Kategorie: Wszystkie | "Dziewczyny, bądźcie dla nas dobre na wiosnę" | ...bez końca | 0 | 100O i jeden Rabinów | A Puszkina też zapuszkują? | A moze to tylko pomieszanie zmyslow | A nie lepiej być purystą? | Aaaaaaaaaaaaaa...aalfabeta | Ach, gdzież jest litość lub wspolczucia pozór? | Ach, gdzież jest litość lub współczucia pozór? | Adam Mic - Kiewicz | Adaś i Ewka | Aforystyka | Amerykański sen | Autopsychoterapia | Bez sensu to to! | Bez szaleństwa... | Bezmyślne okrucieństwo | Bezradność | Biedna Szymborska | Biedny Kapturek! | Bliźni miłości | Bliźniego miłość... | Blondyn | Blue Bossa | Bojaźń i drżenie | Bratnie dusze | Bruner, ty świnio! | Buddyzm w życiu codziennym | Bóg mi poskapił tej anielskiej miary... | Bóg mi poskąpił tej anielskiej miary... | Bójstwo samo | Caritas | Chiziofrenia | Choroba na śmierć | Chwila ułudy | Chwila wytchnienia | Chłodne upojenie | Cierpienia i radości | Cierpienie i radość | Cleen feed | Cnota niedoli | Co slina na język przyniosła | Co tam panie w polityce? | Co w niebie piszczy | Co ślina na język przyniosła? | Corrida | Coś dla duszy... | Coś tak wulgarnego | Cudotwórstwo | Czarna Perła Tao | Czarny tulipan skrzyżowany z czarna różą | Czarny tulipan skrzyżowany z czarną różą | Czary Mary | Czego nie przysięgał Hipokrates? | Człowiek nie jest rzeczą | Człowiek to brzmi dumnie, ale nie u mnie | Często chowa | Częstochowskie rymy | Deficyt aniołów | Delightful! | Demokratyczne wybory w Oczodołach | Diabłoterapia | Dla wszystkich i dla nikogo | Dnieje | Do samego siebie | Dodatek | Dowcipas dnia | Duma narodowa | Dusze drzew | Dyskretna mgiełka autoironii | Dzielność | Dziki kapitalizm | Dzisiejsza młodzież | Dzisiejsza młodzież nosi ładną odzież | Egzystencjalizm jest chumanizmem | Ekonomia zbawienia | Elegancja Francja | Elegijnie | English gentelman | English gentleman | Epicurus | Ewa tylko ziewa | Falochron | Female | Filozofia bez uczoności | Forever Loving Jah | Gadu, gadu | Gadu, gadu, trochę więcej jadu | Gal Anonim | Gaz dla pedałów | Gaz dla pedałów, młot dla sierpów | Gdy rozum śpi... | Gendarme | Genek, gienialny gieniusz | Geno Typ | Gorący uczynek | Grabarz | Grabarz nonsensu | Gry i zabawy literackie | Głupota przysłowiem narodów | Głębie i tajnie Podświadomego | HIstoria nauczycielką bicia | Herbatka zen | Homo economicus | Homo sapiens czy Homo politicus | Humor absurdalny | Humor nieco absurdalny | Humor, satyra, panie... | I rekiny w oceani mają zębów cały rząd | I rekiny w oceanie mają zębów cały rząd | Indie Wschodnie i Zachodnie | Industrial | Istnieje również wrodzony brak poczucia humoru | Ja tam bynajmniej nie wiem | Jak długo będę jeszcze żył? | Jak uprawiać agresywne dziennikarstwo? Poradnik dla początkujących | Jakże cżęsto powtarza się ta historia | Jakże trudno czasami coś sklecić! | Jan i Małgorzata | Jan z Czarnolasu | Jesienna muzyka | Jeszcze smutniej! | Jeździec Apokalipsy | Językologia | Kaczuszki mandarynki | Karawana idzie dalej | Katedra Adamowego Żebra | Kawa z Kafką | Każdemu według naszych chęci | Każdemu według potrzeb | Każdemu, o czym tylko zamarzy | Kiciuś Miciuś! | Kicuś Micuś! | Kiedy człowiek staje się bestią | Kiedy owce nie milczą | Kij w mrowisku | Kniaź Wiktor | Kochani ludożercy | Kolacja Pani Sowy | Kometa tylko głownia nie ta | Konkwista | Koryfeusz nauki, milośnik sztuki | Koty i inne zwierzęta | Koty, głupoty, palikoty | Kości rzucone są | Kość słoniowa | Kto pierwszy był człowiekiem, kto będzie nim ostatni | Kto pisze teraz historię? | Kuchnia szamańska | Kwiatki Św. Franciszka | Kwiatostan śmierci | Kwitnienie kultury | Kwitnąca wiśnia | La colombina i ciche ukojenie | Lekarzu - lecz się sam! | Lenin wiecznie żywy | Leśmianiada | Lichwiarstwo polskie | Liryki i prztyki | Logika dziejów | Londyńska mgła niepamięci | Londyńskie przygody | Los ofiary | Los puka do moich drzwi | Lotosowy wpis | Ludzie ludziom... | Lunatyzm | Lęk społeczny | Made in Japan | Maligna | Marność nad marnościami | Marność nad marnościami. Rekoleksje Wielkopiątkowe | Marzenia senne | Marzeniologia stosowana | Maszkary i senne dziwadła | Maszkary i senne widziadła odbite w lustrze | Mała czarna z Kafką | Medycyna naturalna | Meine Liebe Augustin! | Melancholia | Melancholia stosowana | Memorabilia | Meszreiw | Meteo | Mgiełka autoironii | Mglisty dzień. Mgła | Mikołak | Mistrz i Małgorzatka | Mistycyzm lunarny | Mistyka i miłość | Mitologia osobista | Mitologia świata | Miłość | Miłość bliźniego | Miłość nie zawsze szczęśliwa | Miś Uszatek | Moc rytuałów | Monada nie ma okien | Mowa potoczna | Mowa ptaków | Mowa serca | Moze ktoś zrozumie, co teraz czuję | Może ktoś się ucieszy? | Może ktoś zrozumie, co teraz czuję | Może to trochę zbyt uszczypliwe | Musicology | Muza lekkich obyczjów | Muzyka przywraca ład serca | Myszoterapia dr Nezumi | Myśli prostego człowieka | Mądrość Natury | Mądrość jak z gazety | Mądrość narodów | Młot na faryzeuszy i hipokrytów | Męstwo bycia | Mówił sen do snu | NIe ma na świecie dwóch takich samych liści, ni kropel deszczu | Na jawie (lecz to, co niejawne pozstaje) | Na stos rzuciliśmy szcześcia los | Na stos rzuciliśmy szczęścia los | Na szczytach hipokryzji | Na zdrowie! | Nad piekną rzeką | Najokrutniejsze zwierzę | Najsłodsza tajemnica | Narastająca senność | Nic dzisiaj ciekawego nie napisałem | Nicość | Nie am dwóch takich samych liści, ni kropel wody | Nie bój się - najwyżej cię rozstrzelają! | Nie czas żałować burz, gdy płoną oczy | Nie czas żąłować burz, gdy płoną oczy | Nie każde szczere złoto jest szczerozłote | Nie ma na świecie dwóch takich samych liści ani kropel wody | Nie ma na świecie dwóćh atkich samych liści lub kropel deszczu | Nie ma takiego smutnego, co by na wesołe nie wyszło | Nie ma zazdrości bez miłości | Nie oddamy nawet guzika | Nie tylko dzielenie włosa na czworo | Nie wiem, ja w ogóle nie myślę | Nie zabijaj! | Nie zabijajcie drzew! | Nie zawsze urocza dzecinada | Niebiańskie szczyty głupoty | Niech pani będzie dzielna! | Niech zapłaczą na moim pogrzebie | Nieco drapieżny wpis | Niekoniecznie ptasi móżdżek | Nienawiść bliźniego | Nieosobiście | Nieprzesłane przesłanie | Niestworzone rzeczy | Nieszkodliwe głupotki | Niewczesna melancholia melomana | Niewczesne rozważania | Niewielka profanacja | Niewielkie przekłamanie | Niskolotnie | No No! Teatr No | No comments! | No no! | Nowa poezja lingwistyczna | Nędzne kabareciarstwo | O Leonardo, po cóż się tak trudzisz? | O dzieleniu włosa na czworo, czyli metodzie scholastycznej | O dzieleniu włosa na czworo, czyli o metodzie scholastycznej | Obciachy | Obscenia i parafrenalia | Obsesja dobrego biustu | Ojej! | Oko w oko z zębem mądrości | Okropieństwa | Okruchy odgrzebane z lawy | Okruchy życia wygrzebane zlawy | Okruchy życia wygrzebane z lawy | Okrutna losu ironia | Orientuj się na orient | Owczarek | Owczarki afgańskie | Owocożerni | PL jak piekło | PO PiS | POeci wszystkich krajów dzielcie się | Pan Tadeusz | Panie pośle, po chrześcijańsku panu wybaczam | Pańska satyra polityczna jest niegramatyczna | Pendant do pewnego przypisu | Perlikowski | Pewna elastyczność zasad | Pewne jak w banku | Piorunujący piorun! | Po owocach poznacie ich! | Po upadku | Pobożne życzenia | Podpatrywanie Natury | Podroby i inne podróbki | Pokolenie Kainowe | Pokorne ciele | Pokorne cielę | Pokusa | Polak potrafi | Polak potrafi! | Politolog i Politowska | Politycznie niepoprawne! | Polonica | Polonika rycerskie | Polucje i ablucje | Pomarańcze i mandarynki | Pomarznąć dobra rzecz | Pomarznąć dobra rzecz! | Pomoc psychologiczna | Poranna kawka z Kafką | Porąbane marzenia | Potężne i głębokie warstwy pierwotnego mitu | Powieść brukowa | Powszechna życzliwość | Powtórka z cynizmu | Poznaj samego siebie | Prawda | Prawda jest jedna i piękna, ale złożona | Prawda popłaca | Prawdziwa metropolia | Prawi i sprawiedliwi | Prawiezmartwychpowstanie | Prawiezmarwtychpowstanie | Prognoza pogody | Pruski smutek | Przecież cię zjem! | Przedagonalny polski agon | Przegląd sportowy | Przeinaczenia | Przez pychę do pokory | Przeżyjesz to, a pote już tylko grób | Przeżyjesz to, a potem już tylko grób! | Przminęło z wiatrem | Prztyczek | Psiapowiednia Majów | Psubrat | Pustka | Pytanie dość retoryczne | Raczej to nie będzie hit | Radosne gonitwy śnieżnych tygrysów | Radość wędrowania | Rejterada Rejtana | Religie nauczą cie pokory | Res Sacra Pecunia | Romans z pop kulturą | Roots, Rock, Reggae | Rozkosze reinkarnacji | Rozmowa nie na telefon | Rozpacz | Rozpacz na wieki wieków | Rozpacz, która podpełza pod gardło | Ruch i świeże powietrze... | Rybołówstwo cudzołożnika | Rycerz pokalany | Samokrytyka | Samotność egzystencjalna | Sekrety pewnego domu handlowego | Seraphic Flames and Heavenly Love | Siedź na dupie i potakuj! | Somatyka | Somatyka logiczna | Spełniona przepowiednia | Spleśniały ser | Sponsorem tej opowieści jest wydawnictwo Błękitny Wieloryb | Sport to zdrowie | Spowiedź morskiego wilka | Stary Sącz i Nowy Sącz | Stary mafioso | Stołeczne stołki | Stratyfikacja społeczna | Suma sumarum | Sumienie rachunku | Sweet Music and Poetry | Sygnały podprogowe | Szalchetne zdrowie | Szczęśliwa pomyłka | Szekspir do żadnej nie należy epoki | Szkarady | Szlachetna gravitas | Szlachetne zdrowie | Słodycze grafomanii | Słówka | Słówko do słówka, a uzbiera się sówka | Tadeusz Bój Jeleński | Taia chińska podróbka | Takie będą rzeczpospolite jakie tego blogu chowanie | Takie tam, pierdoły | Talking Heads | Tania chińska podróbka | Tatiana | Teorie świata nauki | Terapeutyczie | Terapeutycznie | Thames | The Doors. Uchylone drzwi | The Lion cub | The fruit of beauty and despair | To na pewno nie Lec | To nie żadna filozofia | Tragiczne pożegnania | Transformacja duchowa | Trudna sztuka dialogu | Trudno czasmi coś sklecić | Trzylogia | Trója z polskiego | Twarda rzeczywistość | Ty mi tutaj nie filozuj | Tygrysologia stosowana | Tysiac i jeden ptaków | Tysiąc i jeden kotów | Tysiąc i jeden ptaków | Tysiąc różowych kroliczków | Tęsknica | Tęsknota duchowa | Ubekistan | Ucone księgi | Uczeni ludożercy | Uderzenia losu | Uduchowienie | Umrzeć z miłości | Upadek Pierwszego Człowieka | Uroczy wegetarianin | Uszczelnienie systemu podatkowego | Utrata uzębienia | W czym mogę panu pomóc? | Wciąz powtarza się ta sama historia | Wciąż powtarza się ta sama historia | Wdzieczna muzyka przywraca ład serca | Wesola grafomania z morałem | Wiecej broi dla szaleńców w Teksasie | Wieczne powroty | Wiedza radosna | Wielka wygrana | Wielomówstwo, czyli plaga opowiadania | Wierzba płacząca | Wiosny i jesienie | Witch | Więcej broni dla szaleńców w Teksasie | Wojna totalna | Wpis o kształcie piramidy | Wprowadzenie do kruczków prawnych | Wrzucam wszystko do kosza | Wrzątek | Wspomneinei pewnego wspomnienia | Wspomnienie pewnego wspomnienia | Wspomnienie pewnego wspomnienia | Współczesny filister | Wszystkie rybki | Wszystko na A | Wszystko na sprzedarz | Wszystko na sprzedaż | Wygrana | Węzłowato | Wólka Węglowa | Xin Lu, typowa brunetka o granatowych oczach | Z Nietzschego nic nie powstaje | Z księgi wulgaryzmów | Z rupieciarni myśli | Zaczarowany świat zen | Zanim mnie wrzucą do dołu | Zapowiedź Apokalipsy | Zaraz wracam! | Zasada domniemanej winy | Zaskroniec | Zastał Polskę drewnianą... | Zatrzaśnięte drzwi | Zbaw mie Buddo Amido | Zbaw mnie, Buddo Amido | Zdrowy egoizm | Zegar dziejów | Zestrzelenie księżyca | Zginął z rąk słabej kobiety | Zima się nas nie ima | Zjawiskowe | Znak jaskółki | Zrozumieć wartość tego, co nieużyteczne | Zuch zawsze ochoczy! | Zwierzęta pod postacią ludzi | Zwyciestwo konsumpcjonizmu | Ząb mądrości | ie zabijajcie drzew! | ieosobiście | kosmos | Łagodne prawo, ale prawo | Łagodność tygrysa | Śmiechotki, chichotki | Śmiertelna powaga | Śmierć | Światełko w mroku | Świętość, wziętość, nadętość | Życie jest tragiczne | Życie samo | Życzliwe spojrzenia na całość ogródka | Żyć, nie umierać
RSS
wtorek, 30 kwietnia 2013

