Kategorie: Wszystkie | "Dziewczyny, bądźcie dla nas dobre na wiosnę" | ...bez końca | 0 | 100O i jeden Rabinów | A Puszkina też zapuszkują? | A moze to tylko pomieszanie zmyslow | A nie lepiej być purystą? | Aaaaaaaaaaaaaa...aalfabeta | Ach, gdzież jest litość lub wspolczucia pozór? | Ach, gdzież jest litość lub współczucia pozór? | Adam Mic - Kiewicz | Adaś i Ewka | Aforystyka | Amerykański sen | Autopsychoterapia | Bez sensu to to! | Bez szaleństwa... | Bezmyślne okrucieństwo | Bezradność | Biedna Szymborska | Biedny Kapturek! | Bliźni miłości | Bliźniego miłość... | Blondyn | Blue Bossa | Bojaźń i drżenie | Bratnie dusze | Bruner, ty świnio! | Buddyzm w życiu codziennym | Bóg mi poskapił tej anielskiej miary... | Bóg mi poskąpił tej anielskiej miary... | Bójstwo samo | Caritas | Chiziofrenia | Choroba na śmierć | Chwila ułudy | Chwila wytchnienia | Chłodne upojenie | Cierpienia i radości | Cierpienie i radość | Cleen feed | Cnota niedoli | Co slina na język przyniosła | Co tam panie w polityce? | Co w niebie piszczy | Co ślina na język przyniosła? | Corrida | Coś dla duszy... | Coś tak wulgarnego | Cudotwórstwo | Czarna Perła Tao | Czarny tulipan skrzyżowany z czarna różą | Czarny tulipan skrzyżowany z czarną różą | Czary Mary | Czego nie przysięgał Hipokrates? | Człowiek nie jest rzeczą | Człowiek to brzmi dumnie, ale nie u mnie | Często chowa | Częstochowskie rymy | Deficyt aniołów | Delightful! | Demokratyczne wybory w Oczodołach | Diabłoterapia | Dla wszystkich i dla nikogo | Dnieje | Do samego siebie | Dodatek | Dowcipas dnia | Duma narodowa | Dusze drzew | Dyskretna mgiełka autoironii | Dzielność | Dziki kapitalizm | Dzisiejsza młodzież | Dzisiejsza młodzież nosi ładną odzież | Egzystencjalizm jest chumanizmem | Ekonomia zbawienia | Elegancja Francja | Elegijnie | English gentelman | English gentleman | Epicurus | Ewa tylko ziewa | Falochron | Female | Filozofia bez uczoności | Forever Loving Jah | Gadu, gadu | Gadu, gadu, trochę więcej jadu | Gal Anonim | Gaz dla pedałów | Gaz dla pedałów, młot dla sierpów | Gdy rozum śpi... | Gendarme | Genek, gienialny gieniusz | Geno Typ | Gorący uczynek | Grabarz | Grabarz nonsensu | Gry i zabawy literackie | Głupota przysłowiem narodów | Głębie i tajnie Podświadomego | HIstoria nauczycielką bicia | Herbatka zen | Homo economicus | Homo sapiens czy Homo politicus | Humor absurdalny | Humor nieco absurdalny | Humor, satyra, panie... | I rekiny w oceani mają zębów cały rząd | I rekiny w oceanie mają zębów cały rząd | Indie Wschodnie i Zachodnie | Industrial | Istnieje również wrodzony brak poczucia humoru | Ja tam bynajmniej nie wiem | Jak długo będę jeszcze żył? | Jak uprawiać agresywne dziennikarstwo? Poradnik dla początkujących | Jakże cżęsto powtarza się ta historia | Jakże trudno czasami coś sklecić! | Jan i Małgorzata | Jan z Czarnolasu | Jesienna muzyka | Jeszcze smutniej! | Jeździec Apokalipsy | Językologia | Kaczuszki mandarynki | Karawana idzie dalej | Katedra Adamowego Żebra | Kawa z Kafką | Każdemu według naszych chęci | Każdemu według potrzeb | Każdemu, o czym tylko zamarzy | Kiciuś Miciuś! | Kicuś Micuś! | Kiedy człowiek staje się bestią | Kiedy owce nie milczą | Kij w mrowisku | Kniaź Wiktor | Kochani ludożercy | Kolacja Pani Sowy | Kometa tylko głownia nie ta | Konkwista | Koryfeusz nauki, milośnik sztuki | Koty i inne zwierzęta | Koty, głupoty, palikoty | Kości rzucone są | Kość słoniowa | Kto pierwszy był człowiekiem, kto będzie nim ostatni | Kto pisze teraz historię? | Kuchnia szamańska | Kwiatki Św. Franciszka | Kwiatostan śmierci | Kwitnienie kultury | Kwitnąca wiśnia | La colombina i ciche ukojenie | Lekarzu - lecz się sam! | Lenin wiecznie żywy | Leśmianiada | Lichwiarstwo polskie | Liryki i prztyki | Logika dziejów | Londyńska mgła niepamięci | Londyńskie przygody | Los ofiary | Los puka do moich drzwi | Lotosowy wpis | Ludzie ludziom... | Lunatyzm | Lęk społeczny | Made in Japan | Maligna | Marność nad marnościami | Marność nad marnościami. Rekoleksje Wielkopiątkowe | Marzenia senne | Marzeniologia stosowana | Maszkary i senne dziwadła | Maszkary i senne widziadła odbite w lustrze | Mała czarna z Kafką | Medycyna naturalna | Meine Liebe Augustin! | Melancholia | Melancholia stosowana | Memorabilia | Meszreiw | Meteo | Mgiełka autoironii | Mglisty dzień. Mgła | Mikołak | Mistrz i Małgorzatka | Mistycyzm lunarny | Mistyka i miłość | Mitologia osobista | Mitologia świata | Miłość | Miłość bliźniego | Miłość nie zawsze szczęśliwa | Miś Uszatek | Moc rytuałów | Monada nie ma okien | Mowa potoczna | Mowa ptaków | Mowa serca | Moze ktoś zrozumie, co teraz czuję | Może ktoś się ucieszy? | Może ktoś zrozumie, co teraz czuję | Może to trochę zbyt uszczypliwe | Musicology | Muza lekkich obyczjów | Muzyka przywraca ład serca | Myszoterapia dr Nezumi | Myśli prostego człowieka | Mądrość Natury | Mądrość jak z gazety | Mądrość narodów | Młot na faryzeuszy i hipokrytów | Męstwo bycia | Mówił sen do snu | NIe ma na świecie dwóch takich samych liści, ni kropel deszczu | Na jawie (lecz to, co niejawne pozstaje) | Na stos rzuciliśmy szcześcia los | Na stos rzuciliśmy szczęścia los | Na szczytach hipokryzji | Na zdrowie! | Nad piekną rzeką | Najokrutniejsze zwierzę | Najsłodsza tajemnica | Narastająca senność | Nic dzisiaj ciekawego nie napisałem | Nicość | Nie am dwóch takich samych liści, ni kropel wody | Nie bój się - najwyżej cię rozstrzelają! | Nie czas żałować burz, gdy płoną oczy | Nie czas żąłować burz, gdy płoną oczy | Nie każde szczere złoto jest szczerozłote | Nie ma na świecie dwóch takich samych liści ani kropel wody | Nie ma na świecie dwóćh atkich samych liści lub kropel deszczu | Nie ma takiego smutnego, co by na wesołe nie wyszło | Nie ma zazdrości bez miłości | Nie oddamy nawet guzika | Nie tylko dzielenie włosa na czworo | Nie wiem, ja w ogóle nie myślę | Nie zabijaj! | Nie zabijajcie drzew! | Nie zawsze urocza dzecinada | Niebiańskie szczyty głupoty | Niech pani będzie dzielna! | Niech zapłaczą na moim pogrzebie | Nieco drapieżny wpis | Niekoniecznie ptasi móżdżek | Nienawiść bliźniego | Nieosobiście | Nieprzesłane przesłanie | Niestworzone rzeczy | Nieszkodliwe głupotki | Niewczesna melancholia melomana | Niewczesne rozważania | Niewielka profanacja | Niewielkie przekłamanie | Niskolotnie | No No! Teatr No | No comments! | No no! | Nowa poezja lingwistyczna | Nędzne kabareciarstwo | O Leonardo, po cóż się tak trudzisz? | O dzieleniu włosa na czworo, czyli metodzie scholastycznej | O dzieleniu włosa na czworo, czyli o metodzie scholastycznej | Obciachy | Obscenia i parafrenalia | Obsesja dobrego biustu | Ojej! | Oko w oko z zębem mądrości | Okropieństwa | Okruchy odgrzebane z lawy | Okruchy życia wygrzebane zlawy | Okruchy życia wygrzebane z lawy | Okrutna losu ironia | Orientuj się na orient | Owczarek | Owczarki afgańskie | Owocożerni | PL jak piekło | PO PiS | POeci wszystkich krajów dzielcie się | Pan Tadeusz | Panie pośle, po chrześcijańsku panu wybaczam | Pańska satyra polityczna jest niegramatyczna | Pendant do pewnego przypisu | Perlikowski | Pewna elastyczność zasad | Pewne jak w banku | Piorunujący piorun! | Po owocach poznacie ich! | Po upadku | Pobożne życzenia | Podpatrywanie Natury | Podroby i inne podróbki | Pokolenie Kainowe | Pokorne ciele | Pokorne cielę | Pokusa | Polak potrafi | Polak potrafi! | Politolog i Politowska | Politycznie niepoprawne! | Polonica | Polonika rycerskie | Polucje i ablucje | Pomarańcze i mandarynki | Pomarznąć dobra rzecz | Pomarznąć dobra rzecz! | Pomoc psychologiczna | Poranna kawka z Kafką | Porąbane marzenia | Potężne i głębokie warstwy pierwotnego mitu | Powieść brukowa | Powszechna życzliwość | Powtórka z cynizmu | Poznaj samego siebie | Prawda | Prawda jest jedna i piękna, ale złożona | Prawda popłaca | Prawdziwa metropolia | Prawi i sprawiedliwi | Prawiezmartwychpowstanie | Prawiezmarwtychpowstanie | Prognoza pogody | Pruski smutek | Przecież cię zjem! | Przedagonalny polski agon | Przegląd sportowy | Przeinaczenia | Przez pychę do pokory | Przeżyjesz to, a pote już tylko grób | Przeżyjesz to, a potem już tylko grób! | Przminęło z wiatrem | Prztyczek | Psiapowiednia Majów | Psubrat | Pustka | Pytanie dość retoryczne | Raczej to nie będzie hit | Radosne gonitwy śnieżnych tygrysów | Radość wędrowania | Rejterada Rejtana | Religie nauczą cie pokory | Res Sacra Pecunia | Romans z pop kulturą | Roots, Rock, Reggae | Rozkosze reinkarnacji | Rozmowa nie na telefon | Rozpacz | Rozpacz na wieki wieków | Rozpacz, która podpełza pod gardło | Ruch i świeże powietrze... | Rybołówstwo cudzołożnika | Rycerz pokalany | Samokrytyka | Samotność egzystencjalna | Sekrety pewnego domu handlowego | Seraphic Flames and Heavenly Love | Siedź na dupie i potakuj! | Somatyka | Somatyka logiczna | Spełniona przepowiednia | Spleśniały ser | Sponsorem tej opowieści jest wydawnictwo Błękitny Wieloryb | Sport to zdrowie | Spowiedź morskiego wilka | Stary Sącz i Nowy Sącz | Stary mafioso | Stołeczne stołki | Stratyfikacja społeczna | Suma sumarum | Sumienie rachunku | Sweet Music and Poetry | Sygnały podprogowe | Szalchetne zdrowie | Szczęśliwa pomyłka | Szekspir do żadnej nie należy epoki | Szkarady | Szlachetna gravitas | Szlachetne zdrowie | Słodycze grafomanii | Słówka | Słówko do słówka, a uzbiera się sówka | Tadeusz Bój Jeleński | Taia chińska podróbka | Takie będą rzeczpospolite jakie tego blogu chowanie | Takie tam, pierdoły | Talking Heads | Tania chińska podróbka | Tatiana | Teorie świata nauki | Terapeutyczie | Terapeutycznie | Thames | The Doors. Uchylone drzwi | The Lion cub | The fruit of beauty and despair | To na pewno nie Lec | To nie żadna filozofia | Tragiczne pożegnania | Transformacja duchowa | Trudna sztuka dialogu | Trudno czasmi coś sklecić | Trzylogia | Trója z polskiego | Twarda rzeczywistość | Ty mi tutaj nie filozuj | Tygrysologia stosowana | Tysiac i jeden ptaków | Tysiąc i jeden kotów | Tysiąc i jeden ptaków | Tysiąc różowych kroliczków | Tęsknica | Tęsknota duchowa | Ubekistan | Ucone księgi | Uczeni ludożercy | Uderzenia losu | Uduchowienie | Umrzeć z miłości | Upadek Pierwszego Człowieka | Uroczy wegetarianin | Uszczelnienie systemu podatkowego | Utrata uzębienia | W czym mogę panu pomóc? | Wciąz powtarza się ta sama historia | Wciąż powtarza się ta sama historia | Wdzieczna muzyka przywraca ład serca | Wesola grafomania z morałem | Wiecej broi dla szaleńców w Teksasie | Wieczne powroty | Wiedza radosna | Wielka wygrana | Wielomówstwo, czyli plaga opowiadania | Wierzba płacząca | Wiosny i jesienie | Witch | Więcej broni dla szaleńców w Teksasie | Wojna totalna | Wpis o kształcie piramidy | Wprowadzenie do kruczków prawnych | Wrzucam wszystko do kosza | Wrzątek | Wspomneinei pewnego wspomnienia | Wspomnienie pewnego wspomnienia | Wspomnienie pewnego wspomnienia | Współczesny filister | Wszystkie rybki | Wszystko na A | Wszystko na sprzedarz | Wszystko na sprzedaż | Wygrana | Węzłowato | Wólka Węglowa | Xin Lu, typowa brunetka o granatowych oczach | Z Nietzschego nic nie powstaje | Z księgi wulgaryzmów | Z rupieciarni myśli | Zaczarowany świat zen | Zanim mnie wrzucą do dołu | Zapowiedź Apokalipsy | Zaraz wracam! | Zasada domniemanej winy | Zaskroniec | Zastał Polskę drewnianą... | Zatrzaśnięte drzwi | Zbaw mie Buddo Amido | Zbaw mnie, Buddo Amido | Zdrowy egoizm | Zegar dziejów | Zestrzelenie księżyca | Zginął z rąk słabej kobiety | Zima się nas nie ima | Zjawiskowe | Znak jaskółki | Zrozumieć wartość tego, co nieużyteczne | Zuch zawsze ochoczy! | Zwierzęta pod postacią ludzi | Zwyciestwo konsumpcjonizmu | Ząb mądrości | ie zabijajcie drzew! | ieosobiście | kosmos | Łagodne prawo, ale prawo | Łagodność tygrysa | Śmiechotki, chichotki | Śmiertelna powaga | Śmierć | Światełko w mroku | Świętość, wziętość, nadętość | Życie jest tragiczne | Życie samo | Życzliwe spojrzenia na całość ogródka | Żyć, nie umierać
RSS
sobota, 30 czerwca 2012

