Kategorie: Wszystkie | "Dziewczyny, bądźcie dla nas dobre na wiosnę" | ...bez końca | 0 | 100O i jeden Rabinów | A Puszkina też zapuszkują? | A moze to tylko pomieszanie zmyslow | A nie lepiej być purystą? | Aaaaaaaaaaaaaa...aalfabeta | Ach, gdzież jest litość lub wspolczucia pozór? | Ach, gdzież jest litość lub współczucia pozór? | Adam Mic - Kiewicz | Adaś i Ewka | Aforystyka | Amerykański sen | Autopsychoterapia | Bez sensu to to! | Bez szaleństwa... | Bezmyślne okrucieństwo | Bezradność | Biedna Szymborska | Biedny Kapturek! | Bliźni miłości | Bliźniego miłość... | Blondyn | Blue Bossa | Bojaźń i drżenie | Bratnie dusze | Bruner, ty świnio! | Buddyzm w życiu codziennym | Bóg mi poskapił tej anielskiej miary... | Bóg mi poskąpił tej anielskiej miary... | Bójstwo samo | Caritas | Chiziofrenia | Choroba na śmierć | Chwila ułudy | Chwila wytchnienia | Chłodne upojenie | Cierpienia i radości | Cierpienie i radość | Cleen feed | Cnota niedoli | Co slina na język przyniosła | Co tam panie w polityce? | Co w niebie piszczy | Co ślina na język przyniosła? | Corrida | Coś dla duszy... | Coś tak wulgarnego | Cudotwórstwo | Czarna Perła Tao | Czarny tulipan skrzyżowany z czarna różą | Czarny tulipan skrzyżowany z czarną różą | Czary Mary | Czego nie przysięgał Hipokrates? | Człowiek nie jest rzeczą | Człowiek to brzmi dumnie, ale nie u mnie | Często chowa | Częstochowskie rymy | Deficyt aniołów | Delightful! | Demokratyczne wybory w Oczodołach | Diabłoterapia | Dla wszystkich i dla nikogo | Dnieje | Do samego siebie | Dodatek | Dowcipas dnia | Duma narodowa | Dusze drzew | Dyskretna mgiełka autoironii | Dzielność | Dziki kapitalizm | Dzisiejsza młodzież | Dzisiejsza młodzież nosi ładną odzież | Egzystencjalizm jest chumanizmem | Ekonomia zbawienia | Elegancja Francja | Elegijnie | English gentelman | English gentleman | Epicurus | Ewa tylko ziewa | Falochron | Female | Filozofia bez uczoności | Forever Loving Jah | Gadu, gadu | Gadu, gadu, trochę więcej jadu | Gal Anonim | Gaz dla pedałów | Gaz dla pedałów, młot dla sierpów | Gdy rozum śpi... | Gendarme | Genek, gienialny gieniusz | Geno Typ | Gorący uczynek | Grabarz | Grabarz nonsensu | Gry i zabawy literackie | Głupota przysłowiem narodów | Głębie i tajnie Podświadomego | HIstoria nauczycielką bicia | Herbatka zen | Homo economicus | Homo sapiens czy Homo politicus | Humor absurdalny | Humor nieco absurdalny | Humor, satyra, panie... | I rekiny w oceani mają zębów cały rząd | I rekiny w oceanie mają zębów cały rząd | Indie Wschodnie i Zachodnie | Industrial | Istnieje również wrodzony brak poczucia humoru | Ja tam bynajmniej nie wiem | Jak długo będę jeszcze żył? | Jak uprawiać agresywne dziennikarstwo? Poradnik dla początkujących | Jakże cżęsto powtarza się ta historia | Jakże trudno czasami coś sklecić! | Jan i Małgorzata | Jan z Czarnolasu | Jesienna muzyka | Jeszcze smutniej! | Jeździec Apokalipsy | Językologia | Kaczuszki mandarynki | Karawana idzie dalej | Katedra Adamowego