          Biedny Ryszard III.  Żeby po śmierci nikt nie traktował go poważnie przemalowano jego portret, tak, aby zaznaczyć na nim ślady złośliwej ułomności.  Podobno nawet urodził się dopiero po dwóch latach, przez które pozostawał w łonie matki i to z wszystkimi zębami i owłosiony.  Szekspir zaś przedstawił go jako zdrajcę, którym nie był i dzieciobójcę, chociaż nie ma na to żadnych historycznych dowodów. Zgodnie z tradycją przekazaną przez Tudorów,  ukazuje go jako istotę fizycznie brzydką i wewnętrznie zepsutą.  Miał mieć niewładną rękę, a według innych autorów być garbatym karłem.  

          To jeszcze jeden dowód na to, że zwycięzcy piszą historię.  Ciekaw jestem jak będzie wyglądała historia najnowsza spisana za kilka pokoleń. 

          

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

        Żyć, to coś więcej niż jeść, pić i spać.  A istnienie, to także coś innego niż praca, zabieganie o coś i gadanie.  Powiedz to pierwsze kotu, a nie zrozumie cię.  Powiedz to drugie człowiekowi, a i ten cię nie zrozumie...A jednak kot z wielką precyzją potrafi wkomponować się w plamę słonecznego światła, której psychiczna i fizyczna aura sprawia mu błogość.  Człowiek zaś jest zdolny do kontemplacji i miłości, i do zapomnienia o sobie w skupieniu i marzeniu.

        Dlatego prawdą jest to, o czym mówił w swoim popularnym wykładzie pewien psycholog, którego miałem niedawno przyjemność słuchać:  "Większość ludzi nie wie, po co żyje".  Czują oni wprawdzie instynktowną konieczność rozmnażania się, spełniania obowiązków i bycia w zgodzie z innymi, lecz nie myślą o własnym zdrowiu, odpoczynku, o uczeniu się czegoś, o poznawaniu i doświadczaniu życia. 

        Ten brak poczucia sensu własnego życia i nieustanny brak czasu dla siebie jest czasami wyrazem braku skupienia na tym, co w życiu ważne lub skłonności depresyjnych, lecz bywa także konsekwencją brutalności społecznego życia, które potencjalnie twórcze, lecz pozbawione zaradności osoby spycha na margines, nie pozostawiając im miejsca na jakikolwiek głębszy oddech.  Nie ma chyba smutniejszej rzeczy niż owo społeczne marnotrawstwo inteligencji i wrażliwości oraz powszechna zgoda na ten stan rzeczy charakterystyczna dla społeczeństw o niewysokiej kulturze.         

         Słucham "Sonat na skrzypce i klawesyn" Bacha - w jedynym, jakie mi pozostało, wykonaniu Floriana Deutera i Philippe Grisvarda (Eloquentia).  Kocham te sonaty i miałem do niedawna ich kilkanaście wykonań, w tym wszystkie najbardziej przeze mnie podziwiane.  To akurat pozostało przy mnie zupełnie przypadkowo i z pewną obawą włączyłem CD...ale muzyka od pierwszej chwili przypomniała mi wszystko, co w tych sonatach kocham.  Z radością skonstatowałem, że nie znam naprawdę nieudanego wykonania tych cudownych utworów.  To zresztą cecha, którą w sobie szczególnie lubię - potrafię słuchać muzyki wyłączając swój krytycyzm i nie zastanawiając się, co mogłoby brzmieć lepiej, a co gorzej i ciesząc się z tego, co artyści mają do przekazania.

        W muzyce takiej jak ta, poza techniczną sprawnością wykonania i jej zgodnością z zapisem nutowym, istotne jest przede wszystkim samo przeżycie - a jego wyraz zależy od wielu różnych rzeczy - od zdolności, temperamentu, wyobraźni, umiejętności  wczuwania się w ludzkie przeżycia (chodzi tu nie tylko o sam muzyczny afekt, lecz o swoisty humanizm), a także swoistej pokory wobec intencji kompozytora.  Kiedy np. sonaty te grają Sigiswald Kuijken i Gustaw Leonhardt, to mamy poczucie, jakby utwory te dla nich właśnie były skomponowane.  Szlachetna powaga, koncentracja, skłonność do pewnego introwertyzmu i melancholii (sam Bach nie był introwertykiem, jednak w niektórych utworach odnajdujemy owo absolutne skupienie typowe dla introwertyków) sprawiają, że słuchamy tej muzyki z poczuciem jej absolutnej wyjątkowości i piękna.    

        Istotny jest też prawdziwy dialog między wykonawcami, możliwy jedynie wtedy, kiedy umieją "wsłuchiwać się w siebie", a ich możliwości wykonawcze są zbliżone.  Istnieją takie wykonania, w których ów dialog jest pełny i takie, w których głos jednego z instrumentów przeważa (sporo zależy też od tzw. reżyserii nagrania).  W sonatach Bacha klawesyn jest niemniej ważny, a może nawet ważniejszy od skrzypiec i proporcje między tymi instrumentami nie powinny być naruszone. 

