Kategorie: Wszystkie | "Dziewczyny, bądźcie dla nas dobre na wiosnę" | ...bez końca | 0 | 100O i jeden Rabinów | A Puszkina też zapuszkują? | A moze to tylko pomieszanie zmyslow | A nie lepiej być purystą? | Aaaaaaaaaaaaaa...aalfabeta | Ach, gdzież jest litość lub wspolczucia pozór? | Ach, gdzież jest litość lub współczucia pozór? | Adam Mic - Kiewicz | Adaś i Ewka | Aforystyka | Amerykański sen | Autopsychoterapia | Bez sensu to to! | Bez szaleństwa... | Bezmyślne okrucieństwo | Bezradność | Biedna Szymborska | Biedny Kapturek! | Bliźni miłości | Bliźniego miłość... | Blondyn | Blue Bossa | Bojaźń i drżenie | Bratnie dusze | Bruner, ty świnio! | Buddyzm w życiu codziennym | Bóg mi poskapił tej anielskiej miary... | Bóg mi poskąpił tej anielskiej miary... | Bójstwo samo | Caritas | Chiziofrenia | Choroba na śmierć | Chwila ułudy | Chwila wytchnienia | Chłodne upojenie | Cierpienia i radości | Cierpienie i radość | Cleen feed | Cnota niedoli | Co slina na język przyniosła | Co tam panie w polityce? | Co w niebie piszczy | Co ślina na język przyniosła? | Corrida | Coś dla duszy... | Coś tak wulgarnego | Cudotwórstwo | Czarna Perła Tao | Czarny tulipan skrzyżowany z czarna różą | Czarny tulipan skrzyżowany z czarną różą | Czary Mary | Czego nie przysięgał Hipokrates? | Człowiek nie jest rzeczą | Człowiek to brzmi dumnie, ale nie u mnie | Często chowa | Częstochowskie rymy | Deficyt aniołów | Delightful! | Demokratyczne wybory w Oczodołach | Diabłoterapia | Dla wszystkich i dla nikogo | Dnieje | Do samego siebie | Dodatek | Dowcipas dnia | Duma narodowa | Dusze drzew | Dyskretna mgiełka autoironii | Dzielność | Dziki kapitalizm | Dzisiejsza młodzież | Dzisiejsza młodzież nosi ładną odzież | Egzystencjalizm jest chumanizmem | Ekonomia zbawienia | Elegancja Francja | Elegijnie | English gentelman | English gentleman | Epicurus | Ewa tylko ziewa | Falochron | Female | Filozofia bez uczoności | Forever Loving Jah | Gadu, gadu | Gadu, gadu, trochę więcej jadu | Gal Anonim | Gaz dla pedałów | Gaz dla pedałów, młot dla sierpów | Gdy rozum śpi... | Gendarme | Genek, gienialny gieniusz | Geno Typ | Gorący uczynek | Grabarz | Grabarz nonsensu | Gry i zabawy literackie | Głupota przysłowiem narodów | Głębie i tajnie Podświadomego | HIstoria nauczycielką bicia | Herbatka zen | Homo economicus | Homo sapiens czy Homo politicus | Humor absurdalny | Humor nieco absurdalny | Humor, satyra, panie... | I rekiny w oceani mają zębów cały rząd | I rekiny w oceanie mają zębów cały rząd | Indie Wschodnie i Zachodnie | Industrial | Istnieje również wrodzony brak poczucia humoru | Ja tam bynajmniej nie wiem | Jak długo będę jeszcze żył? | Jak uprawiać agresywne dziennikarstwo? Poradnik dla początkujących | Jakże cżęsto powtarza się ta historia | Jakże trudno czasami coś sklecić! | Jan i Małgorzata | Jan z Czarnolasu | Jesienna muzyka | Jeszcze smutniej! | Jeździec Apokalipsy | Językologia | Kaczuszki mandarynki | Karawana idzie dalej | Katedra Adamowego Żebra | Kawa z Kafką | Każdemu według naszych chęci | Każdemu według potrzeb | Każdemu, o czym tylko zamarzy | Kiciuś Miciuś! | Kicuś Micuś! | Kiedy człowiek staje się bestią | Kiedy owce nie milczą | Kij w mrowisku | Kniaź Wiktor | Kochani ludożercy | Kolacja Pani Sowy | Kometa tylko głownia nie ta | Konkwista | Koryfeusz nauki, milośnik sztuki | Koty i inne zwierzęta | Koty, głupoty, palikoty | Kości rzucone są | Kość słoniowa | Kto pierwszy był człowiekiem, kto będzie nim ostatni | Kto pisze teraz historię? | Kuchnia szamańska | Kwiatki Św. Franciszka | Kwiatostan śmierci | Kwitnienie kultury | Kwitnąca wiśnia | La colombina i ciche ukojenie | Lekarzu - lecz się sam! | Lenin wiecznie żywy | Leśmianiada | Lichwiarstwo polskie | Liryki i prztyki | Logika dziejów | Londyńska mgła niepamięci | Londyńskie przygody | Los ofiary | Los puka do moich drzwi | Lotosowy wpis | Ludzie ludziom... | Lunatyzm | Lęk społeczny | Made in Japan | Maligna | Marność nad marnościami | Marność nad marnościami. Rekoleksje Wielkopiątkowe | Marzenia senne | Marzeniologia stosowana | Maszkary i senne dziwadła | Maszkary i senne widziadła odbite w lustrze | Mała czarna z Kafką | Medycyna naturalna | Meine Liebe Augustin! | Melancholia | Melancholia stosowana | Memorabilia | Meszreiw | Meteo | Mgiełka autoironii | Mglisty dzień. Mgła | Mikołak | Mistrz i Małgorzatka | Mistycyzm lunarny | Mistyka i miłość | Mitologia osobista | Mitologia świata | Miłość | Miłość bliźniego | Miłość nie zawsze szczęśliwa | Miś Uszatek | Moc rytuałów | Monada nie ma okien | Mowa potoczna | Mowa ptaków | Mowa serca | Moze ktoś zrozumie, co teraz czuję | Może ktoś się ucieszy? | Może ktoś zrozumie, co teraz czuję | Może to trochę zbyt uszczypliwe | Musicology | Muza lekkich obyczjów | Muzyka przywraca ład serca | Myszoterapia dr Nezumi | Myśli prostego człowieka | Mądrość Natury | Mądrość jak z gazety | Mądrość narodów | Młot na faryzeuszy i hipokrytów | Męstwo bycia | Mówił sen do snu | NIe ma na świecie dwóch takich samych liści, ni kropel deszczu | Na jawie (lecz to, co niejawne pozstaje) | Na stos rzuciliśmy szcześcia los | Na stos rzuciliśmy szczęścia los | Na szczytach hipokryzji | Na zdrowie! | Nad piekną rzeką | Najokrutniejsze zwierzę | Najsłodsza tajemnica | Narastająca senność | Nic dzisiaj ciekawego nie napisałem | Nicość | Nie am dwóch takich samych liści, ni kropel wody | Nie bój się - najwyżej cię rozstrzelają! | Nie czas żałować burz, gdy płoną oczy | Nie czas żąłować burz, gdy płoną oczy | Nie każde szczere złoto jest szczerozłote | Nie ma na świecie dwóch takich samych liści ani kropel wody | Nie ma na świecie dwóćh atkich samych liści lub kropel deszczu | Nie ma takiego smutnego, co by na wesołe nie wyszło | Nie ma zazdrości bez miłości | Nie oddamy nawet guzika | Nie tylko dzielenie włosa na czworo | Nie wiem, ja w ogóle nie myślę | Nie zabijaj! | Nie zabijajcie drzew! | Nie zawsze urocza dzecinada | Niebiańskie szczyty głupoty | Niech pani będzie dzielna! | Niech zapłaczą na moim pogrzebie | Nieco drapieżny wpis | Niekoniecznie ptasi móżdżek | Nienawiść bliźniego | Nieosobiście | Nieprzesłane przesłanie | Niestworzone rzeczy | Nieszkodliwe głupotki | Niewczesna melancholia melomana | Niewczesne rozważania | Niewielka profanacja | Niewielkie przekłamanie | Niskolotnie | No No! Teatr No | No comments! | No no! | Nowa poezja lingwistyczna | Nędzne kabareciarstwo | O Leonardo, po cóż się tak trudzisz? | O dzieleniu włosa na czworo, czyli metodzie scholastycznej | O dzieleniu włosa na czworo, czyli o metodzie scholastycznej | Obciachy | Obscenia i parafrenalia | Obsesja dobrego biustu | Ojej! | Oko w oko z zębem mądrości | Okropieństwa | Okruchy odgrzebane z lawy | Okruchy życia wygrzebane zlawy | Okruchy życia wygrzebane z lawy | Okrutna losu ironia | Orientuj się na orient | Owczarek | Owczarki afgańskie | Owocożerni | PL jak piekło | PO PiS | POeci wszystkich krajów dzielcie się | Pan Tadeusz | Panie pośle, po chrześcijańsku panu wybaczam | Pańska satyra polityczna jest niegramatyczna | Pendant do pewnego przypisu | Perlikowski | Pewna elastyczność zasad | Pewne jak w banku | Piorunujący piorun! | Po owocach poznacie ich! | Po upadku | Pobożne życzenia | Podpatrywanie Natury | Podroby i inne podróbki | Pokolenie Kainowe | Pokorne ciele | Pokorne cielę | Pokusa | Polak potrafi | Polak potrafi! | Politolog i Politowska | Politycznie niepoprawne! | Polonica | Polonika rycerskie | Polucje i ablucje | Pomarańcze i mandarynki | Pomarznąć dobra rzecz | Pomarznąć dobra rzecz! | Pomoc psychologiczna | Poranna kawka z Kafką | Porąbane marzenia | Potężne i głębokie warstwy pierwotnego mitu | Powieść brukowa | Powszechna życzliwość | Powtórka z cynizmu | Poznaj samego siebie | Prawda | Prawda jest jedna i piękna, ale złożona | Prawda popłaca | Prawdziwa metropolia | Prawi i sprawiedliwi | Prawiezmartwychpowstanie | Prawiezmarwtychpowstanie | Prognoza pogody | Pruski smutek | Przecież cię zjem! | Przedagonalny polski agon | Przegląd sportowy | Przeinaczenia | Przez pychę do pokory | Przeżyjesz to, a pote już tylko grób | Przeżyjesz to, a potem już tylko grób! | Przminęło z wiatrem | Prztyczek | Psiapowiednia Majów | Psubrat | Pustka | Pytanie dość retoryczne | Raczej to nie będzie hit | Radosne gonitwy śnieżnych tygrysów | Radość wędrowania | Rejterada Rejtana | Religie nauczą cie pokory | Res Sacra Pecunia | Romans z pop kulturą | Roots, Rock, Reggae | Rozkosze reinkarnacji | Rozmowa nie na telefon | Rozpacz | Rozpacz na wieki wieków | Rozpacz, która podpełza pod gardło | Ruch i świeże powietrze... | Rybołówstwo cudzołożnika | Rycerz pokalany | Samokrytyka | Samotność egzystencjalna | Sekrety pewnego domu handlowego | Seraphic Flames and Heavenly Love | Siedź na dupie i potakuj! | Somatyka | Somatyka logiczna | Spełniona przepowiednia | Spleśniały ser | Sponsorem tej opowieści jest wydawnictwo Błękitny Wieloryb | Sport to zdrowie | Spowiedź morskiego wilka | Stary Sącz i Nowy Sącz | Stary mafioso | Stołeczne stołki | Stratyfikacja społeczna | Suma sumarum | Sumienie rachunku | Sweet Music and Poetry | Sygnały podprogowe | Szalchetne zdrowie | Szczęśliwa pomyłka | Szekspir do żadnej nie należy epoki | Szkarady | Szlachetna gravitas | Szlachetne zdrowie | Słodycze grafomanii | Słówka | Słówko do słówka, a uzbiera się sówka | Tadeusz Bój Jeleński | Taia chińska podróbka | Takie będą rzeczpospolite jakie tego blogu chowanie | Takie tam, pierdoły | Talking Heads | Tania chińska podróbka | Tatiana | Teorie świata nauki | Terapeutyczie | Terapeutycznie | Thames | The Doors. Uchylone drzwi | The Lion cub | The fruit of beauty and despair | To na pewno nie Lec | To nie żadna filozofia | Tragiczne pożegnania | Transformacja duchowa | Trudna sztuka dialogu | Trudno czasmi coś sklecić | Trzylogia | Trója z polskiego | Twarda rzeczywistość | Ty mi tutaj nie filozuj | Tygrysologia stosowana | Tysiac i jeden ptaków | Tysiąc i jeden kotów | Tysiąc i jeden ptaków | Tysiąc różowych kroliczków | Tęsknica | Tęsknota duchowa | Ubekistan | Ucone księgi | Uczeni ludożercy | Uderzenia losu | Uduchowienie | Umrzeć z miłości | Upadek Pierwszego Człowieka | Uroczy wegetarianin | Uszczelnienie systemu podatkowego | Utrata uzębienia | W czym mogę panu pomóc? | Wciąz powtarza się ta sama historia | Wciąż powtarza się ta sama historia | Wdzieczna muzyka przywraca ład serca | Wesola grafomania z morałem | Wiecej broi dla szaleńców w Teksasie | Wieczne powroty | Wiedza radosna | Wielka wygrana | Wielomówstwo, czyli plaga opowiadania | Wierzba płacząca | Wiosny i jesienie | Witch | Więcej broni dla szaleńców w Teksasie | Wojna totalna | Wpis o kształcie piramidy | Wprowadzenie do kruczków prawnych | Wrzucam wszystko do kosza | Wrzątek | Wspomneinei pewnego wspomnienia | Wspomnienie pewnego wspomnienia | Wspomnienie pewnego wspomnienia | Współczesny filister | Wszystkie rybki | Wszystko na A | Wszystko na sprzedarz | Wszystko na sprzedaż | Wygrana | Węzłowato | Wólka Węglowa | Xin Lu, typowa brunetka o granatowych oczach | Z Nietzschego nic nie powstaje | Z księgi wulgaryzmów | Z rupieciarni myśli | Zaczarowany świat zen | Zanim mnie wrzucą do dołu | Zapowiedź Apokalipsy | Zaraz wracam! | Zasada domniemanej winy | Zaskroniec | Zastał Polskę drewnianą... | Zatrzaśnięte drzwi | Zbaw mie Buddo Amido | Zbaw mnie, Buddo Amido | Zdrowy egoizm | Zegar dziejów | Zestrzelenie księżyca | Zginął z rąk słabej kobiety | Zima się nas nie ima | Zjawiskowe | Znak jaskółki | Zrozumieć wartość tego, co nieużyteczne | Zuch zawsze ochoczy! | Zwierzęta pod postacią ludzi | Zwyciestwo konsumpcjonizmu | Ząb mądrości | ie zabijajcie drzew! | ieosobiście | kosmos | Łagodne prawo, ale prawo | Łagodność tygrysa | Śmiechotki, chichotki | Śmiertelna powaga | Śmierć | Światełko w mroku | Świętość, wziętość, nadętość | Życie jest tragiczne | Życie samo | Życzliwe spojrzenia na całość ogródka | Żyć, nie umierać
RSS
wtorek, 31 lipca 2012

