa Jacek Śniady".  Niezłe - nie? No, ale przynajmniej można się dowiedzieć, co w kraju piszczy. 

         - Towarzyszu Żarłacz, niech towarzysz nie zapomina o podaniu płaszcza.  Szatnia jest nie po to, żeby establishment czekał!   

         - Słusznie, towarzyszu.  Zamyśliłem się trochę.  Już podaję...

         - To się, kurwa, Heniek nie zamyślaj, bo ci proletariat ucieknie. 

         - Małżonka słabo się czuje -

         - To zwijaj ten interes i chodź na dziwki.  Limuzyna czeka. 

         - Naprawdę jest chora, Czesław.  Nie wiem, co z nią będzie.

         - A co ty właściwie wiesz?  Gdybyś wiedział, to byś tych płaszczy tutaj nie podawał.  

         - Słyszałeś, że towarzysz Kołakowski ma przyjechać na prelekcję o marksizmie?

         - Ten rewizjonista.  Kto nie z Mieciem, tego zmieciem...

         I tak się rozstali.  Potem był 68 i towarzysz Kacap wyemigrował do Izraela, a profesor Kołakowski do Oxfordu.  A Heniek Żarłacz został szatniarzem w Polskiej Kasie Oszczędności.  Już w wolnej Polsce miał prywatną taksówkę i kiedyś opowiedział mi właśnie tę historię.  Nie wiem tylko, jak się skończyła, bo Pan Henryk ostro przyhamował przed Centralnym i powiedział  - To były czasy!  Codziennie schabowego jadłem...

         Zrobiłem taką minę, jakbym nie chciał, żeby Pan Heniek mnie oszukał i Pan Henryk to wyczuł i nie wydał mi reszty - nie miał.  Do odjazdu pociągu miałem niecałą minutę.

         - Do widzenia, panie Henryku - powiedziałem serdecznie.

         - Szczęść Boże! - powiedział Pan Henryk i więcej go już w życiu nie spotkałem.         

 

 

 

            Były sobie dwa słonie - Błękitny i Czarny.  Czarny Słoń był narowisty i popędliwy, a czasami nawet groźny w swym złowieszczym ryku, a kiedy się rozzłościł, tratował po drodze wszystko i wszystkich, podczas gdy Błękitny Słoń rozmarzał się i zamiast dźwigać ciężary przysiadał w cieniu.  Źli ludzi chcieli zabić Błękitnego Słonia, a Czarny Słoń był dla nich pożyteczny - miał ogromnie dużo energii.  Trzeba go tylko było okiełznać. 

            Maharadża tej krainy był jednak mądry.  Dlatego poszedł do świątyni, złożył ofiarę Wisznu i wsłuchał się w głos Boga. Wypowiedział też z oddaniem tysiąc jego boskich imion.  Bóg jednak nie odpowiadał i Maharadża był przez cały dzień bardzo zatroskany.  Do wieczora jego troska zmieniła się w melancholię i Maharadża, oddalając od siebie służących, postanowił szukać samotności.  Kiedy tak się błąkał po okolicy, ujrzał nagle Wisznu siedzącego na płatku lotosu ze swą boską małżonką Lakszmi.  Na widok tego cudu Maharadża oniemiał i nie był w stanie wymówić nawet słowa.  Bił tylko pokłony uderzając głową w trawę. 

            Kiedy późnym wieczorem powrócił do swego pałacu, wszyscy się już bardzo o niego niepokoili, a jego wuj próbował mu odebrać władzę. Niemy i głuchy na wszystkie ludzkie słowa Maharadża usłyszał jednak nagle ciepły głos Lakszmi:     

            - Czeka cię wielkie szczęście - rzekła bogini - jeżeli tylko ocalisz Błękitnego Słonia.  Jest naprawdę boski i wszyscy powinni podziwiać go i trwać przy nim w kontemplacji.

            - A co mam zrobić z tym narowistym?

            - Okiełznać go i  wtedy już na zawsze będzie ci posłuszny.  Jednak mam lepszy pomysł - uwolnij go i zaprowadź tam, gdzie będzie czuł się się naprawdę wolny. 