        Niestety zwykle jeden z muzyków jest bardziej uzdolniony od drugiego i jego głos jest bardziej słyszalny i to nawet wtedy, kiedy stara się on o autentyczny dialog i świadomie usuwa się w pewnych momentach na drugi plan.  W nagraniu, którego właśnie słucham, dominują skrzypce, a klawesyn tworzy dla nich często jedynie swego rodzaju tło jak instrument, który nie jest równorzędny, lecz akompaniujący.  Florian Deuter to bowiem znany koncertmistrz wielu czołowych europejskich orkiestr i kierownik swojej własnej orkiestry, a jego partner to po prostu  j e g o  klawesynista.  We wzorcowym i najpoważniejszym ze znanych mi nagrań owych sonat, o którym przed chwilą wspomniałem - klawesyn skupia na sobie znacznie większą uwagę, nadając brzmieniu wykonywanych utworów ową szlachetną powagę.   Podobnie jest np. w nagraniu Biondiego z Alessandrinim, Podger z Pinnockiem, albo Mullowej z Dantone.  Bywa jednak, że nasza uwaga skupia się na wybitnym skrzypku i to nawet wtedy, kiedy ma on świetnego partnera -  tak jest, kiedy gra te sonaty Chiara Banchini, lub na wybitnym klawesyniście.  

       Wszystkie nagrania, jakie znam, są "historycznie poinformowane" i grane na instrumentach o pięknym brzmieniu, chociaż różnią się "realizacją akustyczną" - pod tym względem nagranie Kuijkena i Leonhardta brzmi już nieco archaicznie.  Bywają jednak nagrania, których słucha się niemal wyłącznie ze względu na piękno brzmienia jakiegoś instrumentu lub dźwiękowy komfort.  

       W sonatach Jana Sebastiana, które łaskawie pochwalił nawet jego syn C. P. E. Bach, uważany w swojej epoce za jedynego wielkiego BACHA (Jan Sebastian był ledwie jego uczonym ojcem i znakomitym wirtuozem), mówiąc, że po pięćdziesięciu latach brzmią jeszcze całkiem świeżo, odnajdujemy wiele tragicznego piękna i przejmującej melancholii. Jednak słuchając ich dzisiaj myślałem przede wszystkim o dialogu umysłów i serc, który sprawia, że dostrajają się one do siebie tworząc cudowną harmonię.  Jakże trudno o nią nie tylko w sztuce, ale także w życiu.  Jak trudno jest skromnie ustąpić miejsca drugiej osobie i wsłuchać się w jej głos i ile trzeba czasami do tego cierpliwości i miłości, a także poczucia, że mamy do odegrania jakąś piękną rolę i że, niezależnie od naszych przeżyć, zawsze jest w tej roli coś ponad osobistego.  

       Bachowska melancholia odzwierciedla być może osobistą tęsknotę Bacha za zmarłymi bliskimi osobami, a jednak cała magiczna moc sztuki polega na tym, że uczucia tego rodzaju przestają być wyłącznie osobistą własnością.  Jakże łatwo jest delikatność owych przeżyć zniszczyć  przez fałszywy patos, nazbyt chłodny dystans lub zbyt daleko posuniętą skłonność do bagatelizowania wszystkiego.  Jeszcze łatwiej przez sprowadzenie wszystkiego do muzycznej materii utworu i czysto technicznej wirtuozerii.  Mam nadzieję, że przynajmniej kilka osób nauczyłem takiego odbioru muzyki, który oddając sprawiedliwość jej wartościom formalnym, skupia się na nastroju i przeżyciu. Bowiem miłość to coś więcej niż sprawiedliwość, a ci, którzy tego nie rozumieją są po prostu faryzeuszami.                                 

 

         Posłuchajmy na chwilę buddyjskiego nauczyciela:       

         "Dobrze jest chcieć pomagać innym w konkretny sposób, musimy jednak uważać, by naszego działania nie splamiły trucizny umysłu. Możemy na przykład pomyśleć: "SKORO POMAGAM BEZDOMNYM, TO JESTEM DOBRYM CZŁOWIEKIEM", albo "MUSZĘ BYĆ KIMŚ LEPSZYM OD NICH, BO W KOŃCU TO JA ZASPOKAJAM ICH POTRZEBY" lub: "LEPIEJ BĘDZIE, ŻE IM POMOGĘ, ŻEBY NIKT NIE POMYŚLAŁ, ŻE POZWALAM, BY LUDZIE SPALI NA ULICY". Jeśli jednak ktoś ugryzie nas w rękę, którą podajemy chleb, wpadamy w gniew.  Gdy zaś obdarowany uśmiecha się do nas z wdzięcznością, czujemy się z tego powodu szczęśliwi - w ten sposób nasze działanie zostaje skażone dumą, przywiązaniem bądź awersją. Tego rodzaju trucizny mogą działać bardzo subtelnie - grzęźnie tu wiele osób"  (Czagduk Tulku, "Bramy buddyjskiej wspólnoty", Kraków 2005, s. 150-151, przekład - J. Należnik).     

        Nie jestem wyświęconym buddystą, ale zdaję sobie dobrze sprawę z tego, czym jest owo duchowe samozatrucie, o którym nauczyciele owi mówią, a także wiem jak przykro jest, gdy "ktoś ugryzie nas w rękę, którą podajemy chleb".  Czasami dajemy ludziom znacznie więcej niż kromkę chleba, a oni tego nie zauważają, oczekują czegoś innego lub nie mogą znieść naszej ofiary (bowiem współczucie często upokarza).    

      

 

 

 

 

niedziela, 28 kwietnia 2013

          Nieszczęście goni nieszczęście i strata stratę, a moja samotność pogłębia się -  a mimo to nie potrafiłbym żyć bez nadziei...Bo kiedy dwoje ludzi się kocha, to w końcu odnajdą się... 

          Niezwykle estetycznie poukładane stosy czaszek w ścianach, męskie kościotrupy w garniturach, czasami obleczone skórą i żeńskie w ozdobnych czepkach oraz inne tego rodzaju akcesoria w jednym z włoskich kościołów zrobiły na mnie jak najgorsze wrażenie.  Z przerażeniem uciekłem z księgarni "Traffic", gdzie album z owymi zdjęciami pysznie piętrzy się na półce.  Zamówiono bowiem kilka sztuk tego złoconego dzieła, a ja zajrzałem do niego powodowany dziecięcą ciekawością.  Prawdopodobnie można się takich rzeczy przestraszyć, zwłaszcza zwiedzając kościół nocą, nawet w towarzystwie kulturalnego przewodnika, który powie nam:  "Rzecz zwykła w dobie kontrreformacji.  A społeczność lokalna chciała kontynuować ową tradycję".  Ale dla mnie, wielbiciela baroku, to wstrząs przede wszystkim estetyczny.  A co więcej, to w takim właśnie napawaniu się triumfem śmierci jest owa vanitas i ziemska pycha!  Jakże próżnym trzeba być, aby nie widzieć wartości życia i umieszczać w takim otoczeniu figurę Ukrzyżowanego..."Zważ na okrutne wojny, brak higieny i zarazy, wysoką śmiertelność niemowląt..." - powie przewodnik.  "Wiem o tym, a przynajmniej domyślam się tego, ale Chrześcijaństwo u swego początku nie było wbrew życiu.  Chrystus nie napawał się rozkładem, lecz zapłakał nad Łazarzem i wskrzesił go".    

                                                                                                     

                                                     "Gdy kwieciem pokrywa się łąka,

                                                      Smutniejsza jest rozłąka" - powiedział kiedyś Pan Nezumi, a wszystkie ptaki mu wtórowały.

                                                      

            Jednak brodaty i blady, młody intelektualista Neko nie zgodził się z nim:

            - Przejrzałem wszystkie uczone sutry i mocno dziwię się twojej lekkomyślności, bo tam wyraźnie stoi, że człowiek jasnego umysłu nie zaprząta sobie głowy miłością i przywiązaniem, i innymi tanimi błyskotkami, a kiedy jest wiosna czuje się tak, jakby jej nie było.  Zamiast więc tracić siły na rzeczy jałowe i niegodne męskiej powagi, lepiej oddaj je swojej korporacji i Cesarzowi - rzekł surowo.

            - Czy nie słyszysz śpiewu słowika? - zapytał delikatnie Nezumi.

            - Niech pan sobie daruje te obrzydliwe fizjologiczne szczegóły dotyczące życia ptaków.  Nie mam ochoty wysłuchiwać podobnych głupot!   Jestem starszym subiektem w swojej firmie i muszę robić wszystko, aby mój szef i klienci,a także moja małżonka, mama i siostra, byli ze mnie zadowoleni.                                                 

            - A może po prostu byłeś nieszczęśliwie zakochany, mój drogi dzieciuchu? - spytał jeszcze łagodniej Nezumi -

            - Nie, panie Nezumi.  To obrzydliwe insynuacje.  A najbardziej ohydne i odpychające jest w nich i w samym panu to...

            Ale Nezumi nie słuchał już jego głosu.  Malutkie gardziołko słowika wydobywało z siebie najpiękniejsze trele.  Drzewa wiśni osypały się kwieciem.  Wbrew naturze byłoby opierać się przyrodzonej tęsknocie.  "A ten zazdrośnik Neko, niech znajdzie sobie inną ofiarę dla swego ponuractwa.  Wygodnictwo i uczoność nigdy nie były mi bliskie" - pomyślał Nezumi, ale szkoda mu było Neko, chociaż to kot i okrutnik.

 

 

 

 

sobota, 27 kwietnia 2013

        Dzień wypełniony miałem dość szlachetnymi zajęciami, a znalazł się też czas na sprawy bardziej praktyczne, a jednak - może z powodu pięknej pogody, poczułem się zmęczony i smutny.  Oczywiście na skutki nie trzeba było czekać i od razu spotkało mnie nieszczęście - mam nadzieję, że drobne (bo skutków na razie nie mogę przewidzieć).  Świat zazielenił się i pojawiło się wiele przyrodniczych cudów.  Zakwitły na przykład magnolie, ale nie urosły im listki - i podziwiać można było sam ich biały kwiat.  Zacząłem robić zdjęcia, co wywołało pewien społeczny efekt.  Pod drzewem zgromadziło się kilka osób i podziwiało piękno owego "kwiatostanu", a także to, że jutro już listki urosną i cała magia tego zjawiska będzie już tylko wspomnieniem.  A w ogóle ludzie - w miejscu, w którym byłem - przypominali dzisiaj psy i koty, którym pozwolono wreszcie wyjść na świeże powietrze i słońce.  Zima stanowczo trwała zbyt długo.  Innym cudem był na przykład układ chmur na niebie - tak delikatny, że przypominał mi błękit nieba w Italii (w której nigdy nie byłem).  Znam je jedynie z obrazów i landszaftów.        

