Kategorie: Wszystkie | "Dziewczyny, bądźcie dla nas dobre na wiosnę" | ...bez końca | 0 | 100O i jeden Rabinów | A Puszkina też zapuszkują? | A moze to tylko pomieszanie zmyslow | A nie lepiej być purystą? | Aaaaaaaaaaaaaa...aalfabeta | Ach, gdzież jest litość lub wspolczucia pozór? | Ach, gdzież jest litość lub współczucia pozór? | Adam Mic - Kiewicz | Adaś i Ewka | Aforystyka | Amerykański sen | Autopsychoterapia | Bez sensu to to! | Bez szaleństwa... | Bezmyślne okrucieństwo | Bezradność | Biedna Szymborska | Biedny Kapturek! | Bliźni miłości | Bliźniego miłość... | Blondyn | Blue Bossa | Bojaźń i drżenie | Bratnie dusze | Bruner, ty świnio! | Buddyzm w życiu codziennym | Bóg mi poskapił tej anielskiej miary... | Bóg mi poskąpił tej anielskiej miary... | Bójstwo samo | Caritas | Chiziofrenia | Choroba na śmierć | Chwila ułudy | Chwila wytchnienia | Chłodne upojenie | Cierpienia i radości | Cierpienie i radość | Cleen feed | Cnota niedoli | Co slina na język przyniosła | Co tam panie w polityce? | Co w niebie piszczy | Co ślina na język przyniosła? | Corrida | Coś dla duszy... | Coś tak wulgarnego | Cudotwórstwo | Czarna Perła Tao | Czarny tulipan skrzyżowany z czarna różą | Czarny tulipan skrzyżowany z czarną różą | Czary Mary | Czego nie przysięgał Hipokrates? | Człowiek nie jest rzeczą | Człowiek to brzmi dumnie, ale nie u mnie | Często chowa | Częstochowskie rymy | Deficyt aniołów | Delightful! | Demokratyczne wybory w Oczodołach | Diabłoterapia | Dla wszystkich i dla nikogo | Dnieje | Do samego siebie | Dodatek | Dowcipas dnia | Duma narodowa | Dusze drzew | Dyskretna mgiełka autoironii | Dzielność | Dziki kapitalizm | Dzisiejsza młodzież | Dzisiejsza młodzież nosi ładną odzież | Egzystencjalizm jest chumanizmem | Ekonomia zbawienia | Elegancja Francja | Elegijnie | English gentelman | English gentleman | Epicurus | Ewa tylko ziewa | Falochron | Female | Filozofia bez uczoności | Forever Loving Jah | Gadu, gadu | Gadu, gadu, trochę więcej jadu | Gal Anonim | Gaz dla pedałów | Gaz dla pedałów, młot dla sierpów | Gdy rozum śpi... | Gendarme | Genek, gienialny gieniusz | Geno Typ | Gorący uczynek | Grabarz | Grabarz nonsensu | Gry i zabawy literackie | Głupota przysłowiem narodów | Głębie i tajnie Podświadomego | HIstoria nauczycielką bicia | Herbatka zen | Homo economicus | Homo sapiens czy Homo politicus | Humor absurdalny | Humor nieco absurdalny | Humor, satyra, panie... | I rekiny w oceani mają zębów cały rząd | I rekiny w oceanie mają zębów cały rząd | Indie Wschodnie i Zachodnie | Industrial | Istnieje również wrodzony brak poczucia humoru | Ja tam bynajmniej nie wiem | Jak długo będę jeszcze żył? | Jak uprawiać agresywne dziennikarstwo? Poradnik dla początkujących | Jakże cżęsto powtarza się ta historia | Jakże trudno czasami coś sklecić! | Jan i Małgorzata | Jan z Czarnolasu | Jesienna muzyka | Jeszcze smutniej! | Jeździec Apokalipsy | Językologia | Kaczuszki mandarynki | Karawana idzie dalej | Katedra Adamowego Żebra | Kawa z Kafką | Każdemu według naszych chęci | Każdemu według potrzeb | Każdemu, o czym tylko zamarzy | Kiciuś Miciuś! | Kicuś Micuś! | Kiedy człowiek staje się bestią | Kiedy owce nie milczą | Kij w mrowisku | Kniaź Wiktor | Kochani ludożercy | Kolacja Pani Sowy | Kometa tylko głownia nie ta | Konkwista | Koryfeusz nauki, milośnik sztuki | Koty i inne zwierzęta | Koty, głupoty, palikoty | Kości rzucone są | Kość słoniowa | Kto pierwszy był człowiekiem, kto będzie nim ostatni | Kto pisze teraz historię? | Kuchnia szamańska | Kwiatki Św. Franciszka | Kwiatostan śmierci | Kwitnienie kultury | Kwitnąca wiśnia | La colombina i ciche ukojenie | Lekarzu - lecz się sam! | Lenin wiecznie żywy | Leśmianiada | Lichwiarstwo polskie | Liryki i prztyki | Logika dziejów | Londyńska mgła niepamięci | Londyńskie przygody | Los ofiary | Los puka do moich drzwi | Lotosowy wpis | Ludzie ludziom... | Lunatyzm | Lęk społeczny | Made in Japan | Maligna | Marność nad marnościami | Marność nad marnościami. Rekoleksje Wielkopiątkowe | Marzenia senne | Marzeniologia stosowana | Maszkary i senne dziwadła | Maszkary i senne widziadła odbite w lustrze | Mała czarna z Kafką | Medycyna naturalna | Meine Liebe Augustin! | Melancholia | Melancholia stosowana | Memorabilia | Meszreiw | Meteo | Mgiełka autoironii | Mglisty dzień. Mgła | Mikołak | Mistrz i Małgorzatka | Mistycyzm lunarny | Mistyka i miłość | Mitologia osobista | Mitologia świata | Miłość | Miłość bliźniego | Miłość nie zawsze szczęśliwa | Miś Uszatek | Moc rytuałów | Monada nie ma okien | Mowa potoczna | Mowa ptaków | Mowa serca | Moze ktoś zrozumie, co teraz czuję | Może ktoś się ucieszy? | Może ktoś zrozumie, co teraz czuję | Może to trochę zbyt uszczypliwe | Musicology | Muza lekkich obyczjów | Muzyka przywraca ład serca | Myszoterapia dr Nezumi | Myśli prostego człowieka | Mądrość Natury | Mądrość jak z gazety | Mądrość narodów | Młot na faryzeuszy i hipokrytów | Męstwo bycia | Mówił sen do snu | NIe ma na świecie dwóch takich samych liści, ni kropel deszczu | Na jawie (lecz to, co niejawne pozstaje) | Na stos rzuciliśmy szcześcia los | Na stos rzuciliśmy szczęścia los | Na szczytach hipokryzji | Na zdrowie! | Nad piekną rzeką | Najokrutniejsze zwierzę | Najsłodsza tajemnica | Narastająca senność | Nic dzisiaj ciekawego nie napisałem | Nicość | Nie am dwóch takich samych liści, ni kropel wody | Nie bój się - najwyżej cię rozstrzelają! | Nie czas żałować burz, gdy płoną oczy | Nie czas żąłować burz, gdy płoną oczy | Nie każde szczere złoto jest szczerozłote | Nie ma na świecie dwóch takich samych liści ani kropel wody | Nie ma na świecie dwóćh atkich samych liści lub kropel deszczu | Nie ma takiego smutnego, co by na wesołe nie wyszło | Nie ma zazdrości bez miłości | Nie oddamy nawet guzika | Nie tylko dzielenie włosa na czworo | Nie wiem, ja w ogóle nie myślę | Nie zabijaj! | Nie zabijajcie drzew! | Nie zawsze urocza dzecinada | Niebiańskie szczyty głupoty | Niech pani będzie dzielna! | Niech zapłaczą na moim pogrzebie | Nieco drapieżny wpis | Niekoniecznie ptasi móżdżek | Nienawiść bliźniego | Nieosobiście | Nieprzesłane przesłanie | Niestworzone rzeczy | Nieszkodliwe głupotki | Niewczesna melancholia melomana | Niewczesne rozważania | Niewielka profanacja | Niewielkie przekłamanie | Niskolotnie | No No! Teatr No | No comments! | No no! | Nowa poezja lingwistyczna | Nędzne kabareciarstwo | O Leonardo, po cóż się tak trudzisz? | O dzieleniu włosa na czworo, czyli metodzie scholastycznej | O dzieleniu włosa na czworo, czyli o metodzie scholastycznej | Obciachy | Obscenia i parafrenalia | Obsesja dobrego biustu | Ojej! | Oko w oko z zębem mądrości | Okropieństwa | Okruchy odgrzebane z lawy | Okruchy życia wygrzebane zlawy | Okruchy życia wygrzebane z lawy | Okrutna losu ironia | Orientuj się na orient | Owczarek | Owczarki afgańskie | Owocożerni | PL jak piekło | PO PiS | POeci wszystkich krajów dzielcie się | Pan Tadeusz | Panie pośle, po chrześcijańsku panu wybaczam | Pańska satyra polityczna jest niegramatyczna | Pendant do pewnego przypisu | Perlikowski | Pewna elastyczność zasad | Pewne jak w banku | Piorunujący piorun! | Po owocach poznacie ich! | Po upadku | Pobożne życzenia | Podpatrywanie Natury | Podroby i inne podróbki | Pokolenie Kainowe | Pokorne ciele | Pokorne cielę | Pokusa | Polak potrafi | Polak potrafi! | Politolog i Politowska | Politycznie niepoprawne! | Polonica | Polonika rycerskie | Polucje i ablucje | Pomarańcze i mandarynki | Pomarznąć dobra rzecz | Pomarznąć dobra rzecz! | Pomoc psychologiczna | Poranna kawka z Kafką | Porąbane marzenia | Potężne i głębokie warstwy pierwotnego mitu | Powieść brukowa | Powszechna życzliwość | Powtórka z cynizmu | Poznaj samego siebie | Prawda | Prawda jest jedna i piękna, ale złożona | Prawda popłaca | Prawdziwa metropolia | Prawi i sprawiedliwi | Prawiezmartwychpowstanie | Prawiezmarwtychpowstanie | Prognoza pogody | Pruski smutek | Przecież cię zjem! | Przedagonalny polski agon | Przegląd sportowy | Przeinaczenia | Przez pychę do pokory | Przeżyjesz to, a pote już tylko grób | Przeżyjesz to, a potem już tylko grób! | Przminęło z wiatrem | Prztyczek | Psiapowiednia Majów | Psubrat | Pustka | Pytanie dość retoryczne | Raczej to nie będzie hit | Radosne gonitwy śnieżnych tygrysów | Radość wędrowania | Rejterada Rejtana | Religie nauczą cie pokory | Res Sacra Pecunia | Romans z pop kulturą | Roots, Rock, Reggae | Rozkosze reinkarnacji | Rozmowa nie na telefon | Rozpacz | Rozpacz na wieki wieków | Rozpacz, która podpełza pod gardło | Ruch i świeże powietrze... | Rybołówstwo cudzołożnika | Rycerz pokalany | Samokrytyka | Samotność egzystencjalna | Sekrety pewnego domu handlowego | Seraphic Flames and Heavenly Love | Siedź na dupie i potakuj! | Somatyka | Somatyka logiczna | Spełniona przepowiednia | Spleśniały ser | Sponsorem tej opowieści jest wydawnictwo Błękitny Wieloryb | Sport to zdrowie | Spowiedź morskiego wilka | Stary Sącz i Nowy Sącz | Stary mafioso | Stołeczne stołki | Stratyfikacja społeczna | Suma sumarum | Sumienie rachunku | Sweet Music and Poetry | Sygnały podprogowe | Szalchetne zdrowie | Szczęśliwa pomyłka | Szekspir do żadnej nie należy epoki | Szkarady | Szlachetna gravitas | Szlachetne zdrowie | Słodycze grafomanii | Słówka | Słówko do słówka, a uzbiera się sówka | Tadeusz Bój Jeleński | Taia chińska podróbka | Takie będą rzeczpospolite jakie tego blogu chowanie | Takie tam, pierdoły | Talking Heads | Tania chińska podróbka | Tatiana | Teorie świata nauki | Terapeutyczie | Terapeutycznie | Thames | The Doors. Uchylone drzwi | The Lion cub | The fruit of beauty and despair | To na pewno nie Lec | To nie żadna filozofia | Tragiczne pożegnania | Transformacja duchowa | Trudna sztuka dialogu | Trudno czasmi coś sklecić | Trzylogia | Trója z polskiego | Twarda rzeczywistość | Ty mi tutaj nie filozuj | Tygrysologia stosowana | Tysiac i jeden ptaków | Tysiąc i jeden kotów | Tysiąc i jeden ptaków | Tysiąc różowych kroliczków | Tęsknica | Tęsknota duchowa | Ubekistan | Ucone księgi | Uczeni ludożercy | Uderzenia losu | Uduchowienie | Umrzeć z miłości | Upadek Pierwszego Człowieka | Uroczy wegetarianin | Uszczelnienie systemu podatkowego | Utrata uzębienia | W czym mogę panu pomóc? | Wciąz powtarza się ta sama historia | Wciąż powtarza się ta sama historia | Wdzieczna muzyka przywraca ład serca | Wesola grafomania z morałem | Wiecej broi dla szaleńców w Teksasie | Wieczne powroty | Wiedza radosna | Wielka wygrana | Wielomówstwo, czyli plaga opowiadania | Wierzba płacząca | Wiosny i jesienie | Witch | Więcej broni dla szaleńców w Teksasie | Wojna totalna | Wpis o kształcie piramidy | Wprowadzenie do kruczków prawnych | Wrzucam wszystko do kosza | Wrzątek | Wspomneinei pewnego wspomnienia | Wspomnienie pewnego wspomnienia | Wspomnienie pewnego wspomnienia | Współczesny filister | Wszystkie rybki | Wszystko na A | Wszystko na sprzedarz | Wszystko na sprzedaż | Wygrana | Węzłowato | Wólka Węglowa | Xin Lu, typowa brunetka o granatowych oczach | Z Nietzschego nic nie powstaje | Z księgi wulgaryzmów | Z rupieciarni myśli | Zaczarowany świat zen | Zanim mnie wrzucą do dołu | Zapowiedź Apokalipsy | Zaraz wracam! | Zasada domniemanej winy | Zaskroniec | Zastał Polskę drewnianą... | Zatrzaśnięte drzwi | Zbaw mie Buddo Amido | Zbaw mnie, Buddo Amido | Zdrowy egoizm | Zegar dziejów | Zestrzelenie księżyca | Zginął z rąk słabej kobiety | Zima się nas nie ima | Zjawiskowe | Znak jaskółki | Zrozumieć wartość tego, co nieużyteczne | Zuch zawsze ochoczy! | Zwierzęta pod postacią ludzi | Zwyciestwo konsumpcjonizmu | Ząb mądrości | ie zabijajcie drzew! | ieosobiście | kosmos | Łagodne prawo, ale prawo | Łagodność tygrysa | Śmiechotki, chichotki | Śmiertelna powaga | Śmierć | Światełko w mroku | Świętość, wziętość, nadętość | Życie jest tragiczne | Życie samo | Życzliwe spojrzenia na całość ogródka | Żyć, nie umierać
RSS
niedziela, 30 czerwca 2013

