Kategorie: Wszystkie | "Dziewczyny, bądźcie dla nas dobre na wiosnę" | ...bez końca | 0 | 100O i jeden Rabinów | A Puszkina też zapuszkują? | A moze to tylko pomieszanie zmyslow | A nie lepiej być purystą? | Aaaaaaaaaaaaaa...aalfabeta | Ach, gdzież jest litość lub wspolczucia pozór? | Ach, gdzież jest litość lub współczucia pozór? | Adam Mic - Kiewicz | Adaś i Ewka | Aforystyka | Amerykański sen | Autopsychoterapia | Bez sensu to to! | Bez szaleństwa... | Bezmyślne okrucieństwo | Bezradność | Biedna Szymborska | Biedny Kapturek! | Bliźni miłości | Bliźniego miłość... | Blondyn | Blue Bossa | Bojaźń i drżenie | Bratnie dusze | Bruner, ty świnio! | Buddyzm w życiu codziennym | Bóg mi poskapił tej anielskiej miary... | Bóg mi poskąpił tej anielskiej miary... | Bójstwo samo | Caritas | Chiziofrenia | Choroba na śmierć | Chwila ułudy | Chwila wytchnienia | Chłodne upojenie | Cierpienia i radości | Cierpienie i radość | Cleen feed | Cnota niedoli | Co slina na język przyniosła | Co tam panie w polityce? | Co w niebie piszczy | Co ślina na język przyniosła? | Corrida | Coś dla duszy... | Coś tak wulgarnego | Cudotwórstwo | Czarna Perła Tao | Czarny tulipan skrzyżowany z czarna różą | Czarny tulipan skrzyżowany z czarną różą | Czary Mary | Czego nie przysięgał Hipokrates? | Człowiek nie jest rzeczą | Człowiek to brzmi dumnie, ale nie u mnie | Często chowa | Częstochowskie rymy | Deficyt aniołów | Delightful! | Demokratyczne wybory w Oczodołach | Diabłoterapia | Dla wszystkich i dla nikogo | Dnieje | Do samego siebie | Dodatek | Dowcipas dnia | Duma narodowa | Dusze drzew | Dyskretna mgiełka autoironii | Dzielność | Dziki kapitalizm | Dzisiejsza młodzież | Dzisiejsza młodzież nosi ładną odzież | Egzystencjalizm jest chumanizmem | Ekonomia zbawienia | Elegancja Francja | Elegijnie | English gentelman | English gentleman | Epicurus | Ewa tylko ziewa | Falochron | Female | Filozofia bez uczoności | Forever Loving Jah | Gadu, gadu | Gadu, gadu, trochę więcej jadu | Gal Anonim | Gaz dla pedałów | Gaz dla pedałów, młot dla sierpów | Gdy rozum śpi... | Gendarme | Genek, gienialny gieniusz | Geno Typ | Gorący uczynek | Grabarz | Grabarz nonsensu | Gry i zabawy literackie | Głupota przysłowiem narodów | Głębie i tajnie Podświadomego | HIstoria nauczycielką bicia | Herbatka zen | Homo economicus | Homo sapiens czy Homo politicus | Humor absurdalny | Humor nieco absurdalny | Humor, satyra, panie... | I rekiny w oceani mają zębów cały rząd | I rekiny w oceanie mają zębów cały rząd | Indie Wschodnie i Zachodnie | Industrial | Istnieje również wrodzony brak poczucia humoru | Ja tam bynajmniej nie wiem | Jak długo będę jeszcze żył? | Jak uprawiać agresywne dziennikarstwo? Poradnik dla początkujących | Jakże cżęsto powtarza się ta historia | Jakże trudno czasami coś sklecić! | Jan i Małgorzata | Jan z Czarnolasu | Jesienna muzyka | Jeszcze smutniej! | Jeździec Apokalipsy | Językologia | Kaczuszki mandarynki | Karawana idzie dalej | Katedra Adamowego Żebra | Kawa z Kafką | Każdemu według naszych chęci | Każdemu według potrzeb | Każdemu, o czym tylko zamarzy | Kiciuś Miciuś! | Kicuś Micuś! | Kiedy człowiek staje się bestią | Kiedy owce nie milczą | Kij w mrowisku | Kniaź Wiktor | Kochani ludożercy | Kolacja Pani Sowy | Kometa tylko głownia nie ta | Konkwista | Koryfeusz nauki, milośnik sztuki | Koty i inne zwierzęta | Koty, głupoty, palikoty | Kości rzucone są | Kość słoniowa | Kto pierwszy był człowiekiem, kto będzie nim ostatni | Kto pisze teraz historię? | Kuchnia szamańska | Kwiatki Św. Franciszka | Kwiatostan śmierci | Kwitnienie kultury | Kwitnąca wiśnia | La colombina i ciche ukojenie | Lekarzu - lecz się sam! | Lenin wiecznie żywy | Leśmianiada | Lichwiarstwo polskie | Liryki i prztyki | Logika dziejów | Londyńska mgła niepamięci | Londyńskie przygody | Los ofiary | Los puka do moich drzwi | Lotosowy wpis | Ludzie ludziom... | Lunatyzm | Lęk społeczny | Made in Japan | Maligna | Marność nad marnościami | Marność nad marnościami. Rekoleksje Wielkopiątkowe | Marzenia senne | Marzeniologia stosowana | Maszkary i senne dziwadła | Maszkary i senne widziadła odbite w lustrze | Mała czarna z Kafką | Medycyna naturalna | Meine Liebe Augustin! | Melancholia | Melancholia stosowana | Memorabilia | Meszreiw | Meteo | Mgiełka autoironii | Mglisty dzień. Mgła | Mikołak | Mistrz i Małgorzatka | Mistycyzm lunarny | Mistyka i miłość | Mitologia osobista | Mitologia świata | Miłość | Miłość bliźniego | Miłość nie zawsze szczęśliwa | Miś Uszatek | Moc rytuałów | Monada nie ma okien | Mowa potoczna | Mowa ptaków | Mowa serca | Moze ktoś zrozumie, co teraz czuję | Może ktoś się ucieszy? | Może ktoś zrozumie, co teraz czuję | Może to trochę zbyt uszczypliwe | Musicology | Muza lekkich obyczjów | Muzyka przywraca ład serca | Myszoterapia dr Nezumi | Myśli prostego człowieka | Mądrość Natury | Mądrość jak z gazety | Mądrość narodów | Młot na faryzeuszy i hipokrytów | Męstwo bycia | Mówił sen do snu | NIe ma na świecie dwóch takich samych liści, ni kropel deszczu | Na jawie (lecz to, co niejawne pozstaje) | Na stos rzuciliśmy szcześcia los | Na stos rzuciliśmy szczęścia los | Na szczytach hipokryzji | Na zdrowie! | Nad piekną rzeką | Najokrutniejsze zwierzę | Najsłodsza tajemnica | Narastająca senność | Nic dzisiaj ciekawego nie napisałem | Nicość | Nie am dwóch takich samych liści, ni kropel wody | Nie bój się - najwyżej cię rozstrzelają! | Nie czas żałować burz, gdy płoną oczy | Nie czas żąłować burz, gdy płoną oczy | Nie każde szczere złoto jest szczerozłote | Nie ma na świecie dwóch takich samych liści ani kropel wody | Nie ma na świecie dwóćh atkich samych liści lub kropel deszczu | Nie ma takiego smutnego, co by na wesołe nie wyszło | Nie ma zazdrości bez miłości | Nie oddamy nawet guzika | Nie tylko dzielenie włosa na czworo | Nie wiem, ja w ogóle nie myślę | Nie zabijaj! | Nie zabijajcie drzew! | Nie zawsze urocza dzecinada | Niebiańskie szczyty głupoty | Niech pani będzie dzielna! | Niech zapłaczą na moim pogrzebie | Nieco drapieżny wpis | Niekoniecznie ptasi móżdżek | Nienawiść bliźniego | Nieosobiście | Nieprzesłane przesłanie | Niestworzone rzeczy | Nieszkodliwe głupotki | Niewczesna melancholia melomana | Niewczesne rozważania | Niewielka profanacja | Niewielkie przekłamanie | Niskolotnie | No No! Teatr No | No comments! | No no! | Nowa poezja lingwistyczna | Nędzne kabareciarstwo | O Leonardo, po cóż się tak trudzisz? | O dzieleniu włosa na czworo, czyli metodzie scholastycznej | O dzieleniu włosa na czworo, czyli o metodzie scholastycznej | Obciachy | Obscenia i parafrenalia | Obsesja dobrego biustu | Ojej! | Oko w oko z zębem mądrości | Okropieństwa | Okruchy odgrzebane z lawy | Okruchy życia wygrzebane zlawy | Okruchy życia wygrzebane z lawy | Okrutna losu ironia | Orientuj się na orient | Owczarek | Owczarki afgańskie | Owocożerni | PL jak piekło | PO PiS | POeci wszystkich krajów dzielcie się | Pan Tadeusz | Panie pośle, po chrześcijańsku panu wybaczam | Pańska satyra polityczna jest niegramatyczna | Pendant do pewnego przypisu | Perlikowski | Pewna elastyczność zasad | Pewne jak w banku | Piorunujący piorun! | Po owocach poznacie ich! | Po upadku | Pobożne życzenia | Podpatrywanie Natury | Podroby i inne podróbki | Pokolenie Kainowe | Pokorne ciele | Pokorne cielę | Pokusa | Polak potrafi | Polak potrafi! | Politolog i Politowska | Politycznie niepoprawne! | Polonica | Polonika rycerskie | Polucje i ablucje | Pomarańcze i mandarynki | Pomarznąć dobra rzecz | Pomarznąć dobra rzecz! | Pomoc psychologiczna | Poranna kawka z Kafką | Porąbane marzenia | Potężne i głębokie warstwy pierwotnego mitu | Powieść brukowa | Powszechna życzliwość | Powtórka z cynizmu | Poznaj samego siebie | Prawda | Prawda jest jedna i piękna, ale złożona | Prawda popłaca | Prawdziwa metropolia | Prawi i sprawiedliwi | Prawiezmartwychpowstanie | Prawiezmarwtychpowstanie | Prognoza pogody | Pruski smutek | Przecież cię zjem! | Przedagonalny polski agon | Przegląd sportowy | Przeinaczenia | Przez pychę do pokory | Przeżyjesz to, a pote już tylko grób | Przeżyjesz to, a potem już tylko grób! | Przminęło z wiatrem | Prztyczek | Psiapowiednia Majów | Psubrat | Pustka | Pytanie dość retoryczne | Raczej to nie będzie hit | Radosne gonitwy śnieżnych tygrysów | Radość wędrowania | Rejterada Rejtana | Religie nauczą cie pokory | Res Sacra Pecunia | Romans z pop kulturą | Roots, Rock, Reggae | Rozkosze reinkarnacji | Rozmowa nie na telefon | Rozpacz | Rozpacz na wieki wieków | Rozpacz, która podpełza pod gardło | Ruch i świeże powietrze... | Rybołówstwo cudzołożnika | Rycerz pokalany | Samokrytyka | Samotność egzystencjalna | Sekrety pewnego domu handlowego | Seraphic Flames and Heavenly Love | Siedź na dupie i potakuj! | Somatyka | Somatyka logiczna | Spełniona przepowiednia | Spleśniały ser | Sponsorem tej opowieści jest wydawnictwo Błękitny Wieloryb | Sport to zdrowie | Spowiedź morskiego wilka | Stary Sącz i Nowy Sącz | Stary mafioso | Stołeczne stołki | Stratyfikacja społeczna | Suma sumarum | Sumienie rachunku | Sweet Music and Poetry | Sygnały podprogowe | Szalchetne zdrowie | Szczęśliwa pomyłka | Szekspir do żadnej nie należy epoki | Szkarady | Szlachetna gravitas | Szlachetne zdrowie | Słodycze grafomanii | Słówka | Słówko do słówka, a uzbiera się sówka | Tadeusz Bój Jeleński | Taia chińska podróbka | Takie będą rzeczpospolite jakie tego blogu chowanie | Takie tam, pierdoły | Talking Heads | Tania chińska podróbka | Tatiana | Teorie świata nauki | Terapeutyczie | Terapeutycznie | Thames | The Doors. Uchylone drzwi | The Lion cub | The fruit of beauty and despair | To na pewno nie Lec | To nie żadna filozofia | Tragiczne pożegnania | Transformacja duchowa | Trudna sztuka dialogu | Trudno czasmi coś sklecić | Trzylogia | Trója z polskiego | Twarda rzeczywistość | Ty mi tutaj nie filozuj | Tygrysologia stosowana | Tysiac i jeden ptaków | Tysiąc i jeden kotów | Tysiąc i jeden ptaków | Tysiąc różowych kroliczków | Tęsknica | Tęsknota duchowa | Ubekistan | Ucone księgi | Uczeni ludożercy | Uderzenia losu | Uduchowienie | Umrzeć z miłości | Upadek Pierwszego Człowieka | Uroczy wegetarianin | Uszczelnienie systemu podatkowego | Utrata uzębienia | W czym mogę panu pomóc? | Wciąz powtarza się ta sama historia | Wciąż powtarza się ta sama historia | Wdzieczna muzyka przywraca ład serca | Wesola grafomania z morałem | Wiecej broi dla szaleńców w Teksasie | Wieczne powroty | Wiedza radosna | Wielka wygrana | Wielomówstwo, czyli plaga opowiadania | Wierzba płacząca | Wiosny i jesienie | Witch | Więcej broni dla szaleńców w Teksasie | Wojna totalna | Wpis o kształcie piramidy | Wprowadzenie do kruczków prawnych | Wrzucam wszystko do kosza | Wrzątek | Wspomneinei pewnego wspomnienia | Wspomnienie pewnego wspomnienia | Wspomnienie pewnego wspomnienia | Współczesny filister | Wszystkie rybki | Wszystko na A | Wszystko na sprzedarz | Wszystko na sprzedaż | Wygrana | Węzłowato | Wólka Węglowa | Xin Lu, typowa brunetka o granatowych oczach | Z Nietzschego nic nie powstaje | Z księgi wulgaryzmów | Z rupieciarni myśli | Zaczarowany świat zen | Zanim mnie wrzucą do dołu | Zapowiedź Apokalipsy | Zaraz wracam! | Zasada domniemanej winy | Zaskroniec | Zastał Polskę drewnianą... | Zatrzaśnięte drzwi | Zbaw mie Buddo Amido | Zbaw mnie, Buddo Amido | Zdrowy egoizm | Zegar dziejów | Zestrzelenie księżyca | Zginął z rąk słabej kobiety | Zima się nas nie ima | Zjawiskowe | Znak jaskółki | Zrozumieć wartość tego, co nieużyteczne | Zuch zawsze ochoczy! | Zwierzęta pod postacią ludzi | Zwyciestwo konsumpcjonizmu | Ząb mądrości | ie zabijajcie drzew! | ieosobiście | kosmos | Łagodne prawo, ale prawo | Łagodność tygrysa | Śmiechotki, chichotki | Śmiertelna powaga | Śmierć | Światełko w mroku | Świętość, wziętość, nadętość | Życie jest tragiczne | Życie samo | Życzliwe spojrzenia na całość ogródka | Żyć, nie umierać
RSS
sobota, 30 czerwca 2018