       Jak bronić się przed tym lepkim smutkiem, który prowadzi do roztargnienia i przygnębienia?  Kiedyś rozmawiałem o tym z panią z jakiegoś Towarzystwa do Walki z Depresją (nie mam na myśli konkretnego istniejącego towarzystwa o tej nazwie, bowiem jego nazwy, niestety, dokładnie nie zapamiętałem), ale rozmowa zeszła na trochę dla mnie nieprzewidziany tor - towarzystwo potrzebuje sponsorów, ma trudności lokalowe, a w ogóle to zaniepokoiło ową osobę to, w jaki sposób znalazłem darmową psychoterapię.  Zmartwiłem się, że nie potrafię pomóc pani profesor w sprawach, które każdego wpędziłyby w depresję i pomyślałem, że całkiem nieźle się czuję.  

      Pamiętam, jak pewien mój przypadkowy znajomy, Świadek Jehowy, żalił się, że nie chcą go wypuścić ze szpitala do domu po nieudanej próbie samobójczej.  Sugerowałem mu, że zabić trzeba się skutecznie, ale, że skoro tego nie zrobił, z czego osobiście bardzo się cieszę, to kiedy następnym razem lekarz zapyta go - No i jak tam panie X, nadal ma pan te myśli? - powinien odpowiedzieć - Już nie, panie doktorze!     

      Idę sobie ulicą, a tu prawie wjeżdża na mnie ten człowiek - był na rowerze i w stanie całkowitej euforii pokazuje mi, że wyszedł na wolność.  Źrenice miał wprawdzie nieco rozszerzone, więc raczej nie pozostawiono go bez leków, ale, czy jednak nie miałem racji?  Z drugiej strony, muszę jednak przyznać, że moje pragnienie uwalniania ludzi jest czasami całkiem nieracjonalne i że moja rada nie była zbyt odpowiedzialna. A jeśli po okresie chwilowej euforii znajomy targnie się na swoje życie?  Miałem jednak wrażenie, że pobyt w szpitalu i świadomość, że pani ordynator na pewno nie zechce go stamtąd wypuścić pogłębia tylko jego depresję - a owa stanowcza deklaracja, że pragnie wolności mogła go odpowiednio "zmotywować" do tego, aby nigdy już nie znaleźć się pod tego rodzaju opieką. 

 

piątek, 26 kwietnia 2013

          Od pewnego już czasu wydaje mi się, że nie będę żył długo.  Oczywiście mam swoje powody, żeby tak myśleć - chociaż moja wrodzona konstytucja fizyczna może sprawić, że to moje przeczucie nie sprawdzi się w swej dosłownej postaci.  Stąd jednak między innymi ów nieco absurdalny w mojej sytuacji pomysł, aby pisać coś "na blogu".  Rozumiem, że inni tak czynią, bo mają coś ciekawego "do przekazania", coś ich "nurtuje" lub po prostu "bawi", albo "wkurza", ale ja?...

         Może jeden na dziesięć moich wpisów nie jest zupełnie przypadkowy i mógłbym się z nim utożsamić. 

         Piszę najczęściej tylko po to, aby wypełnić pewną pustkę w moim życiu, w chwilach, kiedy szczęśliwi ludzie kochają się lub śpią.  Dlaczego nie jestem jednym z owych ludzi?  Nie wiem...Może dlatego, że jestem notorycznie nieprzystosowany do życia? A moi bliscy są zawsze gdzieś daleko?

         Jeśli chodzi o szczęście, to jestem przekonany, że polega ono przede wszystkim na zapominaniu o sobie - jak to trafnie wyraził pod koniec swego życia Rousseau.  W tym sensie i ja bywam szczęśliwy.  Szczęście to w moim odczuciu rodzaj zadowolenia z istnienia, zadowolenia, którego się nie pragnie i do którego się nie dąży, a które przychodzi samo i jak balsam wlewa się w utęsknioną duszę w chwilach życia szczególnie bolesnych...Nie, nie!  nie staję się poetą, ale jestem przekonany, że pewna archaizacja języka jest konieczna, bowiem język nasz staje się niebezpiecznie stechnicyzowany, a psychologia ulegała spłaszczeniu i zmieniła się w psychologię społeczną, jakby człowiek był tylko jedną z mrówek w mrowisku.  A stylistyka współczesnej poezji?  Niestety jest mi dość obca.            

 

          Od dwóch już lat próbuję napisać krótki artykulik o naturze ludzkiej i co go już prawie napiszę, to poddaję go destrukcji...Dlaczego aż tak trudno mi to przychodzi?   Może dlatego, że nie ma żadnych empirycznych dowodów na to, że człowiek jest dobry lub zły, albo, że nie jest ani dobry, ani zły.  Dlatego pojęcie natury ludzkiej ma w sobie coś z mistycyzmu.  Wprawdzie w człowieku jest pewien potencjał i mógłby być dobry, jednak, niestety, jak poucza nas doświadczenie, ludzie przeważnie tacy nie są.  

         Są co najmniej dwa powody, dla których odpowiedź na to pytanie jest cenna: 

         1. Może ona służyć uzasadnieniu dla koncepcji sprawowania władzy lub socjotechniki.  Jeśli np. człowiek jest dobry, to należy przede wszystkim stworzyć takie warunki społecznego życia, aby owa właściwość ludzkiej natury mogła się ujawnić.  Jeśli jest zły, to nie można mieć do niego zaufania i trzeba go gwałcić, poddając systemowi nagród i kar - przede wszystkim jednak kar.

         2. W chwilach trudnych wiara w człowieka podnosi na duchu.  A jeśli nie jest w nas ona dostatecznie silna, to praktycznie może nam pomóc to, że nie mamy złudzeń. 

        

             Bardzo lubię wierszyk Osipa Mandelsztama, jakże zręcznie przetłumaczony przez J. M. Rymkiewicza:

 

                                                             *  *  *

                                         Przywykają pszczoły do pszczelarza,

                                         To obyczaj pszczelego jest świata.

                                         To dlaczego żądło Achmatowej

                                         Kłuje mnie dwadzieścia trzy lata?      

 

             Ludzie nie są na ogół tak dobroduszni, jak autor i chętnie zagryźliby własne sumienie, gdyby im dokuczało, a los tych wszystkich Sokratesów i innych "nabzdyczonych" kreatur jest od początku przesądzony - zasługują tylko na to, aby ich zmiażdżyć.  Sokrates, jak wiadomo, porównywał się do końskiej muchy.  Ale i pchły tłuczemy, gdy nas z lekka zaczynają drażnić. Prawda - zapomniałem, współczesny człowiek chyba nawet nie wie, co to jest pchła.   

            Ale posuwając się aż do bluźnierstwa powiem - nawet Chrystusa chroni przed ową nienawiścią tylko Jego boskość.  Czy nie miał słuszności Pascal zauważając, że z powodu miłości własnej nienawidzimy przyjaciół, kiedy mówią nam prawdę o nas samych?  A ilu, jak to również Pascal zauważa - mówi tę prawdę poza naszymi plecami? 

             

 

środa, 24 kwietnia 2013

         Odnalazłem niedawno kilka cudownych CD (muzyka indyjska i Bach), które zawsze dostarczały mi wyjątkowych wzruszeń.  Jednak CD, o którym chcę tutaj wspomnieć, to prawdziwe kuriozum.  Nagrał je Bernhard Klapprott, uczeń Boba van Asperena i zawiera sześć sonat Georga Antona Bendy (1757 r), granych na klawikordzie Horna z 1788 r.  Uwielbiam brzmienie klawikordu, a w moich opowieściach fantastycznych zwykle grają na nim widma i upiory.  Jednak wydawnictwo to nawet mnie - miłośnika tego zapomnianego instrumentu, trochę zadziwia.  Na żadnej ze znanych mi płyt klawikord nie brzmi bowiem tak mocno i nie został nagrany tak donośnie.  Wspaniała jest też, jeśli chodzi o informacje o instrumencie, książeczka (CD wydała firma Aeolus).  A co najważniejsze - sama muzyka.  Benda, podobnie jak mój ukochany C. P. E. Bach jest kompozytorem z pogranicza epoki baroku i klasycyzmu, a w jego sonatach dochodzi do głosu ten sam sentymentalny styl.  I teraz słuchając sonat Bendy zauważyłem, że podobnie jak sonaty berlińskiego Bacha, są one równie innowacyjne i retoryczne, i do tego stopnia je przypominają, że to, co uważałem za indywidualne cechy stylu Bacha, należy również i do znamion jego stylu.  Jakże przyjemne są takie odkrycia w okrutnym i bezdusznym świecie, w jakim żyjemy.  I nawet świadomość marginesowości takich po części wynikających z przyrodzonej melancholii, a po części czysto intelektualnych zainteresowań, nie może mnie tej radości pozbawić.  Podobnie jak poczucie zbliżającej się zagłady mojego życia, które czasami sprawia, że nie potrafię muzyki w spokoju słuchać, a tym bardziej delektować się nią.   Zagłada ta (brak dalszej możliwości wykonywania mojego ulubionego zawodu, brak środków do życia, osamotnienie wśród pozornych przyjaciół, tęsknota za bliskimi, a nawet bezdomność i fizyczna śmierć) nie musi być jednak nieuchronna...Tak więc myślami jestem w epoce wprawdzie dość odległej jednak zarazem trochę mi bliskiej.  

        Nie mam już jednak siły, żeby napisać o kolejnym widmie koncertującym nad ranem wśród głosów budzących się po nocy gawronów i innych równie krzykliwych ptaków.  Uczynię to zapewne dopiero za kilka lub kilkanaście dni, bowiem cała ta moja bezużyteczna i niepotrzebna nikomu twórczość nie cieszy chyba nikogo poza mną samym i kilkoma osobami, które czasami pochwalą mnie jak kota, który grzecznie zjadł swoje ciasteczka, a przecież moje spragnione pochwał uszy stoją w wieżyczkach i tylko czekają na miłe słowa i przyjazne gesty, zawsze jakoś przyjemniejsze niż bicie w mordę na odlew (choćby najbardziej uzasadnione w oczach bijącego).     