            Maharadża uczynił to i spotkało go wielkie szczęście.  Nigdy jednak nie zapominał o Najwyższej Osobie Boga, którego "Oczy są ośrodkami tworzenia wszelkich form oraz źródłem światła i blasku, a ich gałki są podobne do Słońca i niebiańskich planet. Jego uszy słyszą ze wszystkich stron i są odbiornikiem wszystkich Wed. Jego słuch jest zaś ośrodkiem tworzenia przestrzeni i wszystkich dźwięków"  (Śrimad Bhagavatam)

 

 

 

  

                                                                 "Dodatek II

             "Próba zmiany i uzupełnienia: Przyjmijmy, że jestem, jaki jestem, byłem jaki byłem i będę jaki będę..."         

                                                      (Husserl, Idea fenomenologii)

             Zdanie to (a raczej jego cząstka) zapewne, co innego znaczy u Husserla, a co innego w innej głowie i w innym kontekście.  Z chwilą gdy zostało napisane, do woli można nim jednak manipulować.  Zwykle ci, którzy czytają Husserla, starają się go jednak rozumieć, jak filozoficznego szamana.  Inni nie odczuwają potrzeby czytania go, dopóki nie przypili ich jakiś egzamin i wcale ich nie pociąga to, że Husserl był "wielki".                         

             Słowa fenomenologia używa się też jednak w szerokim znaczeniu i w tym sensie mówi się nawet (w poważnych tekstach), że Budda nie stworzył filozofii, lecz fenomenologię.  Nie chodzi o to, że Budda posługiwał się słowami noeza i noemat, ale że pragnął dotrzeć do istoty opisywanych zjawisk, ale w przeciwieństwie do Husserla wyłącznie w celu praktycznym, aby uwolnić siebie i innych od "ciernia cierpienia". W tym sensie myślenie Buddy było "źródłowe".

            "Gdy w wyobraźni tworzę jakąś fikcję, gdy na przykład majaczy mi się przed oczami rycerz Św. Jerzy zabijający smoka, czyż nie jest oczywiste, że wyobrażony fenomen przedstawia właśnie św. Jerzego, i to właśnie tego oto, "którego można tak a tak opisać, a więc ten oto "transcendens"? Czyż nie mogę tutaj wydawać oczywistych sądów, nie o efektywnej treści wyobrażeniowego przejawu, lecz o przejawiającym się przedmiocie rzeczy?"

            Mam wrażenie, że na moim blogu ten wdzięczny żargon filozoficznej sekty jednak się nie pojawia, chociaż daleki jestem od "odczarowywania Husserla" i tłumaczenia go z niemieckiego na nasze.  Pogoda jest upalna, więc lepiej nie czytać takich tekstów w obawie przed odmóżdżenieniem. Nie znaczy to jednak, że są pozbawione sensu. 

                                              "Są rzeczy, których

                                              nie sposób przekazać

                                           Trzeba je zgłębić samemu"

                                                  (Basho)

          Tych rzeczy jest więcej, niż zazwyczaj myślimy.   Dlatego warto rozwijać intuicję i wgląd w samego siebie.  I przenieść trochę ciężar zainteresowania z innych na nas samych.  To siebie samych zwykle nie znamy i nie rozumiemy.  A czasami warto poznać... 

           W tej samej książeczce Henri Brunela "Uśmiech Buddy. Humor zen" jest też sympatyczny żarcik z prowadzenia sporów. 

                                           "Żaba zmaga się

                                            ze mną, kto pierwszy

                                            spuści oczy"

                                            (Issa)

          Spory wynikają po części z tego, że uwagę koncentrujemy na innych ludziach, a nie na nas samych i jest to uwaga nieżyczliwa. 

                                           "Nie mówić o rozumie, kiedy jest się pijanym" 

                                           (To bardzo słuszne "Zalecenie zen")

         Te urocze drobiazgi warto sobie czasami przypomnieć rano, zanim dzień się jeszcze zaczął. 