                                        

                                        

                          Po upadku Adam żalił się do Ewki w następujących słowach:

                                         1. Ewuniu, dlaczego mi to zrobiłaś!

                                         2. Musiałaś słuchać tego gada?

                                         3. Mówiłem ci przecież, że to jabłko jest nie dla nas!

 

 

                       ...

      

                   

                       Wysoki Sąd zapytuje:

1. Czy oskarżona przyznaje się, że w dniu takim a takim p. n. Chrystusa uwiodła niejakiego Adama, pierwszego człowieka, któremu notabene zawdzięcza swe życie?

2. Czy prawdą jest, iż do tego czynu nakłonił oskarżoną wąż, z którym łączyły ją podejrzane stosunki?

3. Czy oskarżona wyraża skruchę z powodu spożycia wzmiankowanego przez świadków owocu?

                    

 

 

 

                   

                 - Ale właściwie skąd pochodzi to bogactwo narodów?  Czy aby nie z Imperium kolonialnego i ze straszliwego, trudnego do wyobrażenia wyzysku? -

                 - A ty Nezumi tylko ciągle o tym.  Jedno ci tylko w głowie!  Kajdany i niewolnicy.  Co ty rusek jesteś?

                 - Może nie jedno.  Też lubię słuchać Handla, jak królowa -

                 - To ty jesteś, kurwa, meloman!

                 - Czasami tak! -

                 - Dla mnie jesteś ciotą i snobem!

                 - Wolę być snobem -

                 - No dobra!  Bo już chciałem ci przykurwić!

                 

                       Całkowicie się zgadzam!

                                           AKT PIERWSZY, Scena pierwsza - Rzecz dzieje się tutaj, czyli nigdzie i teraz, czyli nie wiadomo, kiedy. W obszernej komnacie zamkowej lub na ukwieconej łące przed pałacem. Pora - zima lub lato, poranek lub wieczór ( w zależności od woli reżysera spektaklu). Po niebie ciągną się chmury - kumulusy i kumulonimbusy, znać, że będzie śnieżyca albo burza z opadami atmosferycznymi. 

                                           Langusto:  Deszcz, Panie, od rana pada...albo mi się tak wydaje!

                                           Chomarro, Książę Mediolanu:  Tak. I to może pokrzyżować nasze plany.  Nie chciałbym jednak, aby tak było. Zawołaj mi tu maga niech swymi czarami przepędzi deszcz, a jeśli tego nie dokaże, utniemy mu łeb! 

                                           Magus (zjawia się jak duch):  Jestem, jestem do usług!  Wszystko słyszałem, Panie, lecz pragnę cię zapewnić, iż deszczu odpędzić nie zdołam. Dokonam jednak czegoś znacznie większego, co miło połechta twoje podniebienie.

                                           Chomarro:  Ten błazen chyba drwi ze mnie!  Ukrzyżować go!

                                           Magus (prowadzony na szafot przez dwóch strażników):  Ach, mylisz się Panie!  Poniechaj tej krwawej egzekucji, a posiądziesz najpiękniejszą kobietę na świecie.  Owa dama ukryta jest w czeluściach morza i tylko taki nurek jak ja może ja przyprowadzić.

                                           Chomarro: Blondynka, czy brunetka!

                                           Magus: Może mieć każdy rodzaj włosów, a jeśli zechcesz może mieć i zielone, albo niebieskie, to naturalny kolor włosów wodnej nimfy.

                                           Langusto:  Nie wierz mu, Panie!  W ten sposób pragnie jedynie ukryć własną bezsilność. Nie pozwól mu zbiec do morza.  Niech tu na miejscu w twojej i mojej obecności wyczaruje dla ciebie wodną nimfę lub syrenę, a wtedy przekona nas, że godzien jest zachować swe życie!

                                           Chomarro: Słusznie!  Nie masz wyjścia młodzieńcze, czy może raczej starcze, sam już bowiem nie wiem, w jakim jesteś wieku. Albo, że tak powiem, tu i teraz wyczarujesz ową niewiastę, a ja uznam, że jest najpiękniejsza na świecie, albo czeka cię stryczek!

                                          Magus, wymawiając szeptem zaklęcia:  Ależ, proszę bardzo!  Chociaż z wody byłaby lepsza! 

                                          Giulietta (otrząsa się z morskiej piany): Oto jestem, Panie!  Możesz teraz mnie dotknąć i sam najlepiej ocenić moje wdzięki.  