        Obejrzałem dzisiaj krótki, ale wzruszający film o tym, jak mój Ojciec ratował podczas wojny Żydów.  Film zrobiono podczas jego spotkania w Nowym Yorku z jedną z osób, które uratował.  I pokazuje, jak piękne było to spotkanie...W życiu każdego człowieka są chwile, w których ujawnia się jego prawdziwie ludzkie oblicze.  I nawet ponure zdjęcia z Auschwitz nie były w stanie zatrzeć poczucia, że istnieje na świecie miłość i wdzięczność.

        Tym smutniej czasami, że codzienność często bywa jej pozbawiona i że żyjemy w coraz bardziej bezdusznym świecie.  

 

 

          

                                                                                         "Kiedy odkładamy życie na później - ono uchodzi!"

                                                                                         "Nikt nie błądzi na własny rachunek"                                                                                          (Lucjusz Anneusz Seneka)

          Znalazłem przed chwilą w swojej szufladzie kartkę z napisem "The Wildfowl & Wetlands Trust. Lapwing".  Na kartce widnieje znaczek z ową "kaczką" i złotą podobizną królowej.   Wydana została 12 marca 1996 r przez Royal Mail. 

          Na kartce ktoś napisał czarnym pisakiem:

          "Kocurkowi, Koteczka...

           marzec 96"

          Kocurek - to...A Koteczka - to...

          Czy można owo zdarzenie uznać za rzeczywiste?  I czym jest owa kartka teraz?  Jak zmieniła się jej treść?  Naprawdę nie prowadzę w tej sprawie żadnego dochodzenia...

          Czasami wydaje mi się, że jedyne możliwe widzenie mojej osobistej przeszłości polega na widzeniu jej niejako "pod postacią wieczności".  Czas nie ma tu żadnego znaczenia.  Wszystkie zdarzenia i fakty istnieją niejako równocześnie i nigdy nie przestaną istnieć.  Moja miłość do osoby, która do mnie wtedy napisała nigdy nie przestała istnieć. (Nie znaczy to jednak, że istnieją te wszystkie możliwości, które istniały wtedy).  

          A jednak osoby, które łączyła owa tajemna korespondencja, jeśli w ogóle istnieją, są zupełnie innymi osobami i owo świadectwo czułości znaczy już teraz i to, czego wcześniej znaczyć nie mogło.  Mimo to jednak wolę przy nim pozostać.  Mam wrażenie, że sprawy tego rodzaju traktuje się często zbyt praktycznie - tak, jakby wszelka komunikacja miała tylko jeden sens: określenie wzajemnych ról i załatwienie czegoś.  Tymczasem prawdziwa więź między osobami nigdy nie przestaje istnieć.  Pogląd taki może wydawać się dziwny, ale dla kogoś, kto naprawdę kochał, jest dość oczywisty...

         Podobnie jest ze stosunkiem do własnego dzieciństwa.  Możemy powiedzieć - "Nie jesteśmy przecież dziećmi!"  A jednak kraina naszego dzieciństwa istnieje.  Istnieją w niej nasi rodzice, siostry, bracia i inne znaczące osoby - jakimi wtedy były.  Trzeba tam po prostu czasami być!  Spotykać siebie samego jako dziecko.  Rozmawiać ze sobą.  Może od tego chłopca, którym kiedyś byłeś dowiesz się czegoś, czego do tej pory nie wiedziałeś? Może to wtedy widziałeś więcej?

         Według Jaspersa możemy się komunikować nawet z najbliższymi zmarłymi i to nie w jakiś podejrzany parapsychologiczny, czy telepatyczny sposób.  Jak?  Na to pytanie Jaspers niestety nie udziela zbyt jasnej odpowiedzi.  Jednak warunkiem takiej komunikacji jest z pewnością pozostawanie w owym "wiecznym teraz".  

         Kiedy nie potrafimy zaakceptować negatywnych doświadczeń własnego życia i zasklepiamy się w naszych traumach, nasz życie nie może być pełne, ani świadome.  Nie chodzi o to, aby żyć przeszłością, cofać się do niej, rozpamiętywać ją lub mumifikować, czuć jak nas ona psychicznie obezwładnia.  Żyć trzeba wyłącznie chwilą, która się przydarza, jednak w chwili owej i w naszym sposobie przeżywania zawarty jest zwykle i tak cały, zarówno pozytywny jak i negatywny, potencjał z przeszłości.  Kiedy pozostawiamy go martwym, czy też niedostępnym naszemu przeżyciu i rozjaśniającej myśli, zalega on w naszej psychice i ogranicza zdolność jasnego widzenia tego, przed czym stoimy teraz.  Odcinamy się od przeszłości, ale właśnie dlatego chwila obecna umyka nam, bowiem paraliżuje nas lęk...Żyjemy jakby pogrążeni w sennym odrętwieniu.  Nie ma nic bardziej złudnego niż poczucie bezpieczeństwa, jakie w ten sposób uzyskujemy.                  