   

    Uwielbiam tego trochę

zapomnianego Bacha, 

kompozytora, który dokonał

prawdziwej rewolucji w

dziejach nowożytnej muzyki.

W drugiej połowie wieku XVIII

mówiąc "Bach" z taką samą

oczywistością, z jaką my mamy na

myśli jego ojca Jana Sebastiana,

miano na myśli jego najstarszego

syna. 

     Twórczość Carla Philippa

Emanuela Bach cenili klasycy

Haydn i Beethoven, a Mozart

swą wdzięczność wyraził słowami:

"Emanuel Bach jest ojcem; my

jesteśmy dziećmi."  Powodów

tej wdzięczności jest wiele, jednak

mój tekst w zamierzeniu nie jest

analizą muzykologiczną. (Wpłynął

znacząco na rozwój formy sonatowej

i symfoniki).

     C.P. E. Bach uznawany jest

najczęściej za najwybitniejszego

kompozytora epoki przejścia od

baroku do klasycyzmu. (Niezwykle

cenił go już Charles Burney).

A owo przejście polega na

kształtowaniu nowej formy,

która nie ma jeszcze późniejszej,

ani wcześniejszej doskonałości,

ale jest odkrywaniem, twórczym

eksperymentem. Styl muzyczny

Emanuela Bacha zmieniał się, ale

zawsze był pełen ekspresji i 

swoistej retoryki, opartej na

wyrazistych kontrastach. Kulturę

muzyczną zawdzięczał ojcu, ale

nie pozostał jego cieniem czy

epigonem.

     Ale "przejście" to jeszcze nie

"rewolucja."  Ta dokonała się nie

tyle w sferze samej muzycznej

formy, ile w rozumieniu, że muzyka

ma być swoistą mową uczuć.

Romantyzm przyzwyczaił nas do

tego, że w muzyce poszukujemy

nie tylko klasycznego piękna formy,

ale także wyrazu głębokich przeżyć.

C. P. E. Bach nie poprzestawał na

swoistym sentymentalizmie. Był

niewątpliwie prekursorem

romantyzmu.

      Rewolucji nie dokonuje nigdy

jeden człowiek. Tak więc również

burzliwy styl "Sturm und Drang",

podobnie jak "Empfindsamkeit",

odnajdujemy również w innych

utworach z epoki, ale to właśnie

Emanuel Bach najbardziej

konsekwentnie te muzyczne idee

w swej twórczości realizował.

      Jan Sebastian dostrzegał

wybitne zdolności swego

najstarszego syna i zapewnił mu

posadę na dworze Fryderyka

Wielkiego. Ale też z pewną

rezerwą odnosił się do "pruskiego

smutku" niektórych jego głęboko

melancholijnych utworów i nie

wiadomo czy cenił go również

jako kompozytora.

      Z drugiej strony Emanuel

Bach szanował twórczość Ojca,

ale wypowiadał się o niej czasami

w sposób, który przywołuje

na twarz uśmiech. O preludiach

i fugach z WTK mówił np. że

dobrze się ich słucha nawet po

upływie 50 lat od chwili, kiedy

zostały skomponowane. Brzmi

to dość dziwnie biorąc pod

uwagę ponadczasową wartość

dzieła Bacha.  Ale w chwili,

kiedy bardziej od niego

sławny za życia syn wypowiadał

ten pogląd, styl jego ojca wyszedł

z mody i uchodził za anachroniczny,

a J. S.Bacha ceniono bardziej z

powodu jego muzycznej

i pozamuzycznej wiedzy oraz

umiejętności gry na instrumentach

niż jako kompozytora.

      Wybitny znawca twórczości

Bacha Albert Schweitzer rozprawił się

z twórczością jego synów. Najbardziej

zdolny miał być Wilhelm Friedemann,

który jednak nadużywał alkoholu.

Owszem, byli oni wybitnie uzdolnieni,

ale żaden z nich nie był geniuszem. 

W twórczości Emanuela Bacha jest

"zbyt wiele pospolitej miernoty", aby

można go uznać za wielkiego 

kompozytora...Opinia ta jest mocno

przesadzona i dla mnie osobiście

wielkość Emanuela Bacha nie

podlega (mimo istnienia utworów

mniej wartościowych, które i mnie

czasem irytują, jak np. orkiestrowe

sonatiny) żadnej wątpliwości.

Schweitzera szczególnie

zgorszyły rzekomo mdłe i

sentymentalne sonaty organowe

Emanuela, w których nie ma nic z

wielkości podobnych utworów ojca.

Oczywiście nie stworzył też równie

wyrazistej muzyki religijnej, w której

był raczej naśladowcą stylu Ojca. Ale

w tym miejscu warto wspomnieć o

jego przepięknych pieśniach na głos

(sopran/bas) z towarzyszeniem

fortepianu.

     Status dworskiego muzyka

nawet na dworze flecisty i

kompozytora amatora Fryderyka

Wielkiego nie był zbyt wysoki.

(Choć codziennie w godzinach

wieczornych odbywały się tam

koncerty). A Emanuel Bach, w

berlińskim okresie swej twórczości,

nie był przez niego faworyzowany,

ani doceniany. Jednym z powodów

tego dystansu mogła być twórcza

niezależność Emanuela Bacha.

     Jakie muzyczne cuda stworzył

Emanuel Bach?  Na przykład

fantazje fortepianowe (instrumentem

na którym grał był klawikord, klawesyn,

ale także fortepiany Silbermanna) .

Jego "Fantazja fis-moll" jest bardzo

piękna. Do tej muzycznej formy nawiązał

później Mozart, tworząc swe minorowe

utwory. To wybitnie kontemplacyjna,

głęboka muzyka.

     Genialna jest jego Symfonia

e-moll, jedna z wielu doskonałych

w wyrazie i dramatycznych krótkich

symfonii. (Do formy tej nawiązywał

jako chłopiec Mendelssohn w swych

wspaniałych symfoniach

smyczkowych. Chociaż nie zawsze

spotykały się one ze zrozumieniem.

Poeta Lessing nazwał je "muzycznymi

monstrami." Nie podobało mu się to, 

że wyrażają uczucia). A także sporo

koncertów, jak koncert na klawesyn

i orkiestrę d-moll, lub koncerty na

wiolonczelę i orkiestrę A-dur

i a-moll (które istnieją też w równie

pięknej wersji na flet i orkiestrę).

"Largo con sordini, mesto" z

pierwszego z tych utworów jest w

swej melancholii cudownie piękne.

Podobnie jak środkowe części

niektórych sonat fletowych.

Wykonywane na fortepianie,

klawesynie lub na klawikordzie

sonaty Emanuela Bacha są

niezwykle wyraziste w swej

ekspresji. Piękne są jego 3

sonaty na wiolę da gamba

(w których nawiązuje do

stylistyki 3 podobnych utworów

Ojca) i sonaty skrzypcowe,

ze słynną sonatą "Sangwinik

i melancholik" (o której już

tu kiedyś pisałem).  A podobnych

przykładów można by przytoczyć

wiele. Znacznie trudniej

byłoby znaleźć jego utwory

całkiem nieudane.

     Popularny flecista Emmanuel

Pahud zauważył słusznie: "Jestem

przeświadczony, że Carl Philipp

Emanuel Bach zawsze postrzegał

muzykę jako formę bardzo

szczególnej ekspresji." Nie była

to jego zdaniem jedynie pełna

powabu muzyka dworska. 

Wyrażała coś z realizmu przeżyć

i cierpienia ludzi żyjących w

okresie drylu i okrutnych wojen.

I on zwraca uwagę na romantyczne

motywy w twórczości najstarszego

syna Jana Sebastiana Bacha.

Choć niekoniecznie w tak dosłowny 

sposób interpretowałbym pewien

realizm muzyki Emanuela Bacha,

to jednak najczęściej odbiega ona

od typowego wzorca dworskiej

muzyki. W późniejszym okresie

twórczości był on zresztą

bardziej kompozytorem

mieszczańskim niż dworskim.

      Uważam za swe osobiste

szczęście to, że twórczość tego

Bacha dla siebie odkryłem i że

poświęciłem jej tyle serca i czasu,

z a n i m zacząłem słuchać sonat

fortepianowych Haydna, Mozarta

i Beethovena, i ich symfonii.

Choć wydaje się to nieprawdopodobne

przez lata o wiele lepiej znałem

twórczość Emanuela Bacha niż

Beethovena. Zwykle perspektywa

jest inna - słucha się klasyków

wiedeńskich i kręci nosem, nie

zauważając oryginalności

i ogromu eksperymentu w muzyce

Emanuela, bez którego twórczości

ich twórczość nie była by tym, czym

była.