               

 

            J. J. Rousseau napisał w swoich szkicach: "Wstyd towarzyszy niewinności, występek go nie zna. Ja wypowiadam swoje uczucia, swoje poglądy zupełnie naiwnie, nawet jeśli są najbardziej dziwaczne, najbardziej paradoksalne; nie dowodzę ich, nie uzasadniam, ponieważ nie usiłuję nikogo przekonać i piszę tylko dla siebie".

           Napisał też: "Jedni poszukują mnie skwapliwie, płaczą z radości, rozczulają się na mój widok, obejmują, całują z uniesieniem, ze łzami, inni wpadają we wściekłość, która iskrzy się w ich oczach, jeszcze inni plują na mnie albo tuż obok mnie z takim przejęciem, że intencja ich jest dla mnie zupełnie jasna.  Niemniej jasne jest, że to samo uczucie wywołuje tak różne oznaki".

           A w samych "Przechadzkach" odnajdujemy jakże charakterystyczne zdanie: "Ilekroć spotyka nas jakieś nieszczęście, interesuje nas bardziej intencja niż skutek; dachówka spadająca z dachu może zranić nas bardziej, ale nie rani nam serca tak, jak kamień rzucony umyślnie nieżyczliwą ręką. Uderzenie może nie trafić, ale zła intencja nigdy nie chybia celu"

          Drogi Marzycielu, chciałoby się napisać "Ja - człowiek w odróżnieniu od ciebie zupełnie mały, również znam to uczucie".  I również wypowiadam swoje poglądy całkiem nawinie.  I chociaż jesteśmy tak różnymi ludźmi - tak samo lubimy wędrować po łąkach i widzieć w nich coś więcej niż zawartość aptecznych półek.  I podobnie rani nas kamień rzucony ręką przyjaciela...

        Próbowałem zajrzeć jak zwykle na jeden z moich ulubionych blogów, ale okazało się, że dostęp do niego został zastrzeżony i że także ja - Nazumi13 (a naprawdę Nezumi13, bo zapisując hasło popełniłem błąd ), nie mam już do niego dostępu.   Zmartwiło mnie to trochę ze względu na sympatię dla jego Autorki, ale pomyślałem, że to pewnie jakiś przypadek...Bo chociaż los mój jest ostatnio wielce nieszczęśliwy, czy zasłużyłem czymś na podobną restrykcję?  Przyglądałem się swoim ostatnim wpisom - chyba nie, swoim ostatnim uczynkom - też nie.  Bomby żadnej również nie przygotowałem.  Zapewne więc to jakieś nieporozumienie, które kiedyś się wyjaśni...Mam nadzieję, że nie chodzi o mój tekst "Niezawinione cierpienie" i komentarz, jakim go opatrzyłem.  Mnie się wydaje dość jasny - zamiast zastanawiać się nad sensem cierpienia, warto nie dopuszczać do jego powstawania i do powstawania sytuacji, w których chronienie życia innych musi być aktem samo-poświęcenia (ofiary z życia). 

wtorek, 23 kwietnia 2013

           "Frantiszek Chujek i świadectwo popkultury", to najnowsza książka Adama Bęcwałka, wydana przez Oficynę Wydawniczą "Tumor Mózgowicz". Publikacja jest odpowiedzią na zauważalny ostatnio renesans twórczości Chujka. Co prawda wciąż bardziej znany wydaje się być jego brat Jaromir Chujek, jednak spuścizna jego młodszego brata zasługuje niewątpliwie na intensywną penetrację.  

           W roku 1968 Frantiszek Chujek na widok sowieckiego czołgu oblał się benzyną - jednak zapalniczka nie wypaliła!  Odpowiedzią na tą traumatyczną sytuację był słynny w pewnych kręgach list do Oldżicha Smetany zatytułowany:  "Pochwała Dupczeka".  Po napisaniu tego listu młody autor trafił do zakładu psychiatrycznego. Nie na długo jednak...Książka jest wyborem najcelniejszych esejów Chujka pisanych w latach 1969 - 2009.  Na pytanie "dlaczego je popełnił" autor odpowiada skromnie:

           "Na ulicach Pragi mam często parcie na mocz.  Wychodząc z piwiarni wspominam entuzjazm młodych Bawarczyków na chwilę przed dokonaniem puczu. Po dziesiątym piwie kiwa mi się głowa i jak w przypadku innych intelektualistów wyostrza się mój osąd rzeczywistości.  A wtedy już tylko krok dzieli mnie od popełnienia kolejnego politycznego eseju, w którym omawiam kwestie socjalne.  Mottem mojej twórczości jest napis "Pluj tylko do spluwaczki!" .  Stosując się do owej zasady Dzielny Wojak Szwejk idąc korytarzem pluł do każdej napotkanej spluwaczki.  Człowiek nie może bowiem pod wpływem prymitywnych instynktów naruszać moralnego porządku ustanowionego przez Najjaśniejszego Pana.  W tym sensie bycie obowiązkowym jest, jak konstatuje Hegel, najwyższą instancją jednostkowej samoświadomości". 

         "- A od kiedy datuje się pańskie zainteresowanie pop-kulturą?" - pyta dziennikarka "Głosu Pragi"           

         "- Od zawsze, czyli od Adama i Ewy.  Bowiem obecność węża mówi w języku symboli bardzo wiele.  Propozycja Ewy wydaje się Adamowi kusząca i w ten sposób powstaje pop - kultura". 

 

           Pulchny i zażywany pan Torbacz spojrzał na mnie i parsknął śmiechem:

           - Smutno, Panie Zdzisławie, co?

           Uwaga ta była skierowana raczej do jego kolegi niż do mnie.  Kolega spytał mnie, czy jakaś XVIII wieczna opera francuska, która pojawiła się na wyprzedaży jest naprawdę dobra.  A ja udając, że jej nie znam, uchyliłem się od konieczności wyrażenia opinii - z pewnym entuzjazmem pochwaliłem wykonawcę i powiedziałem, że pewnie dobre, skoro to odgrzebali.  Prawdę mówiąc, chociaż znam te barokowe opery, nie wracam ostatnio do nich, bowiem moje życie utraciło swój arystokratyczny wdzięk z chwilą, kiedy ja sam wylądowałem "na bruku", jedynym miejscu, jakie nasze kulturalne społeczeństwo mi przeznaczyło. Na szczęście znajomy Pana Torbacza nie zrozumiał aluzji do mojej obecnej sytuacji życiowej lub był na tyle kulturalny, że tego po sobie nie pokazał. 

         - Ależ ja jestem bardzo wesoły.  Nie widzi pan? - spytałem pana Mirka, bo tak ma na imię objuczony zwykle wypchanymi torbami Pan Torbacz. 

         Odpowiedzią był ten sam lisi uśmieszek, z którego wynikało, że to i owo się słyszało.  Widziałem pana Torbacza dwa dni temu i rozmawialiśmy zupełnie inaczej - a zatem jego informacje musiały być względnie świeże.  Tym razem Pan Mirek nie wdawał się ze mną w dłuższą rozmowę, jak ma to w zwyczaju, lecz prawie natychmiast się oddalił.  Ten zdumiewający brak gadatliwości skłonił mnie do prostej refleksji nad wartością ludzkiego życia. 

         Nie wiedząc co dalej ze sobą począć, wziąłem do ręki pudełko z kompletem nagrań Karajana dla DG, zważyłem je w ręku i mówię do sprzedawcy:

         - Ale pudło! -

         - Niezła rzecz na prezent - odpowiedział młody człowiek. 

         - Jakoś nie mam specjalnej sympatii dla Karajana - 

         - Karajan gra równo - wszystko tak samo -

         - Ale mam nadzieję, że Vivaldiego pan nie słyszał?

         - Musiał nagrać i Vivaldiego. Jak wszystko, to wszystko! 

         Nagle poczułem się przyjemnie i lekko, i pomyślałem - a może jednak coś mnie jeszcze w życiu czeka?  Jakieś przeżycia, nie tylko muzyczne. Karajan miał podobno okropny charakter - niszczył ludzi i był mściwy, sypiał z artystkami, miał skłonność do perfekcjonizmu i megalomanii, i fascynował się w infantylny sposób techniką.  Dla mnie jednak pozostanie na zawsze tym ponurym geniuszem, który jest uważany za legendę tzw. muzyki poważnej. Dużo większą sympatię mam dla Bernsteina.  Moim orkiestrowym idolem pozostanie jednak na zawsze Bruno Walter.   

         Po zrzuceniu z siebie wielkiego ciężaru - w końcu cóż przyjemniejszego niż pomniejszanie czyjejś nazbyt oczywistej wielkości - postanowiłem nawet wrócić do domu, bez względu na to, jak długo jeszcze będę mógł tu mieszkać.  Wchodząc do mieszkania zanuciłem głośno ów słynny motyw losu, który wszyscy znają:  TA TATA TAM, TA TATA TAM...i tak dalej.  (Jak "piątka" to tylko pod Kleiberem!)  Myślę, że grzebiąc z bezdomnymi po śmietnikach będę mógł liczyć na to, że ów motyw dobrze znają.    

 

        

 

niedziela, 21 kwietnia 2013

            "Ja, Pan Onura, mocowałem się z tym oto wielorybem przez trzy noce i dni, aż w końcu poczuł się pokonany". Taką dumną inskrypcję odnalazłem w pałacu Pana Onury.  Do tekstu dołączony był drzeworyt przedstawiający wzburzone morze, maleńką łódkę, jeszcze mniejszego Pana Onurę uzbrojonego w harpun i ogromnego wieloryba unoszącego się na potężnej fali.

            - Robi wrażenie, co? - spytała Lenora

            - Ja wiem?  W końcu to dość typowe - powiedziałem. 

            - Nie podziwiasz go? - nalegała dziewczyna, która nie wiadomo dlaczego nazywała mnie profesorem.  

            - Ależ skąd!  Nie zwyciężył w sposób uczciwy.  Doprowadził swą siłę i podstęp do przesady i chociaż w końcu bezbronny wieloryb zdechł, moja sympatia jest po jego stronie.  Należy zawsze równoważyć siłę jang łagodnością in - tylko wtedy postępujemy w sposób naturalny i nie pastwimy się nad pokonanym. 

            Lenora, młoda i dość obiecująca brunetka, bardzo lubiła takie rozmowy na oderwane tematy.

            - A ja go podziwiam!  W porównaniu z wielorybem to nieledwie punkcik, a znalazł w sobie moralną, heroiczną wprost siłę, aby walczyć nie tylko z żywiołem, lecz również z samym potworem. 