        Ćmosław to raczej rzadkie nazwisko, prawdopodobnie  - jakby powiedział językoznawca - kalka z jakiegoś innego języka, może z niemieckiego?  31 sierpnia 1939roku Walerian Ćmosław nie został powołany do wojska. Tydzień wcześniej jadąc na rowerze do kuzynki Ziuty, która mieszkała na Czerniakowie, potłukł się boleśnie, a co gorsza złamał nogę.  Widać Matka Boska miała go w swej opiece.  Chłopak nie wierzył w ani jedno słowo ministra Becka.  "Oddamy nie tylko guzik" - myślał - "ale i całą marynarkę. Jaka szkoda, że nie będę mógł słodko umrzeć dla Ojczyzny".  Tak naprawdę był jeszcze inny powód.  Walerian od pewnego czasu cierpiał na dziwną psychiczną chorobę, z objawami której zgłosił się pół roku wcześniej do lekarza. Otóż, wydawało mu się, że jest Żydem, chociaż nikt w jego rodzinie Żydem nie był.  Owszem, kupowali u Żyda śledzie, salceson i inne przysmaki, jednak wszyscy w tej rodzinie mieli przykładne aryjskie czaszki i niebieskie oczy, wszyscy chodzili na religię i modlili się w pobliskim Kościele, na co mogliby przedstawić nie wiadomo ilu świadków.  Problem powstał więc całkowicie w głowie Waleriana.  Być może studia teologiczne, jakie niedawno odbył sprawiły, że w naturalny sposób poczuł obecność Jahwe w swym życiu, a może uświadomił sobie po prostu, że Pan Nasz Jezus Chrystus był Żydem? Tego nie dowiemy się nigdy.  "Na ogół wszyscy wyobrażamy sobie, że Jezus miał niebieskie oczy, a jego ojciec Józef Kowalski był Polakiem.  Matką jego zaś była Maria z domu Nowak. I nikt nie pomyśli nawet o tym, że jakiś menelik w Afryce wyobraża sobie, że Jezus był czarny.  A skoro to Żydzi zabili Chrystusa, to jest oczywiste, ze nie mógł być on Żydem. Zabiliby swojego?" - taką notatkę sporządził i zapisał w swoim dzienniku Walerian Ćmosław dokładnie o 4.45 pamiętnego dnia pierwszego września.  W pół godziny później położył się spać, pragnąc rano wysłuchać transmisji z pogrzebu Ojca Świętego.  Dokładnie 2 września bomba wybuchła na podwórku kamienicy, w której mieszkał, przewracając stół, przy którym niedawny student zwykł pisać.  "Jest moim wielkim marzeniem" - napisał jeszcze tego dnia - "aby ludzkość pojęła, jak straszliwym błędem było tolerowanie ekscesów Pana Hitlera. Wielu jeszcze ludzi będzie musiało zginąć, zanim ów Herod poniesie śmierć".  3 września Walerian poprosił swoją matkę, aby sprowadziła do niego Rywkę Zyskind i przez cały wieczór wypytywał ją o szczegóły dotyczące tajemnego hebrajskiego kultu.  A to, co to jest menora, co Talmud, a co to hagada, dlaczego czytają książki od końca do początku i nie umieją się nawet przeżegnać, kto jest według Talmudu właścicielem przedmiotu, który ktoś zgubił na ulicy...Ciekawe pytania!  Jednak Rywka Zyskind odpowiadała niechętnie, aż powiedziała w końcu:

          "- Wiesz, Ćmosław,  lepiej byś zrobił gdybyś wezwał tutaj Dorę Indor, albo Joasię Grzebyk.  Przecież wiesz, że ja jestem oświecona. Czuję się Niemką.  Poza tym, jak Róża Luksemburg jestem ateistką.  Zrobiłabym rewolucje socjalną nawet z bolszewikami".