        Dobrze jest uświadomić sobie, że nasz organizm odradza się każdego dnia i składa się z zupełnie innych komórek niż te, które tworzyły go dnia poprzedniego.  Czy nie tak samo też jest i z naszą psychiką?  Każdego dnia rodzimy się na nowo.  Mamy potencjalną możliwość myślenia o czymś inaczej niż myśleliśmy dotąd, czucia czegoś inaczej, wejrzenia we własne złudzenia i błędy, nauczenia się nowych reakcji, nie obwiniania o wszystko swoich bliskich, nie obwiniania o wszystko samych siebie.  Nazywam to czasami regeneracją własnej wrażliwości.  Nie istnieje miłość bez takiej wewnętrznej otwartości.  Nie możesz wciąż bać się samego siebie.   

        Ale, jeśli chcesz, powiem o tym inaczej (jak mówić zwykle nie lubię): 

        Zaufaj sobie!  Nie pozwól się zaszczuć innym!  Ale też uwolnij się od nadmiaru samokontroli i zdaj sobie sprawę, że ty też stawiasz ludziom czasami trudne do spełnienia wymagania...Nie myśl jednak, że istnieje całkowita dowolność decyzji, że powinniśmy przyjmować wszelkie wpływy i że jesteśmy w swoich wyborach absolutnie wolni...Kiedy jednak odruchowo zabijasz własną miłość, żeby nie odczuwać więcej niepokoju, żeby już więcej nie cierpieć, zabijasz często i życie, bo życie to także niepokój i cierpienie (choć z pewnością część tego niepokoju i cierpienia jest zupełnie niepotrzebna).

        Największą cenę w życiu płaci się za tzw. święty spokój...Ach, oczywiście, powiedzą ci coś innego.  Dowolnie zmieniaj partnerów, jak ci "nie pasują", eksperymentuj, dokonuj aborcji własnych uczuć, myśl o przyszłości jako o jedynej możliwości uwolnienia, bądź asertywny i emocjonalnie niezależny, nie czuj się do niczego zobowiązanym, nie wstydź się brutalności w zrywaniu więzów...Ilu ludzi skrzywdzono już w ten sposób dając im złudzenie wolności, bez jakiejkolwiek odpowiedzialności i spontaniczności, która opiera się na wewnętrznym terrorze podświadomości. 

          

 

sobota, 29 czerwca 2013

           Go and win...Chciałem chyba napisać "kroczy"...bo w przyszłości na pewno coś na tym zyska...

          Nie mam nic na ten temat do napisania, poza uwagą, że tak powszechne w dyskusjach internetowych obśmiewanie Prezesa, wcale nie zmienia faktu, że być może przejmie On już niedługo władzę.  Ludzie, którzy śmieją się ze wszystkiego tracą czasami poczucie rzeczywistości...

          Ponieważ moje ostatnie wpisy są raczej niezauważalne, postanowiłem wprowadzić sensacyjny (co prawda nie dla mnie osobiście) temat, żartując sobie przy okazji z żargonu politologicznego i dziennikarskiego. Nie znaczy to, że moją intencją jest oszukiwanie czytelników.  Nie - mówię całkiem poważnie, że obśmiewanie wszystkiego nie jest najlepszą metodą zaklinania rzeczywistości.  Poza tym jest dość nieszlachetne.  

                                                                                                          Kazu naranu

                                                                                                          mi-to-na omoioso

                                                                                                          tamamatsuri

                                                                                (Jest święto zmarłych

                                                                                 o sobie nie myśl jednak

                                                                                 że się nie liczysz)

                                                                                                         Basho, Yukikai, 1694            

 

         Wśród bezlistnych drzew na polanie siedział pewien mnich.  Pod jego stopami leżały wilgotne, czerwone liście.  A po jego splecionych dłoniach przechadzała się, przewracając się od czasu do czasu, senna mucha - aż w końcu padła martwa.  Kiedy mucha skonała - zapadła śmiertelna cisza, którą przerywał jedynie powiew chłodnego wiatru. A na polanie tuż obok położył się podkurczając nogi, jeleń.  Początkowo nieufne zwierzę zdążyło się już przyzwyczaić do zapachu tego człowieka.  Mnich nie był jeszcze stary, ale miał już za sobą pełne nieszczęść życie.  Usiadł tu kilka wieków temu i zapomniał już nawet, że jest mnichem.  Jego świątynią stała się kałuża, w której we dnie przeglądało się słońce, a nocami księżyc.  Nakatomi lubił, kiedy padał deszcz.  Mógł tak moknąć i moknąć bez końca - nieporuszony. Czasami wstawał ze swojego miejsca i beztrosko biegał.  Nie myślał o niczym.  Zdarzało się jednak, że odzywała się w nim jakaś dawna rozpaczliwa namiętność i jej płomyk tlił się w jego duszy, której - jak był przekonany - wcale nie ma. 

         - Co za licho! - mruczał do siebie - Przecież dawno już uwolniłem się od wszelkich uczuć.  

         Czasami mnich zabawiał się wskrzeszaniem umarłej przeszłości.  Przypominała mu się wtedy kobieta którą kochał.  Siedziała przy nim w kucki i swoimi malutkimi paluszkami lepiła ciasteczka.  Wtedy z oczu Nakatomi same płynęły łzy.  Robiły to naprawdę same!  Jak krople deszczu spływały po jego twarzy, a potem osuszał je wiatr.  Nakatomi czuł się głodny.  Pragnął ciepła i widoku dziewczyny.  Chciał utonąć w jej niebieskich oczach.    

        Czasami mnich zabawiał się przepowiadaniem przyszłości.  A wtedy przed jego oczami zjawiał się chłopiec, który nie miał matki, ani ojca.  Był to syn dumnego księcia Ariwary.  Nakatomi widział, jak sztylet przebija się przez kimono księcia i tonie w jego sercu.  A wtedy z ust Ariwary wydobył się niemy okrzyk!  Zaraz potem do pawilonu wbiegła jego żona, ale morderca i ją zabił na oczach dziecka.  Potem chłopca dokądś zabrano, ale w końcu sierota pozostał sam.

        Czasami mnich układał krótkie wiersze, ale jak tylko je ułożył, zaraz o nich zapominał.  Były jak szelest liści pod stopami.

        Czasami mnich o czymś marzył. 

        Nic nie zmieniało jednak faktu, że wcale nie czuł się mnichem.  Potrafił wprawdzie powstrzymywać oddech i wypuszczać z siebie więcej powietrza niż wdychał, ale czasami oddychał ciężko jak ryba, którą morze wyrzuciło na piasek i czuł wtedy, jak drobne rączki Mitsuko dotykają jego pokrytego łuskami ciała i jak otulając je dłonią Mitsuko uderza jego łbem o coś twardego, a potem kroi jego ciało na malutkie kawałeczki, łącząc je z ziarenkami ryżu i nasycając przyprawą.  Jednak nie było w tym nic wzniosłego.  Nakatomi miał nadzieję, że demony i bogowie przymkną na to oko.  Wiadomo przecież, jak demony potrafią się naprzykrzać.  Ale Nakatumi nie skrzywdził nikogo.  

        Była noc.  Deszcz padał coraz mocniej, a wiatr stawał się coraz bardziej przenikliwy, a kiedy ustał, i na polanę opadły mgły, Nakatumi poczuł, że ogarnia go senność.  Poruszał się niezdarnie, jak mucha, ostatnia żywa istota, jaką widział.  Ach prawda, był jeszcze biały jeleń!  Ale czyż nie był on duchem?  "Podobno pojawienie się jelenia oznacza zdrowie" - żartował mężczyzna, ale w końcu potknął się, upadł i twarzą przylgnął do kałuży.  Nie potrafił się już podnieść.  Leżał tak przez chwilę...A następnej nocy na niebie pojawił się jesienny księżyc.  Gdyby księżyc pojawił się rankiem i pozostawał na niebie aż do zmierzchu, mogłoby to zwiastować jakieś nadzwyczajne wypadki.  Tak jednak się nie stało i ciało Nakatumi po przejściu wszystkich stadiów rozkładu opisanych przez sutry rozpadło się po latach całkowicie, tak że z jego kości pozostała tylko jedna kosteczka. 

       A kiedyś okolicą tą przechodziła Mitsuko - była już stara i nieuważna, ale w wędrówce towarzyszył jej błękitny słoń.  Podobno słonie potrafią widząc kości rozpoznać, że należą one do ich bliskiego krewnego lub kuzyna.  Może pod wpływem tej właśnie mądrości kobieta odnalazła w kałuży starą, pożółkłą kostkę.  Bawiła się nią potem przez całą drogę do Kioto.       

 

       

                 

         ...Najczęściej się nie udaje.  Nie z powodu alogiczności samego snu, ani nawet nie dlatego, że jest on zjawiskiem absolutnie chwilowym i plastycznym, ale dlatego, że coś, co samo w sobie nie ma znaczenia symbolicznego usiłujemy w to znaczenie wyposażyć.  

         Kiedyś obudziłem się w samym środku nocy zlany potem.  Za zamkniętym oknem przetaczała się letnia burza.  W świetle błyskawicy ujrzałem skuloną przy moim łóżku postać.  Czułem też mocne ukąszenie w okolicach gardła.  Nie ulegało wątpliwości, że to moja babcia Lola jeszcze przed chwilą wysysała moją krew...i nie tylko krew.  Ach co za przykre wrażenie!  Omal nie zemdlałem myśląc o tym, jak wraz z owymi cennymi płynami opuszczają mnie siły i serce zaczyna kołatać w mojej czaszce.  

         Dwukrotnie przyśnił mi się ten sen, pozostawiając po sobie złowrogie wrażenie i niesmak.  Sprawdziłem to! - za każdym razem rano miałem ślady jak po ukkkkkkkkąszeniu...i czułem się dziwnie słabo. Moja babcia, Eleonora Fuchs, lubiła czasami wytwornie się wysławiać.  Na targu z kurami mówiła chłopce:

         - Dajcie no mi tę kurę, dobra kobieto!     

         Odpowiedzią  była zawsze szczera "klasowa" nienawiść, bowiem moja babcia nie wyglądała na hrabinę.  Potrafiła kaczce ukręcić łeb, puścić z niej krew i zrobić z niej czerninę - najpotworniejszą zupę świata, którą uwielbiał mój ojciec.  

         Kiedyś babcia odpowiedziała mi na jakąś moją wątpliwość:

         - Natura urządziła tak ten świat, moje dziecko.  Kiedy byłam małą dziewczynką...

         - Ale babcia kłamie! - wrzasnął bachor - Babcia nigdy nie była dziewczynką.  Matura urządziła ten świat...ha, ha!  