                                          Chomarro (drapiąc się po brodzie z ukontentowania): Zachwycająca!

                                          Langusto:  Panie, to przecież mag, Chaldejczyk!  Skąd wiesz, że to prawdziwa niewiasta. A może stworzył iluzję i ona jest, by tak rzec, wirtualna?  Radzę ci, przekonaj się najpierw czy ona żyje.  A może to jakaś maszkara, której brzydotę spowił w tak ułudne kształty?

                                         Chomarro: Irytujesz mnie. Każę cię stracić! ...No dobrze, jak mam się o tym przekonać? 

                                         Langusto: Odbądź z nią Panie stosunek płciowy i spenetruj jej pochwę! Nie ma lepszego sposobu.

                                         Chomarro:  A skąd mogę wiedzieć, że to mi się nie śni?  Albo, że jakiś demon złośliwy sprawił, że nie ma żadnego nieba ani ziemi, ani ciała owej kobiety, a mnie wydaje się, że są!  Zostałbym wtedy z pustymi rękami.

                                         Langusto: I ręce czasami do czegoś się przydają, Panie! Zaraz dowiodę ci jednak, że Bóg istnieje i że troszczy się o nas, a jeśli jest owym dobrym i wszechmocnym Bogiem, za jakiego go uważamy, to nie pozwoli nam popaść w błąd!

                                         Chomarro: Och, lepiej nie, stary nudziarzu!  Słyszałaś, piękna Pani!

                                         Giulietta (lekko zawstydzona): Tak!  I chętnie spełnię twe życzenie.  Tylko nie zbliżaj się do mnie.

                                         Chomarro (zwracając się do Maga): I ona tak bezie kaprysić?

                                         Magus: Musisz Panie rozkochać ja w sobie, a  na to nie pomogą żadne moje czary.  Nie przywykłem niewolić żywych istot.

                                         Chomarro (surowo):  Widzę, że nie unikniesz kaźni! ...Ale, jak ja mam w sobie rozkochać? Z moim wyglądem.

                                         Magus:  To łatwe dla ciebie. Jesteś wszak nie tylko księciem krwi, lecz także arystokratą ducha. Bądź delikatny, cierpliwy, mądry, a przede wszystkim kochaj ją, a być może dziewczyna...

                                         Chomarro (w gniewie): Nigdy dotąd nikogo nie kochałem, może poza sobą, ty bezczelny chamie!  Mam kochać jakąś niewiastę.  Zapominasz, że jako książę Mediolanu, Florencji i Potencji, mogę mieć każdą!

                                         Magus: Ale ta jest najpiękniejsza, jak sobie życzyłeś!

                                         Chomarro: Purwa jego witkacowska sucz!

                                         Magus: Nie klnij przy damie!  Niech lepiej sama powie, czego sobie życzy!

                                         Giulietta: Na początek podaruj mi swoje księstwo, później swą duszę, a ja nauczę cię delikatności i skromności, których nigdy nie poznałeś.

                                         Chomarro:  To wszystko!  A z kim spłodzę legalnego syna!

                                         Giulietta: Ze mną.  Jeśli mi się spodobasz!  A teraz chodźmy razem na spacer Cyprysową aleją.  Ja będę słuchała, a ty będziesz składał dla mnie smutne poematy!  

                                         Chomarro (z rozpaczą): Ależ ja żadnych nie znam!  Jestem dzielnym rycerzem i nie mam czasu na takie bzdury!  Jutro Wenecja może nas zaatakować, albo Neapol pospołu z Hiszpanami!   To sprawy wagi państwowej!

                                         Langusto:  Sam widzisz, panie, że to jakiś spisek!  Podejrzewam, że to ludzie Lorenca! 

                                         Lorenzo (zeskakując z wierzchowca): Łże jak pies!  Jestem ci wierny, Panie!  

                                         Chomarro:  Pani,, ty teraz rządzisz. Powiedz mi, czy mam mu zaufać!

                                         Giulietta (odchodząc): Nie znam się na tym!

                                         Chomarro: Kiedy cię znów ujrzę?

                                         Giulietta: Nie prędko. Musisz najpierw stać się poetą!

                                         Chomarro: A niech to szlag! 

                                         Magus (recytuje i śpiewa akompaniując sobie na lutni): Nie martw się. Nauczę cię tej sztuki w trzy minuty! 

                                                    Tylko słuchaj:

                                                    Pani ma, kocham cię szalenie!

                                                    Posiąść cię, to największe me marzenie!

                                                    Tak wielkie uczyniłaś na mnie wrażenie,

                                                    Że skamlę przed tobą jak szczenię!

                                         Chomarro:  Na mój gust to straszne jakieś rymy. Nie znasz piękniejszych? Poza tym nie wierzysz chyba, że ja książę Mediolanu i w dodatku dojrzały mężczyzna, uczynię takie wyznanie. Czyż moim ojcem był pies?

                                          Magus:  No przecież, że nie!  Ale gdybym nauczył cię czegoś piękniejszego, to nie uwierzyłaby w szczerość twoich uczuć. Wie, że jesteś nieokrzesanym prostakiem, jak każdy książę.  

                                         Chomarro: (zrezygnowany): Chętnie zabiłbym cię za to, ale jesteś mi potrzebny!

                                         Magus:  No właśnie!  I niejedno będziesz musiał wycierpieć! A teraz słuchaj dalej:

                                                     Choćbym nad światem całym panował, 

                                                     Ciebie jedną, luba, będę miłował! 

                                                     Lekarzem stanę się, choć jestem konował,

                                                     I wierny będę ci, choćbym w sercu knował!   

                                       Chomarro (blady): Mojemu sercu obce są wszelkie knowania. Pokochałem ją od pierwszego wejrzenia. Mam jej czynić takie dwuznaczne wyznanie? I o co chodzi z tym lekarzem, bo nie rozumiem.

                                       Magus: Kiedyś zrozumiesz!  Na razie ucz się, kanalio!

                                       Lorenco: Ja bym tak nie pozwolił, panie!  Jak chcesz, przetnę go mieczem na pół! 

                                       Chomarro: Wydaje ci się tylko!  Ta kreatura nie ma ciała. Może więc mówić prawdę, kiedy tego zechce.

                                       Lorenco: Wuju! Ty chyba postradałeś zmysły. Te zniewagi to prawda?

                                       Chomarro (ze łzami w oczach): Prawda, jestem kanalią!  Dopiero teraz to widzę.

                                       Langusto (szeptem do Lorenca): Nie gadaj z nim! Jego umysł jest chyba w mocy diabła!  

                                       Magus:  A teraz powtarzaj za mną (Książę powtarza za Magusem)

                                                  Ja dumny książę Mediolanu

                                                  Ze szlachetnego wielkich książąt klanu,

                                                  Klękam przed tobą do dywanu

                                                  I modlę się o deszcz twych łez po ranu!

                                     Chomarro (kończąc): To chyba jakoś nieskładnie! 

                                     Magus:  Tak tylko potrafisz, nieuku!  A po ranu znaczy - od samego rana!

                                     Lorenco (szeptem do Langusta): Oszalał, stary mafioso! 

                                     Chomarro:  Naucz mnie grać na tym , tym...na czym ty grasz...

                                     Magus:  Nie wypada ci panie, jeszcze jakiś sługa zobaczy!

                                     Chomarro: Kazałbym cię wybatożyć, a potem pasy darł, ale ostatnio stałem się religijny!  Czyż Pan nasz, Jezus Chrystus uczył, aby nie wybaczać.  Czy powiedział: "Nie wybaczajcie swoim winowajcom, jako i ja wam nie wybaczam"?

                                     Magus: Robisz postępy, stary eunuchu.

                                     Chomarro (porzucając chwilową pokorę): Zhańbiłeś mnie!  Nie daruję ci tego!

                                     Magus (ze śmiechem): A gdybym powiedział, ze jesteś durniem i nie masz rozumu, to uszłoby mi to płazem. Czy jesteś jak buhaj albo knur!

                                     Chomarro: Nie zdzierżę!

                                     Magus (unosząc się w górę poza zasięg miecza Księcia):  Fiu! Fiu! 

                                     Lorenco (opuszczając powoli komnatę):  Tu dzieją się jakieś niestworzone rzeczy, lepiej stąd uciekajmy!  Ale z godnością.  Zaplanowany odwrót nie jest jeszcze

ucieczką!

                                    Langusto (wychodząc): Tak. Jeszcze tu wrócimy!  I połamiemy żebra temu Chaldejczykowi!

                                                              

 

                                    Koniec sceny pierwszej, I Aktu naszej Tragedii 

          Znana augustyńska formuła określa zło jako brak dobra. A chociaż jej treść jest, jak wiadomo, metafizyczna, ja jednak skłonny jestem pojmować ją na sposób czysto psychologiczny.  Do tego psychologicznego sensu nawiązuje również i sam Św. Augustyn mówiąc,  iż tam, gdzie miłość jest mniejsza niż powinna być, tam już pojawia się grzech.  Oczywiście, nie trudno zauważyć, że przynajmniej w pewnych sytuacjach życia nie ma żadnej obiektywnej miary, która by pozwalała powiedzieć, że komuś brakuje dobra lub, że jego miłość jest mniejsza niż powinna być.  Nie znaczy to jednak, iż tak jest zawsze.