          " - Za ładna jesteś na to i całkiem niegłupia Rywka!  Zobaczysz jeszcze będą wracać do swoich korzeni i cadyków.  Niech się tylko czas wypełni!"

          " - Eee!" - powiedziała Rywka - "Wiem, co nas wszystkich czeka.  Joasia była niedawno w Berlinie i widziała esesmana z owczarkiem alzackim u boku.  Obaj byli tak piękni, że zapomniała na chwilę, kim jest.  I oberwała szpicrutą w twarz.  Spodobało jej się to nawet w pierwszej chwili, ale potem była przerażona".

          " - I puścili ją do Berlina?"

          " - Kanałem dyplomatycznym.  Chodziło o to, aby zasugerować komuś z bliskiego otocznia Hitlera, że Polska mogłaby się stać niemieckim protektoratem...Chodziło o zyskanie na czasie i zmylenie wroga..." - żartowała Rywka.

          " - Ktoś od marszałka Śmigłego? - zapytał Walerian - i zaintonował: "Nikt nam nie zrobi nic! Nikt nam nie zrobi nic! Bo z nami jest, bo z nami jest, marszałek Smigły-Rydz!"

         Matka Waleriana zdenerwowała się i wchodząc do jego pokoju, zasugerowała mu delikatnie, że nie ma chyba wstydu. Pozwalała mu przyjmować koleżanki w jego pokoju, jednak nie po to, aby ich kompromitował.  Chłopak jednak wypił już trochę wiśniówki i na widok rozpaczającej matki zaintonował: "Nasza armia silna, nasza armia silna, nie oddamy Ruskom Wilna!"

         " - Niech mu pani wybaczy. On jest trochę chory" - powiedziała matka.

         " - Chce zostać Żydem?  Teraz!  To przecież pewna śmierć.  Ja też martwię się o niego".

         " - A Polaka to niby nie zabiją!" - rechotał ze śmiechu Walerian.

         " - Naprawdę obłąkany" - zmartwiła się matka i zostawiła ich samych w pokoju.  

         Rywka jednak musiała już się zbierać i powiedziała tylko: "Życzę ci, aby twoje marzenie się ziściło!" Walerian włączył na jej wyjście zakończenie dziewiątki Beethovena. W kilka dni po niemieckiej defiladzie w Warszawie już nie żył!  Jak on to zrobił? - zastanawiali się znajomi i przyjaciele.  Wtedy w Warszawie zginęło wielu ludzi, jednak Walerian przecież nawet nie wychodził z domu. A może to dozorca doniósł?  Podobno zapisał w swoim notesie prorocze słowa: "Niemcy wraz z Amerykanami wygrają tę wojnę.  Ameryka stanie się światową potęgą i utopi mnóstwo pieniędzy w odbudowę Niemiec, które wcześniej zniszczy.  Popłynie wiele niewinnej krwi, ale ludzie nie nauczą się z tej wojny niczego.  Cała ta ofiara będzie daremna.  To Lucyfer pokona Belzebuba". Zapewne miał na myśli Stalina?

        Niedawno pokazałem te notatki profesorowi Haroldowi Kundlowi z Instytutu Globalnych Problemów z siedzibą w stanie Ohio.  

        "- Owszem przeczytałem" - powiedział - "gość wyprzedził swoją epokę. Nie wszystko jednak przewidział"

        " - No tak!" - powiedziałem - "To jednak samobójcza osobowość" -

           

 

   

piątek, 29 czerwca 2012

                                                                       NAPOMNIENIE

                                              Zamiast wciąż tylko powtarzać: "Zbaw mnie Buddo Amido!

                                              Może wziąłbyś się do jakiegoś poważnego leniuchowania?

                                              Spójrz! Wszystko już załatwione, a chmury nadal płyną.

                                              Byłeś taki zapobiegliwy, a wszystkie twoje rzeczy przepadły

                                              I nie masz już nic, żeby odłożyć na czarną godzinę.

                                              Ostatnie ziarenko ryżu pożarła ta ryża mysz z przeciwka!

                                              A twoje książki i szaty zjadły zamyślone mole.

                                              Zamiast jak małpa wspinać się do księżyca odbitego w kałuży,

                                              Pośpij jeszcze trochę - dzień i tak ci nie ucieknie!

                                              

                                             

                                              

                                                       Rosi Nezumi                    

                              

                                                       JESIENNE RYMOWISKO

                                                    Błądząc na szczycie góry Rykoji

                                                    Usłyszałem pierdnięcie jelonka, 

                                                    Wiatr targał czerwonymi liśćmi klonu!

                                                    A kiedy potem spadł deszcz

                                                    Kropla za kroplą,

                                                    Pomyślałem o wychodku.

                                                    Pewnie powiesz:

                                                    "Nezumi, wstrętna z ciebie mysz!

                                                    Czy musisz być aż tak wulgarny?"

                                                    Ale to przecież święta prawda!

                                                                                                         

 

                                                   

wtorek, 26 czerwca 2012

             "I nic!  Skosiłam przy okazji sporo maków i innych kwiatów. A także motyli!...Rozkwit, pełnia, upojenie.  Aż chce się żyć!  Tylko moja praca mnie trochę martwi. Ale dorobić jakoś trzeba" - zaznaczyła Śmierć - "Darmo człowieka nie będą trzymać!"    

              Jakie jest teraz moje życie?  

              1. Tragiczne i mroczne, w ujęciu romantycznego bohatera mojej powieści Aurelia

              2. Wypełnione buddyjską pustką i autoironicznym dystansem, w ujęciu Myszy polnej Nezumiego 13

              3. Całkiem zwyczajne i niezbyt interesujące w ujęciu moim, to jest Bogdana Przyborowskiego, autora tekstów Lunymigotliwej 

              - A jakie jest naprawdę? - zapytasz może.  Prawdopodobnie moje życie wchodzi w swą fazę ostateczną, kiedy mogę żyć już tylko poważnie, bowiem mój czas dobiega końca, a los dopełnia się.  Jednak i Mysz Polna może tu wtrącić swoje trzy grosze.  Bowiem niejedno jeszcze zapewne się przydarzy, a wszystkie ważniejsze zdarzenia w moim życiu zaczynają się w sposób komiczny, a kończą tragicznie. Ostatecznie jednak mądrość owej myszki polega na tym, że, wie ona iż "nie trzeba z życia robić tragedii, ani komedii".  Ot, choćby sama śmierć!  Albo miłość!  Albo walka i rezygnacja!  Niejeden naśmiewa się może z mojej przyszłej egzekucji (wszyscy bowiem jesteśmy skazani na śmierć) i z porywów miłosnych (najpiękniejszej rzeczy na świecie), kogoś innego może to jednak wzrusza.  A tak naprawdę rzeczy te zjawiają się i przemijają, a wszelkie znaczenia, jakie im nadajemy wyrażają już sens mistyczny, o który Mysz Polna nie musi się troszczyć.  I tak przyjdzie jeszcze Pan Przyborowski i to i owo poprawi albo zepsuje, jak to autor.                                                            

poniedziałek, 25 czerwca 2012

            W taki zimny dzień jak ten można rozgrzać się gorącą zieloną herbatą.  Moja samotność nie jest całkiem mnisia, bowiem od czasu do czasu w moim życiu zjawia się Eva.  Przychodzi do mnie, co tydzień lub co dwa tygodnie i wspólnie przy kieliszku likieru rozwiązujemy zagadki kryminalne.  Eva to dziwna osoba.  O pewne rzeczy nigdy jej nie pytam.  Podobno jej mąż Adam zginął w dość tajemniczych okolicznościach - prawdopodobnie utonął.  Ale niektórzy mówią, że wyjechał do Ameryki i tam zaczął nowe życie.  Eva uwielbia też inne niż kryminalne zagadki. Czasami przychodzi do mnie i pyta mnie, kim był jakiś człowiek w swoich poprzednich wcieleniach, a ja dość szczegółowo jej o tym opowiadam.  Kiedyś jednak nie wytrzymała i zapytała o to mnie. Podejrzewała, że mogłem być znanym mordercą z Buffalo Spring.  Jestem fizycznie do niego dość podobny, poza tym - jak twierdziła - reprezentuje podobny typ niebezpiecznej inteligencji.