            Miasto Kartezjańskie - czy istnieje coś takiego? Owszem!  Wykazał to Ken-ichi Sasaki.  "To kartezjańskie miasto-ideał zgodne jest ze współczesną koncepcją pejzażu miejskiego, proponowaną przez amerykańskiego architekta i projektanta miast Kevina Lyncha. Lynch głosi ideę, że piękno miasta polega na jego "czytelności".  Czytelność oznacza łatwość uchwycenia go jako całości".  To bardzo interesujące spostrzeżenie, nie tylko w kontekście różnic kulturowych między Wschodem a Zachodem i nie tylko filozoficznie ważne.  Bo przecież w takich właśnie miastach żyjemy lub, według architektów, powinniśmy żyć...

            Mam ostatnio okazję do dyskusji na temat medycyny kartezjańskiej i jej szkodliwego wpływu na zachodnie metody leczenia. Mówiąc najkrócej pacjenta traktuje się jak rzecz, która się popsuła i wymaga naprawienia.  Jeśli popsuła się noga, trzeba leczyć nogę, choćby to szkodziło na serce, jeśli popsuła się nerka, trzeba ją usunąć lub zastąpić sztuczną nerką.  Podejście medycyny Wschodu jest natomiast podejściem holistycznym.  Pacjenta leczy się korzystając z różnych metod leczenia i na podstawie wiedzy o całym jego organizmie i o jego związku z psychiką.  Oczywiście, wyższość medycyny zachodniej nie podlega dyskusji i dlatego moja mama, która choruje na serce, nogę i nerki (na nadciśnienie, cukrzycę), leczona jest zawsze tylko na jedną z tych rzeczy.  Taka jest też organizacja naszej służby zdrowia.  Kiedy mama przewróciła się i złamała ramię, prześwietlono jej tylko ramię, ale okazało się, że miała też złamany nadgarstek...

            Na tym polega chyba polega właśnie związek filozofii z życiem. Jest czasami, niestety, ogromny...Kartezjanizm jest filozofią anachroniczną w świetle naukowej wiedzy o świecie jaką dysponujemy, ale jak przekonać o tym budowniczych miast i organizatorów służby zdrowia?    

           Przeglądam właśnie książeczkę "Baby Names", która zawiera ponad 2000 angielskich tradycyjnych imion, z krótkim objaśnieniem.  Mam też w ręku równie miłą i pożyteczną książeczkę Sophie Hodorowicz Knab, zatytułowaną "Polish First Names".   A oto, co w obu tych książeczkach czytamy o imieniu Ewa:

           "Eve (Eva, Ava, Evalina, Eveline, Evita, Aveline, Evonne, Zoe).  From the Hebrew meaning "life-giving". As the name of the first woman and mother in the Bible, it was believed to bring longevity". 

           "Ewa. Eve. Hebrew. "Giving Life."

           In the Bible, Eve was the wife of Adam and the mother of humankind. Diminutives: Ewka, Ewunia. Feast Day: December 24".

           To bardzo miła wiedza.  O wężu nic tutaj jednak nie mówią...

 

        

sobota, 27 lipca 2013

               Dwa poważne poglądy Kaligulomikrusa1:

               1) Człowiek, który mówi o sobie, że jest poetą, powinien się tego wstydzić.

               2) O muzyce trzeba milczeć. 

           Nigdy nie powiedziałem o sobie, że jestem poetą w tym wzniosłym sensie, w jakim poetą się bywa i poetami są tylko najwięksi poeci lub, że poezja to mój zawód albo powołanie. Mówiłem natomiast, że jestem, czy też czuję się poetą z usposobienia (a nie np. uczonym lub kapłanem), a do tego każdy ma prawo. 

           Muzyki poważnej prawie nikt teraz nie słucha, właśnie dlatego, że się o niej milczy - radio jej nie nadaje, w polskiej telewizji można zobaczyć co najwyżej Bernsteina.  Nawet stron internetowych o tej muzyce nie ma aż tak wiele...Oczywiście nie o to Kaliguli chodzi, ale może o to, że muzyka, to rzecz święta...O swoich najbardziej intymnych przeżyciach związanych z muzyką nigdy tutaj nie wspominam. Mówię jedynie o tym, jak muzyka na mnie działa...czasami też o tym, co z niej zdołałem zrozumieć. 