            - Ależ, droga Lenoro!  O ile wiem, wieloryby to dość  łagodne ssaki.  A Pan Onura, niezależnie od jego chwały, zabił wieloryba przede wszystkim dla własnej korzyści.  Postaw się w położeniu zwyciężonego i utopionego we krwi i pomyśl o tym, że Pan Onura z pewnością wykorzystał wycieńczenie, a może i chorobę Dostojnego Olbrzyma, który musiał przebyć tysiące li (pozwolisz, że posłużę się tą chińską miarą!) aby tu przybyć i znaleźć swój grób.

            - Jak zawsze różnimy się w osądach - profesorze, a jednak miałabym ochotę pójść z tobą na wieczorny spacer po plaży.  A tam z pewnością, wśród jednej z wydm uwiodłabym cię, bo, jak wiesz, nic mi nie brakuje z kobiecych wdzięków. 

            - To miłe! - powiedziałem - Jednak niepokój, jaki wzbudziła we mnie wiadomość o śmierci wieloryba...

            - Przecież to było ponad trzysta lat temu!  Nie, profesorze, nie pozwolę, aby kręciły się w okół ciebie ta Etsuko i Yoko.  Ja przynajmniej pochodzę z Europy i dobrze rozumiem twój punkt widzenia.  To rzeczywiście trochę okrutne, ale jednak Pan Onura może się powołać na   m o r a l n ą   r a c j ę.   No i poza tym jest taki młody!

            - Nie do końca to rozumiem!  - odparłem - Przecież wieloryb to nie rekin, który pustoszy okolicę.

            - Zapomina pan, że Pan Onura, to człowiek honoru, a honor domaga się walki i ofiary.  Zresztą wieloryb był już zapewne w dość podeszłym wieku i nikt po nim nie płakał.  

            - To nieprawda - powiedziałem - Odnalazłem bowiem następujący XVII - wieczny tekst: "Ja, Mitsuko, opłakuję śmierć Zacnego Wieloryba, który w morzu utonął krwi, choć nikomu w drogę nie wchodził".   Napisała go prawdopodobnie niezwykle piękna, wrażliwa i skora do współczucia kobieta, jak dowodzi tego sam tekst, który jest przejawem wielkiej kultury.   

           - Eee! - zaśmiała się Lenora - Pójdźmy lepiej oglądać zachód słońca.  Kimże jest bowiem ów poczciwy tłuścioch w porównaniu z bezmiarem oceanu. 

 

        Ładnie i przekonująco pisze o pewnym aspekcie wu-wei  (niedziałania) Alan Watts. "Innymi słowy prawdziwa istota ludzka nie stanowi modelu prawości, nie jest kołtunem czy świętoszkiem, ale rozumie, że niektóre wady są konieczne w szczerym ludzkim charakterze, tak jak sól w gulaszu. Z ludźmi, którzy mają słuszność po prostu nie sposób żyć, gdyż nie mają humoru, nie pozwalają dojść do głosu prawdziwej ludzkiej naturze i są niebezpiecznie nieświadomi swoich własnych ułomności"  ("Tao strumienia").  

       Chociaż osobiście nie posługuję się słowami takimi jak "kołtun" i "świętoszek", które rzecz trochę przejaskrawiają, to podobnie jak Watts nie mam zbyt wielkiej sympatii dla ludzi przekonanych o moralnej wyższości swych zawsze słusznych zasad, do ludzi, którzy nie wczuwając się dostatecznie w sytuację innych, oceniają ich postępowanie w sposób sztywny jako niezgodne z moralną lub obyczajową normą.    

        Wiedziona jakimś zaskakującym pewnie dla niej samej impulsem Mitsuko wskoczyła dzisiaj rano na regał i zrzucając na podłogę książki, zdjęcia i CD zajęła miejsce na najwyższej szafie, ignorując zupełnie fakt, że było ono całkowicie zajęte.  Kląłem nieznacznie porządkując owo pobojowisko - szczególnie szkoda było mi cennych zdjęć sprzed lat, jednak zarazem ów nieoczekiwany wyczyn wydał mi się czymś nieprawdopodobnym i godnym podziwu, podobnie jak jej miękkie lądowanie po skoku z wysokości kilku metrów.  A więc zwierzątko jest w całkiem dobrej formie!   Na szczęście bilans strat materialnych okazał się względnie pomyślny i żadna z moich relikwii dotkliwie nie ucierpiała.  (Mogłoby tak jednak się stać, gdyby Mitsuko chciała je trochę poszarpać lub skropić swą żółto- brązową substancją o raczej nieciekawym aromacie)...Owa spontaniczna aktywność mojej koteczki po okresie zimowego zgnuśnienia, kiedy to pozbawiona ruchu trochę zepsiała bardzo mnie cieszy i być może jest dobrym przykładem, że i ja  t a k  będę mógł.  Nie, żebym chciał od razu zdemolować jakąś bibliotekę, ale z pewnością chciałbym zrobić coś równie nieoczekiwanego...    

         Byłem tu dzisiaj na samotnym spacerze, bowiem Łazienki z powodu meczu na Legii zostały zamknięte.  Widok kwitnącego krzewu różanecznika ostrokończystego wydawał mi się tak cudownym zjawiskiem, że poczułem się niemal szczęśliwy.  Jest jeszcze wiele innych zapowiedzi wiosny, która dawno już miała przecież nadejść.  Dusza raduje się widząc kwitnące pąki i jasność świecącego przed zapadnięciem wieczoru słońca...Trudno sobie wyobrazić bardziej opustoszałe i ciche miejsce w samym środku miasta.  Dosłownie kilka osób - głównie zagraniczni turyści.  I tylko dochodzące ze stadionu, niczym z gladiatorskiej areny, głośne pomruki, przypominały o tym, że miasto jednak nie przestało istnieć.   

         Ostry atak kaszlu przerwał nieoczekiwanie mój spacer, ale do zamknięcia pozostało już tylko kilkanaście minut.  Może trochę zbyt późno pomyślałem o robieniu zdjęć.  Jednak, mimo to, z kilku jestem zadowolony, ze względu na ową atmosferę powolnego i delikatnego budzenia się roślinnego świata do życia.  (Pomijam tu drzewa, które przez cały rok są zielone).  I chociaż często nie godzę się na owo porządkowanie życia i przestrzeni, które jest dziełem człowieka, wszelkie zabiegi pielęgnacyjne, jakim podlega tu roślinność uważam niemal za święte i kto wie, może chciałbym tu nawet pracować (gdybym miał niezbędne do tego kwalifikacje).

         Nie byłem w Ogrodzie Botanicznym od października zeszłego roku, kiedy podczas miłego spaceru zrobiliśmy tu ogromną ilość zdjęć.  Wtedy czułem się tu jak w zaczarowanym ogrodzie, bo czy jest piękniejsza dla kwiatów pora roku niż jesień?  Mój zachwyt nad światem miał potem przejść niejedną ciężką próbę...jednak ostatecznie przetrwał.

         Czytałem trochę o owym ogrodzie i jego historii i przez chwilę nawet zastanawiałem się, czy o tym nie napisać, aby uczynić moją notatkę bardziej obiektywną i zgodną z tytułem, jednak nie historyczność tego miejsca - której świadectwem są dostojne popiersia zasłużonych ludzi - lecz właśnie owo niemal metafizyczne poczucie samotności i pustki chciałem tu jeszcze na chwilę przywołać, nim stanie się jeszcze jednym wspomnieniem.  Moje zrujnowane zdrowie nie zapowiada chyba zbyt długiego życia, jednak mam nadzieję wrócić tu jeszcze - samotnie lub z kimś szczególnie mi bliskim.  Pozornie nic prostszego...   

sobota, 20 kwietnia 2013

       Znany francuski filozof  Emmanuel Levinas zwraca uwagę na pewną swoistą właściwość cierpienia.  Właściwość ta polega na tym, że każde cierpienie, a nie tylko cierpienie nadmierne, niemożliwe do zniesienia, ma w sobie coś, czego nie potrafimy psychicznie zintegrować. Ta niszcząca właściwość cierpienia (psychicznego niepokoju i fizycznego bólu), a także istnienie bólu niezawinionego, niepotrzebnego, skłoniła go do powzięcia przekonania, że nie ma chyba rzeczy w życiu ważniejszej niż uchylanie i łagodzenie cierpienia.  Zgadzam się z tym przekonaniem całkowicie i chociaż moje "prywatne" życie koncentruje się raczej, o ile w ogóle jestem do tego zdolny, na kontemplacji i bezpośrednim doświadczaniu przejawów piękna i cudowności życia, to jednak uznaję taką postawę życiową za mniej konieczną i cenną.

       Miniony wiek odsłonił w człowieku istnienie niespotykanych pokładów okrucieństwa - od tureckiej rzezi Ormian, przez dwie wojny światowe, holocaust i stalinowską eksterminację, poprzez zbrodnicze bombardowania japońskich i niemieckich miast dokonywane przez Amerykanów, aż do zbrodni popełnianych przez reżim w Kambodży...Dalsze wyliczanie tych zbrodni nie ma sensu, bowiem można by to robić praktycznie bez końca.  Niestety, ulegamy często złudzeniu, że owe doświadczenia nie powrócą i że demokratyczny ład świata, mimo pewnych poważnych odstępstw i naruszeń, jest w stanie zapewnić siła militarna (w szczególności Stanów Zjednoczonych i Izraela). Nie ma, jak sądzę, nic bardziej błędnego, niż ów pogląd i dobrze rozumiem ludzi zatroskanych o kondycję natury ludzkiej i losy świata.              

      Powstanie w Warszawskim Getcie było - jak się o tym teraz często mówi - aktem desperackiej obrony ludzkiej godności i pokazało, że w sytuacji prowadzącej do zagłady istnieje przynajmniej wolność polegająca na wyborze sposobu rozstawania się z życiem.  W ostatnich dniach pisano wiele także na temat obojętności, z jaką ów rozpaczliwy zryw spotkał się po drugiej stronie muru, podkreślając oczywiście "ograniczony wymiar tego zjawiska". 