  

 

 

           

 

 

 

 

 

     

 

 

 

 

 

 

 

piątek, 29 czerwca 2018

  

 

   Lubię T-shirt z Krzyżem Koptyjskim

i czasami go noszę. Przeważnie

nikt nie wie, co to jest, ale pewna

wyznawczyni chasydyzmu zrobiła mi

w nim sporo zdjęć...A koszulkę dostałem

od rastamanów :-)   

    Etiopski Kościół Ortodoksyjny 

istnieje od IV wieku n. e. A rastafarianie

głosili hasło powrotu do Afryki (z której

teraz wszyscy uciekają) i życia we

wspólnocie na łonie natury.

    Wkleiłem tu też link z CD Rasa

Michaela. Na okładce tej płyty

widzimy twarz Cesarza Haile

Selassiego z okresu, kiedy

był dzieckiem. Uwielbiam (zresztą

nie tylko ja - jest nawet niezwykle

udana transkrypcja jazzowa) utwór

"None A Jah Jah Children No Cry." 

Jednak cała płyta jest bardzo udana

..."Truth and Right" :-)

     Ras Michael grał roots reggae i

muzykę nyabinghi, i śpiewał namiętnym,

intensywnością i barwą przypominającym

głosy śpiewaków etiopskich, głosem.

Najsławniejszą jego płytą jest "Dadawach",

z pięknym, melancholijnym utworem

"Zion Land" płynącym pośrodku i oczywiście 

"Nyabinghi."  "Rastaman Chant", "Keep 

Cool Babylon", "Roll River Jordan"

i "Run Come" to tradycyjne pieśni z tej płyty.

      Warto posłuchać tej autentycznej muzy,

żeby zobaczyć jak odległa jest od reggaeowego

mainstreamu. To muzyka wspólnoty serc. 

Coś w rodzaju odtrutki na nasz indywidualizm

i skłonność do egoizmu oraz kult wartości 

materialnych.

       Niestety w Polsce zrobiono wiele, aby

kulturę etiopską poniżyć. "Menelik" i "nygus"

to przecież zwroty z języka potocznego,

określające ludzi rozmemłanych, leniwych,

prymitywnych i nie stroniących od alkoholu.

W Etiopii, w której chłopi marli czasem z

głodu jak muchy, czas się zatrzymał. 

Ale bohaterska i zwycięska walka

Etiopczyków z włoskimi faszystami

mogłaby skłaniać do większego szacunku...

      To i owo do tego negatywnego obrazu

dodał też Kapuściński, którego "Cesarz"

jest książką znakomitą, ale nie wykazującą

wielkiego zrozumienia dla tamtej kultury.

To miała być zresztą książka o Gierku i jego

dworakach, a nie o prawdziwym cesarzu.

      Największym szydercą okazał się

jednak Lee "Scratch" Perry, który swą

ironiczną pieśń wyliczającą z dumą różne

boskie tytuły Haile Selassiego kończy

smutnymi słowami "właśnie umarł." 

     Ale Lee Perry jest bezlitosny dla świata

kultury Zachodu, zdominowanego przez kult

pieniądza i wartości utylitarnych.  Cudownie

demaskatorski jest jego opis ulic Nowego

Yorku, w którym po kolei wylicza największe

banki.

    Haile Selassie miał to i owo na sumieniu

niezależnie od tego, że walczył z kolonializmem

i przesądami rasowymi (Marley odśpiewał

część jego przemówienia na ten temat w

pieśni "War"). Ale trzeba pamiętać o tym,

do czego doprowadzają sterowane przez

Zachód lub Wschód rewolucje.  Mengistu

Haile Mariam wprowadził w Etiopii prawdziwy

terror i w porównaniu z nim Cesarz był

naprawdę aniołem. Chociaż w Etiopii grano

w tym czasie fantastyczną muzykę...

       Nie tęsknię za teokracją, ani za żyjącymi

wcieleniami Pana Boga, ale władza korporacji

nad światem, doprowadzi albo do jego 

zagłady, albo przynajmniej do upadku świata

kultury Zachodu, po którym nastąpią być może

"wieki ciemne." Jarzmo współczesnego

niewolnictwa jest trudne do uniesienia.

A miliardy wydawane każdego dnia na zbrojenia

mogą doprowadzić do zbiorowego samobójstwa

w skali świata. I to jest prawdziwy utylitarny

obłęd!  Tak więc dni współczesnego Babilonu

są policzone. (Niezbyt jednak raduje mnie ta

posępna wizja).

     Nawet nie wspominam o kwestiach

ekologicznych. Człowiek jako gatunek nie

panuje już nad siłami i zjawiskami, których

działanie uruchomił ingerując w świat natury. 

       

 

 

 

    

 

        

czwartek, 28 czerwca 2018

  

     (W dzieciństwie oglądałem film, w którym owa

orchidea się pojawia. Pamiętam, że bardzo się

bałem. A teraz, już po raz drugi, piszę swą własną

opowieść i może w końcu pozbędę się tego lęku?")

   Lord Thunder miał dość burzliwe

życie, którego sporą część spędził

w Indiach. Jego gwałtowny

charakter sprawił jednak, że

pod koniec życia został niemal

zupełnie sam. Na bale, które

organizował przychodziło mnóstwo

znajomych, ale nikt go nie kochał

i nie miał przyjaciela, ani nawet

ukochanego konia, czy wiernego

psa. Miał jednak wyobraźnię

i dużo pieniędzy. A oprócz tego

śliczną córeczkę, z którą współżył,

kiedy owdowiał. Pojął ją nawet

za żonę, kiedy ukończyła trzynaście

lat. Nikt bowiem nie wiedział, że

jest jego córką. Małżonka jego

była pół-Hinduską i miała na imię

Karuna.  Z niewyjaśnionych

powodów nie mogła jednak zajść

w ciążę i dać Thunderowi potomka.

Przygnębiało go to co nie co, ale

wyjście oczywiście istniało. Nie

brakuje przecież kobiet, które

chciałyby, aby ich syn został lordem.

      Karuna była skromna i pełna

współczucia dla innych, i nigdy nie

chciała niczego dla siebie. Toteż

Jego Lordowska Mość niewiele

wydawała na jej suknie i ozdoby,

a mogła przeznaczyć ogromne

kwoty na pielęgnację ogrodu,

parku i roślin w oranżerii. 

     To ostatnie miejsce Lord

szczególnie lubił.  W cieplarnianych

warunkach delikaciły się tu mimozy,

a obok kwiatów lotosu pływały krokodyle.

Ale znajdował się tu też wewnętrzny

ogród, jakich niewiele było w

Zjednoczonym Królestwie. Thunder

zabronił jednak komukolwiek, poza

służbą, odwiedzać to miejsce.

A już najbardziej zakaz ten dotyczył

jego ukochanej córeczki i żony.

     - Przecież nie boję się kiełków

krokodyli. - śmiała się Karuna - Czy

naprawdę nie mogłabym tam wejść? -

    - Nie, moja najdroższa!  Istnieje

stara przepowiednia, że jeśli tam

wejdziesz, poniesiesz śmierć.

W Indiach miałem wrogów.  Codziennie

odmawiają mantry, które mają Cię

zabić. Jednak nie będą one skutkować,

jeśli tam nie pójdziesz. Znałaś tę

bezzębną jagę Arunę, która ma

tylko jeden ząb i dwanaście ramion? -

      - Dobrze, tatusiu! Jeśli, o mój słodki

małżonku, ona tak przepowiedziała,

to na pewno się sprawdzi. To pół-Bogini,

albo demon...Nigdy tam nie zajrzę! 

Zresztą, co tam jest ciekawego. Wszystko

już widziałam! -

     To w zupełności uspokoiło Lorda,

który mało znał kobiety.  I rzeczywiście

mała nie miała początkowo zamiaru łamać

ojcowskiego zakazu. Jednak wąż ciekawości

jak liana oplatał jej serce aż w końcu

któregoś jesiennego wieczoru przywiódł do

zguby. 

      Dziewczynka uśpiła małżonka słodkimi

pieszczotami i słówkami, a kiedy zmorzył go

sen, wymknęła się z sypialni i pobiegła prosto

do oranżerii. Pilnował jej strażnik. Ale

Karuna poprosiła go, żeby poszukał jej

szmacianej laleczki, którą zgubiła po drodze.

Początkowo, z lęku przed gniewem Lorda,

odmówił, ale uśmiech i łzy dziecka potrafią

rozbroić każdego.

      Zapłacił za to biedak straszliwą cenę.

Lord bowiem postanowił żywcem obedrzeć

go ze skóry. Ale jego prawnik wyperswadował

mu ten pomysł i zrobiono tak:  Stary Hindus

poddany został Sądowi Bożemu. Na krótko

przed burzą przywiązano go do wierzchołka

samotnej topoli. A ponieważ zawinił - spalił

go piorun i nikt po nim nie płakał! 

      Kiedy Karuna znalazła się w oranżerii,

mimoza nie tuliła swych listków, a 

kilkumetrowe gady łasiły się do niej. Taką

moc miało jej współczucie i dobroć serca,

które było czyste jak kwiat lotosu. Atoli

była tam jedna roślina, która pilnie od

początku ją obserwowała.  Była tak piękna,

że dziewczyna pochyliła się nad nią.

A wtedy ta omotała ją i pożarła. A kiedy

nadbiegł zwabiony jej krzykiem strażnik,

nie było po niej śladu. Jednak Thunder

wiedział, co się stało. Mordu dokonała

krwiożercza orchidea, o której wspominała

wieszczka Aruna.

      Dlaczego nie usunął w porę

złowieszczego kwiatu?  Kobieta o

jednym zębie przepowiedziała, że jeśli

go usunie, to śmierć spotka jego.

A Lord nie chciał umierać dopóki 

nie powiększy dostatecznie swej

kolekcji egzotycznych motyli.

     Kiedy zrozumiał, na czym polegał

jego błąd, a także, że śmierć córeczki

pozbawiła go rozumu i litości, sypnął

złotem rodzinie strażnika i pochował

go w parkowym grobowcu, tym samym,

w którym pogrzebano jego przodków. 

Sam zaś postanowił odbyć pokutę

...Ale Thunder nie miał cierpliwości

i po trzech miesiącach dobroci wyrzucił

ciało strażnika z grobowca.  I tak

osądzano go za to, że sprofanował

rodzinny grób. A jego rodzinie wyznaczył

domiar, przez który prawie wszyscy

pomarli wkrótce z głodu. 

      Przez trzy dni potem nie jadł

i biczował się, ale wkrótce i to mu

się znudziło.  Kazał więc sprowadzić

ze wsi dziewkę służebną, przywiązał

ją do słupa i dawał lanie.

      Ale człowiek ma sumienie i

Thunderowi zrobiło się smutno. Nie

uderzył już więcej dziewczyny i aby

ukoić jej cierpienie podarował jej

sakiewkę i mocno przytulił. Wyszła z

jego łóżka dopiero po trzech tygodniach,

ale sakiewkę zostawiła. Bała się bowiem,

że wyznaczy jej rodzinie domiar.

     - No i jak tam było na męce z

Panem? - spytała ją matka.

    - To dobry człowiek, mamo!

Najpierw płakał za to, że mnie bił,

a potem kazał mi zlizywać łzy ze

swej twarzy, dotykać językiem sutków

i nieść ukojenie.  A kiedy to zrobiłam,

wrzucał do sakiewki złotą monetę.

Potem wył jak pies i tarzał się z bólu,

a ja miałam odwrócić się do niego

zwyczajem kotek i suk.  A później

piliśmy wino i opowiadał mi o swym

życiu. -

      - No to rzeczywiście, córuniu.

A pieniążki aby masz? -

      No i dziewczynie jeszcze się

dostało od ojca, który był szewcem.

Ale zapamiętała i opowiadała potem

swym wnukom piękną historię śmierci

Karuny Thunder.  Jeden z tych wnuków,

który został literatem, przekazał ją

potomności...Nie była jednak szczęśliwa.   