         - Nie matura, tylko Natura - powiedziała spokojnie babcia - Kiedyś to zrozumiesz, a teraz idź się bawić.    

         

          Ktoś zapukał nocą do jej drzwi.  Wstała z łóżka jeszcze nieprzebudzona i blada, i zapominając, że prawie nie może chodzić, pobiegła do drzwi. Kiedy je otworzyła stał przed nią człowiek o wyglądzie jakiegoś urzędnika.

          - Idziemy - powiedział - Proszę się ubrać.

          - Ależ ja nigdzie nie wychodzę - powiedziała matka.

          - Musi Pani iść! - nalegał z ponurą miną nocny gość.

          - Ale, czy mogę ze sobą coś zabrać? - spytała matka. 

          - Nic już pani nie będzie potrzebne - oznajmił jegomość.

         Matka przebudziła się.  Była jakaś trzecia w nocy.  A następnego dnia opowiedziała mi ten sen i jeszcze jeden, który przyśnił się jej, kiedy była dzieckiem.  Było to na jej starym mieszkaniu w innym miejscu miasta.  Jej zabity przez Niemców w Powstaniu ojciec stanął nad nią i powiedział:

         - Ala, jeśli jest ci tutaj źle z tymi ludźmi, to chodź ze mną.  Tam będzie ci lepiej -

         Mówiąc to pogłaskał ją po główce, gdyż była jeszcze małą dziewczynką i wyciągnął do niej rękę.

         - Nie mogę tatusiu - powiedziała mama - Zobacz mam dwoje małych dzieci.  Nie możesz mnie stąd zabrać. Przecież ich nie zostawię. Ale, jak przyjdziesz po mnie drugi raz - pójdę z tobą.

         Odtąd już więcej mój dziadek nie przyśnił się mojej mamie.  Wyznaję, że mam pewną wiedzę na temat ukrytego znaczenia snów, zaczerpniętą raczej od Swedenborga, niż od Freuda, ale chociaż sens tego snu wydawał się aż nadto oczywisty, powstrzymałem się od komentarza. 

         - Czasami takie się śnią - powiedziałem.  Moja mama nie wie o tym, że to po mnie przyszedł ten pan, chociaż mieszkam gdzie indziej.  Przychodzi już wiele razy, ale po prostu go nie wpuszczam. 

         Kiedyś, w dzieciństwie, leżeliśmy z Wieśką na łóżku w moim małym pokoiku, z tą sąsiadką Wieśką, która miała serce po prawej stronie (już o tym kiedyś pisałem).  Leżymy tak sobie i bawimy się - Wieśka była trochę starsza ode mnie, a tu nagle ktoś próbuje otworzyć drzwi od mieszkania.  Wieśka prawie zsikała się ze strachu i przytuliła do mnie, chociaż byłem od niej mniejszy.  Baliśmy się, że przyszedł po nas złodziej i zaraz wrzuci nas do worka...Więc, codziennie czekam na tego pana.  Ale wiem, że nie należy go wpuszczać.  Kary za zwłokę nie są być może nawet kosmiczne, ale i tak już ich nigdy nie zapłacę.

 

piątek, 28 czerwca 2013

          Czuję się coraz bardziej samotny i osaczony przez trudności życia, a przy okazji, niestety, coraz gorzej myślę o znanych mi ludziach, bo to albo osoby bezduszne i "zautomatyzowane", albo przewrotne i kierujące się mętnymi emocjami, albo nadmiernie niekonsekwentne i słabe...Na szczęście jednak spotykam też ludzi, którzy nie wystawiają na próbę mojej ufności i których istnienie pozwala mi nadal "wierzyć w człowieka".  Dość dobrze też poznałem samego siebie - swoje zalety i wady, często przenikające się nawzajem lub ze sobą "zrośnięte".  Cieszy mnie to, że nie jestem człowiekiem interesownym, ani złośliwym - martwi moja potencjalna słabość i brak odporności.  Rzadko kiedy kieruję się w życiu złą wolą, a może nawet nigdy nią się nie kierowałem...a mimo to moje życie nie należy do najbardziej szczęśliwych...Jednym z tego powodów jest niestety moja szczerość i ufność, a także wyraźna niechęć do czczenia idoli, które czczą inni.  Potrafię też otwarcie kochać i otwarcie nienawidzić, chociaż wiem, że nienawiść nigdy nie może być dobra.  Nienawidzę w człowieku sadystycznej złośliwości i faryzeizmu.  Obie te cechy, choć każda w inny sposób, prowadzą bowiem do niezliczonych nieszczęść i sprawiają, że życie na ziemi staje się piekłem.  Podobnie nie cierpię ludzi, którzy mają nadmiernie pragmatyczny stosunek do życia i myślą o życiu wyłącznie w kategoriach osobistej korzyści i straty, a do nieszczęść innych odnoszą się z obojętnością.  Ludzie ci nie są jednak tak potencjalnie groźni, jak ci, których wymieniłem wcześniej - dlatego dawno już nauczyłem się ich znosić i tolerować...O swojej miłości i wierze w człowieka napiszę innym razem, o ile do tego czasu moje życie nie zostanie całkowicie zniszczone.              

czwartek, 27 czerwca 2013

                "Potrzeba mi tego, co jest w człowieku kwiatem i owocem, pragnę czuć, że owiewa mnie jego zapach i nadaje naszemu stosunkowi smak dojrzałości. Jego dobroć nie może być wyrywkowym, sporadycznie dokonywanym uczynkiem, lecz ciągłym nadmiarem, który nic go nie kosztuje i spełniany jest nieświadomie"

                Henry David Thoreau, Walden  (Rebis 2010, s. 95, tł. Halina Cieplińska)

                Czy to nie cudowne wyznanie?  Zamiast zasuszonej dobroczynnej herbatki, którą się rozgrzeszamy, domagać się owocu i kwiatu miłości.  A więc tego, co istniej wtedy jedynie, kiedy jest w całej pełni, niejako w nadmiarze?  Żadna świadoma kalkulacja nie zastąpi takiej spontaniczności.               

 

         Ambitny albinos akwizytor, akuszer, Aborygen, argumentował, aluzyjnie agitował algi, ananasy, agawy, atrapy, anafory, asteroidy, anomalie, aby atrakcje animusa albo animy, a astrologa ametysty, aurą ambry anielsko adorować.  Alleluja!     

         (Potrójny) agent

         ...Daleko, daleko za widnokręgiem jest taka wioska, cała otulona śniegiem.  Domy w tej wiosce nie mają okien, bowiem i tak nie byłoby jak przez nie wyglądać.  Mieszkają tam zacni ludzie, a nie jacyś szamani, Czukcze lub Eskimosi.  Ich głównym pokarmem jest lód, do którego przykleja się trawa (pokarm roślinny) lub ryba (pokarm zwierzęcy).  Codzienne gryzienie suszonego mięsa (odklejonego uprzednio od lodu) usprawnia ich zęby tak dalece, że stają się trwalsze, niż sople lodu. Mając zdrowe zęby, nie chorują na żadne choroby, a naturalną przyczyną ich śmierci jest zamarzanie.  Królową tej krainy jest śmierć w koronie.  Jeździ ona codziennie po całej krainie saniami zaprzężonymi w wilki i zabija każdego kogo napotka. Jednak z uwagi na małą gęstość zaludnienia nie ma tu zbyt wiele do roboty.   

         Któregoś dnia w okolicę tą zabłąkał się pewien myśliciel rodem z Christiany.  Chociaż wiał wiatr i sypał śnieg, on patrzył tylko w księgę wypełnioną arytmetycznymi wzorami i widokiem stożków i innych figur geometrycznych.  Przeszedł tak przez całą wieś, nie zauważając nawet domów, aż w końcu wpadł na Śmierć.  Śmierć akurat zdejmowała z butów łyżwy, bowiem po tafli przymorskiego jeziora poruszała się jak tancerz, podczas gdy sanie wraz z wilkami czekały na nią na lądzie.  A ponieważ była zamieć wilki zjeżyły się tylko i nawet pożreć mędrca nie miały ochoty - tyle, że kłapnęły parę razy zębami.  

         - Żyd jesteś? - spytała śmierć.

         - Ależ skąd! - odpowiedział drżąc nieco na ciele myśliciel - Broń mnie Panie Boże...

         - Bo Żydów nie koszę - przerwała mu Śmierć - Ale, jak nie jesteś Żyd, to łeb ci pewnie utnę -

         - Pochodzę z dalekiej Christiany.  Tam każdy jest Żydem, chociaż o tym nie wie - choćby w jednej czwartej.  Ludzie znają swoich rodziców, ale dziadków już nie pamiętają.  Dlatego i ja o tym na śmierć zapomniałem - odpowiedział roztropnie filozof.

         - Masz wielkie szczęście, żeś mi tak odpowiedział!  Widać, że jesteś uczony - rzekła Śmierć - Możesz sobie zwiedzać moja krainę, ale nie wolno ci spotkać morsa. Wiesz zapewne, że mors, to po łacinie śmierć. Jeśli go spotkasz, nie będę mogła cię dłużej chronić - 

         - Na pewno go nie spotkam - rzekł podróżnik - Nigdy nie widziałem morsa, więc jak go zobaczę, to i tak nie będę wiedział, że to mors.

         - Sprytny jesteś! - rzekła Śmierć - Ale mimo wszystko cię uprzedzam.

         Myśliciel pozdrowił z całym szacunkiem Śmierć, skłonił się jej i uścisnął jej grabę.  A ta mu tylko kazała odkręcić łyżwę u lewej nogi, bo łamało ją w kościach, a kiedy to uczynił, odszedł wolny.  

         Pewnie mnie spytasz wnusiu, jak zakończyła się ta historia.  Ano, smutno!  Podróżnik miał szczęście, bo nie spotkał morsa.  Ale miał też pecha, bo wziął fokę za morsa i tak się przeraził, że serce stanęło mu kołkiem i umarł. 

         - Wiedziałem, że tak się stanie - rzekła Śmierć - Zadusiłam go, ponieważ było to moim obowiązkiem, ale strasznie mi go szkoda.  Dobry był człeczyna i kiedy odkręcał mi łyżwę naplułam mu nawet w kark, żeby go uchronić, ale nie dało rady...