              Jednak oba te poglądy, niezależnie od tego, czy odnoszą się do mnie, czy nie, uważam za fałszywe.  Wolno mówić o sobie, że jest się poetą. Tak jak wolno też pisać o muzyce.  Tak dalece nie zamykałbym ludziom ust.  

                     

         Tygrys w mojej łazience biegnie beztrosko po plaży na tle spienionego na biało morza.  Jego przednie łapy zawieszone są w powietrzu.  Na jego twarzy maluje się wyraz skupienia.  Trudno o łagodniejszą istotę na ziemi...Kiedy woda leje się z mojego kranu, a moje ciało powleka delikatna słodycz płynu do kąpieli, moja Mitsuko (koteczka) dokładnie wszystko obserwuje, a ja wyobrażam sobie to morze i pręgowanego kotka biegnącego przez plażę, a raczej jego beztroski stan ducha...Czy trzeba czegoś więcej od życia?  

         - Poza kąpielą i kotem?

         - Poza beztroską i morzem...

         - A czy lubisz też Tamilskie Tygrysy?

         - Nie lubię rozlewu krwi...

         - A film "Tygrys lubi świeże mięso"?

         - Nie pamiętam go...

         - A Tygrysa, przyjaciela Kubusia Puchatka?

         - Nazbyt przemądrzały...Powiem ci jednak,  czego nie lubię.  Tygrysów stojących w cyrku na dwóch łapach i boksujących się po to, żeby dostać od tresera swój ulubiony kąsek lub uniknąć bata...

         - A chciałbyś spotkać tygrysa oko w oko w Tajdze?

         - Raczej nie...W tajdze jest zbyt zimno...

         - A w dżungli?

         - Zbyt wilgotno i za dużo węży...

         - A chciałbyś mieć taką pracę, żeby wchodzić do jego klatki i podawać mu jedzenie?

         - Zamykanie w klatkach, to nie moja specjalność, ja je raczej otwieram...a w tajdze jest zbyt zimno...

         - I to wszystko, co możesz powiedzieć o tygrysie - ty, taki tygrysolog?

         - Chyba naprawdę niczego więcej powiedzieć nie zdołam...

 

       Współczesny człowiek ma tysiące zajęć, jednak nie znajduje czasu dla siebie.  Pracuje, zamęcza się i rozrywa...dosłownie...nie może potem pozbierać się w całość, jak młody człowiek, który goni od imprezy do imprezy, a nie zauważa własnego istnienia...albo jak staruszek zajęty piciem, rozpamiętywaniem i wspominaniem...Ilość stymulujących wrażeń jest zwykle większa od zdolności ich przyjmowania i trudno w sobie ocalić najcenniejszą rzecz w życiu - swobodny oddech kontemplacji...Obserwować życie w jego ekspansji i wzroście, w skupieniu i w rozproszeniu, w jego chwilach cudownych i groźnych, przyczaić się wewnątrz siebie i zobaczyć to wszystko na własne oczy...Tylko w sobie samych możemy znaleźć schronienie.  A śmierć i rozkład obecne są w nas już od chwili narodzin i z każdą nową chwilą życia uczymy się nie tylko żyć, ale i umierać...

         Najczęściej jednak uciekamy, a skutki tego mechanizmu ucieczki są takie, jak opisał je kiedyś w książce pod tym samym tytułem Fromm.   

          Dzień zszedł mi dzisiaj prawie bez muzyki...I mogłem się cieszyć jedynie widokiem roślin w moim pokoju i na balkonie.  Mam pelargonię, którą połamał wiatr.  Połowa jej rozkwita teraz w doniczce na moim parapecie, a druga część na balkonie.  I chociaż są częścią tej samej rośliny - każda żyje inaczej. Jedna w zaciszu, druga na wietrze, obie w letnim słońcu...Z człowiekiem tak się zrobić nie da.  Albo cisza, albo hałas i wiatr... 