Zakochała się w Lordzie i nawet w godzinie

śmierci wymawiała z czułością jego imię.

      Lord żył jeszcze bardzo długo i zmarł

już w epoce, kiedy pojawił się pierwszy

statek parowy...Czyli tak mniej więcej po

upływie około dwustu lat. Pod koniec życia

sprzedał swe włości i przeniósł się do Londynu.

Ale z wiekiem coraz bardziej tracił pamięć,

a jego dusza tonęła w londyńskiej mgle.

A ponieważ nie utracił nic ze swej jurności

sprowadzał do siebie młode prostytutki.

Miały go karmić kaszką przed snem: łyżeczka

po łyżeczce i dmuchać, aby ją ostudzić.

Przy ostatniej łyżeczce jego posłanie było

mokre od męskiej wydzieliny, a Thunder 

zasypiał z miną szczęśliwego niemowlęcia.

      Kiedy w 199 roku życia zaniechał tego

zwyczaju, wszyscy domownicy wiedzieli

już, że zbliża się jego ostatnia godzina.

Przez rok musieli jednak czekać jeszcze na

swoją część spadku. I klika osób, niestety,

tego nie przeżyło...Ale to już bardziej

prozaiczna historia.

     Po śmierci Thunder podobno straszył

i kamienica, w której mieszkał wyludniła

się. I dopiero w 2015 r zamieszkało tam

dwoje Polaków - Jolanta i Andrzej

Kozłowscy. 

 

       

 

 

 

     

 

 

 

 

 

     

 

środa, 27 czerwca 2018

 

    "Tylko jedno jest ważne: nauczyć się

    bycia przegranym."

            

 

     "Byłem sam na tym cmentarzu 

dominującym nad wsią, gdy weszła

tam kobieta w ciąży. Wyszedłem

natychmiast, żebym nie musiał

patrzeć z bliska na tę nosicielkę

trupa ani medytować nad kontrastem

między wypiętym brzuchem

a zapadłymi grobami, między fałszywą

obietnicą a kresem wszystkich obietnic."

 

"Kiedy ktoś narzeka, że życie mu się

nie udało, wystarczy mu przypomnieć,

że życie samo jest w sytuacji podobnej,

jeśli nie gorszej."

 

     (Emil Cioran, przekład I. Kania)


wtorek, 26 czerwca 2018

              

         Bezlistne drzewa

         szepczą coś bezszelestnie

         o zmartwychwstaniu

 

 

         ____________________

 

         Kondukt żałobny

         mrówki dźwigają chrząszcza

         słońce zachodzi

         

         ____________________

 

         Drzemiący motyl 

         wydaje się być martwy                  

         a jak ty znika

        

 

 

       Własnych utworów nie wypada komentować.

Może zrobi to ktoś inny?  Wszystkie są zdarzeniami

z mojego życia.  Być może nie są te słowne obrazy

tak melancholijne jak to zapowiada tytuł.  Ale jeśli

ktoś choć chwilę poświęci ich kontemplacji - być

może zauważy coś jeszcze. 

      

                

         


poniedziałek, 25 czerwca 2018

 

                 ćma usiadła na lampie

                 Mitsuko strzepnęła ją łapką

                 upadła na podłogę

                 a jej skrzydełka

                 zamknęły się

                 wielki cień 

                 położył się na ścianie

                 myślisz że można

                 narodzić się na nowo

                 Sei Shonagon mówi

                 że przykro jest zaglądać

                 w kocie ucho

                 co teraz robi ta dama

                 a może to ona jest

                 ćmą którą strąciła Mitsuko

                 jeśli śmierć

                 to sen bez marzeń

                 czy nie przypomina to

                 utonięcia w głębinie oceanu

                 porusza się jeszcze

                 ćma

                 Mitsuko straciła już

                 zainteresowanie

                 jej konaniem

                 dobrze jest mieszkać

                 u swojego kota

                 i być wszystkiego

                 nieświadomym 

                

               

                                  

                  

                

                


                


niedziela, 24 czerwca 2018

   

    Czarnymi sznury dzikie gęsi przecinają niebo.

    W drzewach widać opuszczone gniazda. Góry

zdają się cięższe.

   Znalazłem u mego źródła fletnię z jadeitu, którą

zgubiłaś w lecie. Wysoka trawa nie dała nam jej

odszukać. Lecz trawa znikła i fletnia zalśniła w

słońcu wieczornym.

   Pomyślałem o naszej miłości, która była

tak długo pogrzebana pod naszymi obawami.

 

   (Szang Wu-kien/Fr. Toussaint/Leopold Staff)

 

       Ten delikatny w nastroju liryk ma właściwie

trzech autorów. Pierwszy z nich to chiński poeta,

który napisał go klasycznym wierszem chińskim.

Drugi, to jego francuski tłumacz. Trzeci -

Staff, który ułożył wiersz polski na podstawie

francuskiego tłumaczenia. Nie tyle przetłumaczył,

co napisał...Jak tego dowodzi przekład pewnego

sławnego wiersza Verlaine' a Staff  miał jako

tłumacz z francuskiego wyjątkową intuicję. Ale

tu właściwie można mówić o nowym utworze,

bo chiński poeta przestrzegał reguł formy, od

których polski poeta czuł się uwolniony.

      Nastrój wiersza jest jesienny, przytłaczający,

smętny. "Cięższe" wydają się nawet góry.

A jednak jest to wiersz o nadziei. To połączenie

melancholii z nadzieją jest piękne. Miłość

"pogrzebana pod obawami" nie przestała

bowiem istnieć.

     Nie tak dawno, może z półtora roku temu

udało mi się kupić na ulicznym straganie dwa

pięknie wydane tomy poezji Staffa i zacząłem

sobie przypominać jego twórczość, która 

jak wiadomo ulegała godnym podziwu

przemianom. Zawsze pozostanie też dla mnie

cudownym tłumaczem "Kwiatków Św. Franciszka

z Asyżu" i bajek Leonarda da Vinci, utworów, o

których tutaj kiedyś pisałem i których treść

objaśniam mym studentom. "Duszą tej książki

jest miłość." - napisał o "Kwiatkach." (Tak, czy

jakoś podobnie). A to można by też odnieść

do jego książeczki "Fletnia chińska", w której

przytaczany przeze mnie wiersz umieszczony

został na początku, mimo, że nie był, jak

większość innych pokryty patyną upływających

wieków.

      


 

 

 

     - Nikt nie jest aniołem. -

zauważyła Pani Hastings. 

     - To nieprawda! Sara

była aniołem - powiedziała

Elizabeth - I dlatego nie żyje. 

Co pan o tym sądzi inspektorze? -

    Inspektor podzielił swą

odpowiedź na dwie części.

W pierwszej, która miała charakter

filozoficzny zauważył, że należałoby

rzecz uściślić i powiedzieć raczej

"Żaden z ludzi nie jest aniołem."

Bo anioły, o ile oczywiście istnieją,

są aniołami. W drugiej przeszedł

do istoty pytania:

     - Rzeczywiście, kiedy

odnaleźliśmy jej ciało, zwrócił naszą

uwagę rozmiar jej skrzydeł. Wypadła

z dziesiątego piętra. Można więc 

ją chyba nazwać upadłym aniołem.

Chociaż ktoś jej w tym pomógł.

Co ciekawe - skrzydła nie połamały

się. -

     - Ale kto chciałby skrzywdzić

takie niewinne stworzenie? Naszą

niewinną Lolitkę? - załamywała ręce

Pani Hastings.

     - Każdy. - odpowiedział ze

smutkiem inspektor - Los pięknych

kobiet, niezależnie od wieku, bywa

tragiczny. Budzą często, że tak powiem,

niezbyt zdrowe zainteresowanie!

Każdy chciałby po nie sięgnąć jak

po piękny kwiat. A kiedy starzeją się

- ich uroda przemija. "Starość to piekło

pięknych kobiet" - pisał kilkaset lat

temu autor "Refleksji i maksym

moralnych."  -

     - Ależ z pana poeta, inspektorze!

...Zamówiłam już pomnik z białego

marmuru. To oczywiście będzie

anioł. - pochwaliła się jejmość

Hastings.

     - Co za hipokryzja! Jestem pewna,

że to ty ciociu ją zabiłaś! - wykrzyknęła

dziewczyna.

     - Ja? Co za absurd! Przecież mam

złamaną rękę...A poza tym kocham 

Lolę i ściska mnie...o tu, tu za gardło,

kiedy pomyślę, jaki los ja spotkał. -

     Inspektor Nezumi wziął do ręki

brylantowego motyla, który leżał

na stoliku Pani Hastings i podrzucił

go w górę. Staruszka rzuciła się, żeby

go pochwycić. Zrobiła to ręką, która

była rzekomo złamana.

    - Ciężko mi na sercu, kiedy myślę

o tym motylu. - rzekł Nezumi - To

martwy przedmiot i nie może unieść

się w górę, a chociaż milczy, tak

wiele mówi...Obawiam się, że

nie jest pani aniołem. -

    - Nie martw się, ciociu - pocieszyła

ją Elizabeth. - Teraz już nie grozi

ci stryczek. Kara śmierci za zabójstwo

nie jest stosowana. Dostaniesz

najwyżej dwadzieścia lat i napiszesz

jeszcze niejeden kryminał. -

   Wszystko dobre, co się dobrze

kończy.



sobota, 23 czerwca 2018

  

    Moi znajomi w necie, bardzo

mili i wykształceni ludzie, dali

swemu synkowi na imię Orfeusz.

Nie znam ich na tyle dobrze, aby

wiedzieć na ten temat cokolwiek

poza tym, że byli w Delfach, a

zainteresowania mają mistyczno-

religioznawcze. To typowo

wirtualna znajomość...Takie

imię oczywiście istnieje w spisie

imion. Ale ja osobiście nie

nazwałbym swej córeczki

Eurydyką. Wejście w mit

wydaje mi się trochę ryzykowne.

     Istnieje sporo imion nasuwających

podobne skojarzenia - Beatrycze,

Izolda, Sara, Ariadna, Dafne, Kasandra...

    Ale bohaterką mej nocnej 

opowieści jest czarnoskóra Kleopatra

Watkins, która została zamordowana

przy leśnej drodze, w pobliżu drogi

stanowej. Kleopatra, dziewczyna

o wyjątkowej urodzie, miała tylko

jeden defekt - trochę nazbyt

wydatny nos. Ale ponieważ jej

usta były również wydatne, jej

wdzięki cieszyły się sporym

wzięciem ze strony klientów.

W pewien deszczowy wieczór

jeden z nich poderżnął jej

gardło.

     W tamtych czasach istniało

jeszcze krzesło elektryczne

i mózg zabójcy parował przez

pewien czas zanim ten wyzionął

ducha.

     Psychiatra, który przeprowadził

z nim rozmowę zapytał go, dlaczego

poderżnął ofierze gardło. Było to

niezgodne z jego portretem

psychologicznym. Wszystkie poprzednie

ofiary bowiem dusił.

    - Kiedy dusiłem tę brunetkę dwie

mile dalej po raz pierwszy zdjąłem

rękawiczki. Poczułem do niej litość

i udusiłem ją gołymi rękami. Płakałem.

Ale wiedziałem, że policja uzyska

dowód. Wtedy postanowiłem działać

inaczej. Nie znoszę widoku krwi.

Musiałem się bardzo przemóc.

Kleopatra błagała mnie, żebym jej

nie zabijał. To mi jeszcze wszystko

utrudniło. Po zabiciu jej pomyślałem:

"George, pokpiłeś sprawę!" -

      - A skąd znałeś imię ofiary? -

      - Przejeżdżałem tamtędy wiele

razy. W podręczniku dla gliniarzy

znalazłem taką informację, że

przestępca często stara się wzbudzić

ufność w swej ofierze. Postanowiłem

się do niej zastosować. Przedtem

zabijałem na pałę. -

      - Dlaczego je zabijałeś? Czy były

podobne do kogoś, kogo znałeś?