         A ponieważ każda zła bajka kończy się jakimś morałem, podobnie jak zły sen przebudzeniem, pogłów się trochę wnusiu nad tym, jaki on ma być.  Najlepiej prześpij się z tym, a rano mi powiesz...W kwestii żydowskiej się nie wypowiadam - nie jestem ani antysemitą, ani filosemitą.  Cóż za ponura ironia losu!

          Tekst, który za chwilę przytoczę, w skróconej niestety i nieco poszatkowanej, "sałatkowej" formie - nie mam bowiem cierpliwości średniowiecznego kopisty - jest interesujący z dwóch powodów.  Po pierwsze, pokazuje jak znany filozof i matematyk mówi o kwestiach psychologicznych, które nie są jego "domeną"  Po drugie, ze względu na końcową uwagę: "Wszytko to dzieje się wręcz przeciwnie niż dziać się powinno", stosowną raczej dla dogmatycznego myśliciela, niż sceptyka, za jakiego uważany jest w kwestiach moralnych Russell.

          Nie jestem pewien, czy metoda oswajania lęku, jaką przedstawia tu Russell (mówi też w innym miejscu o konieczności utrzymania pewnej dyscypliny życia) sprawdza się w każdych okolicznościach.  Słuszne wydaje mi się jednak jego przekonanie, że mamy wpływ na naszą podświadomość - wątpił w to niegdyś Kartezjusz - i że jest rzeczą ważną zdanie sobie sprawy z możliwości uzyskania takiego świadomego wpływu poprzez skupienie i powtarzalność owej czynności.

           FRAGMENT KSIĄŻKI BERTRANDA RUSSELLA "PODBÓJ SZCZĘŚCIA"

           "W życiu współczesnym ważne jest jedynie zmęczenie emocjonalne; zmęczenie czysto intelektualne, tak samo jak czysto mięśniowe, leczy się samo snem...W zmęczeniu emocjonalnym najgorsze jest to, że utrudnia ono wypoczynek. Im więcej wtedy człowiek jest zmęczony, tym bardziej niemożliwa wydaje mu się wszelka przerwa...Gdybym był lekarzem, nakazywałbym odpoczynek każdemu, kto uważa swoją pracę za ważną...

           Psychologowie zajmowali się bardzo wiele wpływem podświadomości na świadomość, ale o wiele mniej wpływem tej ostatniej na pierwszą. Ten drugi wpływ ma jednak znaczenie w dziedzinie higieny umysłowej...Dotyczy to szczególnie zmartwienia...Moim własnym przekonaniem jest, że świadoma myśl może być wprowadzona do podświadomości, jeżeli myśli tej poświęca się dużo intensywności i energii. Podświadomość składa się głównie z tego, co było kiedyś myślą świadomą o bardzo silnym zabarwieniu emocjonalnym, a co dziś zostało jak gdyby pogrzebane...Zmartwienie jest pewną postacią strachu, a wszystkie jego postacie prowadzą do wyczerpania. Człowiek, który nauczył się nie odczuwać strachu, będzie odczuwał także bez porównania mniej zmęczenia w życiu codziennym...W rozmaitych dziwnych momentach okropne myśli wdzierają nam się do mózgu; rodzajów tych myśli zależy od typu człowieka, ale prawie każdy ma jakąś czyhającą nań obawę...Skierowywanie myśli w inną stronę jest jak gdyby uznaniem straszliwości widma, od którego wzrok ucieka...Gdy stwierdzasz w sobie skłonność do rozpamiętywania czegokolwiek, najlepiej jest zawsze myśleć o tym więcej jeszcze niż sam byś miał ochotę, dopóki chorobliwy pociąg nie zostanie unicestwiony.

          Kwestia strachu jest jedną z tych dziedzin, w którym stanowisko moralności dzisiejszej jest najmniej zadowalające.  Od mężczyzn wymaga się wprawdzie, zwłaszcza na wojnie, odwagi fizycznej, ale nie wymaga się od nich odwagi w żadnej innej postaci; od kobiet zaś nie oczekuje się w ogóle żadnej odwagi. Kobieta, która jest odważna, musi to ukrywać, jeśli chce się podobać mężczyznom.  Mężczyzna, odważny wobec czegoś, co nie jest niebezpieczeństwem fizycznym, jest także źle widziany. Obojętność wobec opinii publicznej, na przykład, uważna jest za wyzwanie, i publiczność robi co może, by ukarać człowieka, który ma śmiałość nic sobie nie robić z uznanej przez nią władzy...Wszystko to dzieje się wręcz przeciwnie niż dziać się powinno". 

 

 

 

 

 

 

 

środa, 26 czerwca 2013

          "Jedną z głównych przyczyn braku zapału jest poczucie człowieka, że nikt go nie kocha; i odwrotnie, uczucie, że jest się kochanym pobudza zapał więcej, niż cokolwiek innego"

          (Bertrand Russell, "Podbój szczęścia").

          Pamiętaj więc o tym, że i ja Ciebie kocham i że pragnę być kochany, aby móc czegoś dokonać...Zawsze to mówiłem, ale teraz niech powie to człowiek mądrzejszy ode mnie...A ponieważ i tak nikt nie wie, do kogo się zwracam, niech każda z moich czytelniczek poczuje się przeze mnie kochana jakąś cząstką uniwersalnej miłości...A Ty czuj się kochana przeze mnie w ten jedyny i wyjątkowy sposób, który Russell miał na myśli.        

wtorek, 25 czerwca 2013

       Fado, to smutna, a przynajmniej nastrojowa muzyka o miłości (także o morzu i o Lizbonie, jednak to akurat należy bardziej do egzotyki).  Czy można śpiewać tylko o miłości, skoro na świecie jest tyle innych ciekawych rzeczy, na przykład...sprawy społeczne i polityka (mam nadzieję, że to dobry żart)?  O miłości śpiewano już w czasach starożytnych, a każdy, kto zna średniowieczną "Ars subtilior" lub madrygały Monteverdiego albo Gesualdo, wie ile można w samych takich tekstach zawrzeć prawdziwej wiedzy o człowieku i o ludzkim losie.  Fado rzadko odwołuje się do tak pięknych poetycko tekstów, raczej do takich, które są sentymentalne, jednak nie jest to żadnym argumentem, kiedy przypomnimy sobie, do jakich tekstów pisał muzykę Bach.  Fado to czasami prawdziwie smutna, wzruszająca, chwytająca za serce muzyka.  Trochę kocia, więc chętnie skomponowałbym też "Miau Fado", ale przede wszystkim - ludzka.  I dopóki będzie istnieć nieszczęśliwa miłość i tragiczny los kochanków, będzie istnieć także fado.  Oczywiście można śpiewać o tym i tak:        

                             "Apaszem Stasiek był w krąg znały go ulice,

                              W ciemnych spelunkach, gdzie podłe życie rwie,

                              Kochanką jego była zwykła ulicznica,

                              Co gdzieś na rogu sprzedawała ciało swe"

       Ale niekoniecznie akurat to musi się nam podobać, podobnie jak "urlop sześciotygodniowy" Felka Zdankiewicza.  Zwłaszcza, że potomkowie Felka i Czarnej Mańki słuchają już raczej teraz hip-hopu.  Zresztą lepiej ich może nie spotykać...W tym, co ja uważam za dobre fado (chociaż, jak zaraz napiszę, zupełnie się na tym nie znam) jest jednak jakiś rodzaj "szlachetności czy "dostojeństwa". 

       Moje "spotkania" z osobami słuchającymi muzyki dzielą się na spotkania z osobami interesującymi się tzw. klasyką (z wyjątkiem opery) i spotkania z tymi, którzy słuchają innych rodzajów dobrej muzyki (poza heavy metalem, country, hip hopem i tzw. popem). Wśród tych pierwszych kilka osób słucha fado, wśród drugich fado jest raczej w pogardzie zajmując miejsce tuż obok interpretacji białych wokalistek jazzowych.  Ja sam nie mógłbym nie słuchać tak smutnej muzyki, chociaż podobno o burdelowo - kawiarnianych korzeniach.  Wcześniej słuchałem trochę flamenco i nie zamierzałem wcale słuchać fado, które jest znacznie mniej ekspresyjna muzyką.  Zauważyłem jednak, że fado jest ciekawsze od strony harmonicznej i ma w sobie jeszcze więcej melancholii.  W końcu polubiłem między innymi Amalię Rodriguez, Anę Mourę, Christinę Branco, Marizę i Misię, ale tylko niektóre utwory i płyty. Można te nagrania od czasu do czasu znaleźć prawie w każdym MPiK-u.  Dalej nie chciało mi się już szukać.  I muszę przyznać, że moja wiedza o fado jest raczej niewielka.  Nie znam zbyt wielu tradycyjnych wykonań i nie wiem, jak powinno brzmieć fado.  Wcale mi to jednak nie przeszkadza.  Podobnie jak niektóre nowe brzmienia i nietradycyjne instrumenty, jakie pojawiają się w nagraniach.  Jednak słuchając dwóch ostatnich płyt Any Moury i Christiny Branco (które w całości "nie są takie złe" i mają bardzo dobre "momenty") mam wrażenie, że fado w sposób przykry komercjalizuje się - czego symbolem jest Herbie Hancock na płycie Moury i dwie wstrętne (dla mnie przynajmniej) kompozycje Joni Mitchell na obu płytach tych artystek, śpiewane po angielsku (to jeszcze nic złego).  Herbie Hancock to jak wiadomo jeden z wybitnych artystów jazzu, ale ostatnio raczej mało twórczy...To przesuwanie się od brzemienia gitarowego ku aranżacjom z rejonów smooth-jazzu, samby i bossanovy (nie obrażając nikogo) napawa moje serce głęboką troską.  Nie mam pieniędzy na kupowanie płyt, z których muszę wybierać i przytulać do serca piosenki nadające się do słuchania.  Być może sukces Marizzy, chociaż nie jej interpretacje, przyczynił się do tej wulgaryzacji fado. (Jej płyty podobają mi się znacznie bardziej niż jej wygląd i ogólnie rzecz biorąc jej koncert na festiwalu Womad  (2002) całkowicie mnie do niej przekonał).   Istnieje oczywiście fado bardziej jeszcze zbliżone do konwencji popu.  Jednak to dla mnie niewielkie pocieszenie.  Podobałby mi się kierunek odwrotny - korzystanie z instrumentów bardziej etnicznych, zwłaszcza perkusyjnych, wywodzących się z tradycji muzyki arabskiej, hinduskiej i flamenco, ale chociaż znam takie nagrania, toną one w powodzi innych.  