           - Kochanie - powiedziałem sącząc likier - Czy naprawdę myślisz, że mogłem kogoś kiedykolwiek zamordować?

           - Ja tego nie myślę, ja to wiem! - odpowiedziała z triumfującą satysfakcją.   

           - W takim razie przedstaw mi dowody - uniosłem się nieco - Bo chyba nie ma ode mnie bardziej łagodnego człowieka na świecie -

           Mówiąc to dostałem małego ataku szału, jednak wszystko było pod kontrolą.  Zaproponowałem jej partię szachów i sadowiąc się wygodnie w fotelu rzekłem - Odstępuje ci białe bez losowania. 

           - Ach, jaki jesteś uprzejmy i wyrozumiały! - rzekła w szczerym przypływie złośliwości - Nigdy nie nauczysz się, że to kobieta powinna ci dawać fory.  Tak też było w dniu twojego pierwszego morderstwa. 

           - Może mi więc o tym coś opowiesz - powiedziałem pojednawczo.

           - O, nie!  Musisz sam sobie wszystko przypomnieć. Chyba nie dręczą cie wyrzuty sumienia?

           Zaczęła partię od obrony królewskiej, jak początkujący szachista i wiedziałem już, że będę się nudził.  Postanowiłem więc popełnić spektakularny błąd. Niestety Sara, przepraszam, Eva bezlitośnie zauważa takie potknięcia.  Skomentowała to nazywając mnie męskim szowinistą.

           - I może jeszcze przepuszczam cie w drzwiach - wrzasnąłem z lekka.

           - Tak, jak przepuściłeś swoją pierwszą żonę Sarę. Znaleziono ją potem z nożem w plecach.

           - Kim wówczas byłem? Przecież nie nożownikiem z Eton?

           - Byłeś kochanie mordercą z Buffalo Spring -

           - Tym znanym aktorem?

           - Nie. Byłeś wtedy tylko sobą i musiałeś to zrobić, podobnie jak w 27 innych przypadkach.

           Tego już nie wytrzymałem.  Poruszyłem się gwałtownie na fotelu i zamatowałem ją!

           - Gapa! - powiedziałem zaraz, bo Eva rzeczywiście się zmieszała. W pojedynkach na pewnym poziomie poddaje się partie.  Szach i mat, to gra dla przedszkolaków.  Jednak Eva prawdopodobnie była trochę wstawiona.  Wsparła swą rudą główkę na moi ramieniu i powiedziała:

           - Ach ty niedobry!  Musiałeś ją zabić?

           Tymczasem lewą dłonią wyciągnęła mi rewolwer z kieszeni kaftana.  Na wszelki wypadek, jak zauważyła.  Prawą zaś popieściła protekcjonalnie mój lewy sutek. Byłem przekonany, że morderca z Buffalo zabiłby ją za to.  Ja jednak mam na imię Gregory, a nie Martin i nigdy nie byłem w Buffalo Spring.  Poza tym znam swoje wszystkie poprzednie wcielenia.  Postanowiłem więc działać szybko.  I kiedy tylko Eva po raz pierwszy odwróciła się ode mnie wbiłem jej niechcący w plecy szydełko, którym od paru dni robiłem mój arras.  Ciało Evy osunęło się i zadudniło o podłogę.  Teraz już mogłem bronić swojej niewinności.  Chwyciłem za słuchawkę telefoniczną i wykręciłem numer inspektora Collinsa! 

           - Inspektorze Collins - powiedziałem - przed chwilą wymierzyłem sprawiedliwość mojej przyjaciółce Evie Brown, za to, że niesłusznie skojarzyła mnie z seryjnym mordercą z Buffalo Spring.

           - Czy brał pan dzisiaj proszki? - zapytał inspektor Collins

           - Ja zawsze mówię tylko szczerą prawdę, inspektorze - powiedziałem i wypaliłem z rewolweru prosto w swój wielki, poczciwy łeb.  

           Tym razem inspektor zareagował. Zjawił się z całą ekipą dochodzeniową.  Ja zaś, już w swoim nowym wcieleniu, przyglądałem się temu z czarującym uśmiechem. Byłem czteroletnim synkiem służącej Gregorego.  

           - Widziałeś coś, dziecko - zapytał inspektor - i pogłaskał mnie po głowie.

           - Tak - powiedziałem - Eva Brown próbowała zamordować Gregorego Philipsa, a ten w obronie własnej wbił jej szydełko w plecy -

           - To dziwne - powiedział Collins - jak mogła próbować go zamordować stojąc do niego tyłem, ale skoro widziałeś to wszystko chłopcze na własne oczy, nie mam powodu, aby o tym wątpić.   

           - A zeznania osoby niepełnoletniej są w tym względzie miarodajne? - zapytałem uśmiechając się jeszcze bardziej niewinnie.

           Inspektor dał mi cukierka i poklepał po ramieniu jak konia wyścigowego. 

           - Coś tam się napisze w sprawozdaniu.  Ale uważaj synu.  Nigdy nie wiadomo, co ci może jeszcze przyjść do głowy, kiedy będziesz dorosły.

           W tym momencie inspektor potknął się na śliskim dywanie i tak niefortunnie uderzył głową o kant biurka...Jedynie dzieci nie przeżywają gwałtownych uczuć.  Pozostają niewinne jak w chwili, kiedy wyszły z łona matki.

 

             "Zdradziecka strzała ugodziła cesarza w prawe udo w chwili, kiedy już miał rozpocząć, jak niegdyś Aleksander Wielki, wyprawę do Indii. Zdążył się jeszcze pomodlić do Jowisza i  Junony, gdy jego ciało sparaliżowała  śmiertelna trucizna.  Jego ostatnie słowa przekazał w swym dziele  Aleksy Wielki Martyrolog, "Miałem dobre chęci. Gdybym zwyciężył, świat byłby inny".  Historycy nie podzielają jednak jego opinii.  Uchodził za władcę gnuśnego i pozbawionego politycznych talentów. Jego wielkie szczęście polegało na tym, że nigdy nie skompromitował się dowodzeniem armii.  Był to człowiek krzepki, o silnej konstytucji fizycznej i jeszcze w wieku 93 lat dosiadał pono słonia bojowego. Powiadają, że miał 24 małżonki, które były kapłankami jego ogniska domowego.  Po jego śmierci Cesarstwo Dantejskie rozpadło się na 24 prowincje, które bezskutecznie próbował zjednoczyć jego wnuk Henryk IV Bezbożnik, ten sam, który do gołębia pocztowego przywiązał latawiec.  Aleksander XIV Megaloman, zob. też  Aleksander XIV Niemrawy, Błaznowanie i bezeceństwa Aleksandra XIV, Aleksander XIV czyli Jak przypadek uratował świat? Aleksander XIV Niemrawy contra Henryk IX Platfus" .   

           Uczyniłem to w trosce o to, aby ktoś realny lub wyimaginowany nie wziął moich utworów literackich za opis mojego prywatnego życia.  Motyw, który mną kieruje jest szlachetny, czynię to odgadując życzenie bliskich mi osób, jednak czynię to już po raz ostatni.  Przywiązuję się do swoich utworów, nawet tych mniej udanych i  często żałuję potem, że sam już nie mam tych tekstów.  Nie mogę sobie nawet wtedy powiedzieć: "Boże i ja napisałem coś tak głupiego?"

           Prawdopodobnie tylko nieliczni "szczęściarze" (dwie, trzy osoby) mogą być w ich posiadaniu.  Przykro mi, że przywiązuję się do tego, co napisałem, ale jednak przez krótką chwilę utwory te zaistniały.  A jeśli ktoś je jednak przeczytał (a wiem, że przeczytał) nie żałuję tego. W końcu nie były takie złe. Mogę jednak nadal kasować swoje wpisy z powodów humanitarnych.

           A może wyjściem byłoby jakieś wydanie pośmiertne?  Samobójcza, przedwczesna śmierć z pewnością uczyniłaby mnie bardziej sławnym niż samo dzieło. W końcu nie każda polna mysz ma odwagę targnąć się na własne życie.  Bo co to ma wspólnego z jakąś zapobiegliwością?

          Może jednak będę sobie jak dawniej pisał "na boku", a potem moi przyjaciele, których mam przecież tak wielu, pozbierają i wydadzą je w książeczce "Bogdan Przyborowski, Opowieści niesamowite i nieswoje", zaopatrując skromne wydanie we wstęp, "Zdolny był, szkoda, że tak zmarnował swój talent i już na wieki przylgnie do niego etykieta sympatycznego grafomana i jakże "wspaniałego" człowieka".