A może matka źle oceniała twoje

kontakty seksualne?...Wierzysz

w boski sąd nad grzesznikami? -

     - Zaczynam wątpić w twoje

kompetencje zawodowe. Żaden

doktorek by w ten sposób nie pytał.

To są stereotypy, ale w rozmowie

z kolesiem tak byś się nie odsłaniał. -

    - Nie jesteś pospolitym zabójcą.

Mam ci przypomnieć twoją biografię. 

Jako człowiek ponadprzeciętnie

inteligentny i tak byś się zorientował,

że prowadzę z tobą grę, a twój

zwierzęcy instynkt dałby o sobie

znać. Dlatego gram z tobą w otwarte

karty. Dlaczego włożyłeś jej między  

uda banknot stu-dolarowy? Chciałeś

ją upokorzyć? A może była to

informacja dla policji? -

      - Chciałem włożyć dwudziestkę,

ale nie miałem przy sobie...Tego

dnia w ogóle nie chciałem tam jechać.

Przywitałem się już nawet z córką

i z żoną, ale coś mnie tknęło, jak

mówią...Potem pomyślałem, że

śmieszniej byłoby włożyć tam kartę

bankomatową, zbliżeniową. -

      - Dlaczego je zabijałeś? -

      - Nie wiem. Ale czułem ulgę...

      - Twierdzisz, że zamordowałeś

70 kobiet, a policja odnalazła jedynie

cztery ciała. -

      - Mogło ich być 69, albo 71. Nie

prowadziłem notatek. -

      Kilka lat temu, w trzydziestą

rocznicę egzekucji odkryto, że

George Abraham Lincoln z całą

pewnością nie zamordował

Kleopatry Watkins, ani żadnej

z odnalezionych ofiar.  Jego

żona przekazała policji dziennik

męża, w którym czytamy: 

"Pragnę ponieść śmierć na

krześle elektrycznym jako osoba

całkowicie niewinna. Wiem, że

nikt się nigdy nie dowie o mojej

niewinności.  Tym bardziej

cieszę się z bezinteresowności

mej anonimowej ofiary. Nie jest

ona protestem. Jest odkupieniem!"

     - Dlaczego nie przekazała pani

tego dziennika policji? - spytał

detektyw Hopkins.

     - Ależ przekazałam go, jednak

sędzia był przekonany, że oskarżony

chce się wybielić...To taki żart  

intelektualisty. George chciał wziąć

na siebie wszystkie grzechy tego

świata. A cicha ofiara ma większą

wartość od tej, o której wszyscy

wiedzą. -

 



     

  

    - Wyniki, proszę pana nie są 

najgorsze.  Może pan spokojnie

o nich nie myśleć i pójść sobie

gdzieś na spacer. Taka ładna

pogoda. -

    - To cieszę się, ale mnie

Pan Doktor uspokoił! -

    - Proszę pana! Wcale pana 

nie uspokoiłem. Kto to panu

powiedział?  Widziałem

już trupy tych, którzy mieli

dużo lepsze od pana wyniki.

I to nie były bynajmniej

odosobnione przypadki. Nie

może pan popadać w beztroski

nastrój. Ja tylko mówię, żeby

pan o  tym nie myślał do

następnego badania. -

     - To mnie teraz pan doktor

zmartwił. -

     - Proszę pana - to kwestia

statystyki. Gdyby coś się działo, 

to ma pan mój numer. Zawsze

może pan zadzwonić. Jak będę

miał możliwość, to odbiorę.

Chyba, że woli pan w przychodni?

Ale wątpię, żeby były wolne

numerki wcześniej niż gdzieś

w lutym, marcu. A teraz mamy

czerwiec. -

piątek, 22 czerwca 2018

 

      - Cienie nie zamarzają. - powiedziała

Pani Yoshimura nalewając do filiżanki

herbatę.

      Przypomniał to sobie jadąc metrem.

Było już bardzo późno i wagon był

prawie pusty. Nagle przyszło mu do

głowy, że nie ma sensu wracać do domu.

Pojedzie do końcowej stacji metra, a 

potem zawróci. Przecież nikt na niego

nie czeka.

      "Co ona chciała przez to powiedzieć"

- zastanawiał się - "Może to, że różnimy

się czymś od cieni i możemy zamarznąć.

Człowiek jest przecież ciepły." Zapyta ją

następnym razem...

     Nie wiadomo, jak to się stało, że

po drodze zasnął.  A kiedy się obudził

pociąg zbliżał się już do ostatniej strefy.

I wtedy zorientował się, że ktoś naprzeciwko

niego stoi.  Żadna żywa istota o tej porze

nie stałaby, kiedy wszystkie miejsca są

wolne. Musiał więc to być duch. 

     Wpatrywał się w niego. Stawało się

to już dość niepokojące i dlatego postanowił

się do niego odezwać.

     - A szanowny pan nie usiądzie? -

zapytał, jak mu się wydawało, dość

grzecznie, choć była to jednak jakaś

ingerencja w sytuację drugiej osoby.

     - Za życia nigdy nie stałem w pustym

pociągu. - odpowiedział duch - Ale

teraz bardzo mi brakuje towarzystwa 

ludzi. Powiesiłem się... -

     - Odebranie sobie życia to musi

być trauma. - zauważył życzliwie.

     Duch jednak milczał. Postanowił

więc wysiąść na najbliższej stacji.

Ale duch też na niej wysiadł.  Wydawało

mu się, że idzie za nim. Gdyby palił

zatrzymałby się i zapalił papierosa.

A tak nie miał żadnego powodu, żeby

przystanąć. 

     Ulica była pusta i cała zatopiona

w wieczornej mgle. To musiały być

naprawdę dalekie peryferie. Dlaczego

duch jako istota bezcielesna idąc stukał

obcasami wydawało mu się nie tyle

zagadkowe, co absurdalne. Ale 

nie odważył się obejrzeć za siebie.

     Minęła zima zanim jego kochanka

Reiko zdecydowała się powiadomić

policję o jego zaginięciu. Kwitły

wiśnie, a ludzie sprawiali wrażenie

radośnie podekscytowanych.

    - Pokłóciłam się z nim i zerwałam,

ale jednak szkoda mi się go zrobiło

i postanowiłam wrócić. - objaśniła.

     Inspektor Nezumi przyjrzał się

uważnie jej twarzy i rzekł ze

smutkiem:

    - Nie żyje...W płaszczu znaleźliśmy

karteczkę, na której napisał "Cienie

nie zamarzają." To samo miał wklepane

w telefonie. Może wie pani, co to

znaczy...Ale proszę nie płakać! -

    Dziewczyna osunęła się na fotel.

Wyglądała jak ryba, która nie może

złapać powietrza, aż w końcu powiedziała:

    - To ta wariatka Yoshimura...

    Nezumi wiedział, że nie należy jej

więcej o nic pytać. Był troskliwy i

współczujący.

    Odnalezienie mieszkania Pani

Yoshimury nie zajęło mu zbyt wiele czasu. 

Ale, kiedy chciał do niej zadzwonić, okazało

się, że drzwi są otwarte.  Zapalił światło

w korytarzu i zajrzał do pokoju. Ale

nikogo tam nie było...Poza cieniem,

który należał zapewne do właścicielki

mieszkania.

       Podjęte czynności wykazały, że

Pani Yoshimura zamarzła tej zimy przy

jednej ze stacji metra.

      "A jej cień nie zmarzł!" - pomyślał

inspektor bawiąc się wiecznym piórem -

"Cwaniak!  Nie ruszył się nawet z domu."

   

    

        

      - Tylko nikomu o tym nie mów - powiedziała mrówka do

Słonia.

  - Dobrze. - zatrąbił

słoń - Z pewnością

nikt się nie dowie

o naszej rozmowie.

   - Trzymam cię za słowo.- podziękowała mrówka.  

  - Jasne! - zaryczał

słoń.

  Ale zwierzęta w całej okolicy

o niczym innym nie mówiły. Słonie mają

czasami tubalny głos, a mrówki

rzadko trzymają się same.

 

czwartek, 21 czerwca 2018

 

            deszcz nie padał

       wiatr nie wiał

       zamieć nie zamiatała

       tyle liści opadłych

       tu i tam 

       tyle łez duchów cieni

       takie milczenie 

       jakby wypalił się już

       cały mrok

       diabelskiego ogarka

       nieskazitelna

       przeczysta

       księżyca pustko 

       

      

       

 

  

 

    MPiK-i likwidują działy z dobrą literaturą 

i z muzyką poważną. Muzyka klasyczna została

praktycznie w ostatnich dniach wy...lona z MPiK-ów

w Złotych Tarasach i na Marszałkowskiej. Istnieje tam

w formie absolutnie szczątkowej. Jeśli nie jest to

świadoma polityka odmóżdżania ludzi w pogoni za

zyskiem i schlebiania najmniej wyszukanym gustom, to

co to jest?...I robienia przy tym wrażenia, że nie dzieje

się nic złego, bo ludzie i tak nie kupują takich rzeczy.

To handlujcie k...mać pietruszką, jeśli

tylko to się opłaca i każdy centymetr półki musi

na siebie zarobić. MPiK to już na pewno nie jest

"pełna kultura." Mnie na dobra kultury, jak 

większości ludzi, ostatnio "nie stać", ale nie znoszę tego

rodzaju manipulacji.

      Niszczenie kultury obrazuje najlepiej los

i zagłada księgarni Traffic w Warszawie.

Pracowali w niej kulturalni ludzie, którzy znali się na

literaturze i muzyce, i dostępne były w niej

książki i nagrania muzyczne, które są

dostępne w cywilizowanym świecie. Tacy

sprzedawcy to prawdziwy skarb! Zniszczono

tym ludziom życie, a wielomilionowe miasto

praktycznie odcięto od "wysokiej" kultury.

    No, ale księgarnia była źle zarządzana,

zadłużona i dawni właściciele kamienicy

Jabłkowskich ją przejęli...Od tego czasu

nie ma tam dosłownie nic. A po likwidacji

księgarni urządzono kiermasz żywności

i sprzedawano oscypki..."Jeśli nie masz

pomysłu, co zrobić ze swoją własnością,

to bezmyślnie nie niszcz!" - chciałoby się

powiedzieć. Ale do kogo? 

 

 

 

 

środa, 20 czerwca 2018

       

     "Muzyka dobra jest dla

melancholika, zła dla człowieka

będącego w żałobie, a dla głuchego

- ani dobra, ani zła."

        (BENEDYKT SPINOZA)

 

     Każdy człowiek ma jakieś

zainteresowania, które nadają sens

jego życiu i pomagają znosić

gorsze chwile. Dla mnie czymś

takim jest np. poznawanie muzyki

epoki baroku.

    Słucham jej i poznaję w tak różnych

sytuacjach losu, że niewiele ma dla mnie 

tajemnic. Mam też swoich ulubionych

kompozytorów i utwory, które w

wielu różnych wykonaniach towarzyszą

mi niemal przez całe życie. Jednym z

takich kompozytorów jest Louis

Couperin (c. 1626-1661). Jego utwory

klawesynowe odznaczają się szlachetną

powagą, są pełne dysonansów,

ekspresyjne i zarazem delikatne. 

A Chaconnes i Passacailles to czasami

prawdziwe muzyczne cuda. Ta niezwykle

ekspresyjna forma muzyczna (o której

wiele można by pisać - wariacyjna

forma taneczna oparta na hiszpańskim

tańcu) ożywa też, jak wiadomo, w utworach

Bacha (czego szczególnie wyrazistym

przykładem jest słynna Ciaccona z Partity

d-moll na skrzypce solo), a przedtem

Purcella, który był również jej mistrzem.  

      W świecie współczesnego fortepianu

znana jest właściwie i częściej

wykonywana jedynie piękna Pawana

f-moll (Pavane fa diese mineur). Ale

niezwyle uzdolniony młody rosyjski

pianista Paweł Kolesnikow przypomniał

ostatnio jego suity (czy raczej utwory,

z których je później poskładano) -

w nagraniu dla zasłużonej i popularnej

angielskiej firmy "Hyperion". (Nie tak

dawno zachwycano się nagraniem

mazurków Chopina w wykonaniu tego

artysty).