            Dla przykładu podam tytuły czterech płyt, które mi się podobają: 

         Mariza:  "Fado en mim/Live at Womad 2002"

         Ana Moura: "Leva-me aos afdos", 2010

         Cristina Branco "Canta Slauerhoff", 2002

         Misia, "Garas dos sentidos", 1998.      

         Na zakończenie dwie uwagi.  Pierwsza dość oczywista, że każdemu ma prawo podobać się zupełnie coś innego.  Druga, że nie chodzi o etykietkę przyklejoną do jakiegoś wykonawczego stylu, ale o samo działanie muzyki.  Fado podoba mi się, kiedy (1) jest melodyjne i smutne; (2) śpiew jest intensywny i pełen emocji; (3) kiedy jest w jego interpretacji (chociaż niekoniecznie w samym tekście) pewien rodzaj poetyckiej aury; (4) kiedy muzyka ta nie staje się zbyt łatwa (to trochę tak jak z kobietą) - nie jest bowiem ważne jak łatwo coś nam wpada w ucho, ale co z tego w nas potem zostaje.  Nie jestem gatunkowym purystą i nie przeszkadza mi to, że na jednej z ostatnich płyt Christina Branco śpiewa kubański przebój "Dos gardenias", ale jej interpretacja tego pięknego utworu wydaje się w porównaniu ze znanymi mi jego wersjami raczej żałosna - jest wprawdzie równie lekka, ale niemal całkowicie wyprana z melancholii.  Żyjemy niestety w czasach, kiedy ludzie przestali prawie pamiętać o tym, że przeżywanie prawdziwych emocji wymaga pewnego trudu i że czymś innym jest słuchanie muzyki, a czymś innym traktowanie jej jako akompaniamentu do innego rodzaju konsumpcji.  Jakaś muzyka całkiem ładnie brzmiąca w tle (background music), na przykład muzyka "do kotleta", czy jak mówi Włodzimierz Kleszcz "muzyka restauracyjna", albo muzyka przy której dobrze wykonuje się jakąś pracę (np. w "Biedronce"), albo muzyka dla biznesmenów lub członków religijnej lub subkulturowej sekty, to często muzyka wyprana ze wszystkiego, co decyduje o jakości brzmienia i głosu.  Czym różni się mój punkt widzenia od punktu widzenia gatunkowego purysty?  Ten zapewne powie - nie słucham koncertu Marizy z Lizbony, bo nie podoba mi się, że tu gra orkiestra i w ogóle co ten Morelembaum (który płytę tę produkował), jeszcze wymyślił.  A jednak w tym wypadku liczy się wyłącznie "efektywność" - to, że płyta ta budzi chwilami piękny nastrój.          

                              

                                       Wiem, że nic nie wiem. Myślę więc jestem. Wszystko płynie.    

                                       Być, albo nie być? - Oto jest pytanie. 

                                       Lecz, czy odpowiem na nie, nim wszystko przeminie?

                                       Pograłbym trochę na lutni, nie na pianinie. 

                                       Czasami dźwięk jakiś wychwycić uchem trudno i trochę nudno, 

                                       Lecz lekki jest jak piórko, podczas gdy tamten mamut

                                       Po piano zwykle grzmi forte!  I słychać to z dala, 

                                       Sens cały delikatny grzmotem rozpierdala! 

         Świeciło ostre zimowe słońce.  Dwa gawrony spacerowały dostojnie po śniegu, odciskając na nim swe łapki.  Nie wiedziały nic o sobie.  Między tymi gawronami pojawiłem się ja.  Samotny wśród bezlistnych drzew parku.  Najpierw odczytałem chińskie znaki pierwszego gawrona:

                                            "Wciąż lękam się pór roku kolejnej przemiany"

         Tak, wydawało mi się nawet, że ten gawron miał nieco przestraszone oczka, kiedy zajrzałem mu w twarz, jednak nie przestał poruszać się w taki sam dostojny i nieco niezdarny sposób, jak przedtem, zanim się pojawiłem...  

         Drugi gawron odcisnął zaś na śniegu greckie znaki: 

                                            "Witaj, światło mych oczu

                                              - ty i twój uśmiech uroczy!"

         "Ach! To z Anakreonta!" -  pomyślałem.  Ten gawron poruszał się dokładnie tak samo, jak tamten, ale był wesoły.  

         I nagle poczułem, że rozumiem mowę ptaków, nawet gdy milczą.  Obaj zdawali się być żałobnikami, lecz ten drugi czuł się na duszy lekko i...musisz to zobaczyć!  idąc, nawet trochę podskakiwał.  Doskonale rozumiałem ich obu.  Ulepiłem ze śniegu niewielką kulę i wrzuciłem do jeziorka.  Usłyszałem plusk, bo jeziorko w tym miejscu nie było zamarznięte.  Było tu jeszcze wiele innych ptaków - łabędzie, kaczki i inne, mniej mi znane.  Nawoływały się w różnych ptasich językach, których ja sam, samotny i niemy, nie pojąłbym nigdy, gdyby nie cudowna harmonia tego popołudnia.  A pomyślałbyś patrząc na tego gawrona, że większego nie ma od niego dziwaka.  Jest...ten drugi.          

        

poniedziałek, 24 czerwca 2013

          Przeczytałem swoje opowiadanko o Panu Nadgrobku i prawdę mówiąc wydaje mi się trochę "nieprzyzwoite" - jak się kiedyś mówiło.  Być może ten wątek z cynicznymi policjantami nie był wcale konieczny.  Chciałem się trochę rozmarzyć.  Ale tak to teraz wygląda - ledwie zakończysz życie, a już muszą się tobą zająć odpowiednie służby.  Z pewnością nie miałbym ochoty za życia, ani tym bardziej po śmierci straszyć - nawet wybranych osób.  Chciałem pokazać, że straszenie po śmierci nie jest bezkarne i w końcu jednak jakiś Chrystus lub Budda zlituje się nad nieszczęśnikiem.  Chociaż nie wiem jak to jest w przypadku Hitlera i Stalina.  Ci straszyć będą jeszcze przez wieki...Niestety zbrodniarz Truman w ogóle nie straszy, chyba, że w swoim Truman Centre.  Jego zbrodnia była "słuszna".   

           Pan Nadgrobek niezwykle lubił cmentarze, które nazywał, jak je niegdyś nazywano, smętarzami.  Lubił też kwiaty, drzewa i zioła, a tych na cmentarzu nie brakuje.  Podobnie jak spokoju i ciszy.  Tylko o własnej śmierci nie myślał nazbyt pogrążony w rojeniach.  Aż tu pewnego razu motyl czarny usiadł na grobowej rabatce, a potem przytulił się na chwilę do fioletowego bratka i odleciał.  "Pewnie i na mnie już pora!" - pomyślał Pan Nadgrobek, ale zamiast spokoju poczuł przerażenie.  Zbyt nieśmiały by interesować się Leśmianem lub inną jaką poezją człek ów rzekł sobie: "Będę się trzymał życia, a co ma się stać, niech się stanie!" 

           I tak też się stało.  Pan Nadgrobek nagle posiniał i osunął się na rabatkę.  Policja znalazła na miejscu zgonu niedojedzone kanapki, czarny notes, w którym nieboszczyk wpisywał co celniejsze uwagi o życiu...i o śmierci, i trochę drobiazgów, z pieniędzy - ledwie bilon. 

          - Pewnie kojfnął jak sobie policzył ile mu zostało z emerytury - powiedział młodszy z policjantów.

          - Nie bój się!  Oni mieli całkiem niezłe emerytury.  Śnigrobek, Nadrobek, Nadgrobek, dlaczego nie Nagrobek?  Notowany w każdym razie nie był. 

          - A co z tym jego notesem? 

          - Żonie się zwróci.  A może to ona zatruła kanapki?...Ale zdaje się, że denat był jednak wolny.  Na początku się zabezpieczy jako dowód. A później możesz go nawet spuścić w kiblu -        

          - Ale to literat podobno jakiś i została po nim spuścizna! -

          - Nie oszukujmy się!  Spuścić to się może każdy.  

          - Zaraz, zaraz...Ale tu coś jest napisane..."Przypuszczalna data mojego zgonu - 23 sierpnia tego roku".  Dzisiaj jest 23 sierpnia.  Coś tu jest nie w porządku!  A może to zabójstwo? 

          Po dwóch tygodniach śledztwo jednak umorzono.  Pan Nadgrobek ucieszył się.  Nie lubił być w kolizji z prawem.  Ale oczywiście nie zatroszczył się nawet o swój pochówek i wrzucono go do jakiegoś dołu na koszt państwa.  Jak to mówią "szewc bez butów chodzi".  Z nudów trzeba było jednak coś robić - nie można tak cały czas tylko leżeć w zimnym grobie i nie widzieć słońca.  Dlatego Pan Nadgrobek zrobił sobie przedziałek, a że trochę podrosła mu też broda i paznokcie, a także cera jego stała się nieco bladsza, więc faktycznie mógł straszyć!  Początkowo robił to bez przekonania, jednak później gonienie przestraszonych ludzi zaczęło sprawiać mu pewną przyjemność, a nawet utrwaliło się jako spontaniczny nawyk.  Najpierw ograniczał się jedynie do granic samej nekropolii, czatując na cmentarnych alejkach na zapóźnione wdowy lub amatorów cudzych wiązanek; wkrótce jednak błąkał się już po całej okolicy.  W okolicznych wioskach i siołach zapanowała już swoista histeria.  Krążyły bowiem pogłoski, że pojawił się upiór, który nie przepuści nikomu.  Wzywano nawet egzorcystów, ale widmo nie traciło tupetu!     