          Oto kilka wyrazistych przykładów:

          (1) Dostojewski w artykule "Środowisko" piętnuje matkę, która zezłoszczona na płaczące niemowlę oparzyła je żelazkiem i chłopa, który przywiązał żonę do słupa i jedząc żur ćwiczył ją batem; 

          (2) Kolega zabija na ulicy chorego psychicznie chłopca i zabiera mu telefon komórkowy, i pięć złotych;

          (3) Kiedy pacjent podłączony do urządzenia podtrzymującego życie dusi się, pielęgniarka nie przerywa malowania sobie paznokci;

          (4) Poznany przez internet znajomy zaprasza szczęśliwą dziewczynę do domu pod lasem i tam z kolegą gwałcą ją, a potem wykorzystują jako zakąskę do picia wódki; 

          Co łączy te opisane przypadki?  Mówiąc szkaradnym żargonem współczesnej psychologii  - opcja zero współczucia dla drugiej osoby.  Uczucie grozy, jakie w nas czasem wywołuje takie "nieludzkie" postępowanie, wynika właśnie z tego, że uświadamia nam istnienie ludzi całkowicie niezdolnych do jakiegokolwiek odruchu litości.  Normalny człowiek bowiem cierpi uświadamiając sobie, że krzywdzi innych...

          To prawda, ale...

          Za tego typu zbrodniczymi zachowaniami kryje się zwykle coś więcej i coś innego niż ślepy impuls.  Jest to zwykle jakiś rodzaj wiedzy i życiowego doświadczenia - coś, co wiąże się z takim, a nie innym postrzeganiem rzeczywistości i drugiego człowieka.  Spytajmy zatem, kim mogła być dla oprawcy druga osoba w opisanych przykładach.

          (1) Dziecko złości matkę, bowiem przyszło na świat wbrew jej woli - to dla niej tylko jeszcze jedna udręka; dla chłopa zaś kobieta to istota mniej zasługująca na szacunek niż jego koń;

          (2) Ofiara jest tu tylko przedmiotem, liczy się zysk i przekonanie, że pełen lęku chłopiec, nie będzie w stanie się obronić;

          (3) Pielęgniarka jest znudzona i pragnie się podobać, a lekarz przecież mówił, że pacjent i tak nie przeżyje;

          (4) Dziewczyna to "towar" do wykorzystania, a na zakąskę też się nada!

          Tego rodzaju przekonania stanowią element struktury poznawczej człowieka, który okazuje się niezdolny do litości...Jednak - i to wydaje się szczególnie niepokojące - owa struktura poznawcza to coś, co osoba ta dzieli często z innymi osobami.  To nie żaden mroczny impuls, który pcha demoniczną osobę do zbrodni.  Istnieją ludzie, którzy gotowi są zabić innego człowieka dla zysku, dlatego, że ich drażni, bo nie chce im się troszczyć o jego życie, bo jest bezbronny lub po prostu inny...bo uważają, że tak jest sprawiedliwie.

          Niestety grupa lub szeroko rozumiane środowisko społeczne często legitymizuje tego typu zachowania.  Na przykład zabijanie Słowian, Cyganów i Żydów uchodziło w czasach holocaustu w pewnych grupach społeczeństwa niemieckiego, za całkowicie naturalne, konieczne i sprawiedliwe.  Można to było czynić bez nienawiści, a nawet z uśmiechem na ustach, bowiem "robactwo to musiało być tępione", aby można było uzyskać przestrzeń życiową dla prawdziwych ludzi. A jaki jest dobry sposób na "tych japońskich żółtków". którzy upokorzyli naszą flotę? "Zrzucimy na nich bombę i wparują". Ile natrudzili się historycy, aby tę, wynikającą z chęci odwetu amerykańską zbrodnię usprawiedliwić złożoną sytuacją militarną.  

         Jednak, to, co nazwaliśmy tutaj struktura poznawczą nie jest jedynie zwykłą, beznamiętną wiedzą lub narzędziem postrzegania. Ta wiedza jest niejako namagnetyzowana negatywnymi emocjami! To zarazem regulator poziomu wrażliwości na cierpienie innych.  Esesman byłby wstrząśnięty, gdyby musiał zabić czyste rasowo dziecko swego sąsiada, jednak zabijając dziecko żydowskie nie miał poczucia, że zabija ludzką istotę.  A brak dobra, o którym tutaj mówimy, jest właśnie brakiem wrażliwości na poziomie elementarnym.  Okrucieństwo to oczywiście, niestety, najlepszy przykład owego braku dobra, podobnie jak niewdzięczność lub krzywdzące pomijanie w pewnych sytuacjach życiowych interesów innych ludzi (wyzysk lub skazywanie kogoś na niższy rodzaj egzystencji).

         To jedynie bardzo luźna impresja. Nie mam na razie sił, ani czasu, poważniej zająć się owym problemem, ani ogarnąć choćby cząstki poświęconej mu literatury. Chciałem jedynie jakoś wyrazić na czym, w moim poczuciu, często polega ów "brak" dobra, i że nagromadza się on stopniowo wraz z negatywnym doświadczeniem życiowym, zanim wyrazi się w czynie, od którego nie ma już odwrotu.  A wtedy dopiero z pewnym okrucieństwem my sami pastwimy się nad sprawcą.      

     

poniedziałek, 30 lipca 2012

                                                                      "Przypomnij sobie mysz wiejska i domową, i jej strach i obawę"

                                                                      (Marek Aureliusz, "Rozmyślania")

                - Nezumi to mysz.  Jednak i myszka może być czasami Wielkim Smokiem.  Jeśli w to nie wierzysz, powiem ci, gdzie szukać wiedzy na ten temat.  Kiedy Smok pojawia się na swym polu, a kimś takim jest - według "Księgi Przemian" (I Ching) prawdziwie wielki człowiek - wszystko w okół niego ulega stopniowej przemianie.  Tak wielka bowiem jest transformująca moc jego charakteru. 

               - No i jak tam, no i co tam?  Nezumi, chyba żeś się z członem na łby pozamieniał -  powiedział na to kot Neko - ty i Wielki Smok!  Lepiej mi powiedz dlaczego kurwa kurwie łba nie urwie?  Bo to jest dopiero dla mnie zagadka!

               Przyznaję, że byłem trochę zakłopotany, bo ten łobuz kot przyparł mnie brzuszyskiem do muru.  A jeszcze takie słownictwo!

               - Nie wiem! - zapiszczałem

               - Bo go nie ma! - triumfował Neko i poklepał mnie łapą protekcjonalnie po plecach aż zadrżałem.

               Mój przyjaciel Neko zawsze myśli, że chodzimy jeszcze do podstawówki, chociaż jest przecież rektorem.  Chciałem mu jeszcze coś powiedzieć o tym Wielkim Smoku jednak wolałem schować się w mysią dziurę.

              - A tobie się wydaje, Bodziu, że ty jesteś Marcus Aurelius Kapitolinus! -  zarechotał kocur, ciesząc się, że mnie naprawdę wystraszył - Mamy takich wielu w psychiatryku! 

              Jednak  "when the cats away, the mice will play".  W swojej szparze mam gabinet z książkami i ogromnym globusem na biurku, a cyrkiel służy mi jak geografowi Vermeera do mierzenia przestrzeni na mapie.  Już wkrótce zrealizuję więc swój wielki plan powszechnej przemiany świata. Zacznę jednak ze stoickim spokojem od siebie.  Bowiem, kto przezwyciężył własne namiętności smutek, lęk, rozkosz i pożądanie, ten włada czymś najważniejszym na świecie - własną duszą!  

             A co jak Neko czegoś się dokopie?  Na pewno dowie się, że nie odrobiłem lekcji. Przecież, co to dla niego dokopać się do dołu, w który mnie wrzucono?  Ma takie wielkie szpony!  

   

sobota, 28 lipca 2012

                            Jest konieczny do życia!

piątek, 27 lipca 2012

           Bloger Przedwieczna Śledziona napisał utwór "Brzydki zapach bodhi".  Jednak bodhi nie ma smaku ani zapachu.  Nasze ciała rozkładają się i wydają trupi odór, podobnie i świadomość ulega rozkładowi, tworząc w okół nas przykrą aurę, nie znaczy to jednak, że bodhi może mieć smak lub zapach. Głębokie, wewnętrzne doświadczanie życia nie daje się do końca określić...

           Dogen zaleca wkładanie wykałaczki w 2/3 do ust. Jeśli włożysz ją głębiej jesteś prostakiem.  Rozumiał to całkiem dosłownie, ale ma to sens także jako metafora.  Nie powinniśmy starać się dociekać wszystkiego do końca, bowiem powoduje to jakieś zranienie, "uszkodzenie" sensu.  

           Filon z Aleksandrii napisał, że zęby są wrotami duszy, a kiedy wypadają, dusza ucieka z ciała. Goethe w wieku czterdziestu lat nie miał już wszystkich siekaczy, jednak duszę zachował do końca.  Fizyczność częściowo tylko nas ogranicza. Podobnie jest z negatywnymi doświadczeniami życiowymi. Bowiem i kwiat lotosu wyrasta czasami z błota.

           Ja, Aurelio, nie wierzę w bodhi.  Nie ma czegoś takiego jak bodhi.  Nikt jeszcze nigdy się nie przebudził, nawet pierwszy Budda.  Wszyscy jesteśmy we śnie, dopóki żyjemy.   Nie ma umysłu.  Nie ma świadomości obiektywnej.   Nie ma żadnej drogi.  Jeżeli jesteś mądry, kroczysz bezdrożem, a właściwie jesteś niesiony przez wiatr jak liść opadły z drzewa, a w końcu nawet i wiatr nie jest ci potrzebny.  Dzieci rozumieją to dobrze, niestety, my, dorośli - głupiejemy!   

         

  

              Śmiertelna pustka

czwartek, 26 lipca 2012

             Dam i Wa mieszkali w raju na przedmieściach Angkoru.  Na świecie nie było jeszcze wtedy świątyń, ani ludzi, jednak był już Budda.  Budda rzucił okiem na przyrodzenie Dama i Wy i pomyślał: "Jak nic, zgrzeszą! Zwłaszcza, że ta grząska okolica roi się od węży kusicieli. Skoro jednak Bóg dał im przyrodzenie, to zapewne wiedział, że zgrzeszą. Najwyżej da im kopa w tyłek i wyrzuci na zbitą mordę z raju!" - powiedział i zapadł w medytacyjną drzemkę - wciąż jednak miał otwarte Trzecie Oko, którym widział wszystko.  A gdy stało się tak, jak to przewidział, rzekł do siebie: "Może jeszcze oboje się odnajdą i kogoś spłodzą". Tak też się stało!