     Kolesnikow gra jednak Couperina

tak, jak dawniej w szkole rosyjskiej

grano Bacha. Nie jest to zatem

wykonanie stylowe - zresztą

współczesny fortepian Yamaha nie

stwarza zbyt wielkich możliwości

cieniowania klawesynowych brzmień. 

Chociaż np. Angela Hewitt potrafi

imitować brzmienie klawesynu

w swych nagraniach dokonywanych

na współczesnym fortepianie.  

 

     Niezaprzeczalną wielkość tego

przedwcześnie zmarłego kompozytora,

którego większość utworów zaginęła,

można w pełni odkryć w stylowych

nagraniach francuskich klawesynistów

Blandine Verlet i Christopha Rousseta. 

Pięcio- płytowy box zatytułowany

"Le Pieces de Clavessin DE Mr Louis

Couperin" i wydany przez Auvidis

France w serii Astree (1993), stoi u

mnie na półce od lat i zaglądam do

niego rzadko, ale tylko dlatego, że

słuchanie tej muzyki jest dla mnie

zawsze sporym przeżyciem, którego 

nie chcę rozmieniać na drobne.

Blandine Verlet gra utwory Louisa

Couperina na klawesynie o wspaniałym

brzmieniu (Ruckers, 1624). Ale

istotniejsze jest to, że potrafi

wydobyć z tej muzyki całą jej

melancholię (podobnie jak z 

utworów Frobergera, do którego

twórczości Louis Couperin nawiązywał).

Rousset, wybitny klawesynista

i dyrygent, który nagrał utwory

Louisa Couperina w 2010 r (2 CD,

Aparte) jest może nawet jeszcze

bardziej błyskotliwy.

    W 2011 r ukazało się inne nagranie

wszystkich zachowanych utworów

kompozytora (Richard Eggar 4 CD,

Harmonia Mundi).  A wśród

klawesynistów, którzy jego utwory

wykonywali wymienić należy także

legendarnego Gustava Leonhardta.

Prawie zapomniałem o Van Asperenie,

uczniu Gustava Leonhardta, który też

pięknie nagrał wszystkie klawesynowe

utwory Louisa Couperina.

     Pisano całkiem słusznie o tym,

że istnieje głębokie pokrewieństwo

między muzyczną wrażliwością

Chopina i Francoisa Couperina, którego

twórczość podziwiał też Bach. Ale Louis

Couperin był być może nawet bardziej

genialny od swego bratanka, którego

pełna finezji i wdzięku twórczość

(a szczególnie "Les Folies francaises"

i muzyczne portrety sławnych lub

bliskich mu osób) jest powszechnie

znana, lubiana i ceniona.

     Oczywiście Francois Couperin

komponował również dla króla

słynne utwory orkiestrowe,

wokalne oraz na violę da gamba, 

podczas gdy z twórczości Louisa

Couperina znamy jeszcze tylko

utwory organowe (był zatrudniony

na posadzie organisty) i jedynie 

kilka utworów na wiolę da gamba

i krótkich symfonii (był nadwornym

muzykiem Ludwika XIV).

      Dwie refleksje o życiu nasuwają

mi się nieodparcie, kiedy myślę

o mojej fascynacji muzyką Louisa

Couperina. Po pierwsze, w

życiu trzeba mieć trochę szczęścia,

a krótkie życie i zaginięcie wielu

utworów, to niezbyt sprzyjające

okoliczności.  Po drugie, poczucie

wartości pewnych rzeczy może

być w życiu względnie stałe. Od

czasu kiedy zacząłem słuchać tej

muzyki wiele się w moim życiu

zmieniało.Traciłem bliskich i środki

do życia, zmieniała się moja

twórczość, przez wiele lat najpierw

Podlasie, a później Londyn

były krainą moich najczulszych

wzruszeń. Ale muzyka Louisa

Couperina wprowadza mnie zawsze

w nastrój, który jest mi wyjątkowo

bliski. Oswojenie się z nią nie

jest jednak wyłącznie kwestią jakiegoś

wczucia w nastrój, ale także

swoiście intelektualnym aktem

poznania muzycznej formy.

To właśnie, że muzykę można

w ten sposób poznawać, nie tracąc

nic z jej istotnych przeżyć, jest

dla mnie czymś szczególnie

fascynującym.

     Nie znaczy to jednak, że

chciałbym muzykę jakoś

szczególnie analizować. Przez

kilkanaście lat pracy w Zakładzie

Estetyki UW nigdy nie zająłem się

poważniej ani estetyką muzyki, ani

teorią muzyki. Wystarczy mi wiedza

o tym, jak mogą być wykonywane

utwory muzyczne, wyniesiona z

poznawania poszczególnych nagrań.

Wiele się zresztą w praktyce

wykonawczej zmieniło w ciągu

ostatnich kilkudziesięciu lat,

od chwili, kiedy zainteresowanie

autentycznym wykonywaniem

muzyki epoki baroku stało się  

czymś popularnym.

 

 

    

     

      

 

 

 

wtorek, 19 czerwca 2018

    

       Ktoś zapytał Mistrza Joshu:

"Jesteś tak świętą osobą. Gdzie

mógłbyś się znaleźć po śmierci?"

     Joshu odpowiedział:

     "Pójdę do piekła

na czele was wszystkich!"

       Jak wynika z dalszej rozmowy Mistrz zen Joshu chciał

pójść do piekła, żeby wybawić tych, którzy się tam znajdą.

To naprawdę szczyt altruizmu.

      Ale dziwi mnie taka perspektywa. Piekło jest tu na ziemi

i nie trzeba do niego schodzić.  W każdej sekundzie istnienia

świata ktoś zadaje komuś okrutne cierpienie, więzi, gwałci,

fizycznie lub psychicznie niewoli, poniża, morduje, uzależnia,

dręczy, skazuje na wegetację, pozwala umrzeć z pragnienia

i głodu.  To się dzieje dziesiątki tysięcy, a może nawet miliony

razy w każdej chwili i nie jest żadnym wyjątkiem.

    Jako tako rozumiem grecką ideę wstępowania do

podziemnego świata, żeby kogoś przywrócić do życia.

Ale nie mogę pojąć sensu buddyjskiego piekła.

Psychologicznie da się to objaśnić. Na mojej tance

przedstawione są płonące w ogniu piekielnej

namiętności demoniczne istoty i czyste istoty,

wolne od piętna śmierci.

     Czasami medytowałem pod tym świętym obrazem.

Ale moja małżonka nie lubiła go i powiesiła w

kuchni, gdzie zaparował. Na próżno tłumaczyłem

jej, że jest bardzo stary i że nawet w Tybecie

niewiele jest takich. Kobiety rzadko odstępują od

swego zdania, nawet jeśli jest ono całkiem

absurdalne. W ten sposób radzą sobie z własną

słabością...

     Spytasz pewnie, dlaczego się na to  zgodziłem?

Żywi ludzie są dla mnie ważniejsi niż symbole, a ich

wady nie przekreślają zwykle zalet. Mógłbym oczywiście

uratować tankę, ale prawdopodobnie nie ocaliłbym

naszej relacji. 

     Dopiero teraz, kiedy po latach widzę ją

w tak żałosnym stanie, a mojej małżonki już

przy mnie nie ma, podobnie jak dwóch innych

kobiet, które później kochałem,  myślę o

niezawinionym cierpieniu, jakie ją spotkało.

Przypisywałem jej kiedyś magiczną moc, a

trzeba było może bronić...

    Coś demonicznego jest w nas wszystkich!

Mojej żonie buddyzm w polskim wydaniu kojarzył się

z Nydalem, narkotykami, zarozumialstwem, obłudą,

snobizmem i wszystkim tym, co wydawało jej się

podejrzane.  I nawet mimo wielkiego wyróżnienia,

z jakim spotkał się mój tekst na temat

buddyjskiej metty (majtri) , który osobiście

pochwalił jej mistrz, wybitny polski filozof, nie

była w stanie od tego uprzedzenia się uwolnić.

Bała się, że wpadnę w złe towarzystwo, może

nie głodnych duchów, ale ludzi zdemoralizowanych

i że moje życie stanie się piekłem. Chciała mnie

więc przed czymś uchronić. Ale dobrymi intencjami

jest, jak wiadomo, piekło wybrukowane.

     Nie wskrzeszę już świętego obrazu, ani

Zosi, która wierzyła, że buddyzm uratuje jej

życie (była przerażająco chora). Wielkim

rozczarowaniem było dla niej spotkanie z

Dalajlamą, na które zawiozłem ją na wózku.

Wierzyła w modlitwę i magię, a Dalajlama 

z promieniejącym uśmiechem na twarzy

powiedział: "Kiedy swędzi mnie skóra na

szyi to się nie modlę, tylko idę do lekarza

po maść."  Wtedy zrozumiała, że nie ma

dla niej ratunku, bo nie istnieje lek, który

mógłby ocalić jej życie. Wpadła w gniew,

a potem w rozpacz...

      Potraktuj mój tekst jak koan,

drogi Czytelniku. W żaden sposób nie

należy rozumieć go dosłownie. Wielką

cenę płaci się czasami za wyzbycie się

złudzenia, że "Chcieć to móc!"  A do

tego, żeby chronić innych przed złem,

trzeba nie tylko współczującej  miłości,

ale przede wszystkim mądrości.

 

   

 

poniedziałek, 18 czerwca 2018

 

    - Jakiś dziwny ptak śpiewa

za mym oknem. Coś niby żaba

i wrona w jednej osobie. -

zaskrzeczała Pani Okamura.

    - Ja też go słyszałam! -

zapewniła Kikuko.

    - Nie mogłaś go słyszeć.

Prawdopodobnie głos żaby

nakładał się na krakanie wrony.

To zwykła koincydencja i nic

więcej...- 

    - W takim razie i pani go

nie słyszała. -

    - Błędne wnioskowanie!

Z tego, że X nie słyszał Żabowrona

nie wynika, że Y go nie słyszał.

Trzeba mieć idealny słuch

muzyczny, taki, jaki ja mam.

Ty nawet nie odróżniasz fis-moll

od B-dur! -

    - Skoro pani tak nalega...

Dobrze, nie słyszałam go. -

    - Ani nie widziałaś!  A ja - 

owszem. Tułów ma wrony,

a łeb żaby. -

    - Uhu...-

    - Także kochana...Są takie

rzeczy, o których istnieniu

nie wszyscy wiedzą. Aby

się o nim przekonać

trzeba pewnej inteligencji.

A ta, jak wiesz, nie jest

podzielona po równo. -

    Kikuko pożegnała się ze

staruszką i wyszła na ulicę.

Kiedy wróciła do niej

następnego dnia staruszka

już nie żyła, a policja zabezpieczała

ślady. Kikuko chciała uciec,

ale kazano jej pokazać, co

trzyma w kieszeni płaszcza.

Była tam żaba. A w drugiej

kieszeni - wrona.

     - Co to ma znaczyć! -

zdziwił się inspektor, który

nigdy czegoś takiego nie

widział.

     - Przyniosłam je dla

Pani Kikuko. Mam dar 

obłaskawiania zwierząt. 

Była bardzo samotna...

To jest, Pani Okamura,

była osobą bardzo

samotną, pomimo swego

...A może nawet ze względu

na wiek. -

     - Czy myśli pani, że

odkręciła dyskretnie gaz,

żeby popełnić samobójstwo? -

spytał inspektor, który 

przyglądał się Kikuko z

coraz większą uwagą.

     - Takie osoby jak ja w

ogóle nie myślą. - odpowiedziała

dziewczyna.

     - Proszę odpowiadać - tak,

albo nie! -

     - Myślę, że to z powodu tego

ptaka. Miał głowę wrony i tułów

żaby. Pani Okamura była nim

zafascynowana. Myślę, że zabiła

się przeze mnie...Tak, to moja wina!