     Przed niepokojącą świadomością cierpienia innych ludzi chroni nas zwykle obojętność. Obojętność ma zwykle różne powody i na ogół rzadko bywa całkowita.  Tak też zapewne było i w owych dniach. Za udzielanie pomocy groziła, jak wiadomo, kara śmierci.  Mimo to niektórzy ludzie- Polacy, ryzykowali życie w imię ludzkiej solidarności i pod wpływem zwykłego współczucia dla ofiar przemocy.  Wielu też, a może nawet i większość, nie mogąc nic uczynić, współczuło ofiarom.  Powstanie w całej Warszawie wtedy jednak jeszcze nie wybuchło - i wybuchnąć miało z zupełnie innych, niż owa ludzka solidarność, powodów...Ale też, jak o tym, pisano, inne było jednak położenie polskiego dziecka, które mogło zjeść przynajmniej bułkę, a inne żydowskiego dziecka w getcie, które umierało z głodu...A jeszcze ta karuzela po drugiej stronie muru, o której tyle w ostatnich dniach mówiono.  I to, że życie tam, chociaż także poddane okupacyjnej opresji, mimo wszystko istniało i w porównaniu z zagładą mogło nawet wydawać się czymś względnie normalnym...Ale i wewnątrz getta taka obojętność istniała. Wstrząsających przykładów dostarczają tutaj "Dzienniki" Korczaka.  Oto na przykład dzieci bawią się - wpadając niemal na zwłoki innego dziecka...Życie i tu istniało i jego instynkt bywał silniejszy od świadomości śmierci...

    Jednak na obojętności nie kończyło się i ten sam typ człowieka, jaki można spotkać i dzisiaj cieszył się z tego, że "Żydki się palą".  Inni z kolei z powodów politycznych sympatyzowali raczej z mordercami niż, z ich ofiarami.  A w samym getcie istniała policja żydowska, która uczestniczyła w realizacji nazistowskiego planu eksterminacji... 

    Wspominam o tym, nie dlatego, abym czuł, że mogę mieć jakąkolwiek rzeczywistą wiedzę na temat tamtych czasów i zarazem zjawiska, które nazwałem tutaj, idąc za licznymi wypowiedziami, obojętnością.  Sytuacje ekstremalne - takie, w których można być tylko albo bohaterem, albo w jakimś sensie godzić się na śmierć innych ludzi, są same w sobie tak tragiczne, że trudno je poddawać moralnemu osądowi.  Warto może jednak o ich istnieniu przypominać w czasach pokoju, kiedy nasze prawo do nieinteresowania się losem innych wydaje się czymś względnie naturalnym.  Ma to może nawet większy sens niż konstruowanie teologicznych i filozoficznych odpowiedzi na pytanie o sens cierpienia.     

    

piątek, 19 kwietnia 2013

         Widziałem go, jak odchodził w coraz większą mgłę.  Poruszał się trochę niezgrabnie jak owad, a jego zgarbione plecy czyniły z niego dość pocieszną istotę.  Zanim skręcił w boczną uliczkę, pogrążył się już w cieniu.  Gdybym wtedy wiedział, że odejdzie na zawsze - może próbowałbym go zatrzymać, ale skąd miałem o tym wiedzieć.   

         Kilka dni temu przeglądałem rubrykę nekrologów w naszej "Gazecie Kolońskiej" i nagle ujrzałem jego imię i nazwisko, a potem datę urodzenia. Od razu miałem jakieś przeczucie, że to jednak on.  Postanowiłem pójść do kawiarni.  Dawno tam nie byłem, a właściwie nie chodziłem tam nigdy, ale czasami owszem zaglądałem, popatrzeć jak ludzie piją czekoladę z filiżanek, jak smakują ciasteczka i posłuchać tego kulturalnego gwaru...ale na widok kelnerki szybko musiałem się wycofać.  Takie malutkie, zupełnie malutkie, najmniejsze ciasteczko, co to prawie go w ogóle nie ma, kosztowało tu tyle, ile wydaję na żywność w ciągu dwóch tygodni.  Gdyby może nie mój zgubny nałóg kupowania książek i gdybym miał tu z kim przyjść, to kto wie...Zawsze jednak cieszy mnie ta poczciwa normalność ludzi sytych i odpowiednio ubranych, którzy przechodząc obok głodnego dziecka zaczynają bardziej jeszcze angażować się w zajmującą rozmowę.  

        W kawiarni przywitała mnie kelnerka, którą od dawna tu widywałem.  Wskazała mi uprzejmie stolik, a potem podeszła do mnie z kartą, na której wypisane były wszystkie moje grzechy.  Mogłem jednak wybrać tylko jeden.  Poprosiłem więc o herbatę w dzbanku.

        - Tylko to? - zapytała.  Próbowałem jakoś przez chwilę przynajmniej nie ganić się za swą rozrzutność, bo w końcu przyszedłem tu tylko dlatego, żeby się upewnić, że mój przyjaciel nie żyje.   Wiek niby się zgadzał.   Jednak nekrolog był krótki i nie wymieniono w nim nawet zawodu zmarłego.  Zresztą, prawdę mówiąc, nie miał on ostatnio żadnego zawodu i bardzo podupadł na zdrowiu...Posiedziałem tu tylko parę minut i niewątpliwie zbyt szybko wypiłem swą herbatę.  W końcu w cenę wkalkulowany jest też czas, który tu spędzasz.  Jednak jakoś nie mogłem wysiedzieć i prawie wybiegłem na dwór.  

        Te kilka minut wystarczyło, aby na dworze zrobiło się ciemno.  Wyszedłem na słabo raczej oświetloną ulicę i omal nie wpadłem na jakąś dziewczynę. 

        - Mam na imię Sara - powiedziała - Masz ochotę na krótkie spotkanie.

        - Na pewno teraz nie, nie mogę, ale jak chcesz przyjdę tutaj jutro - odpowiedziałem.  

        - Zawsze tak mówicie, a mnie zimno!  

        Spojrzałem odruchowo na Sarę.  Była bardzo ładna.  Nie mogłem zupełnie zrozumieć, co miała na myśli. Przecież za chwilę ktoś, nie tak nieśmiały jak ja...Sara wyprzedziła mnie o kilka kroków i poruszając się w sposób, jak mi się wydawało, typowy dla osób swej profesji, skryła się w najbliższej bramie.  Nie wiem dlaczego, ale stanąłem tam obok niej.   

        - To jak? - spytała.

        Próbowałem przez chwilę walczyć ze sobą, ale powiedziałem tylko cicho:

        - Dobrze -

        - Nieśmiały -  rzekła dziewczyna i widać było, że nagle posmutniała.  Domyśliłem się, że nieśmiali klienci mogą być dla niej najbardziej uciążliwi.  Jest na pewno ciepła i będzie się im starała dać znacznie więcej miłości, niż to jest wliczone w cenę.  Myśl ta zamiast wspomóc moją żądzę obcowania z nią, osłabiła ją jednak znacznie. Czułem już, że chyba nic z tego nie będzie. 

         - Dlaczego jesteś taki smutny? -

         - Nie wiem.  Obawiam się, że mój najlepszy przyjaciel nie żyje - powiedziałem. 

         Przez kilka chwil wspinaliśmy się w górę kamienicy po stromych schodach i dopiero na ostatnim piętrze zdyszana Sara przekręciła w drzwiach klucz.   Z  ulicy dobiegały głośne krzyki pijanych członków NSDAP...Musiałem jej chyba w łóżku sprawić sporo kłopotu, bo nagle poczuła się dość zmęczona.  Ułożyła się obok mnie i  nawet wtuliła we mnie swą główkę, a potem spytała, czy może coś zjeść.  

         - Przez cały dzień nic nie jadłam, ale teraz ugotuję sobie chyba trochę ryżu. 

         - Dlaczego nic nie jadłaś? - zapytałem.

         - Nie miałam czasu.  Wiesz, jak to jest.  Przez cały dzień w pracy.  Ale nie jem dużo, nie ze względu na figurę, ale dlatego, że trzeba być skromnym.  Ludzie, którzy zbyt dużo jedzą i piją zbyt dużo alkoholu, stają się trochę za bardzo cieleśni, fizyczni, a nawet do pewnego stopnia ordynarni.  Nie lubię tego.  Ale ty, chociaż może szczupły nie jesteś, wyglądasz na jakiegoś, nie wiem artystę, pisarza.  Tak właśnie, na pisarza. I jesteś taki delikatny. Nigdy nikogo takiego nie spotkałam...Pewnie się śmiejesz, bo zauważyłeś, że jestem trochę wstawiona.  

         Poprosiłem dziewczynę o szklankę wody i pijąc przyglądałem się jej zmęczonej twarzy i spierzchniętym, nabrzmiałym ustom.  Sara zaczęła mi z czułością zapinać guziczki od kamizelki - jeden po drugim, aż do ostatniego i patrząc na mnie z zatroskaną miną rzekła:

         - No, nie bój się tak!  Możesz być spokojny.  Badamy się regularnie u doktora Ligotki.  Policja nas kontroluje.  Wiem to na pewno.  A poza tym od czego są te gumki?

         Milczałem i zrobiło mi się bardzo smutno.  Sara była czuła i nie ulegało żadnej wątpliwości - kochała mnie...O wiele bardziej niż każdego innego klienta. Zresztą, jak mogła kochać tych niewyżytych gwałcicieli, którzy widzieli w niej tylko kobietę, która im ulega, nie widząc jej piękna.  Czułem, że i ja ją kocham.   

         - Nie martw się.  Zjesz ze mną trochę ryżu i napijesz się imbirowej herbatki, to od razu humor ci się poprawi.  Ja tam najbardziej ze wszystkiego boję się samotności.  Chciałabym mieć kiedyś męża i dzieci, żeby mi, jak to mówią, ktoś na starość szklankę wody podał.  Dlatego odkładam sobie na mieszkanie.

         - A nie chciałabyś pójść ze mną kiedyś na spacer do Starego Parku?  Jestem taki samotny!  To moje największe marzenie - pójść tam z kimś takim, jak ty.  Jesteś piękna! ...Często siadam sam na ławeczce, ale na nikogo nie czekam.  Patrzę jak wróbelki kąpią się w piasku w promieniach słońca.  A kiedy jest zimno i wieje wiatr, a nawet czasami podczas deszczu, siedzę tam skulony do samego wieczora...Ale, gdybyś była ze mną ty...    