            Budda ma tak ogromne stopy, że w porównaniu z jego najmniejszym palcem u nogi, jesteśmy jedynie mrówkami.  Kiedyś mrówka weszła na czubek małego palca Buddy i ugryzła go, ten zaś nie przerywając swego marzenia w gaju uniósł ją wysoko, aż do Drogi Mlecznej i zapytał:

            - Co teraz czujesz mrówko?

            - Jestem potężniejsza od Ciebie - powiedziała mrówka, a stworzył mnie Wielki Bóg.

            - Jeżeli tak mrówko, to powiedz mi, kim jest ten Bóg, bo umieram z ciekawości!

            - To mój Ojciec.  Jest ogromną mrówką, oczywiście rodzaju męskiego, i ma tyle jadu, że potrafiłby nim zatruć trzy światy! 

            - A czego uczy Cię twój ojciec?

            - Miłości do mrówek z innego mrowiska, które zagryzam.

            - I nie zagryzasz ich?

            - Nie, dopóki przypadkiem nie wdepną na mój teren, wtedy zagryzam, z całą surowością prawa natury!

            - A gdzie jest wtedy twoja miłość?

            - Och! Ty głupcze!  Jestem przecież sprawiedliwy!

            Budda położył mrówkę delikatnie  z powrotem na ziemi.  Jednak przez pomyłkę nie tam gdzie trzeba. To zrozumiałe zważywszy rozmiary jego duchowego ciała!  Okazało się, że jest ona heretykiem i dlatego, dla dobra swojego i innych, musi być żywcem spalona przez Inkwizytora. To dla niej jedyny ratunek!  

            Biedna mrówka wiła się w piekielnym ogniu, modląc się do swego Niebieskiego Ojca: "Allah! Allah!", a dosłownie o kilka metrów dalej konał też pająk krzyżak.  Budda schwycił młynek modlitewny i zaczął nim kręcić modląc się, aby mrówka nie czuła już więcej płomieni i odrodziła sie jako współczująca istota.  Ten młynek to ciekawy wynalazek. Ile można w ten sposób przyoszczędzić na głupim gadaniu! 

środa, 25 lipca 2012

                 Amerykańscy uczeni odkryli grobowiec sprzed 300 lat. Jest prawie pewne iż zawiera on zwłoki Marylin Monroe, kobiety, którą sportretował niegdyś Leonardo da Vinci.  Jej wydatny nos świadczy o tym, że była kochanką Cezara i Marka Antoniusza.  Prawdopodobnie zabita przez Centralną Agencje Wywiadowczą w związku z komunistycznymi sympatiami jej byłego męża, przed śmiercią zażyła zbyt dużą porcję środków nasennych.  Przez długie lata była symbolem rzymskiej Westalki, a jej ascetyczne życie przywodziło na myśl piersi, którymi wilczyca kapitolińska wykarmiła sławnych obywateli Remusa i Romulusa.  Profesor Stephen Kennedy z Narodowego Instytutu Pamięci Historycznej uważa, po konsultacji z pediatrami, że prawie na sto procent stopa tzw. Kościotrupa z Białego Domu należy do Symbolu Seksu wszystkich czasów, do boskiej Marylin.  Konieczne są jednak dodatkowe prześwietlenia.

               Damom ku Przestrodze.     

               Aż w końcu przyszedł do niej ksiądz z ostatnim namaszczeniem.

               - Dajcie trumnę, bo ja umrę!  Co za pajac! - wykrzyknęła ciotka.

               I faktycznie, ciocia po tych słowach zeszła.  Zawsze bowiem była antyklerykalna i dlatego, jak to mówią, nie znała dnia ani godziny i po prostu umarła ze śmiechu.

             Kto zna tę regułę sztuki dramatycznej, ten nie popełni błędu nieuzasadnionego piętnowania ludzi i potrafi zachować życzliwy dystans wobec ich ułomności.  Jeśli są tak poważne, to dlaczego się z nich śmiejesz, a jeśli zasługują jedynie na szyderstwo, to skąd tyle inkwizytorskiej powagi?       

              - Ruina materialna, złe zdrowie, utrata czci i zawód miłosny, to najbardziej oczywiste powody do odebrania sobie życia.  A jednak istnieją ludzie, których spotykają wszystkie te nieszczęścia na raz i mimo to pragną żyć - powiedział dr Nezumi. Należało bowiem zakończyć optymistycznie.

              - Być może wiele zależy też od stopnia owych udręk - zauważyła Natasza Kowalska, sympatyczna blondynka z drugiego rzędu ławek - Wszystko jest przecież stopniowalne.  Na przykład choroba. Czymś innym są lekkie dolegliwości, a czymś innym dajmy na to nowotwór.  Jednak czasami ktoś zabija się bez powodu. Miałam koleżankę...

              - Może opowie pani o tym przy innej okazji.  Bo teraz już musimy kończyć.  Jest już pięć minut po zakończeniu zajęć.  Przepraszam, nie zauważyłem. Warto się jednak nad tym zastanowić. Widzę w tym nie tylko problem kliniczny, psychologiczny i moralny, na który zwracają uwagę klasyczne teksty, które omawialiśmy, lecz przede wszystkim problem natury aksjologicznej, a więc wartości życia i możliwości jakiejś jego afirmacji. 

              Studenci zaczęli już opuszczać zajęcia, robiąc przy tym dość poczciwe i sympatyczne miny, co ucieszyło profesora. Jednak Natasza Kowalska najwyraźniej chciała jeszcze z nim pogadać.

              - Proszę bardzo - powiedział dr Nezumi - i ponownie zajął swoje miejsce. 

              - Ale o czymś zupełnie innym -

              - To nie ma dla mnie żadnego znaczenia - dodał więc profesor.

              Natasza usiadła najbliżej jak mogła.  W swoim różowym kostiumiku wyglądała niezwykle niewinnie i ponętnie.  Jednak dr Nezumi postanowił tego nie zauważać i trzymać się wyznaczonej roli nauczyciela akademickiego.

              - Zauważyłam, że kiedy pan mówił o tych czterech powodach, to tak, jakby znał je pan z własnego doświadczenia. Czy mam rację?

              - W pewnym sensie tak. Znam je  trochę - odpowiedział nieśmiało - Jednak nie chodziło mi o to, aby mówić o własnym doświadczeniu.

              - A jednak sprawiało to na mnie przynajmniej takie wrażenie - mówiąc to Różowy Kostiumik uśmiechnął się nieco zalotnie, zmieniając swą pozę na bardziej otwartą.

              - Oczywiście mogło tak być. Na pewno ma pani rację. Trudno się tak całkowicie oddzielić od tego, o czym mówimy. To chyba problem każdego nauczyciela 

              - Nie zauważyłam tego. Nikt nie traktuje nas poważnie z wyjątkiem pana. Kiedy pan coś mówi, to wiem, że nie jest to tylko teoria, że ma pan coś bardzo ważnego do zakomunikowania i to za każdym razem inaczej.  Nigdy nie popada pan w rutynę. Jestem pilną uczennicą. Zgodnie z teorią Roberta Morteiry, obaloną co prawda niedawno, jednak nie do końca, przez serię eksperymentów Normy Davids, nauczyciele akademiccy często zbaczają z głównego wątku, bowiem są przekonani, że "wszystkie drogi prowadzą do Sokratesa".     

              - Cieszę się - odpowiedział profesor i rozgadał się na temat filozofii prowadzenia zajęć z psychologii.  Dziewczyna przez chwile dała się porwać jego entuzjastycznemu wywodowi, jednak powiedziała w końcu:

              - Nie o to chciałam pana zapytać.  Wspominał pan o zawodzie miłosnym. Czy jest pan teraz sam?

              - Ja nigdy nie jestem sam - rzekł ze smutkiem dr Nezumi - Jednak, tak.  Mam teraz kogoś bliskiego i nadal kocham tę osobę. Może nawet kocham ją coraz mocniej. To znaczy...nie przeżywam żadnego zawodu, o jakim pani wspomniała, chociaż rozumiem intencję zawartą w pani pytaniu...Ale czy mamy rozmawiać o życiu osobistym?  Jak w każdym życiu radość i smutek przeplatają się w nim, jak dwie nitki w pięknej tkaninie -

              - To Szekspir? - spytała Natasza - Późno już. Chyba zamykają budynek. Czy mogę myśleć, że oboje wiemy, o czym mówimy? 

              - To ja zwykle tak mówię. Szekspir wypowiedział to o wiele lepiej słowami Horatia...Niech pani zobaczy, ile ukrytego życia jest w jego tragediach i jak są one wypełnione rubasznymi i komicznymi postaciami, złośliwymi wiedźmami zacierającymi ręce na myśl o ruinie życia bohatera...Szekspirowska koncepcja tragedii nie była wcale romantyczna.  Paradoksalnie, uważam nawet, że Szekspir prawdziwą szlachetną powagę zachował tylko w komediach...Jednak nie upieram się przy tym poglądzie. Horatio to jednak trochę papierowa postać. Zbyt zacny, aby mógł być prawdziwy.  Szekspir zbudował jego życie na jednej sentencji, wyrażającej zgodę na los i poczucie ukrytej harmonii życia. 

              Dziewczyna milczała przez chwilę, aż w końcu wypaliła:

              - Przyniosłam panu pistolet - jest naładowany!  Najpierw zdradzi ją pan ze mną, a potem się pan zabije. Dobrze?

              - Miałbym raczej ochotę na jedną z tych rzeczy -  odpowiedział obojętnie profesor, patrząc przed siebie.