Powiedziałam, że i ja go słyszałam. -

     - Żabę? 

     - Żabowrona...Zdenerwowała się

bardzo. -

     - W takim razie aresztuję panią. -

rzekł inspektor. -  Za nieumyślne

spowodowanie czyjejś śmierci

grożą pani co najwyżej trzy lata...

Gdyby pani celowo odkręciła gaz,

byłoby z pewnością dużo gorzej. -

     - Dziękuję, panie inspektorze.

I mam nadzieję, że wysoki sąd

będzie dla mnie dostatecznie surowy.

- westchnęła Kikuko.- Choć nie

przypominam sobie, żebym odkręcała

gaz...Ale to z pewnością moja wina! -

     - Być może zrobiła to pani

podświadomie. Przyznanie się do

winy jest okolicznością łagodzącą.

Proszę się nie martwić. W więzieniach

dla kobiet wymuszone stosunki zdarzają

się jednak stosunkowo rzadziej

niż na oddziałach męskich...Jest

pani jeszcze młoda, choć i uroda

niedługo przeminie. Nabierze pani

większej pewności siebie. Trzeba

o życiu myśleć bardziej, że tak

powiem, optymistycznie. - zakończył

inspektor.

 

 

 

niedziela, 17 czerwca 2018

    

         Stoi przede mną w mroku

         złoty tron Tutanchamona.

         Bije od niego jakiś blask

         i myślę o moich bliskich,

         którzy przedwcześnie odeszli.

         O bliskich bliskich

         i o dalszych bliskich. 

         I o tysiącach lat, które nie

         są nawet cząstką najmniejszej 

         cząstki kosmicznej chwili.

         O rozpaczy i czułości Izydy.

         O ciemnych wodach,

         w których pogrążę się

         na zawsze już niedługo.

         O mumii mojej koteczki

         Mitsuko. I o tym dziwnym

         bóstwie, które wygląda jak

         krokodyl i nazywa się Sobek

         ...Ale sobkiem, tak jak my,

         nie jest. 

        

         

  

     Dzień wczoraj trochę się wydłużył.

Położyłem się spać jak zwykle przed

szóstą rano (po skończeniu pisania).

Gdzieś za piętnaście dziewiąta

posłuchałem koncertu Lhasy. Włączyłem

go niezbyt głośno i robił na mnie

wrażenie bardzo wyciszonego. Moje myśli

oplotły więc skojarzenia cmentarniane,

związane z jej chorobą i bliskością

śmierci. Nietrudno było mi wczuć się w

ten nastrój.  (O pożegnaniu ze światem

i życiem mówi najpiękniej tekst piosenki

"Bells", która znana jest z jej ostatniej

studyjnej płyty).

    Dzisiaj odebrałem ten koncert już

zupełnie inaczej. Brakuje mu może

chwilami dramatycznej ekspresji,

(jest za to więcej spokoju, delikatności

i słodyczy brzmienia), ale wrażenie

głębokiej depresji, która oddzielała

artystkę jakąś ścianą od publiczności,

opuściło mnie.

   Lhasa była jednak, mimo wyniszczającej

choroby, po stronie życia, a nie śmierci.

Jest tam wiele drobnych i ujmujących

szczegółów, które zwracają na to uwagę:

a przede wszystkim jej osobiste,

pełne wdzięku ciepło. I jakieś szczególne

ciepło publiczności zgromadzonej na

koncercie w tym chłodnym, północnym

kraju (Islandia).  

     Niektóre z jej najbardziej znanych

pieśni nie brzmią może tak, jak byśmy

(słusznie, czy nie) oczekiwali. Za to

kilka innych brzmi wyjątkowo pięknie.

Lhasa nie tylko nie powiela

wcześniejszych brzmień, ale tworzy

czasami z muzykami zespołu zupełnie

nowe, niepowtarzalne wersje.

Jej najbardziej lubiana piosenka zaczyna

się tak, że nikt nawet nie podejrzewa,

że to jest ta pieśń i dopiero po kilku

chwilach publiczność zaczyna się w

tym orientować i pojawia się aplauz. 

      Jak zmienia się nie tylko

brzmienie, ale i charakter utworu,

widać na przykładzie piosenki "Para

el Fin del Mundo." Zawsze była

dramatyczna, a jej brzmienie było

raczej ciężkie, a teraz powstała

prawdziwa perełka i choć tekst jest

ten sam, utwór żyje innym nastrojem

i życiem.

      Zaraz po wysłuchaniu tego CD

udałem się w długą drogę do Wojskowego

Instytutu Medycznego. Śpieszyłem się

bardzo, ale okazało się, że lekarz

poszedł już do domu. (Liczyłem trochę

na jego wsparcie, także psychiczne, bo

to wyjątkowo życzliwy i mądry człowiek).

Pielęgniarka tłumaczyła się, że dzwoniła

do mnie wiele razy, żebym niepotrzebnie

nie jechał. Ale ja nie mam w pamięci

telefonu żadnego śladu, więc coś 

zawiodło. (Jednak zostanę podobno

szybko przyjęty).

     Zdążyłem jeszcze kupić po drodze

jakąś wodę mineralną (niestety moja

pensja skończyła się już) i udałem się

na egzamin, który trwał bez przerwy od

godziny 16 do 22. Pewnie mógłby trwać

odrobinę krócej, ale wielu studentów

chciało odegrać swe role (niektóre

bardzo ciekawe, a nawet piękne),

a ja chętnie na to przystałem. Lubię

młodych ludzi i chciałem też, żeby

egzamin jak najpomyślniej dla nich

wypadł i pozostawił w pamięci jakiś

ślad.

  Jedno pytanie było do wyboru i często

wybierano to, które dotyczyło greckiego

rozumienia psyche (które zmieniało się

jak wiadomo) i pośmiertnych losów duszy.

Okazuje się, że studenci dość dobrze

zapoznali się z topografią Hadesu.

     Ale wiele osób wybrało też

św. Franciszka, który budzi dość

powszechną sympatię, albo nurty

protestanckie. Czasami też wybierano

filozoficzną krytykę religii (Wolter,

Nietzsche, Feuerbach, Marks, Freud,

Fromm). Inne pytania były mniej popularne.

Choć na korytarzu dyskutowano podobno

o księgach Hioba i Koheleta. Jedna z tych

rozmów miała niezwykle interesujący

przebieg, który ktoś mi szczegółowo

zrelacjonował. Ucieszyło mnie to, bo

jednak kilka osób wypowiadało na temat

Hioba stereotypowe uwagi, świadczące

o nieobecności lub nieuważnym

słuchaniu wykładu.

     Przed jedenastą dotarłem do

swojej mamy. Rozmawialiśmy trochę

o dość dramatycznych momentach 

jej życia. Nie była to bezproblemowa

rozmowa. Ale około pierwszej w nocy

byłem już w domu. Nakarmiłem

i wygłaskałem Mitsuko i wziąłem

się do pisania...

      Jestem przekonany, że Lhasa

jest teraz w Elizjum i że niczego,

poza może samym ziemskim

życiem, jej nie brakuje...A ja na

pewno nie przestałem jej kochać

i przypuszczam, że nie jestem w

tym odosobniony.

     Znajomy prawnik radzi mi,

żebym zarabiał na życie opieką,

sprzątaniem i gotowaniem dla

starszych ludzi. "Zajmie ci to co

prawda większość dnia, ale potem

możesz iść na wykłady i zająć się

twórczością. Wymycie podłogi,

ugotowanie czegoś i zrobienie

zakupów nie jest ciężkie, a Ty

Nazumi jesteś wyjątkowo

ciepłym człowiekiem i wszyscy

cię lubią. A jak trafisz na

odpowiednią osobę, to z

pewnością także doceni twój

intelekt." 

     Niestety lek, który miałem

dotąd za darmo, przejęła jakaś

fundacja i trzeba teraz pójść

na prywatną wizytę i wykupić go.

Stąd życzliwa rada znajomego.

"A może jak powiesz, że jesteś

humanistą, to pozwoli ci zapłacić

z opóźnieniem? Wiadomo, że

tacy mało zarabiają."

     Nie prosiłem go o pomoc. On sam

chce mi ratować życie. ;-) Dobre rady

niewiele na ogół kosztują, a poprawiają

samopoczucie tego, kto ich udziela.

A znajomy "wstrzelił się" z nimi w

jedyną chwilę, w której mogłem na

mieście odpocząć i gadał chyba z

godzinę. To, że radom tym brakuje

czasem logiki, to już inna sprawa.

Przecież codziennie spędzam

wiele godzin z moją chorą matką,

o czym ten życzliwiec doskonale wie,

a mój stan zdrowia pozostawia sporo

do życzenia. (Sam, jak tylko zachorował

zrezygnował z pracy).

 

 

    

 

 

 

 

 

 

sobota, 16 czerwca 2018

         Shinrin-yoku to sztuka kąpieli leśnych,

czyli zanurzania się w zieleni. Wyznam

szczerze, że bardzo to lubię, chociaż nie

uważam za sztukę. Lubię zapominać o

sobie i czuć się cząstką całości istnienia...

Ale rozumiem, że ludzie potrzebują

jakiegoś uzasadnienia dla tego, co robią, 

przekonania, że inni to akceptują. Nie

mogą po prostu iść bezdrożem. Chcą mieć

poczucie, że idą jakąś ścieżką - poczucie

wspólnoty z innymi, filozoficznego

wyboru, estetyki, przekonanie, że ktoś już

praktycznie opracował zagadnienie i

wystarczy się do tego zastosować.

Potrzebują tego nawet po to, żeby

móc swobodnie oddychać ;-)

    Mnie nie jest to do niczego

potrzebne. Ale wiem, jak bardzo te

japońskie sztuki bywają kulturotwórcze

nawet jeśli w założeniu mają nas

przenosić na łono natury...

    

   Uwaga nie na temat, ale w związku 

z nim: Dla mnie prawdziwy zen wyraża

się w poczuciu, że nie ma żadnego zenu,

który należałoby praktykować.

 

 

 zdjęcie autora (nazumi13)

 

 

       To jakiś absurd!  Nie mogę się zalogować na Facebooku,

chociaż podaję prawidłowe dane.

piątek, 15 czerwca 2018

 

    W białą noc schwytał czarną

sowę. Było to dość logiczne

- przeciwieństwa bowiem

przyciągają się.

    Sowa krzyczała, że to raczej

ona jest drapieżnikiem.

    - Ja też! - nadmienił. - Zwykle

nie żywię się sowami, ale teraz

jestem bardzo głodny. Musisz

to zrozumieć! -

    Ptak wyraził zdziwienie:

    - Przecież na tych terenach

nie występujesz! -

    - Faktycznie na tak dalekiej

północy my ludzie pojawiamy się

sporadycznie. Ale spójrz na zegar

- jest właśnie północ! -

     Może zabrzmiało to nieco

upiornie, a może po prostu

wędrowiec rozpoczął już

konsumpcję, bowiem sowa

wrzasnęła:

    - Auuu...moje pióra! -

    - Wybacz, że zjadam cię

z piórami, ale zamarzam i nie

mam nawet siły podgrzać

kociołka, ani tym bardziej 

cię zabić. -

    - Nie zjadaj mnie! - jęknęła

sowa.

    - Nawet mi smakujesz! -

zapewnił ją mlaskając - Na

mrozie twoje ciało skruszało. -

    I w białą noc czarną sowę

ogarnęła czarna rozpacz.

A wędrowca biała gorączka...

 

czwartek, 14 czerwca 2018

   

     Było późne popołudnie. Słońce

delikatnie przeświecało przez

gałęzie drzew. W trawie zmagały

się ze sobą dwa koniki polne...

    - Szestow ganił Czechowa za to,

że swą twórczością wyrażał utratę

nadziei. - powiedział profesor

Akimura przybliżając swą dłoń

do włosów Yoko, która leżała

wśród spłowiałych traw. - Ja bym

go za to samo chwalił! Człowiek

może uderzać głową w ścianę,

krzyczeć z rozpaczy i miotać się

jak uwięziony ptak i nikt mu nie

pomoże. Ludzie utracili zdolność

współczucia. Ich serca są oschłe.