          Pisanie nie zawsze jest dla mnie przyjemnością, chociaż nie poprawiam swoich utworów...Często jednak pozwala mi siebie lepiej zrozumieć, jak opowiadanko w stylu E. A. Poe, które napisałem kilka dni temu...Nie żebym zaraz i ja palił opium, albo był błyskotliwie inteligentny, jednak jak mrugają do siebie literaturoznawcy "coś czasami jest na rzeczy".  No i ten autoironiczny dystans wobec geniusza (A.E.P).  Tak naprawdę jedyne w czym jestem do niego podobny to w tym, że i mnie nie płacą za moje książki i że nie mam do nich nawet praw autorskich.  

              

 

 

sobota, 23 czerwca 2012

            Czuję, że i ja muszę kiedyś położyć się spać.   Ale będzie to trudne.  Nie spałem już całe wieki.   Pamiętam rok, w którym jako kapitan w armii Bonapartego dotarłem do Egiptu.  Nie będę jednak pisał o Egipcie.  Nic ciekawego.   Te wszystkie sfinksy, piramidy, grobowce i hieroglify potrafią znudzić największego nawet entuzjastę starożytnych zagadek.  

            Wracałem jednak ciekawą drogą.  Ja i moi ludzie zatrzymaliśmy się na Krecie, w Knossos.  Był piękny, upalny wieczór i chociaż nikomu nie chciało się spać, trudy podróży, wino, igraszki z dziewczętami i szum niby to morskich fal uśpiły wszystkich.  Ja jeden nie zmrużyłem powiek, jakbym coś przeczuwał.  Usiadłem przy ognisku i wyciągnąłem z mego worka mumię kota.  Ustawiłem ją naprzeciwko siebie i już miałem oddać się sennym marzeniom, gdy jakiś nieoczekiwany ruch spłoszył z moich powiek sen i zawiedziony Morfeusz musiał nieśpiesznie oddalić się od mojego posłania. Za moimi plecami poczułem oddech rozjuszonego psa.  Na jego widok kocia mumia ożyła i zaczęła prychać nastawiając pazury.  Jeden obrót ramieniem uzbrojonym w szpadę pozbawił życia psią bestię.

           - Jestem ci bardzo wdzięczny za uratowanie życia - powiedział kot - Możesz ode mnie czegoś zażądać, a ja chętnie spełnię twoje życzenie, o ile będzie należało do obszaru moich świętych kompetencji. 

           - Powiedz mi, czy moja dziewczyna jeszcze na mnie czeka. I czy kocha mnie jak dawniej, a na mój widok rzuci mi się w ramiona. 

           - Przykro mi!  Ale nie mogę tego uczynić - oświadczył kot - Serca kobiet są niestałe.  Im bardziej ją kochasz panie, tym większy może spotkać cię zawód...ale i tym większa nagroda. 

           - Tego się obawiałem - rzekłem - W takim razie pragnę już dzisiaj umrzeć!

           - Nie mogę ci tego obiecać - miauknął kot - jednak dam ci szansę.  W tym miejscu znajduje się labirynt, w którym niegdyś pewien bohater zabił podobno strasznego byka Minotaura.  Jednak ludzie, którzy tędy przechodzą nadal słyszą ryk owego byka.  Pójdź zatem i sprawdź, czy Tezeusz rzeczywiście go zabił! 

           - Czy mam go również zabić? - zapytałem ochoczo.

           - Albo on ciebie - odpowiedział kot i powrócił do swej dawnej zmumifikowanej postaci.  

           Są takie chwile w życiu człowieka, kiedy gotów jest on rzucić się w wir największych nawet niebezpieczeństw dla ratowania miłości, honoru lub sławy.  Ja jednak byłem już dość utrudzony i dodatkowo rozleniwiony cudownym kreteńskim winem.  Postanowiłem więc poszukać zdradzieckiego labiryntu za dnia.  Przydałaby się też dziewczyna z nitką, aby mnie z niego wyprowadzić.  W chwilę potem, kiedy to sobie ukartowałem zmorzył mnie sen. 

           Śniła mi się najpierw moja dziewczyna, oaza napełniona wodą, piaskowa burza, a później jakiś meczet w Aleksandrii.  Ręka Fatimy dbała w tym czasie o moje zdrowie, więc czułem się nadzwyczaj błogo.  Jednak podczas owego snu usłyszałem nagle coś jakby potężne uderzenie pioruna. Ocknąłem się i natychmiast pomyślałem, że to jakieś gwałtowne uderzenie mojego serca było sprawcą owego hałasu.  W chwilę potem zdało mi się, że słyszę głos nawołujący z meczetu do modlitwy. Kiedy jednak wsłuchałem się mocniej w owe dźwięki okazało się, że słyszę głos byka.  "To Minotaur" - pomyślałem w śmiertelnym przerażeniu.  Ach, ile teraz dałbym za to, aby tak było!  

          Poczułem nagle, jak piekielny ogień rumieni i trawi moje ciało i pojąłem, że to ja sam wydaję z siebie ów potworny ryk.  Znajdowałem się bowiem we wnętrzu słynnego Byka Falarysa.  To okrutne i przemyślne urządzenie wykorzystuje naturalny krzyk przypiekanej na ruszcie ofiary do wydawania owego byczego ryku, co umożliwia specjalny system rurek wyprowadzających jęki ofiary na zewnątrz ku uciesze rozbawionego tyrana.   Pewien filozof napisał ongiś, że owa sytuacja, gdyby znalazł się w podobnej pułapce, niewiele go wzrusza, bowiem i tak odczuwać będzie nadwyżkę przyjemności nad cierpieniem...Zapewniam cię, drogi Czytelniku, że to brednie.  

 

 

 

 

piątek, 22 czerwca 2012

                                    - Tylko taki jakiś biedny...

                                    - Kto?

                                    - Adolf Hitler.

                                    - No przecież, że on.

            Nie wiem dlaczego tak smutno mi, kiedy wymyślam takie niestworzone historie.  Prawdopodobnie skądś je jednak znam.  Muszę poczytać trochę na temat reinkarnacji. To i owo już wiem!   Ale...może to nie takie ważne...Człowiek się przecież nie zmienia.  Szkoda, że już nie latają na księżyc.  Za drogo.  Zbroić się trzeba!  Kto wie, kto jutro nas zaatakuje i z jakiego kierunku.  "I spuścił pan ogień na Hiroszimę i na Nagasaki..."  

              Przechodziłem kiedyś przez stary cmentarz pod Stanisławowem.  (Nie wiem, czy to  t e n  Stanisławów, jest ich w końcu wiele!) Pełno tam było przewróconych tablic, a nocą wiał przeraźliwy wiatr.   Podszedłem jednak do pewnego grobu i poświeciłem lampką:  "Generał Igor Iwanowicz Mustafow, weteran Wojny Krymskiej...", ale światełko lampki ześliznęło się też na fotografię nieboszczyka, pięknego, umundurowanego mężczyzny z długimi, siwymi bokobrodami.  

              Po chwili odwróciłem się i już chciałem stamtąd odejść, gdy nagle jakaś koścista dłoń uchwyciła mnie za kark.  Pomyślałem, że to nadzorca cmentarza, albo grabarka, stara baba z czerwonym nosem i ogorzałą twarzą, zawsze pijana.  Ale nie!  Ta dłoń trzymała mnie zbyt mocno podnosząc prawie do góry, a przecież ważyłem, wstyd powiedzieć prawie tyle, ile moja matka.  To nie mogła być ludzka dłoń.  A upewniło mnie w tym jeszcze dodatkowo to, że owa istota wrzasnęła na mnie strasznym głosem:

             - JOB TWOJU MAT! -

             Żaden żywy człowiek nie wydobyłby z siebie równie piorunującego głosu.  Zatrząsłem się z przerażenia, jak świętokradca przyłapany na gorącym uczynku profanowania ikony z wizerunkiem Pańskim.  I nagle przemieniłem się w malutkiego, skamlącego o litość pieska.  A wtedy stalowy uchwyt rozluźnił się i upadłem na ścieżkę między grobami.  Nade mną stał, nie nikt inny tylko Igor Iwanowicz Mustafow, weteran Wojny Krymskiej.  Jego pobladła w świetle księżyca twarz zdawała się upiorna.

             -  Ty błagaj o zmiłowanie! - rzekł po chwili generał pochylając się nieco nade mną. 

             Zacząłem się modlić.  Ale generał wręczył mi do ręki łopatę i kazał kopać sobie grób.  Trwało to prawie do rana, a o pierwszej mgle generał wyjął z torby bukłak z wódką i pociągnął z niego głęboki haust.  Zimno było, że aż mną zatrzęsło.  A kiedy otarł wąsate usta wyjął z kabury rewolwer i wycelował w moją stronę...Co było dalej, nie wiem.    