              Natasza uśmiechnęła się jeszcze bardziej zalotnie niż przedtem i podała mu pistolet przez stół.  Profesor zapytał, czy nie mogłaby już wyjść. Pragnął bowiem pozostać sam.  Nie gwarantował jej jednak, że na pewno uczyni to, czego się spodziewa. Lubi przecież zaskakiwać! Tak właśnie pomyślany jest jego wykład.

              Podała mu swą dłoń i powiedziała - A zatem zostawiam pana samego!  Odwagi!

              - Do zobaczenia - wyszeptał - Chociaż, nie mam pewności, czy się jeszcze zobaczymy. Jeżeli nie, to dr Baley poprowadzi dalej wykład.                       W chwilę później dr Nezumi nie dawał już oznak życia.  Szybko zjawili się policjanci z Hampstead. Jeden z nich mrugnął porozumiewawczo do dziewczyny, sugerując jej że wie już, co się wydarzyło:

              - On tak zawsze! - powiedział Różowy Kostiumik - Zakochał się w niej.  Chciałam mu tylko pomóc, jakoś ulżyć... Słyszałam, że bardzo kochał swoją dziewczynę, ale wie pan, jak to jest...To znaczy, nic pan o tym nie może wiedzieć -

             - Zabijał się już kiedyś?...W tym największy jest ambaras, żeby dwoje chciało naraz - pokładał się ze śmiechu sympatyczny policjant- A może jak go już oporządzimy pójdzie pani ze mną na kawę? - zapytał - Długo pani bawi w Zjednoczonym Królestwie?

             - Chce mi pan zadać kilka pytań - Natasza ubawiła się tym jego żartem do łez - Tak. Chyba pójdę z panem na kawę - rzekła i wyjmując z torebki pistolet strzeliła sobie prosto w serce.  

             Policjant skrzywił się i wypowiedział owo wulgarne i zarazem magiczne słowo znane z wielu filmów, które jego szef zwykł mówić w podobnych sytuacjach.  Trzeba było, jak zwykle,  zająć się trupami.  "Było ją najpierw przesłuchać, od razu jak tylko ten jajogłowy żółtek kojfnął!  Ach te Polki!  Co za gówniany wieczór!"   

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

                Życie Pana Kobaiashi wyglądało całkiem normalnie dopóki nie poznał i nie rozstał się z Yoko.  Później jednak Pan Kobaiashi oszalał.  Porzucił swą pracę i całymi nocami wędrował po pustej plaży - spał na wydmach, ssał w ustach kamyki i muszelki jak dziecko i prawie nic nie jadł.  Podobno Yoko pozbawiona jego oparcia trafiła do dzielnicy uciech, gdzie sprzedała ją matka i zrobiła tam wielką karierę.  Niektórzy jednak mówią, że ogoliła głowę i została mniszką.  A jeszcze inni, że wyszła za bogatego Pana Yasunari, który wprawdzie jej nie kochał, ale mógł jej zapewnić wygody życia.  Ja jednak nie wierzę tym opowieściom, z których zapewne jedna na dziesięć jest prawdziwa, bowiem trudno sobie wyobrazić, aby tak piękna kobieta usychała z samotności.  Pan Kobaiashi zmienił się nie do poznania i trudno nawet domyślić się, w jaki sposób potrafił sobie zapewnić w miarę schludny wygląd i miseczkę ryżu.  Być może ktoś udzielił mu niezbędnego schronienia, a nawet zaopiekował się nim.  Przy zachodniej plaży pod miastem mieszkała w swej chatce szalona Noriko.  Może to ona?  Opowiadają nawet, że Pan Kobaiashi w niektóre dni nadal przychodził do szkoły i uczył dzieci.  Jednak gdyby go tam widziano, to czy uważano by go za szaleńca? 

               Którejś jesiennej nocy, zaraz po zachodzie słońca, Pan Kobaiashi zakradł się w miejsce, w którym, przywożone łodzią dziewczyny spotykały się ze swoimi klientami i jak zwykle przypatrywał się ich bucikom, gdy w tym położeniu dopadł go wielki pan Midori, który właśnie sycił się wdziękami jednej z nich.  Schwycił biednego szaleńca za kark i rzekł:

               - Nie zabiję cię, ponieważ uważam podglądanie za część naszej starożytnej kultury, uwiecznioną przez naszych najwybitniejszych malarzy, jednak przerwałeś moją uciechę i obawiam się, że nie wzniosę się już jako kochanek na dotychczasowy poziom. Tego darować ci nie mogę i ze wściekłości jako człowiek honoru i samuraj powinienem ściąć cię tym mieczem.  Daruje ci jednak, jeśli spełnisz moje zlecenie. Udaj się do mojej ukochanej z tym miłosnym listem, dowodem mojej wierności. Załączam też do niego ucięty palec, dowód mojej namiętności -

               Pan Konbaiashi jeszcze tej nocy udał się pod wskazany adres i został przyjęty przez księżniczkę Suzanaki - zawył bowiem pod jej oknem jak pies a następnie zamiauczał jak kot, co było umówionym znakiem.  Księżniczka kazała mu usiąść naprzeciwko siebie i poczęła czytać list, gdy on tymczasem przyglądał się jej bosym stópkom. 

               - Ten Pan Midori, to zwykły oszust! - wykrzyknęła dziewczyna i spluwając pogardliwie na ucięty palec rzekła:

               - Jestem pewna, że nie miałeś złych zamiarów, a jedynie zostałeś do tego przymuszony. Wiedz jednak, że każde jego słowo to kłamstwo - i  chcąc go przekonać o prawdzie swoich słów przyzwała go ku sobie gestem i podała do ręki swą delikatną, wypielęgnowaną dłonią jasny włos dziewki służebnej przyklejony przezroczystym płynem do listu. 

              - Dlatego - powiedziała - Chcąc upokorzyć Pana Midori i okazać ci wdzięczność za powstrzymywanie się od kłamstw, które miałyby chronić tego podleca, pozwolę ci do woli cieszyć się widokiem i dotykiem moich stóp - Później jednak będziesz musiał zanieść mu moją odpowiedź - 

               Podczas owych niebiańskich rozkoszy Pan Kobaiashi zemdlał, a wtedy księżniczka uwolniła swą dłonią jego nasienie.  Biedak utracił wszystkie siły żywotne i zapadł w długi sen.  Śniło mu się, że zamiata dziedziniec świątyni, a kiedy pozostał mu jeszcze tylko jeden liść, który przykleił się do ziemi, rosi zdzielił go potężnie kijem przez plecy.  W tym momencie obudził się krzycząc przeraźliwie: "Mu!" i ze zdumieniem zauważył, iż spał porzucony gdzieś na plaży z listem księżniczki w ręku i że ktoś stoi nad nim z wyjętym z pochwy mieczem.  Był to szpieg Pana Midori, który zza kotary widział wszystko, co zdarzyło się w komnacie księżniczki. Pan Kobaiashi umarłby chyba ze strachu, gdyby miał na to siłę.  

              Pan Midori przeczytał list, a następnie wysłuchał relacji swego sługi i rzekł:

              - To nawet mi się podoba!  - i zamiast uciąć mu głowę roześmiał się i sypnął groszem - Ta Suzanaki rzeczywiście jest przezorna i trudno ją zwieść! W nagrodę za twoją misję dostaniesz jeszcze tę dziewkę - dodał - Tylko nie mów o tym nikomu!

              Po tych słowach Pan Midori wprawnym ruchem miecza rozciął sobie brzuch.  Niestety jego sługa nie okazał się lojalny.  Obrabował ze wszystkiego ciało swego pana i zabrał ze sobą dziewczynę. 

              Biedny szaleniec leżał teraz, obok swego niedawnego dobroczyńcy we krwi, która mieszała się z ziarenkami piasku.  Umierając, wyobrażał sobie, że szata dziewczyny pachnie rybami i kiedy chłonął ten zapach, jeszcze jeden strumyk wyciekł z jego ciała. W owej chwili, kiedy duch go już opuszczał chłopak wyszeptał imię swojej ukochanej - jednak Yoko tego nie słyszała!   

              W "Zapiskach spod strzechy" opisane są różne dziwy, jednak nigdy nie opowiedziano tam równie smutnej historii.

      

piątek, 20 lipca 2012

              Któregoś dnia mój duch opuścił ciało i wzbił się wysoko w przestworza jak łabędź lub żuraw.  Leciałem coraz wyżej ponad ciemnymi chmurami, aż wpadłem w otchłań niebieskiego przestworu.  Kiedy doleciałem do księżyca, zapragnąłem odpocząć.  Usiadłem na jego srebrnej tarczy, w jednym z piaskowych mórz, obok wielkiego krateru wypełnionego tysiącami dusz zmarłych.  Dusze wirowały w okół, szepcząc i rozprawiając ze sobą w nieznanych językach.   Na mój widok wzbiły się w jedną wielka masę i otoczyły mnie ze wszystkich stron, trzepocząc skrzydłami i świecąc na mnie tysiącami oczu. 

             - Nie chcemy tu żywych! - krzyczały w języku gawronów i wron.

             - Ach!  Wpadłem tu tylko przelotem i na pewno długo nie zostanę - wołałem na próżno, bowiem dusze właśnie mnie zadziobywały. A kiedy uznały, że już jestem martwy, porwały mnie ze sobą w taneczny wir.  Ja jednak wciąż jeszcze żyłem i miałem nadzieję powrócić do mojego ciała.

             Tymczasem jednak moje ciało leżało w różanym ogrodzie obok pałacowego pawilonu.  Kiedy służący zorientowali się, że jest nieruchome, zanieśli je do mojego pokoju i położyli na łóżku, wzywając doktora.  Ten zaś oznajmił:

             - Książę nie oddycha.  Jest prawie pewne, iż nie żyje, jednak poczekajmy do jutra. Może jego duch jeszcze powróci z nocnej wycieczki.