         Nie wiem dlaczego, ale Sara zaczęła głośno płakać. A potem przewracając mnie na pościeli jak małe dziecko, poczęła obdarowywać kolejnymi pieszczotami w okolicach, które były ich najbardziej spragnione.  Byłem przerażony tym oczywistym przejawem braku higieny, ale na szczęście nie zdążyła jeszcze dotknąć miejsca najbardziej zagrożonego, kiedy udało mi się ją powstrzymać.  Wstałem i usiadłem obok, a potem przytuliłem ją mocno, głaszcząc delikatnie po plecach.      

         - Nie chciałabyś stąd uciec? - zapytałem.

         - Nie.  Muszę tu być.  Jutro będę rozbierała się w lokalu.  

         Nie mogłem zrozumieć, dlaczego chociaż jest jak anioł, jest zarazem tak psychicznie wykrzywiona. Na szczęście Sara zniknęła w kuchni i pojawiła się po pewnym czasie z dwoma miseczkami ryżu.  Na katedralnym zegarze wybiła właśnie dwunasta.  Czułem, że powinienem już iść, ale zatrzymała mnie i powiedziała:

         - Lepiej coś zjedz, grubasku!  Bo będziesz głodny...A ten twój przyjaciel - przystojny był?

         - Tak.  Bardziej niż ja.  I młody - bo ja mam już trzydziestkę.  Ale trochę się garbił.  I ostatnio był też trochę zaniedbany.  Puścił sobie nawet taką czarną bródkę.

         - Pewnie też samotny?

         - On akurat raczej żonaty.  Chociaż ta jego żona...

         - I dlaczego nie żyje?

         - W nekrologu nie napisali.  Ale często nosił ze sobą rewolwer.  Musiał być niezłym melancholikiem. Podobnie zresztą jak ja.  Chociaż wyczuwam w nim delikatność, jakiej we mnie samym nie ma.  

         - Napiszesz o nim? -

         - Nie wiem, co mógłbym o nim napisać.  Chyba tylko to, że w ostatnim czasie zanikał i wciąż go ubywało.  I taki właśnie, trochę senny i ciężki skręcił w tamtą ulicę, kiedy widziałem go po raz ostatni.  Tak naprawdę nie wiem o nim nic, bo był milczący i małomówny.  Za to on wiedział o mnie wszystko.  Zwierzałem mu się ponad wszelką miarę. Może nawet trochę za dużo.

         - Zjedz jeszcze tego ryżu i nie ma sensu, żebyś wracał do siebie po nocy.  Mój przyjaciel przyjdzie po forsę dopiero rano. Możesz tu spokojnie być do szóstej trzydzieści.  

         Szósta trzydzieści sprawiła na mnie dość ponure wrażenie.  Nie miałem jednak siły wracać i chociaż jej łóżko wydawało mi się jakieś rozgrzebane i brudne, położyłem się obok niej.  Dziewczyna pocałowała mnie jeszcze kilka razy, zanim wpadliśmy w przepastną otchłań snu.  I chociaż śniły nam się dwa różne sny, a może nawet wiele snów, budziliśmy się, odnajdując się w ciemności.  Była chyba czwarta, a może w pół do piątej, kiedy nagle jakby przez sen zapytała:

         - A W JAKI SPOSÓB JE ZABIJAŁEŚ? 

         - W tym śnie? - spytałem - Mordowałem je przy pełni księżyca, a ciała wrzucałem do rowu melioracyjnego.  Oczywiście dopiero po rozkawałkowaniu.  Poświata była piękna, a dno rowu wydawało się w półmroku ciemnozielone lub krwawo czerwone.  Musieliby mieć jasnowidza, żeby je znaleźć, bo porzucałem je w miejsca, w których szybko znikały, a na wsiach często wyrzuca sie gdzieś padłe koty i psy. 

         - A co było przedtem? -

         - Ja tylko chciałem z nimi porozmawiać!  - odpowiedziałem po krótkiej chwili milczenia.    

         - No ładnie! - powiedziała Sara - Zdaje się, że spałam z mordercą.  Ale nie przejmuj się!

         - Nie wiem - odrzekłem - szkoda, że już go więcej nie spotkam.  On znał moje życie lepiej, niż ja sam.  Mówiłem mu wszystko.  Ale, niestety, już nigdy nie będę mógł go o to zapytać, bo nagle zniknął mi z oczu, jak owad między szczelinami chodnika, a ja zostałem sam, ze swoją ciekawością dziecka.  Szukam go i szukam i nie mogę znaleźć.  Czasami czuję się zupełnie bezradny, bo tylko on wie, kim jestem, a ja - tego nie wiem. Zabrał do grobu całą moją tożsamość.

         - No, nie płacz już!   Musiałeś to robić...A tak a propos. Zapomniałam cię nawet spytać, jak masz na imię.  

         - Ludiger...a ty jesteś Sara.  Tak chyba powiedziałaś, jak cię zobaczyłem przed pijalnią czekolady. Czy jest już szósta trzydzieści?

         - Sara, to moje imię służbowe.  Nie bój się, nie doniosę na policję.  Od razu wiedziałam, że ukrywasz w sobie jakąś tajemnicę.  To nawet trochę ekscytujące.   

         - Straszną, co?

         - Nie taką straszną.  Chociaż...może to jednak nie wszystkim się zdarza.

         - A tobie, co się śniło?  - zapytałem chowając głowę za poduszkę.

         - Nie wiem.  Uciekałam chyba przed kimś, kto gonił mnie z nożem.  Biegłam tak i nagle przewróciłam się. Myślałam, że już ze mną koniec, ale ty mnie uratowałeś.  Chociaż - początkowo miałeś inną twarz.  

         - A jak jest naprawdę? - spytałem.

         - To pytanie bez sensu.  Gdybyśmy znali prawdę o sobie, to musiałaby nas ona zabić!   Lepiej, że jej nie znamy.  Nie muszę ci chyba tłumaczyć, że życie jest snem.  

         - Więc ja nie jestem mordercą, a ty nie jesteś...- 

         - Prostytutką?  Odegrałam to przed tobą, żeby cię zwabić i posiąść twoją tajemnicę.  Czujesz, że twój przyjaciel umarł przez ciebie, albo może  z twojego powodu, a on po prostu odwrócił się od ciebie i odszedł, bo tak było mu wygodnie.  Wiele jest osób o tym imieniu i nazwisku.  Pewnie już wrócił do swej małżonki.  Radzę ci pójść jeszcze kiedyś do tej kawiarni, a na pewno ich tam spotkasz.  To kulturalni ludzie!   Nikt nie chce umierać za Gdańsk!

           

 

czwartek, 18 kwietnia 2013

                Istnieją ludzie, którzy jak król Midas zmieniają wszystko, co widzą w złoto obelgi.  

           Tabuny cmentarnych koni galopują przez mogiły.  Słyszę ich tętent i widzę jak unoszą  się na skrzydłach wiatru - niby pióra jakiejś grobowej husarii.  Umilkł już zgiełk bitewny, kobiety załamały ręce...

           Co po nas pozostanie - to pustka...Tu ten dogorywa, tu - tamten, z owych świetlistych rycerzy.  Włócznie wbiły się w ciała.  Głowy i ręce odrąbane.  Cała ta rąbanka spodoba się pewnie psom i kołującym ptakom.   Poszarpią i pogryzą to, co porąbane, a okoliczna gawiedź ogołoci umarłych z rozwalonych zbroi.  Poszczególne elementy zbroi można sprzedać na wagę w punkcie skupu i kupić za to flaszkę wódki. 

           Tak się kończy pojedynek dwóch zwycięskich armii.  Kilka aniołów podfruwa i unosi się nad zmarłymi wśród wirującego, rozkrzyczanego ptactwa. Ale widok rozkładających się już trochę rycerskich ciał  przyjmują z pewnym zdegustowaniem.  Czasami nawet wdychają przez chusteczkę jakieś perfumy i muszą lizać skrzydła, które w kontakcie z murawą stają się biało- czerwone.

           - Poginęło ich, panie! - mówi pewien kupiec - To i owo da się nawet sprzedać za tanie pieniądze, ale żeby to relikwie jakieś były to nie powiem...

 

            "Nie w każdym usposobieniu jesteśmy zdolni do wydawania sądu...

                                                               "Czasem dowcip miły

                                                               Lepiej niż oburzenie ważność spraw wypowie".

                                                               (Horacy, Satyry, ks. I, 10, w. 22-23)

            Mogę ze spokojnym sumieniem zapewnić Milordzie, że stwierdzenie to jest samo w sobie na tyle prawdziwe i w naszych czasach tak powszechnie uznawane za prawdę przez zręcznych pedantów, że wolą oni wystawiać swe oszustwa na jak najostrzejsze i najgwałtowniejsze oskarżenia, niż pozwolić na to, by dosięgnąć je śmiesznością.  Wiedzą oni doskonale, że podobnie jak obyczaje i mody, tak i opinie, choćby nawet śmieszne, utrzymywane są za pomocą powagi i że tych formalnych pojęć, które powstały, być może w zły sposób, nigdy nie można się pozbyć inaczej niż za pomocą pewnego rodzaju trzeźwej radości i łatwiejszego i przyjemniejszego sposobu myślenia.  Wszelkiemu entuzjazmowi towarzyszy melancholia. Czy będzie to miłość, czy religia...nic nie może położyć końca rosnącym szkodom, dopóki nie zlikwiduje się melancholii, a umysł w swej wolności nie będzie mógł usłyszeć tego, co można powiedzieć o śmieszności przesady w każdej z nich". 

           (Anthony Ashley Cooper Shaftesbury, "List o entuzjazmie", przekład A. Grzeliński, Toruń 2007, s. 32-33).

           Lord Shaftesbury, jak zawsze, szlachetny i elegancki. Zwróciłbym tu uwagę na określenie użyte przez tłumacza Horacego "dowcip miły".  To ważne, aby dowcip był miły, nawet, kiedy pozornie chłoszcze.  Miłosna czy religijna melancholia, to często przejaw entuzjazmu, którego wyrażanie natrafiło na przeszkody. Człowiek żarliwy skłonny jest nie tylko do wielkiej radości, ale także do pesymizmu i rozpaczy, co wzmaga tylko jego drażliwość...Wybacz Milordzie - tu zwracam się do angielskiego Filozofa - że pozwoliłem sobie nieco rozszerzyć i zilustrować twą myśl.  Tak bardzo jednak przed chwilą zajęła ona moja uwagę, iż nie mogłem sobie odmówić tej przyjemności.      

              

           

 
1 , 2