         Aż w końcu nagle zgasło.  Tak samo nagle, jak się pojawiło.  Prawdopodobnie na interwencję kogoś z góry.  Być może dotarła tam wiadomość o tym, że biedny Pan Nadgrobek nie zaznał po śmierci spokoju, jaki był jego udziałem za życia i Pan Bóg zlitował się w końcu nad nim. 

niedziela, 23 czerwca 2013

         Niezwykle interesujące wydawało mi się też niebo (przed dwunastą).  Niestety nie miałem ze sobą aparatu, żeby utrwalić tę irrealną poświatę wyłaniającą się między chmurami.  Mógłbym właściwie jeszcze wyjść na jakąś łąkę, ale mam trochę rzeczy do zrobienia w domu.  Mój blog poświęcony jest przede wszystkim kultowi księżyca, a raczej - Luny i poprzednim razem, bodajże wtedy, kiedy Luna była najbliżej Ziemi, zrobiłem kilka nieoczekiwanie surrealistycznych zdjęć. 

         Chętnie bym teraz zatańczył swój księżycowy taniec, gdyby nie to, że muszę bacznie obserwować mojego kota, który poprzedniej nocy uległ niewielkiemu wypadkowi. 

         Na szczęście kot żyje - a człowiek by tego jednak nie przeżył...i zdaje się, że prawie nic mu nie jest.  Oczywiście najpierw schował się pod krzesło, a ja przeżywałem chwile grozy.  Jednak moja całodobowa obserwacja wskazuje jedynie na niezbyt bolesne stłuczenie - kot je, wylizuje się, chodzi w swoje ulubione miejsca i nie jest apatyczny, a nawet poluje, ranek na skórze pod sierścią nie ma, a dotykając go nie wyczułem żadnego miejsca, z którego promieniowałby jakiś ból. To z pewnością za mało, aby mnie całkowicie uwolnić od niepokoju, ale wygląda na to, że do lekarza nie byłoby z czym iść. 

         Ale mogło się wszystko skończyć inaczej...W Londynie kiedyś kot wszedł do pralki i wyprał się w pełnym programie o niskiej temperaturze.  Jego Pani myślała oczywiście, że już po nim, bo trochę go odwirowało i wyglądało na to, że dziewczyna umrze z rozpaczy.  Ale kot już następnego dnia walczył o terytorium z innymi kotami i polował w ogródku na jeża.  Moja Mitsuko też niedawno weszła do pralki. Zrobiłem jej tam nawet zdjęcie, ale na szczęście nie zdążyłem jej wyprać i odwirować.  Koty są jak dzieci...Lecz czasami i ich nie omija cierpienie.  Niestety, nasza ŚP. Kitusia skaleczyła się pod pralką i po dwóch operacjach zmarła na chorobę nowotworową.  Niech odpoczywa w spokoju.              

sobota, 22 czerwca 2013

             "Pewien człowiek chciał koniecznie dogonić swój cień.  Ale, co tylko do niego podbiegł, cień rósł i oddalał się od niego nie bez pewnego majestatu.

              "Ach!" - myślał ów człowiek - "A czy nie lepiej, gdyby ten cień wlókł się za mną?  Dlaczego tak przede mną ucieka? Jest znacznie większy ode mnie i z pewnością budzi większy respekt niż ja.  Ale przecież, beze mnie nie mógłby istnieć.  To mnie wszystko zawdzięcza!  Dlaczego więc mu nie dorównuję?"

              "Dlaczego? - naigrawał się z niego cień - Bo ja wciąż rosnę, a ty jesteś wciąż mały. To cała tajemnica!"

              "Nie pojmuję tego" - rzekł człowiek i wrócił do swojego joggingu.  Biegł, biegł i biegł i mało co nie wyzionął ducha.

              "Daj sobie spokój!" - powiedziała żaba, której człowiek o mało nie rozdeptał na drodze - Usiądź ze mną w tej trawie i spójrz na księżyc!"     

              "Kiedy nie mogę!  On jest taki elegancki i dystyngowany, i wszyscy go uwielbiają, a ja..."

              I tak człowiek ów pozostał do końca swoich dni cieniem swojego cienia.  A ta żaba?  Czy nie była przypadkiem mądra?"

piątek, 21 czerwca 2013

          Chyba nie zabawię się już dzisiaj żadną opowieścią.  Czuję się naprawdę zmęczony.  (Może ze trzy razy mi się to zdarzyło w życiu).  Mogę jednak przytoczyć historyjkę, którą przytacza Osho, a którą ułożył niegdyś Zhuangzi (Czuang-tsy): 

         "Był sobie człowiek, któremu tak bardzo przeszkadzał widok własnego cienia i odgłos własnych kroków, że postanowił się ich pozbyć.

          Metodą, którą postanowił zastosować, była ucieczka. Wstał więc i zaczął biec, ale za każdym razem, gdy postawił stopę na ziemi, słyszał kolejny odgłos kroku, a cień bez najmniejszych trudności trzymał się obok niego.

          Swoją porażkę usprawiedliwiał tym, że nie biegł wystarczająco szybko. Więc zaczął biec szybciej i szybciej, bez zatrzymywania, aż w końcu padł martwy.

          Nie uświadomił sobie, że jego cień zniknąłby w zacienionym miejscu, a odgłos jego kroków umilkłby, gdyby usiadł w bezruchu"

          (Osho, "Bliskość. Zaufaj sobie i innym")

          Chociaż pół życia spędziłem na komentowaniu tekstów, tym razem nie zrobię tego.  Nie dlatego, żeby nie robić konkurencji Osho - bowiem przy Zhuangzi i ja, i Osho jesteśmy równie mali.  Ale dlatego, że sens tej przypowieści jest wystarczająco czytelny.  

          Może tylko zapytam - czym jest owo zacienione miejsce, w którym nie widać już cienia?    

         

 

 

            Tak człowiek uczy się czasami wolności.   (Był burza i pioruny uderzały dość mocno - tak, że czasami moja skromna pustelnicza chatka trzęsła się.  A ja na szczęście nie musiałem wychodzić z domu). 

         Dokładnie 1021 demonów zmieściło się na paznokciu małego palca u nogi bodhisattwy Awalokiteśwary.  Wszystkie one przybyły tu z krain najdalszych, gdzie nikt o Dharmie nawet nie słyszał.  Stopa bodhisattwy nie była zbyt okazała, a cały posąg niewiele większy niż człowiek.  Brzoskwiniowy gaj roztaczał swój delikatny aromat.  Niebo było błękitne, a rozkrzyczane ptaki kąpały się w okolicznych kałużach.  Strażnik gaju nie pojawiał się tu zbyt często, bowiem i tak prawie nikt tu nie przychodził.  Zdarzało się, że musiał przeganiać kijem stado bezczelnych małp, które wyciągały swe kosmate łapy po owoce w nadziei nieśmiertelnego życia.  Trudno było jednak z nimi wygrać i właściwie strażnik był tu niepotrzebny. 

         Znudzone demony, nie mające w tym pustkowiu nic do roboty wylegiwały się na palcu Awalokiteśwary ziewając i ocierając się o siebie eterycznymi ciałami.  Taki demon naprawdę potrafi przerazić!  W ciągu ułamka mgnienia oka może urosnąć setki setek tysięcy razy i z istoty mniejszej niż najmniejsza mrówka może przeobrazić się w zwierzę większe niż największy słoń.  Teraz jednak demony pozostawały bezczynne.  Motyle, ćmy i inne jednodniowe owady wirowały radośnie w słońcu, a w cieniu wielkiego drzewa, które stało na łące nieopodal gaju strudzony wędrowiec odnalazłby rzeźwiącą błogość.  Nikt tędy jednak nie przechodził.

         W krainie owej pustoszyła się pustka, a wszystko zdało się być ledwie marzeniem sennym.  Co robił bodhisattwa na tym szczęsnym pustkowiu?  Bodhisattwa jest wszędzie tam, gdzie obecne jest cierpienie.  Te beztroskie motyle nie doczekają poranka.  Figlarne małpy napiją się zatrutej wody, a te, które przeżyją będą załamywać ręce nad tymi, które umarły.  A strażnik może jeszcze przed nadejściem zmierzchu zostanie zabity przez dzikich koczowników.  Ziemia wyschnie tu kiedyś i gaj zamieni się w pustynię, a wielkie drzewo utraciwszy żywotne soki wyschnie na popiół.  Bodhisattwa widział swym wewnętrznym wzrokiem, że tak właśnie będzie i że nawet jego posągowe ciało zostanie rozbite przez ludzi, którzy nie znają Dharmy.  Po okolicy włóczyło się zresztą już teraz wiele głodnych duchów, spragnionych ziarenek ryżu. 

         Jedynie owe demony nie zaznają cierpienia. Wolne od ludzkich namiętności delektują się do woli świeżym powietrzem i nawet ulewa nie byłaby w stanie oddzielić ich od paznokcia małego palca Awalokiteśwary, który oblepiają niczym niewidzialny kurz lub błoto.  Bodhisattwa nie czuje ich obecności, lecz ogarnia ich istnienie nieskończoną mocą swego umysłu.  Ale cóż to jest za istnienie?  Demony istnieją, jakby nie istniały.  Zatem należałoby powiedzieć, że istnieją i nie istnieją zarazem.  Awalokiteśwara nie cierpi, ani nie odczuwa znudzenia.  Widział już wszystkie wschody i zachody słońca, wiosny i jesienie, narodziny i śmierci, i ogarnia swym wzrokiem wszystko, cokolwiek było, jest i będzie.  Wie, że pustka jest formą, a forma pustką.  Jego pogodna, pełna współczucia i lekko zawstydzona twarz promienieje jak słońce w południe.                

         Kiedy tak zatopiłem się na chwilę w owym sennym marzeniu nagle usłyszałem czyjś oddech i czyjeś kroki...Ach tak - to JA oddycham, to MOJE kroki!   To JA idę, JA zatrzymuję się i rozglądam w okół, JA strzepuję z sandałów demony, które zdążyły się już do nich przyczepić, JA jestem spragniony i głodny, JA wyobrażam sobie zwiewną kobiecą postać, JA chcę zerwać brzoskwinię i nigdy więcej nie umrzeć.  Istnieję tylko JA, przybysz z Zachodu.  Poza mną nie ma już nic.  "JA jestem, JA jestem, JA jestem!" - powtarzam przez cały czas.  I może w to jeszcze kiedyś uwierzę?  Awalokiteśwara patrzy na mnie z politowaniem.  

poniedziałek, 17 czerwca 2013

         Fernando i Izabella zamieszkali na czynnym wulkanie w okolicach tego miasta, którego nazwy zapomniałem.  Tam urodziła się ich córka Huanita i synek Izabelli - Bento.  Wulkan, jak to wulkan, co pewien czas wypluwał z siebie lawę.  Wyglądało to kolorowo i bajecznie - jakby pył gwiezdny unosił się w górę i świecił tysiącami rozpalonych ogników.  A wtedy zwykle temperatura wzrastała i robiło się potem trochę duszno od dymu i popiołu. Właściwie dobrze mieć dom na wysokiej górze, nawet jeśli ta góra czasami jest zagniewana.  