             Kiedy się obudziłem, siedziałem na stołku w piwnicy oświetlonej tylko bladym światłem lampy, a nade mną pochylały się trzy ogorzałe, a ponadto poważne i zatroskane twarze. Bodajże towarzysz Uljanow zapytał mnie:

             - Jak długo znaliście generała Mustafowa?

             Chciałem odpowiedzieć, że w ogóle go nie znałem, ale udało mi się tylko wypluć z krwią dwa zęby. 

             - Milczycie! - powiedział towarzysz Jegorow i wymierzył mi cios w żołądek. 

             W tym samym momencie towarzysz Wołkow usunął mi stołek spod siedzenia.  Zrozumiałem, że moje położenie jest raczej beznadziejne.

             - Ależ przecież on od dawna nie żyje! - wykrzyknąłem wymiotując żółcią.

             Towarzysz Uljanow skrzywił się nieco i zarechotał:

             - Co ty powiesz?  Popatrzcie go, stary-malutki...

             Musiałem zasnąć, bo obudziłem się na głównej ulicy Stanisławowa.  Był właśnie pogrom i obywatele starali się zatłuc laskami jakieś kobiety i dziewczynki, od których mnie oddzielono i kazano tylko patrzeć jak umierają.  Ich ciała ciągnięto potem za włosy po jezdni.  W tym samy czasie mieszkanki miasteczka w strojach ludowych, śpiewając przy tym raźno, z chlebem i solą witały Gauleitera Galicji płk. Hansa Memlinga, który przyjąwszy pozę rzymskiego dyktatora przyglądał się balkonom, na których już następnego dnia powiesi się buntowników.  Wprawdzie nikt się nie będzie buntował, ale porządek musi być!  Po raz kolejny zasłabłem i utraciłem przytomność.

             Obudziłem się na stacji kolejowej za kręgiem polarnym.  Od jutra miałem pracować w odkrywkowej kopalni promieniotwórczego uranu.  Była jedna z tych pięknych białych nocy, kiedy to w nagłym zachwyceniu nie myśli się o temperaturze powietrza.  Termometr wskazywał minus 52, kiedy po raz kolejny zemdlałem...

            - Doktorze Myszkin, obudźcie się - powiedziała siostra - Zrobimy wam zastrzyk!  Była czwarta rano. Leżałem na łóżku szpitala psychiatrycznego w pewnej miejscowości oddalonej o kilka tysięcy kilometrów od miejsca, z którego wyruszyłem, a siostra Nadia próbowała wkłuć się w moją żyłę podśpiewując przy tym wesoło.  Potem rozdziawiła mi usta i wetknęła w nie dwa proszki, pobudzając przy tym odruch połykania i kontrolując, czy przypadkiem ich nie wypluwam. 

            - Moczy się swołocz! - powiedziała do doktora Dostojewskiego, mężczyzny w średnim wieku o dość przenikliwym spojrzeniu.  Doktor przyglądał mi się przez chwilę w żółtym świetle lampy aż w końcu, chwytając ją za oba pośladki powiedział:

            - Wie pani, duży ubytek mózgu!  Musi się zasklepić po operacji.  To kompletny idiota. 

            Siostra zachichotała, a doktor zapytał:

            - No i jak tam?  Wciąż macie te myśli?  Umrzeć się chce, prawda!  Na wszelki wypadek jednak amputowaliśmy wam dłonie.

            W tym samym momencie pluskwa wielkości pestki od śliwki spadła mi na oko.  A pluskwa, to przecież tajemnica!  Nie wiedziałem już, co powiedzieć i powiedziałem chyba:

            - Mamo.  Chce mi się pić.  Daj mi pomarańcz! 

            Zawsze z bratem, kiedy byliśmy chorzy, prosiliśmy mamę "daj mi pomarańcz", a nie "pomarańczę".    

             

 

 

 

           

    

            

   

 

 

 

 

            

             To nawiązanie do epokowych słów wielkiego pisarza i wizjonera "Gniewny Gienek generator..." itd. 

czwartek, 21 czerwca 2012

              Dawno, dawno temu światem rządził Chaos.  Miał cztery czarne dziury pośrodku, przez które przechodziło błękitne światło.  Potem pojawił się budowniczy Kwam, który stworzył nieboskłon i konstelacje niebieskie.  Minęły tysiące lat i powstało wielkie morze, a z morza narodziła się planeta, na której żyjemy.  Nasze niebo jest czerwone, a słońce ciemno-fioletowe.  Dwanaście księżyców obraca się w okół naszego ciała niebieskiego. Kiedy budowniczy Kwam stworzył to wszystko musiał jeszcze stoczyć morderczą walkę z Chaosem, która trwała milion lat.  W końcu pokonał go, a z kosmicznych dziur pokonanego trysnęły potężne strumienie krwi.  A później, po nieledwie stu tysiącach lat z ziarenek morskiego piasku i potłuczonych morskich muszli powstaliśmy my - Oceanidzi.  Nasze plemię rozrastało się liczebnie, aż w końcu stworzyło naszą cywilizację, kulturę i filozofię, i pierwsze obserwatorium astronomiczne, a w  roku 147 854 wyruszyliśmy, dwoma galerami, na podbój przestrzeni kosmicznej.       

             Po ośmiuset milionach lat kosmicznej żeglugi dotarliśmy do planety Ziemia.  Na miejsce lądowisk wybraliśmy dwa czynne wulkany skryte w górach w brazylijskiej puszczy.   Światem rządziło w tym czasie dwóch absolutnych władców -  Generał John Stuart Dwight i Marszałek Nikita Aleksandrowicz Kołczagin.  Podzielili oni Ziemię na dwie wrogie sobie części, walcząc ze sobą i pożerając się wzajemnie, i co pewien czas bombardując się bronią nuklearną.  Była to walka na śmierć i życie tak zwanych Kowbojów z Mongoidalnymi.  W tym czasie nasi ludzie dokonywali ukrytej inwazji owej planety, aby w końcu w roku 8 000 147 858 naszego czasu ostatecznie opanować i skolonizować Ziemię, niewyczerpane źródło złota, diamentów i pereł.  Przez następne trzysta lat wprowadziliśmy gospodarkę rabunkową w skali świata, a z ludzi uczyniliśmy niewolników skutych łańcuchami.  My, istoty inteligentne mieliśmy do tego moralne prawo, bowiem niewolnictwo uczyniło ludzi istotami bardziej kulturalnymi, aniżeli byli nimi przed naszą inwazją. Wprowadziliśmy też dla wszystkich lekturę obowiązkowej księgi zatytułowanej "Nieziemskie brednie" (w języku oryginału "Yddgrydd") i kazaliśmy tubylcom recytować ją w chwilach przerwy w pracy na plantacjach i w kopalniach, oraz w chwilach wolnych od oganiania się od tarantul i moskitów.  Kto nie chciał recytować owej księgi rzucany był w ogień i palony żywcem wraz z całą swoją rodziną. 

            Po upływie kolejnych trzystu lat porzuciliśmy Ziemię i zamieszkujące ją nieliczne skarłowaciałe istoty i powróciliśmy na naszą planetę, wyznaczając na Ziemi namiestnika Tytusa Palpitusa Musculusa, zwanego też Ciemiężcą.   Do dzisiaj jeszcze na pamiątkę naszej inwazji liczymy przywiezione przez nas sztuki złota, a w złotych klatkach trzymamy po kilka egzemplarzy owych prymitywnych ziemskich istot ku dalszemu rozmnożeniu.

                     

 

 

wtorek, 19 czerwca 2012

            Niestety moja wiara w człowieka po raz kolejny załamała się, co prawdopodobnie nie pozwoli mi na dokonywanie wpisów w najbliższym czasie.   Pozdrawiam jednak serdecznie tych, którzy zechcieli czytać moje marne utwory.  Wydawało mi się, że mogą czasami kogoś ucieszyć lub rozweselić. O sobie zaś mogę powiedzieć jedynie: "Remember me, but ah! forget my fate".  To słowa pięknej pieśni, którą nawet sam potrafię śpiewać swoim ciemnej barwy tenorowym głosem - chociaż odpowiednim do jej wykonywania głosem jest sopran.  

 

          

               

poniedziałek, 18 czerwca 2012

         Do interesu trzeba wiary, a do wiary interesu.  To nic, że lichwa jest niemoralna. Banki wyciągają pieniądze nawet ze spadkobierców, jeśli nieopatrznie przyjęli obciążony spadek.  A żeby grać na giełdzie trzeba być kimś!  Trzeba do tego wiedzy i kompetencji.  Handlować w świątyni można. Chyba tylko jakiś szaleniec wyganiałby stamtąd przekupniów. Sądy decydują o tym, co jest prawdą. A w ogóle to ważna jest ropa naftowa, potencjał nuklearny i szacunek u ludzi.  Jeżeli możesz zniszczyć świat, to znaczy, że chcesz mu dać pokój!  

                                    Poza tym moja głowa jest naprawdę pusta.

                   Proponuję umorzyć, bo trochę już sen mnie morzy! 

                                               Rzecze mucha do pająka,

                                               "Czemu się tu pająk błąka?"