             Służący chcieli zastosować się do jego rady, jednak tymczasem nadszedł zarządca pałacu i rzekł:

             - Wrzućmy jego ciało do studni, a wtedy jego brat zostanie księciem i podwyższy wszystkim uposażenie.

             Tak też uczyniono.

             Przez cały tydzień błąkałem się po niebieskich przestworzach, aż w końcu, nieświadomy niczego, nocą wylądowałem w miejscu, w którym opuściłem swe ciało.  Tu go jednak nie znalazłem.  Poleciałem więc do gaju brzoskwiniowego, a później przez otwarte okno wleciałem do swojej komnaty, mając nadzieję, że śpię.  Jakże wielki sprawiłem sobie zawód!  Przyznaję, iż zupełnie straciłem głowę i gdyby nie moja służka Jasnowłosa Dziewczyna nigdy nie nie dowiedziałbym się, iż moje ciało spoczywa na dnie studni.  Niestety, dziewczyna powiadomiła mnie iż moje ciało zaplątało się w wodorosty i gnije, tak iż nie będę miał już z niego żadnego pożytku.  Nie mogąc zatem wrócić do cielesnego życia, postanowiłem wywrzeć pomstę na moich wrogach. Ludzie prości myślą, że dla ducha to dziecinna igraszka. Wystarczy ukazywać się żywym i wzbudzać w nich poczucie winy, które doprowadzi ich do odebrania sobie życia. Ja jednak, człowiek wykształcony, wiedziałem, jak trudne czeka mnie zadanie. 

             Do ilu postępów musiałem się uciec, aby sprowadzić na tych prostaków bez sumienia nagłą śmierć.  Otóż brat mój, strugając nożem drewniany miecz, wbił sobie nieopatrznie drzazgę w palec i nie zauważywszy tego w porę, pił bowiem na umór, zmarł, kiedy owa drzazga uwięzła w jego sercu. Jego pierwsza żona, zobaczywszy w lustrze swą pooraną zmarszczkami twarz - to ja sprawiłem, że lustro zdeformowało jej rysy - cisnęła nim ze złością o ziemię, a jego odprysk uwiązł jej w oku, które najpierw zaropiało, a potem wypłynęło, a w raz z nim jej udręczona bólem dusza. Zdradziecki zarządca pałacu kąpał się z kurtyzaną w sadzawce, gdy nagle w jego biodro wbiła zęby ogromna drapieżna i jadowita ryba. Nie poruszając nawet małym palcem u nogi, gładziłem tak jednego pod drugim wszystkich spiskowców, a każdy zginął z powodu swych wad. Jednak jatka owa utrudziła i napełniła współczuciem dla ofiar mego ducha.  Błądziłem po opustoszałym pałacu, nie mogąc znaleźć sobie żadnego miejsca....

           - I JAK TO SIĘ WSZYSTKO SKOŃCZYŁO?  CHCĘ JUŻ SPAĆ!  - powiedziała, niecierpliwiąc się, moja córeczka i przytuliła główkę do poduszki.

           - Ach! Gdybym to ja wiedział! - odrzekłem - Ale pamiętaj, dziewczynko, kiedy twój duch opuszcza ciało i w marzeniu udaje się w beztroską wędrówkę w dal, nie zapominaj o swym malutkim ciałku.  Musisz się o nie zatroszczyć - oczyścić ząbki, wykąpać się i dobrze potem przykryć w łóżeczku, pozostawiając otwarte okno!        

           Ale dziewczynka nie słyszała mnie już, bowiem właśnie zapadła w sen. Ja zaś uleciałem z wiatrem przez okno i wdychając wilgotny zapach jesiennych liści, z którymi wymieszałem mój oddech, uleciałem w zimową zamieć.

           - I CO BYŁO DALEJ?

           - Ach! Ty jeszcze nie śpisz?  Resztę opowiem ci na wiosnę, jak wrócę.  Zaopiekuj się swoja malutką siostrzyczką i pamiętaj - zemsta nie popłaca!   

           Na pewno tak.  Kiedy jest się samotnym i pustym, wtedy tylko można przyjmować cierpienie i radość innych, i kochać.  Jednak czasami człowiek myśli - A kto mnie pokocha?  Moja matka jest już stara i chora i nie ma już nawet siły pogłaskać mnie po głowie...A rozłąka, z kimś, kogo się kocha, jest, jak mówi Budda, cierpieniem...Owszem już dawno obudziłem się do życia w samotności i wydaje mi się ona słodka, bo prawdziwa wolność możliwa jest tylko w samotności, ale też i czasami zasypiam, i wtedy porywa mnie gwałtowny strumień samsary.  Moje życie jest jedną wielka raną.  Dlatego potrzebuję miłości i czułości, jak wszystkie obdarzone psychiką istoty.  Tołstoj uważał, że potrzeba bycia kochanym oznacza "zanik życia duchowego".  To jedna z tych prawd, które wyrażają tylko jakąś cząstkę prawdy.  Nigdy nie przestaniemy być spragnionymi czułości i miłości zwierzątkami. Nawet Dalajlama jej potrzebuje, nawet moja koteczka Mitsuko...      

              Chociaż pozostaję w pustce samotności, moje serce wypełnia nieskończone współczucie i miłość...

 

              Aurelio

czwartek, 19 lipca 2012

              Krótkie opowiadanie, nad którym się tak namęczyłem, nie było literacko zbyt udane.  Moi znajomi czytelnicy odczytali jego intencje jako dokładnie przeciwstawne moim. "Zdjąłem" je więc z bloga.  Być może pisanie w stylu psychologicznie realistycznym przerasta jednak moje siły. A może próba napisania takiego utworu w kilka godzin i bez uprzedniej jasnej koncepcji przerosłaby siły każdego autora?  Było to opowiadanie o końcu miłości z trochę przerysowanym Iwaszkiewiczowskim przesłaniem: zła Julia niszczy życie Karola doprowadzając go do śmierci (przypadkowej zresztą).  Nie spytałem tylko, co na to Julia?  Krytyk mojego opowiadanka słusznie wytknął mi, że było ono zbyt krótkie, abyśmy mogli wiedzieć, co było między kochankami przedtem - starałem się to delikatnie, może zbyt delikatnie, zasugerować na początku utworu, pokazując jak dla samego autora święte było to uczucie.   Jego zdaniem Julia m i a ł a  p r a w o  nie kochać Karola, a on ze swoją obsesyjną potrzebą bycia kochanym to typowy sfrustrowany mężczyzna. 

             Moją intencją było pokazanie, że w pewnych sytuacjach brak miłości w odpowiedzi na miłość jest jednak, być może nie zamierzonym, ale zauważalnym złem.  Z pewnością lepiej uczynił to sam Iwaszkiewicz w opowiadaniu "Dziewczyna i gołębie". (Iwaszkiewicz, to wybitny, a może nawet wielki pisarz, którego twórczość z powodów jego politycznych sympatii oraz pewnych przykrych wad charakteru, niewielkich jednak w porównaniu z zaletami, często postponuje się). 

             Może naprawdę wielka literatura unika osądzania.  Tutaj ideałem byłby Tołstoj, ale nie ten ze "Zmartwychwstania" czy z "Sonaty Kreutzerowskiej".  Dostojewski, podobnie jak Iwaszkiewicz, pisał w sposób skrajnie nieobiektywny i stronniczy.  I ja, gdyby Pan Bóg nie poskąpił mi literackiego talentu, tak tylko potrafiłbym pisać.  Bowiem ostatecznie to nieosądzająca Miłość paradoksalnie najbardziej osądza. Wyobraź sobie na przykład Chrystusa, który mówi "I tak rzucisz we mnie kamieniem, jak rzuciłeś przedtem w tę kobietę, bo  t y   t a k  m u s i s z".  Dopóki nam zależy na drugim człowieku dopóty mówimy: "Rzuć we mnie tym kamieniem, a nie w nią".  Bo wierzymy, że ten człowiek jest wolny...  

             Tak, czy owak, przykro mi, że moje opowiadanko znalazło się w koszu (podobnie jak być może własne życie z innych zupełnie powodów), jednak, jeśli znajdę na to czas, spróbuję je poprawić i pokazać mojemu krytykowi, a być może też, kiedyś - szerszej publiczności (jak to się kiedyś mówiło).           

            Chciałbym jeszcze tutaj odróżnić dwa rodzaje ocen, które również literatom przydarzają się. Nie piszę tego w związku ze swoim opowiadaniem, w którym przecież do zdrady, ani przemocy nie dochodzi...Chodzi mi o refleksje ogólniejszą. (To zresztą nic nowego, rozróżnienie to istnieje od dawna).

            Wyobraźmy sobie, że ktoś bije psa, znęcając się nad nim, a ktoś inny zdradza bliską osobę, której winien jest wdzięczność.  I wyobraźmy sobie, że to my jesteśmy owym psem lub osobą.  Pies często gryzie lub broni się, kiedy jest bity. Człowiek zdradzony wyraża swą rozpacz w bezsilnym gniewie lub wpada w apatię.  Na krzywdę odpowiada agresją lub wycofaniem.  To zachowanie wyraża ocenę: "Nie mogę już tego dłużej znieść, to mnie boli, jest dla mnie złe". 

           I oto zjawia się bezstronny, a może nawet chłodny obserwator, który nie ma żadnego interesu, żeby kogoś przed czymś bronić i mówi: "Źle robisz bijąc psa", "Nie zdradzaj tego, kto okazał ci miłość".  Wyraża wtedy zupełnie innego rodzaju ocenę - już nie taką, "to boli, to jest dla mnie złe", lecz to jest "złe, bez względu na to, kogo to spotyka", to jest moralnie złe, złe jakoś obiektywnie.  Ta ocena jest bezinteresowna i zakłada pewien common sense (poczucie oczywistości).  Otóż do takiej oceny miałby również prawo pies, gdyby potrafił myśleć w sposób dyskursywny i człowiek zdradzony, gdyby cenił swą wartość. Wolno mu ująć się w pewnych sytuacjach za sobą samym...Ta bardzo stara koncepcja oceny moralnej pochodzi z XVIII wieku. Jest jednak, w moim odczuciu, szczególnie trafna.