         - Uwędzić się można - powiedział Fernando.

         - Zobacz lepiej, jak nasze dzieci dorastają.  Huanita ma już sześć lat, niedługo wyjdzie za mąż i urodzi, a Bento, ten Portugalczyk, którego nie jesteś ojcem - dwanaście i niedługo już będzie zabijał. 

         - To tak długo tu mieszkamy - jęknął Fernando - Ale chyba całe moje życie było życiem na wulkanie, tak, jakbym narodził się z jaja feniksa -

         Nie było jednak czasu na gadanie.  Trzeba było iść po wodę w dolinie.  A ludzie na wsi porobili się teraz tacy, że za wszystko płać, nawet za wodę ze studni.  Dlatego przezwano Fernando "Nosiwodą".  Co przyniósł już wodę do domu, to okazywało się, że domownicy plus psy i koty zaraz ja wypili, a jeszcze czasami nawiedzał ich ślepy Manolo - gitarzysta.  Ten to najwięcej wypijał, bo w gardle mu schło.  Ale Fernando lubił go.

         - Zaśpiewaj jakąś piosenkę o wulkanie - prosił często.

         - Kiedy ja nimom jusz zembuff - odpowiadał kokieteryjnie Manolo, ale na widok kubka z wodą (tak całkiem ślepy jednak nie był) nachodziła go jakaś smutna melodia i śpiewał na przykład: 

                                                                             "Kiedy byłem młody,

                                                                              Kochałem jagody.

                                                                              I ssałem ich sok,

                                                                              Dzień w dzień,

                                                                              Rok w rok.

                                                                              A tera cholera,

                                                                              Jak ptaszek podziobie,

                                                                              Jagódkę jedną

                                                                              W całej jej ozdobie

                                                                              Moze i piękną

                                                                              Lecz więcej nie mogę".

          - No to wiadomo, Manolo, zestarzeliście się i jedna kobita wam wystarczy.  Pięćdziesiątkę już chyba ma ta twoja Lola - rzekła Izabella.

          - Ja tam jej lat nie liczę - rzekł Manolo - Ino mi źle, że ta jedna musi mi starczyć -

          - To po bożemu, grajku.  Po co ci inna.  Mało ta już suchego placka przejada, pewno więcej niż twój koń -

          Fernando nie mógł tego słuchać.  Poszedł na szczyt góry i wsłuchiwał się w groźne pomruki wulkanu.  A i owszem, wpatrywał się w jego otchłań. Noc już zapadała i trudno o piękniejszy widok.  "Jeśli to jest zejście do piekła, to całkiem ładne" - pomyślał.  Tymczasem życie mijało i po kilku latach jego syn zabił pierwszego człowieka, a córeczka urodziła pierwszego człowieka.  Fernando uważał, że to normalne - jakoś trzeba regulować przyrost naturalny.  Gdyby Hunaita powiła zwierzę, przykładowo małpę, to byłoby to dość nienaturalne, tak samo, jak gdyby Bento, ten portugalski pomiot, zabił małpę. A tak wszystko pozostaje przynajmniej wśród ludzi.  Któregoś dnia Fernando byczył się z rana i nie poszedł po wodę.  Nadchodziła śmierć. Kobieta zalewała się łzami.

          - To przez tego Manolo, jak go kurma znajde, to go chyba kurma zaebie - powiedział Bento bawiąc się bronią.

          - Kurma to bardzo brzydkie słowo. Nie powinieneś tak mówić synku!         

          - Bo co mi kurma zrobisz ty ftara fuko? - spytał synek.

          - Kto teraz wodę będzie nosił - rozpaczała matka - Lenia wychowałam.  Tylko kląć i mordować potrafi.  I kto na to wszystko nastarczy.

          Ale Fernando i tak umarł.  Nie słuchał się jej!  Życie na wulkanie nie rozpieszczało go i pozostał do końca twardy.  Pochowano go w wulkanicznej lawie.  Jak się do lawy doda jeszcze kamienia, to powstaje z tego cement i w tym garniturze ciało Fernando przeżyje i koniec świata. My latynoamerykanie lubimy zadziwiać.  Z kosmosu przyjdą ludki, odgrzebią naszego Fernando i powiedzą - Przystojny był!  A ile w tym człowieku było wewnętrznego żaru i wulkanicznej siły, a mimo to przeżył swe życie cicho, nosząc wodę.  Tymczasem Huanita rodzić będzie nowe potomstwo, a Bento, no cóż, Bento, będzie zabijał.  

   

 

 

        Nie ma w życiu nic bardziej cennego niż spontaniczna radość.  Jednak życie jest czasami  pełne smutku i łez...Dr Li rozważał zagadnienie dość subtelnej natury - Dlaczego środek heksagramu Wewnętrzna Prawda w "I Ching" jest pusty (tworzą go dwie linie in) i mimo podejmowanych w przeszłości prób jego usztywnienia pustym pozostał.  Różnie można na to pytanie odpowiedzieć.  Niektórzy widzą w wewnętrznej prawdzie przede wszystkim prawdę artystycznego przeżycia.  Inni, mądrość, która polega na tym, że jest się wewnętrznie pustym i dlatego gotowym do przyjmowania.  Komentarz do drugiej linii tego heksagramu głosi "Żuraw nawołujący w cieniu. Jego młode odpowiada mu. Mam dobry kielich. Chcę go dzielić z tobą".  A Richard Wilhelm tak to komentuje: "Tu jest mowa o wpływie wewnętrznej istoty człowieka na równych mu duchem; wpływ ten jest spontaniczny i nie narzucony.  Żuraw nie musi pokazywać się na wysokim wzniesieniu. Nawet gdy swój okrzyk wyda z ukrycia, jego młode usłyszy to wołanie, pozna i odezwie się do wtóru".  A z komentarzy do linii trzeciej i czwartej (a te właśnie tworzą ów "pusty środek heksagramu) wynika, że nie należy źródła swej wewnętrznej siły upatrywać w relacjach z innymi, ani martwić się tym, że ktoś bliski oddalił się od nas na chwilę.    

         Ktoś zastukał do jego drzwi: - To ty Zhu? - zapytał.

         Ale Zhu się nie odezwała.  W takim razie nie otworzył drzwi.  Jednak, kiedy późnym wieczorem miał pójść na spacer do parku, odnalazł w drzwiach kartkę.  "Te maoistowskie świnie śledzą cię.  Ale przecież nawet świnie i ryby mają szacunek dla wewnętrznej prawdy. Twoja Zhu".  Dr Li wcale nie zdziwił się, że Zhu tak do niego pisze. "Ona po prostu marzy o tym, żeby ją zabili lub reedukowali w obozie.  Byłaby szczęśliwa gdybym umarł wraz z nią. Skąd w niej tyle nienawiści do tych towarzyszy?" - pomyślał.  I rzeczywiście, kobiety dość często nazbyt dosłownie rozumieją pewne rzeczy.  "Owszem, trzeba być odważnym, ale nie aż do szaleństwa!  Po co umierać dla jakiejś sprawy, kiedy tak naprawdę istnieją tylko zjawiska? Strumień płynie i porywa ze sobą wszystko.  Nie ma sensu płynąć pod prąd. Ona przecież myśli dokładnie tak samo jak oni - że można mieć wpływ na świat. To dlatego istnieją oprawcy i ich ofiary.  I nie liczy się wartość człowieka, lecz tylko  k t o   k o g o".  

         W dwa dni później Li zobaczył Zhu na placu przywiązaną za ręce do metalowej barierki.  Do jej sukienki przyczepiona była kartka z napisem: "Szczekałam jak suka!".  Czasami ktoś zatrzymywał się i obmacywał Zhu albo pluł jej w twarz.  To dlatego, że Zhu był ładną kobietą, a dla innych kobiet to zniewaga. "Rewolucja kulturalna zawsze niesie ze sobą pewne obyczajowe przemiany" - pomyślał Li, który na widok Zhu nie potrafił ukryć łez, co stawało się już trochę niebezpieczne. 

         - Prosiłem cię kochana - nigdy nie mów głośno tego, co myślisz - powiedział Li i teraz naprawdę już się popłakał. 

         - Pan pozwoli z nami -  rzekł do niego jeden z tych czerwonych łobuzów, akcentując przy tym słowo pan w sposób ironiczny.  Bito go bambusowymi trzcinami po piętach, przypalano jego ciało niedopałkami papierosów, kopano i lżono, nawet nie po to, żeby przyznał się do winy, a po prostu dlatego, aby rozpocząć proces resocjalizacji aspołecznej jednostki.  Kiedyś ta szuja zrozumie może, jakie to dla niego dobrodziejstwo i podziękuje ludowej władzy.  Najgorszą jednak torturą było dla Li to, że wiedzieli wszystko o nim i o Zhu, i o ich nocach spędzonych razem, o czułych szeptach i pocałunkach, i o tym, jak źle znosił rozłąkę z nią.  O tym nawet, ze Zhu grała na pianinie. Oczywiście przechwalali się już tym, jak upokorzyli Zhu i co jeszcze mogą "w tej kwestii pozostającej w ich gestii" zrobić.  Nie przeszkadzało im nawet to, że Zhu jest w ciąży.

         - No i co?  Tao się zesrao?  - spytał ten z twarzą szakala.

         - Nie ujmowałbym tego w ten sposób - odpowiedział Li - Współczuję ci jednak trochę z powodu ubóstwa twojego umysłu - 

         Hichot szakala napełniał izbę tortur.  Szakal słaniał się ze śmiechu i cieszył, że wyprowadził wreszcie Li z równowagi.  Mocny kop w okolicach wątroby sprawił, że Li popłynęła z ust żółć.  Aktywista dławił się ze śmiechu...Ale Li, pozbawiony snu od kilkudziesięciu godzin zasnął po prostu.  Przyśniły mu się odlatujące żurawie.  

             

 

 

 

 

 

 

     

 
1 , 2 , 3