            "Obserwuj naturę uważnie, ale pisz ze wspomnienia; i bardziej ufaj swej wyobraźni niż pamięci" - napisał S. T . Coleridge.  To chyba można powiedzieć o moim poprzednim utworze.  Podobnie zresztą pisał i Rousseau...To cudowny aforyzm:

             "Obserwuj naturę uważnie" - mówi autor, ale zaraz dodaje:  

             "Pisz ze wspomnienia".  Jednak to mu nie wystarcza:

             "I bardziej ufaj swej wyobraźni niż pamięci".

             Jakże daleko przy zakończeniu zdania jesteśmy od jego początku i jaki wspaniały dystans uzyskujemy.  Ale też im bliżej końca zdania, tym mniej tak zwanej obiektywności: obserwacja - wspomnienie (pamięć) - wyobraźnia.  

            Coleridge był nie tylko subtelnym poetą, który swoje utwory pisał w oparach opium, ale także człowiekiem intelektu, a w jego życiu obecne było pragnienie wolności, miłości i przyjaźni.  Jego życiowym ideałem było życie zgodne z naturą i  chętnie opierał swą rozmarzoną głowę na jej łonie, pozostając tylko we wspólnocie najbliższych przyjaciół.  Jako filozof był platonikiem (można bowiem być, jak pisał, tylko, albo platonikiem, albo arystotelikiem).  

            "W ślad za wielorybem wznoszą się fale. Chciałbym się prześliznąć przez strumyk cichego życia, jak pstrąg" - napisał w jednym z aforyzmów. To ostatnie jest mi bardzo bliskie. 

           

          Klub "Ultima Thule" był prawie pusty.  Kapela "Niepodległość Trójkątów" odwołała swój występ i Czesław "Pawian" Likierski musiał w ostatniej chwili poprosić  Alka Jeżowskiego o zorganizowanie jakichś ludzi.  Alek spotkał mnie na ulicy w przeddzień koncertu i spytał, czy wystąpię.  Przekonywał mnie, że timbre mojego wokalu będzie odpowiedni. Miał grać on, "Pawian",  Staszek "Tyfus" Plamiński, Mirek "Faja", zapomniałem już jak się nazywał i jeden bębniarz z Etiopii, Selassie Demissie. Widownię stanowiły wszystkie dziewczyny grających - ja byłem wtedy jeszcze samotny - i ich koleżanki, oraz sympatie koleżanek i ich z kolei sympatie.  Cena biletu - piątka.  Gołaszewskiego nie było.

          Alek nawalił się przed koncertem i nie stroił, ale i tak wszystkim zarządzał.

          - To jest taki nasz kolega - bardzo nieśmiały, ale możecie go złapać...za słowo - przedstawił mnie siedzącym i leżącym pokotem dziewczynom. 

          Zagrali najpierw intro, a potem ze trzy duby i w końcu Alkowi udało się wypchnąć mnie na scenę.

          - Kolega bardzo lubi Burning Speara, no i oczywiście Marleya.         

          Dziewczyny patrzyły na mnie z pewnym niedowierzaniem.  Nie miałem wyglądu frontmana.  Ratowało mnie jedynie to, że jestem duży i że się nie ogoliłem. A najgorsze było to, że nie wypaliłem nawet dobrego jointa.  

          Zaśpiewałem dwa moje ulubione kawałki - "Bad to Worst" Speara i "So Much Trouble" Boba.  "The Lion Cub" rozkręcił się i dawał dobre wibracje, a każdy z utworów wraz z dubami trwał około dziesięciu minut.  Dziewczyny odlatywały w kosmiczne rejony.  A ja czułem, że mój tenor brzmi jak nigdy dotąd i że nawet moja chrypka jest całkiem naturalna...Ale trzeciego utworu już nie zaśpiewałem - uniosłem się w górę i próbowałem wyskoczyć z okna pierwszego piętra przekonany, że umiem latać.  Naprawdę wydawało mi się, ze to potrafię.  Ale w oknie była krata. Pociemniało mi w oczach i przestraszyłem się, że moje serce przestanie bić.  A wtedy przed moimi oczami ukazał się dziki, afrykański wojownik, niewątpliwie reminescencja okładki płyty Speara "Marcus Garvey".  I nie wiem, co by się ze mną stało, gdyby nie pomocna dłoń Joanki.  