                                               Jąka się pająk: "Nie wiem, mucho,

                                               Lecz muszę spożyć cię na sucho!"

                                               Mucha na to przerażona:

                                               "Ja nie jestem pana żona!"

                                              I gdy tak sieci się lęka,

                                              W kloace tonie i już nie kwęka!

                                              Aż dotąd chodzą słuchy

                                              - Strzeż się niewinnej muchy!

                                              Lecz jest i inna mucha,

                                              I pająk się udobrucha                                                                                                                          

                 To, niestety, każdy z nas.  Choćby za życia nadął się jak ropucha!

                      Towarzysz Breżniew cierpiał pod koniec życia na demencję.  Kiedyś był na pogrzebie swej prawej ręki, towarzysza Susłowa.

Idą tak, idą w deszczu, a orkiestra gra.  Ktoś pyta Breżniewa - No i jak tam, towarzyszu Breżniew, Jesteście zadowoleni z ceremonii pogrzebowej? Naprawdę tylu ludzi przyszło tu dla naszej sprawy.  I to pośmiertne odznaczenie, naprawdę wzruszyłem się do łez.  

                     - Zadowolony.  Ale gdzie jest Susłow? 

                     Tak to w bywa w życiu wielkich ludzi - tracą pamięć, ale historia o nich nie zapomni.

                   

                    

                  Mistrz Jin-Jang stał nad rzeką i przyglądał się przepływającej wodzie.

                  - Nie chciałbym być niegrzeczny Mistrzu, ale po co przyglądasz się wodzie? Czy nie lepiej w tym czasie zrobić coś pożytecznego?

                  - I ja tak niegdyś myślałem - powiedział Mistrz - ale teraz wiem, jak szybko życie przemija i dlatego chcę się uczyć od wody.

                  - A czegóż to można się nauczyć od wody innego, niż tego uczy Laozi?

                  - Kiedyś i ja uczyłem się z książek, ale najlepiej uczyć się od ludzi, trawy, drzew i od rzeki.

                  - Dlaczego zatem Panie, nie uczysz się od morza, jest takie głębokie, albo od niezmierzonych gwiezdnych otchłani?

                  - Morze i przestwór niebieski są dla mnie zbyt wielkie.  Morze czerpie swe wody z tysięcy rzek, a przestrzeń niebieska swe światło od Drogi Mlecznej.  My, ludzie jesteśmy niby krople wody, a obraz rzeki przywodzi nam na myśl nieuchronny koniec wszystkiego. 

                  -  Tak patrzysz i co?  Czy stałeś się przez to mądrzejszy, niż jesteś?

                  -  Nigdy nie byłem mądry - powiedział Mistrz - lecz jestem ufny i ciekawy życia jak dziecko.

                  -  Czyż Laozi nie powiedział tego przed tobą? 

                  -  Naprawdę myślisz, że ważne jest, co ktoś powiedział?  Tak was teraz edukują na Uniwersytecie w tym Pekinie? 

                  -  Tak mówią. Czyś nie słyszał nigdy o paradygmatach w filozofii?  I o tym, że nie można już dzisiaj cofnąć się przed Kanta?

                  -  Ach, to?  Ja zawsze cofam się przed Kanta.

                  -  Nic dziwnego, że nie zostałeś jeszcze profesorem.  Medytujesz tutaj, a koledzy zdmuchnęli ci sprzed nosa wszystkie stanowiska. Jesteś biedakiem i musisz wszystkich prosić o ryż.  Jakie to musi być upokarzające!  Heraklit powiada, że nie można dwa razy wejść do tej samej rzeki, a jego uczeń Krates, że nie można do niej wejść nawet raz.  Na cóż ci takie bezużyteczne doświadczenie.  To, czego dzisiaj się nauczyłeś wycieknie ci jak woda przez palce.

                  -  Woda uczy mnie jak płynąć dalej, zachowując otwarty umysł. Kiedy tak patrzę na te wodę moje serce ucisza się.

                  -  Ale masz gadane!  Myślisz, że powiedziałeś coś mądrego?  Gdybyś miał samochód i był teraz rok 1968 spaliłbym ci go, ale ty niczego się nie dorobiłeś i już dawno zarzucano ci podejrzany eskapizm.  W dodatku jeszcze się nie zabiłeś.  Nie wstydzisz się tak żyć. A może jeszcze powiesz, że lubisz zen?

                  -  Szczerze nienawidzę zenu!

                  -  Dziękuję za miłą pogawędkę, ale straciłem już i tak dużo czasu.  Do zobaczenia - kiedyś tam.  Wydaję teraz całą serię wspaniałej literatury ezoterycznej.  Wpadnij kiedyś!  Wciąż podróżujemy między Katmandu, a Marokiem, i, w przeciwieństwie do ciebie, jestem całkowicie wypłacalny!  Nie ma to jak kontrkultura!

                  -  Lubię słuchać jak rzeka łka jesienią na wietrze.          

                  -  To po co jeździłeś kiedyś do Londynu?

                  -  Kupić komunistyczny makaron w chińskim sklepie.  Przypominał mi Polskę.  Nawet sezamki i ogórki kiszone można było tu kupić u Żyda.   A, prawda kupiłem też sobie Zhuangzi w przekładzie Burtona Watsona.

                  -  Słyszałem, że to słaby przekład.

                  -  Jest naprawdę cudowny.  Tak jak moja miłość! 

 

 

 

sobota, 16 czerwca 2012

            Podobno w Łazienkach otwarto dzisiaj Chińską Aleję.  Nie zdążyłem jednak tego zobaczyć.  Za to wieczorem udałem się na ulice Podchorążych, która w sporej swej części przechodzi obok Łazienek.  Dotarłem tam przed jedenastą.  Patrzyłem, jak kwitnący za parkanem bez osypuje się na murek ogrodzenia i jak zwykle usiłowałem sfotografować swój cień, bowiem niczym innym już nie jestem, tylko owym Cieniem.  Nie wiem dlaczego jestem przekonany, że ów cień mnie przeżyje i że po śmierci będzie istniał jeszcze bardzo długo - może nawet trzysta lat.  Jakże różnymi jest on jednak istotami - raz chińskim wojownikiem obsypanym jesiennymi liśćmi, innym razem podwójnym mrocznym widmem lub różojadem, czasami staje w rozkroku na nogach długich jak szczudła i prawie dosięga księżyca, bywa, że ma głowę szakala, albo morduje młotkiem mój drugi cień - jednym słowem nie nudzi się!  Ja zaś z pokorą ustępuje mu miejsca.

           Sprzeczność.  Bez możliwości znalezienie rozwiązania. Jakże tęsknię czasami za Jej twarzą, której teraz nie mogę zobaczyć, albo za dotykiem Jej dłoni.  Czy to nie dziwne, skoro już mnie nie ma?

           Jednak tym razem wydarzyło się coś nieprzewidzianego.  Dokładnie w tym miejscu, gdzie spacerowałem kiedyś z mądrą Emmą, która znikła gdzieś w oddali - tak, z tą Emmą, która mówi o sobie, że jest Wiosną, chociaż przeżyła już prawie sto lat! - dokładnie w tym miejscu, gdzie widzieliśmy kiedyś razem jeża, gwałtownie zawirowało powietrze i ujrzałem przed sobą Świetlistą Postać, która nie miała twarzy.  Niedaleko od tego miejsca jest niewielka kapliczka, przy której umieszczono dwa okazałe znicze, pomyślałem więc, że to może duch owego miejsca.  Jednak to niemożliwe, bowiem tam, gdzie pojawia się krzyż, istota tego rodzaju czuje się nieswojo, aż w końcu ucieka.  "No dobrze.  Już się nie bój. To na pewno nie duch.  Zresztą za szybą umieszczono zdjęcie Jana Pawła II.  To może być co najwyżej zmora" - powiedziałem sobie, pragnąc wzmóc swą odwagę.   

           Pedro Florez w swoim niestety już dzisiaj prawie zapomnianym "Traktacie o Zmorach i Strzygach włóczących się po drogach i porywających dziatki" napisał, że "Zmory bywają niekiedy tak zachwycająco piękne, że nawet poeta po wytrzeźwieniu nie rozpozna w nich upiornej istoty z tamtego świata.  A kiedy w zachwyceniu pragniesz scałować jej usta, bestia morzy cię tak długo, aż wyzioniesz ducha i to niezależnie od tego, czy jesteś Ojcem, szlachcicem, mieszczaninem czy prostym parobkiem".   A bł. Alfons z Murcji, ten sam, który jadąc na osiołku nad Nilem i zrywając nenufary, omal nie padł ofiarą krokodyla, zauważa: "Na ataki owych przebiegłych istot narażeni są też zakochani, którzy w swej dziecięcej ufności widzą wszystko na opak za poduszczeniem samego Belzebuba, księcia piekieł.  Temu jednak, komu Pan Nasz Jezus Chrystus podaje swą dłoń nic już zagrozić nie może".   Fragment ten zawsze wydawał mi się smutny.  "Dlaczego Chrystus poda mi swą dłoń dopiero w chwili śmierci?  Przecież znam go tak dobrze i noszę Jego miłość w moim sercu" - myślałem niejednokrotnie. 