          Ale przyjdzie inny człowiek, zobaczy bitego psa i przejdzie obojętnie, albo nawet zaśmieje się lub przyłączy do bicia.  Wielu ludzi również w niewdzięczności i zdradzie nie widzi żadnego zła.  Cóż można na to poradzić?

          Kiedyś wydawało mi się mądre, aby powstrzymywać się od ocen, nie ingerować w psychikę drugiej osoby, a jedynie zapobiegać nieszczęściu. Uważałem to za jedyny do pomyślenia przejaw miłości...Jednak teraz wydaje mi się, że pozostawiam w ten sposób człowieka (wyrządzającego krzywdę) bez żadnej pomocy, bez żadnego sygnału: "że coś jest nie tak!".  Jakbym zakładał z góry - "Jesteś pozbawiony łaski miłości, taka jest twoja karma, po prostu musisz być taki!  Jeśli spróbujesz uderzyć psa dostaniesz ode mnie w mordę...Tak, czy inaczej nie pozwolę ci na to w mojej obecności, a jak się o tym dowiem...Ale ty to zrobisz ukradkiem, kiedy nie będę tego widział, chociażbym zamknął cię w więzieniu, gdzie każdy ci powie, że pies jest od tego, aby go bić, gdzie może z ciebie samego zrobią bitego psa.  Dlatego mogę być na ciebie tylko wściekły lub jeśli nie chce taki być, przyjąć to z pełnym wyższości politowaniem".

          Tak. Ingerować trzeba jak najmniej!  Nadal tak uważam.  Jednak czasami w tym właśnie przejawia się miłość: Ingeruję nie po to, aby cię zniszczyć, lecz aby pomóc ci dojść do zdrowia.  A nigdy nie będziesz zdrowy, jeśli nie poczujesz, czym jest ból i lęk bitego psa, chociaż nie są twoim własnym bólem i lękiem!  Niektórzy myślą: Zbiję go, to zrozumie czym jest ból psa!  Ależ skąd! Zrozumie tylko, czym jest jego własny ból i będzie się ciebie bał.  To bardzo marna zasada wychowawcza.  

    

 

 

 

poniedziałek, 16 lipca 2012

                   Nie mam nic oprócz mojej mnisiej szaty i miseczki, dlatego chciałbym, aby była zapełniona.  Żebranie też może być sztuką.

00:00, nazumi13 , Pustka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 lipca 2012

           Pewna pszczółka latała sobie wesoło w gaju różanym, przeskakując z kwiatka na kwiatek. Omijała tylko pewna smutną, pąsową różę.  Jednak pewnego słonecznego dnia pszczoły wyroiły się w gaju, a nasza pszczółka zapomniała, że jest sobą i wydawało jej się, że jest inną pszczołą, i przylgnęła do owej róży. Ta zaś gniewna i cała w pąsach ubezwładniła pszczółkę jadem i pożarła, chociaż z pewnością nie jest to w zwyczaju róż.  Rabbi Yehudi z Międzyrzeca tak o tym kiedyś powiedział: "Nigdy nie myśl o tym, że jesteś kimś innym, zawsze myśl tylko o tym, jak być sobą".  

                Niegdyś w spiżarni pewnego zegarmistrza z Lejdy mieszkały okrutny kot i przeraźliwie wystraszona mysz.  Kiedy tylko kocur poruszał się na swoim legowisku, myszka umierała w swej dziurce ze strachu, blednąc przy tym.  Tak było do wieczoru, kiedy stary zegarmistrz przyniósł do piwnicy dwa zepsute zegary. Jeden z nich pozostawał całkowicie martwy, jednak drugi pędził z ogromna szybkością wołając bez przerwy "Tik tak, tik tak!"  Zegarmistrz, którzy znał "Teodyceę" Leibniza śmiał się z braku przedustanowionej harmonii między owymi zegarami: "To tak jakby położyć kota i mysz  w jednym łóżku!"   

               A kiedy zegarmistrz poszedł na górę, kot podszedł do martwego zegara i zaczął go obwąchiwać. Kiedy zaś postawił już diagnozę, że zegar z całą pewnością wykitował, podszedł do drugiego zegara.  Tymczasem mysz ze swojej szparki obserwowała to wszystko wylęknionymi, przekrwionymi oczkami. Była jednak głodna, a kiedy kot będzie zajęty, można będzie podejść bliżej do ziarenka pszenicy, które upadło niedaleko.  Wychynęła więc ze swej dziurki...Nie uszło to uwagi kota. Naprężywszy swe ciało niczym czarny diabeł rzucił się ku swej ofierze, pragnąc pochwycić ją w  swe szpony.   Niestety!  Jego ogon zaplatał się przy skoku w szaleńczo rozpędzony zegarowy mechanizm, który rozerwał go na strzępy, a wtedy z zegara wyskoczyła kukułka i zaczęła kukać: "ku ku!"      

               Widząc koniec swego satrapy głodna myszka z ufnością ruszyła ku ziarenku i wtedy właśnie przytrzasnęła ją pułapka zastawiona przez gospodarza.  "Tak! Tak!" - mruknął do siebie zegarmistrz na widok owej masakry: "Pan Bóg ponastawiał wszystkie zegary na tę samą godzinę. My je jednak czasami przestawiamy!"

                W milionach kropli padającego deszczu usłyszałem tę jedną.  Zadzwoniła jak dzwoneczek.  Wiedziałem, że już nigdy więcej nie zobaczę mojej ukochanej.  Chociaż burza w moim sercu jeszcze trwała wsiadłem do karety i odjechałem.  Był ponury jesienny dzień 1767 roku.  Czwórka koni pędziła z ogromną szybkością pozostawiając za sobą pałacowe wzgórze, a im szybciej biegły, tym szybciej biegły też moje myśli i wiedziałem też, że nie będę mógł sobie już nigdy przypomnieć jej twarzy.

                W słowach tych nie ma żadnej przesady. Dopiero umierając w roku 1809 pierwszy raz od tamtego rozstania ujrzałem twarz Konstancji. Była blada i zatroskana, i jakby trochę zawstydzona jak wtedy i wiedziałem, że coś przede mną ukrywa.  Śmierć miałem lekką.  Wstając rano z łóżka gwałtownie zasłabłem.  Zmarłem w pięć godzin później.  O osiemnastej do mojego pokoju wszedł orszak - moja córka Elwira, mój starszy brat Zygfryd, ochmistrz Ferdynand i doktor Taube.  Doktor Taube wziął mnie za puls, przystawił lusterko do moich ust i orzekł zgon.  Pochowano mnie w trzy później dni w alei na miejscowym cmentarzu. Pogrzeb nie był zbyt okazały. Uczestniczyły w nim owe cztery osoby, nie licząc służby, jednak córka moja opuściła go przed końcem, bowiem była umówiona ze swoim gachem Leopoldem.  Odegrano muzykę żałobną, pastor wygłosił nader zwięzłą mowę chwalącą zalety mojego ducha, grabarze przykryli trumnę ziemią, a potem wszyscy rozeszli się do swoich zajęć.

                Tak rozpoczął się mój sen wieczny.  Jakież było moje zdumienie, gdy nagle uświadomiłem sobie, że nie śpię, a przeciwnie pozostaję przytomny.  Nie wiedziałem zatem, czy żyję, czy umarłem.  Gdybym umarł, to Jezus podałby mi swą dłoń.  A jeśli moje grzechy przeważyłyby dobre uczynki, a łaska Boża okazała się niewystarczająca, to znalazłbym się w czeluściach piekielnej otchłani.  Gdybym zaś pozostał przy życiu, to musiałbym w tym stanie odczuwać intensywne pragnienie i brak powietrza.  Tak jednak nie było.  Tak więc po rozważeniu owych okoliczności doszedłem do przekonania, że jestem duszą pokutującą.  Mogłem zatem w każdej chwili przeniknąć ściany mojego obecnego więzienia.  Leżałem jednak pogrążony w  rozmyślaniach.

                Słyszałem, jak pada deszcz. Padał tak chyba przez trzy dni, a ja w tym czasie pogrążałem się w coraz większej melancholii. Bodajże trzeciego dnia późnym wieczorem - zawodzi mnie ostatnio nieco pamięć! - usłyszałem czyjeś kroki.  Obawiałem się, że to jakiś wiejski opryszek lub może nawet sam grabarz przyszedł rozkopać grób i obrabować moje zwłoki ze złotych kosztowności.  Później przyszło mi do głowy, że to Elwirę ruszyło sumienie. I istotnie owa eteryczna postać okazała się być kobietą.  

               Tak, to była Konstancja!  Jednak nie wyglądała wcale jak staruszka.  Modliła się za moja duszę w deszczu, a później wyrzekła te słowa:

               - W dniu, kiedy pełen pogardy dla mojej słabości opuszczałeś na zawsze pałac, sądząc, że się w nim nie pojawię...otóż jeszcze tego samego dnia wieczorem...

               - Co stało się tego samego dnia wieczorem? - wykrzyknąłem z otchłani mego grobu.

               Konstancja zamilkła. Słyszałem tylko wśród milionów kropel spadającego deszczu tę jedną!  Całym wysiłkiem swej woli powstałem z grobu i stanąwszy oko w oko z Konstancją powtórzyłem swe pytanie. 

               - Tego samego dnia wieczorem, pękło mi serce, staruszku! - zachichotała Konstancja i porwała mego ducha w szaleńczym tańcu. 

               Taką miłością w naszych czasach kochały się najbliższe sobie osoby.  A zatem, jeśli masz w sobie odrobinę szlachetnego ducha, nawet w tym wieku prostactwa pojmiesz, czym jest prawdziwa miłość.

 
1 , 2 , 3