           Tak właśnie poznałem Joankę - moja drugą miłość.  W oczach jej byłem niewątpliwie bohaterem.

           - Byłeś świetny - powiedziała.  Jak Alek opowiadał mi o tobie, że jesteś studentem, to myślałam, że to będą nudy, ale masz taki piękny i mocny, cudowny, porywający wokal.  Wczuwałeś się...

           - I naprawdę to nie był kanał?      

           - Skąd!  W życiu nie widziałam takiego koncertu. Szkoda tylko, że uciekłeś.  Naprawdę daliście czadu.  Niezłe mieliście piece, ale popłynęliście... 

           - To zasługa Alka - powiedziałem skromnie. 

           - Co ty?  Alek był najarany jak Narayan.  Wchodził w nirwanę.  Dobry byłeś ty, Selassie i Pawian na basie.

           - A kto potem śpiewał?

           - Selassie...

           - Mówisz, że się wczuwałem?  

           - No tak. Tylko niepotrzebnie zacząłeś opowiadać o tej Krysi.  

           - Opowiadałem o Krysi?

           - Tak.  Kiss me neck - chciałam ci już powiedzieć - Bo co nas to obchodzi. 

             Jak zaśpiewałeś "Why can' t  you?" w tym kawałku Speara, to normalnie dostałam orgazmu, ale takiego psychicznego. Ale lele...

             Nigdy się tak w życiu nie czułam.  Wszyscy się wyluzowali, a ty śpiewałeś tak smutno, że nie mogłam wyrobić.  

           - Nie mogłaś wyrobić? 

           - Musiałam sobie włożyć tampon -      

           - To uważasz, że nie było tak źle? 

           - Ty naprawdę to czujesz!  Czujesz, że ludzie nie powinni się zabijać w tej Afryce, ani u nas.  No i najważniejsze, że nie naśladowałeś Boba.  

           - Bo Spear jest lepszy!

           - Jego też nie naśladowałeś. Byłeś sobą! 

           - To dlaczego teraz nie jestem? - zapytałem.

           Joanka pogłaskała mnie po głowie i powiedziała:

           - No bo nie jesteś!  Nie można być zbyt długo sobą.    

           - Byłem sobą, kiedy śpiewałem covery Marley' a i Speara?

           - Gdyby to usłyszeli, to wpadliby w zachwyt!  Śpiewałeś, jakbyś miał za chwilę wyskoczyć przez okno. I wspaniale akcentowałeś - jak West European.  Powiem ci, chciałam cię przelecieć, ale był taki malutki...

           - To bardzo ci dziękuję - powiedziałem nie bez pewnego wzruszenia.  

           - Tak wiem - Krysia!  Naprawdę, żeśmy się z Elką endżojowały...

           - To Elka też była?

           - Miałam ci tego nie mówić.  

           - A stało się coś?

           - Tak.  Ale ci nie powiem.

           I tak mój legendarny i jedyny koncert pozostał już na zawsze owiany tajemnicą.  Alek mówił potem, że było całkiem dobrze, ale sprzęt siadł i musieli przerwać.  Spytałem go, czy wie, co się ze mną działo.  Ale powiedział tylko:

           - Kobiety to kurwy! 

           I coś tam gadał o Witkiewiczu.  Długo potem byłem niepocieszony, ale Joanka w końcu ulitowała się nade mną i powiedziała:

           - Zachowałeś swą cnotę...Ale byłeś naprawdę wielki!  

          

          

          

                         (W przygotowaniu)

                      Tego nie wiem.  Chociaż podobają mi się w jego twórczości elementy mistyczne...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6