          Nie lubię myśleć o swojej śmierci.  Zawsze będzie przedwczesna, a jednocześnie spóźniona.  Czy nie należało zabić się, gdym ukończył dziewiętnaście lat?  Po mojej pierwszej miłości nie byłoby już następnej, a zatem ocaliłbym swą niewinność. Z drugiej strony jednak najbardziej jestem ciekaw tej, która jest we mnie teraz, a jest to miłość do życia i do delikatnego, trochę zawstydzonego uśmiechu Mojej Ukochanej...za który gotów jestem umrzeć.

         To ta miłość, o której mój psychoanalityk Dr Diavolo mówi, "Sam sobie powróz kręcisz na szyję!".  "Jak to", zapytałem kiedyś, "czy cierpię na kompleks Fausta?"  "Oczywiście nie! - odpowiedział - Ale ma pan nie po kolei w głowie.  Dziewczyna jest piękna i nieszczęśliwa. Piękną być przestanie, a nieszczęśliwa będzie zawsze, bo nie jest pan księciem z bajki tylko ofiarą losu.  Czy ona chociaż pana kocha? Im prędzej pan wytrzeźwieje i ją porzuci, tym lepiej dla pana, bo wtedy ona tego nie zrobi, i dla niej, dla wszystkich, dla jej ojca, matki i braci, nawet dla mnie i dla całego społeczeństwa, które, proszę pana,  gardzi takimi chorobliwymi stanami umysłu. Czy ona ma dzieci? Jeśli tak, to tym lepiej i dla jej dzieci".  "Ależ Fra Diavolo!  Protestuję przeciwko takiej interpretacji!  Czy nie słyszał pan nigdy o tym, że prawdziwa miłość nie przemija?  Nie mam na myśli bynajmniej jakiejś podejrzanej "chemii", jak to nazywacie, a która jest w istocie grą hormonów, ani miłości jako dzikiego porywu serca zakochanego wilka, ale tę miłość, której pan zapewne nigdy nie zaznał i nawet nie przeczuwa jej istnienia, a która istnieje w głębi naszej duszy". 

        Dr Diavolo wybuchnął głośnym śmiechem i rzekł: "Każdy tak mówi w chwili zaślepienia.  Co do mnie, to i ja kiedyś kochałem, ale przez pomyłkę. Typowa czynność pomyłkowa. Miałem ochotę, ale przez pomyłkę się zakochałem.  Uszy do góry, Aurelio!  Pan ma na imię Aurelio?...Więc powiem panu, otrząśnie się pan z tego. A do Fausta, niestety, panu daleko. Wie pan, że Faust miał jednak ogromną wiedzę i o ile wiem zgłębił całą filozofię w poszukiwaniu filozoficznego kamienia.  A pan może ma kamień w nerce i to wszystko, młody człowieku!".  "Nie. W nerce nie mam.  USG wykazało, ze mam kamień na sercu" - odpowiedziałem -"Jest bardzo ciężki!"

        "Pan, taki wrażliwy!" - huknął doktor - "Niech pan się czymś zajmie!  Dziewczyna i tak od pana odejdzie.  Albo pana zdradzi. Tak czy inaczej radzę panu, niech pan się weźmie za swoje sprawy zanim jeszcze nie jest za późno. Wie pan, że jest pan potencjalnym samobójcą?".  "Nie tylko potencjalnym, ale ja nie mam żadnych ważniejszych od tej spraw".  "To musi pan mieć, proszę pana!  I ten kamień od razu spadnie panu z serca.  Łups!  Nie może pan być ciągle rachitykiem. Przepiszę teraz panu lubczyk i kilka innych afrodyzjaków + LSD i niech pan szuka sobie nowej dziewczyny. Łatwo ją pan znajdzie. To taka, której nie będzie pan kochał i którą bez skrupułów porzuci pan dla innej. Potrzebuje pan mocnych, męskich wrażeń. Seks, hazard i alkohol. Może trochę muzyki, byle nie klasycznej. To wszystko.  Nie ma co wydziwiać...A, byłbym zapomniał, może pan tak podpisze ten formularz? To, wie pan chyba, co to jest? To cyrograf.  Taka, wie pan, umowa cywilno-prawna, czy coś w tym rodzaju. Czysta formalność! My w piekle nie przywiązujemy do tego żadnej wagi. Chodzi tylko o to, żeby pan się przyznał do tego, że jest pan idiotą. Ważne jest praktyczne życie mój, chłopcze"

       ...I zniknął.    

      

 

 

              

 

 

 

 

 

piątek, 15 czerwca 2012

              Panie Tomku,

              Kiedy Pan mówił o koledze, który wczoraj odszedł, przez chwilę miałem wrażenie, że chłopak umarł.  Ale atmosfera jest pewnie taka i może po prostu nie tylko miał dość, ale podjął słuszną decyzję.  Mnie osobiście bardzo to miejsce teraz przygnębia i gdyby nie entuzjazm i niezwykły optymizm Pana koleżanki, to nie wiem, czy bym się tu dzisiaj odnalazł.  Ta sytuacja jest doskonałą ilustracją tego, jak można mając świetnych pracowników i dobre warunki lokalowe wszystko popsuć.  Nie dziwię się, że prawie każdego normalnego człowieka, który znał to miejsce z lepszej strony, to przygnębia.  Ale oczywiście być może mój ogląd sprawy jest subiektywny - chociaż, o ile wiem, całkowicie podziela go nasz wspólny znajomy - stały klient, z którym niedawno długo rozmawiałem na ten temat.  Wyraził on nawet opinię, że te zmiany są wyrazem dość aroganckiego stosunku do klientów, a ma do tej opinii prawo bo zostawia tutaj sporo pieniędzy (jak ja niegdyś).  Moim zdaniem instytucja, w której do takiego stopnia nie szanuje się praw pracowników i potrzeb klientów, i w której rządzi atmosfera ubeckiego strachu, nie ma szans na godziwe przetrwanie, a biznes staje się, niestety, coraz bardziej prymitywny...Może jednak lepiej już handlować pietruszką?...Przykro mi, że musiałem to napisać...jak Pan wie mam bardzo sentymentalny stosunek do tego miejsca.  Szkoda mi też osobiście Pana, bo chociaż doskonale Pan sobie w tej sytuacji radzi i jest Pan człowiekiem rozumnym i życzliwym, to jednak musi to Pana trochę kosztować.  Ta zabytkowa kamienica położona w centrum naszego czcigodnego miasta zaczyna przypominać dom nawiedzony przez stado demonów.

             Pozdrawiam Pana serdecznie,

             Aurelio,   15 VI 1740

   

                   

czwartek, 14 czerwca 2012

                          Profesor: - Niech pani powie, kto napisał "Iliadę"? Niech się pani nie wstydzi. Naprawdę pani nie zjem. A może być nawet piątka!

                          Studentka: - Ten, no, chyba...mogę strzelać?  Homar...

                          Profesor:  - Homar, powiada pani, ale troszeczkę może się pani jednak pomyliła?

                          Studentka:  - Ja na pewno się nie pomyliłam. Powiedziałam przecież Homar!

                          Profesor:  - Ale chciałbym pani zwrócić uwagę...

                          Studentka:  - Na co chce mi pan zwrócić uwagę!

                          Profesor: - W zasadzie odpowiedziała pani dobrze. Na pewno się pani przejęzyczyła...Ale może być czwórka...

                          Studentka:  - Powiedziałam wyraźnie Homar napisał "Helladę".  Ma pan chyba coś ze słuchem!

                          Profesor:  - Możliwe. Wpisuję zatem pani czwórkę.

                          Studentka:  - Wykluczone!  Odpowiedziałam na piątkę, koleżanka słyszała...

                          Profesor:  - No dobrze. To niech tylko jeszcze pani powie, kto to była Safona?

                          Studentka:  - To może koleżanka odpowie?...  Sefora?  To są takie perfumy.  Wie pan, nie mam już czasu!  Stawia mi pan tę piątkę czy nie?

                          Profesor (na stronie):  "Niby umie, ale taka nieśmiała. Trochę się przejęzyczyła.  Może jeszcze dam jej szansę"

                          Profesor:  - Może pani powie ile jest dwa razy dwa?

                          Studentka: - Specjalnie zadał mi pan podchwytliwe pytanie - koleżanka słyszała. A pan chociaż wie, ile to jest?

                          Profesor:  - Jak dla pani, to chyba z osiem!  Ale dobrze.  Niech będzie piątka, dla świętego spokoju.

                          Studentka:  - Dopiero teraz!  Wie pan, że postawiłam panu jedynkę.  Jest pan niekompetentny, nieuprzejmy

                                            i nie przygotował się pan do egzaminu

                          Profesor: - Przepraszam panią serdecznie.

                          Dziewczyna: - Teraz to już jest za późno!

 
1 , 2