"Przegapił swe życie, więc niech

nie ma do nikogo pretensji!" -

zawołają co najwyżej. Obowiązkiem

pisarza jest wyrażać prawdę, a nie

jakąś metafizykę. Nieszczęsny

wujaszek Wania...-

      W trawie pozostał już tylko

zwycięzca. Yoko szukała wzrokiem

samiczki, jednak nie mogła jej

odnaleźć.

    - Nie zgadzam się! - zapiszczała.

- Szestow ma absolutną rację!

Nie wolno pozbawiać ludzi nadziei!

To jest nienormalne, patologiczne

i powinno być karane. -

    - Karać kogoś za to, że pozbawia

nas złudzeń?  Nie uciekniesz od

rozpaczy. -

    Yoko milczała. Powiedziała już

swoje i nie obchodziły jej wątpliwości

rozmówcy. Akimura nie lubił jej

uporczywego milczenia. Ale na

szczęście po chwili odezwała się:

    - Zastanawiam się, gdzie jest ta

samiczka. -

    Profesor zmarszczył brwi.

    - Zmarnowane życie, samotność,

beznadziejność...śmierć. Myślisz,

że człowiek sam za to odpowiada? -

zapytał.

    - Może ukryła się gdzieś pod

kamieniem? - powiedziała

dziewczyna zupełnie nie zwracając

uwagi na to, co mówi.

    Akimura zrozumiał, że wyrok

na pisarza już zapadł. Chciał tylko

powiedzieć, że to poczciwy,

wrażliwy i mądry człowiek. Niechże

to będzie okolicznością łagodzącą.

Znał życie, jak to się mówi. A jakie

miał poczucie humoru!

    Ale Yoko rozglądała się w

poszukiwaniu owada. Zamilkł więc

jak grób. Tak - jak grób!

Pospacerowali trochę po lesie. 

Zbliżał się zmierzch. Jakiś ptak

smętnie śpiewał ukryty w zieleni

swą tęskną pieśń.

    - Słyszysz jak smutno śpiewa! -

zauważył nieśmiało profesor -

Tak jakby jego życie się kończyło

i cały świat miał przestać istnieć,

kiedy słońce zajdzie. Takie małe

stworzenie...-

     - Czy jak był pan młodszy, to

też był pan takim melancholikiem?

- zażartowała studentka.

    - Zawsze taki byłem...Są chwile,

których nasz umysł nie potrafi 

wyjaśnić, a łzy same napływają

do oczu. - odpowiedział.

    - Niech pan o niej nie myśli!

Nie cieszy się pan, że jesteśmy

razem?  Jestem na pewno 

ładniejsza i młodsza od niej.

Zgadłam? - prowokowała

dziewczyna.- Ta tęsknota pana

zabije i kto potem wygłosi piękny

wykład! -

    - Czechow bardziej do mnie

przemawia niż Szestow. -

molestował ją Akimura. - Nieprawda,

że wyrażał tylko swój nastrój! Był

przecież lekarzem. Także lekarzem

ludzkiej duszy. -

    - Leczenie beznadzieją? -

zaoponowała.

    - Czechow był pogodny. To

świadomość, czym jest ludzkie

życie, zrobiła z niego melancholika.

Ktoś kiedyś słusznie napisał o jego

sztukach: "Każdy w nich kogoś

kocha, ale każdy nie tego przez kogo

jest kochany i wszyscy są

nieszczęśliwi!"...Ale Czechow był

w gruncie rzeczy wesoły. Pamięta

pani?  "Kto mało i leniwie pierdoli,

ten na starość zostanie impotentem."

-

   - To piękne! - roześmiała się

dziewczyna. - Nareszcie mnie pan

czymś zainteresował. -

   Wzięła Akimurę pod rękę i

przytuliła na chwilę głowę do

jego piersi.

   - Jest pan taki dobry i wyrozumiały.

Psuje mnie pan! - powiedziała.

- Przekomarzam się trochę! Wie pan,

że to komarzyce wysysają...krew.

   Akimura poczuł, że wpadł w pułapkę.

   - Ale, czy nie zainfekuję pani

swym pesymizmem?  - spytał.

   - Mam coś dla pana! - uśmiechnęła

się dziewczyna. - Kiedy spotkamy

się następnym razem może

porozmawiamy o tym. -

    Po powrocie do domu Akimura

odwinął zawiniątko...A pod palcami

poczuł, że to, co trzyma w dłoni

było konikiem polnym. O mało go

nie rozgniótł.

    - Jesteś chyba martwy biedaku! -

powiedział. Ale stworzenie poruszało

się..."Więc jeszcze żyjemy!" -

pomyślał.


 


   

  

środa, 13 czerwca 2018

 

 

 

     Nie można uciec od swego 

przeznaczenia.    

     Radca Holstag wychodził

z domu tylko w nocy i bez

względu na pogodę brał ze

sobą czarny parasol. Przechodził

przez królewski park, zatrzymywał

się na chwilę przy Łabędziej

Wyspie wpatrując się w parę

czarnych łabędzi, a potem w

pośpiechu szedł w kierunku

przedmieścia, znikając na końcu

w bramie pewnej opuszczonej

kamienicy. Tak przynajmniej

uważał prefekt policji, którego

uwadze umknął jednak pewien

istotny szczegół. Holstag przez

cały ten czas pozostawał w bliskim

kontakcie z duszami, które

odeszły już z tego świata.

Trudno się doprawdy dziwić

brakowi przenikliwości prefekta,

bowiem możliwość śledzenia

drgnień ludzkiej duszy wymyka się

procedurom inwigilacji.Początkowo

prefekt podejrzewał, że radca ma

po prostu kochankę. Ale to przecież

nie żadne przestępstwo! "A może

to wariat?" - zastanawiał się. - "Kto

tak paraduje z czarnym parasolem?"

Owszem, gdyby był szpiegiem,

gdyby spiskował przeciwko naszej

najświętszej religii, handlował

opium albo więził w piwnicy

młodą dziewczynę, może jeszcze

warto byłoby się nim zajmować.

Ale Holstag nie wyglądał na

kogoś takiego!  Był schludny,

porządny, ascetyczny niemal

...Niestety jednak sam książę

oczekiwał raportów w jego

sprawie. Dlaczego, prefekt

nie wiedział!

      Zresztą informatorzy

prefekta nie byli zbyt skrupulatni.

Przeoczyli na przykład fakt, że

łabędzie czasami odlatują - jakże

więc radca mógł w nie się za każdym

razem wpatrywać? Poza tym w

opuszczonej kamienicy podobno

nocami straszyło. I co?  Poszli tam

raz, czy drugi, ale dziwnym trafem

Holstaga akurat tam nie było.

     Prefekta niebywale to zirytowało.

A w liście do księcia donosił: "Ten

radca Holstag, Wasza Wysokość,

jest całkiem normalny, aż podejrzanie

normalny!  Wygląda na to, jakby nie

miał nic na sumieniu, co w sposób

oczywisty nasuwa myśl, że doskonale

się kamufluje. Ale upewniam Pana,

że ta mimikra kiedyś się skończy!

Kłaniam się nisko Waszej Wysokości!"

      Książę odpowiedział krótko:

"Zabierz się do roboty, Ty stary

durniu!"  Trzeba było działać bardziej

stanowczo.

      Jest bezksiężycowa, zimowa noc.

Holstag spaceruje parkową aleją...A tu

nagle ktoś zastępuje mu drogę.

      - A dokąd tak śpieszymy,

łaskawco? - pyta jakiś włóczęga.  

      - Nie twoja rzecz! - odpowiada

radca.

      - Czyżby? - nagabuje dalej

włóczęga. - Ho, ho!...A gdzie ukryłeś

zwłoki? -

      Włóczęga ma czerwony nos

i jedzie od niego alkoholem, potrąca

Holstaga, choć to najbardziej trzeźwy

ze wszystkich inwigilator prefekta.

Radca Holstag przebija go parasolem. 

     Rano zostaje aresztowany.

"Wiedziałem, że to morderca, Wasza

Wysokość!" - donosi prefekt - Jego

ujęcie było tylko kwestią czasu.

Szkoda Kierkegaarda. To nasz

najlepszy agent!  I będziemy musieli

pokryć koszty pogrzebu."

    "Będziecie musieli!" - odpowiedział

Książę. - "Ale niestety przedwczoraj

podpisałem już wasze zwolnienie

z ciepłej posadki. Cieszę się jednak,

że Holstag w końcu zawiśnie! Ale

zdecyduje o tym oczywiście 

niezawisły sąd!"

       Cała Kopenhaga śledziła

proces dobrze zapowiadającego

się radcy. A "Kurier poranny"

napisał: "Odrażający przestępca

wygląda niewinnie jak baranek.

Ale niech nas to nie zmyli!

Jego czyn dokonany został

z premedytacją. Nieprzypadkowo

stale nosił ze sobą parasol.

Czwórkę dzieci osierocił 

nieszczęsny agent Holstag.

(Rzadko się zdarza, żeby ofiara

nosiła nazwisko tego, kto ją

zamordował). Cztery kobiety

utraciły sens swego życia.

Zapowiada się piękna egzekucja!

Warto zabrać ze sobą pociechy."

    

wtorek, 12 czerwca 2018

 

 

"Mądrość człowieka jest

niczym jego oczy, które

są w stanie dostrzec

rzeczy w oddali, lecz nie

widzą swoich własnych

rzęs." (Hanfeizi)

 

     Dlatego, mówi dalej Hanfeizi,

musimy lepiej poznać samych siebie.

Ten drugi rodzaj mądrości i moim

zdaniem bywa bardziej użyteczny.

Łatwo udzielamy innym rad i

przewidujemy odległe zdarzenia,

a często jesteśmy bezradni wobec

tego,co nas spotyka, bo jesteśmy

nieświadomi tego, kim sami

jesteśmy i w jakiej sytuacji się

znajdujemy. 

      "Poznaj samego siebie!" to

hasło związane z greckim kultem

Apolla, ale szczególną wagę

przywiązywał do niego Sokrates.

Wydaje się, że miał na myśli dwie

rzeczy: 1) żebyśmy poznawali

własny charakter i pracowali nad

nim, a także zdawali sobie sprawę

z własnych pragnień, dążeń

i emocji, i niewiedzy; 2) żebyśmy

odkryli w sobie duszę, która jest

czymś boskim.

    Przypowieść Hanfeizi mówi

o czymś innym. O niezdawaniu

sobie sprawy z własnej sytuacji

i z własnej słabości. Król chciał

zaatakować sąsiednie państwo,

uważając, że jest pogrążone w

chaosie, a nie zauważył, że w

jego państwie panuje jeszcze

większy chaos.  Taoizm jest

filozofią rezygnacji z odwoływania

się do przemocy.

      Dobrze ilustruje to inna

zamieszczona w zbiorze przypowieść.

Wiekowy nauczyciel mędrca Laozi

zwrócił mu uwagę, że ma jeszcze język

(bo jest miękki), ale utracił już

wszystkie zęby (bo są twarde).

    

 

 

______________________________________________________

Cytat pochodzi ze "Zbioru przypowieści taoistycznych"

w opracowaniu Yuang Guanga. Przekład dla Wydawnictwa

Rafał Marszałek, F. Pieczatowska- Mysiak. Tłumaczenie

jest przekładem z angielskiego tłumaczenia. Jest na ogół

udane, ale niestety sporadycznie pojawiają się w nim

kolokwialne określenia w rodzaju "jesteśmy zniesmaczeni",

które naruszają estetykę sławnych z literackiego stylu

przypowieści...A przy okazji pojawia się też Lord, 

chińskie królestwa dzielą się na hrabstwa, a odległość

mierzy się w milach ;-)  Ale tego już nie można mieć

autorce tłumaczenia za złe. :-)

 

__________________

 

 

 
1 , 2