Żebra | Kawa z Kafką | Każdemu według naszych chęci | Każdemu według potrzeb | Każdemu, o czym tylko zamarzy | Kiciuś Miciuś! | Kicuś Micuś! | Kiedy człowiek staje się bestią | Kiedy owce nie milczą | Kij w mrowisku | Kniaź Wiktor | Kochani ludożercy | Kolacja Pani Sowy | Kometa tylko głownia nie ta | Konkwista | Koryfeusz nauki, milośnik sztuki | Koty i inne zwierzęta | Koty, głupoty, palikoty | Kości rzucone są | Kość słoniowa | Kto pierwszy był człowiekiem, kto będzie nim ostatni | Kto pisze teraz historię? | Kuchnia szamańska | Kwiatki Św. Franciszka | Kwiatostan śmierci | Kwitnienie kultury | Kwitnąca wiśnia | La colombina i ciche ukojenie | Lekarzu - lecz się sam! | Lenin wiecznie żywy | Leśmianiada | Lichwiarstwo polskie | Liryki i prztyki | Logika dziejów | Londyńska mgła niepamięci | Londyńskie przygody | Los ofiary | Los puka do moich drzwi | Lotosowy wpis | Ludzie ludziom... | Lunatyzm | Lęk społeczny | Made in Japan | Maligna | Marność nad marnościami | Marność nad marnościami. Rekoleksje Wielkopiątkowe | Marzenia senne | Marzeniologia stosowana | Maszkary i senne dziwadła | Maszkary i senne widziadła odbite w lustrze | Mała czarna z Kafką | Medycyna naturalna | Meine Liebe Augustin! | Melancholia | Melancholia stosowana | Memorabilia | Meszreiw | Meteo | Mgiełka autoironii | Mglisty dzień. Mgła | Mikołak | Mistrz i Małgorzatka | Mistycyzm lunarny | Mistyka i miłość | Mitologia osobista | Mitologia świata | Miłość | Miłość bliźniego | Miłość nie zawsze szczęśliwa | Miś Uszatek | Moc rytuałów | Monada nie ma okien | Mowa potoczna | Mowa ptaków | Mowa serca | Moze ktoś zrozumie, co teraz czuję | Może ktoś się ucieszy? | Może ktoś zrozumie, co teraz czuję | Może to trochę zbyt uszczypliwe | Musicology | Muza lekkich obyczjów | Muzyka przywraca ład serca | Myszoterapia dr Nezumi | Myśli prostego człowieka | Mądrość Natury | Mądrość jak z gazety | Mądrość narodów | Młot na faryzeuszy i hipokrytów | Męstwo bycia | Mówił sen do snu | NIe ma na świecie dwóch takich samych liści, ni kropel deszczu | Na jawie (lecz to, co niejawne pozstaje) | Na stos rzuciliśmy szcześcia los | Na stos rzuciliśmy szczęścia los | Na szczytach hipokryzji | Na zdrowie! | Nad piekną rzeką | Najokrutniejsze zwierzę | Najsłodsza tajemnica | Narastająca senność | Nic dzisiaj ciekawego nie napisałem | Nicość | Nie am dwóch takich samych liści, ni kropel wody | Nie bój się - najwyżej cię rozstrzelają! | Nie czas żałować burz, gdy płoną oczy | Nie czas żąłować burz, gdy płoną oczy | Nie każde szczere złoto jest szczerozłote | Nie ma na świecie dwóch takich samych liści ani kropel wody | Nie ma na świecie dwóćh atkich samych liści lub kropel deszczu | Nie ma takiego smutnego, co by na wesołe nie wyszło | Nie ma zazdrości bez miłości | Nie oddamy nawet guzika | Nie tylko dzielenie włosa na czworo | Nie wiem, ja w ogóle nie myślę | Nie zabijaj! | Nie zabijajcie drzew! | Nie zawsze urocza dzecinada | Niebiańskie szczyty głupoty | Niech pani będzie dzielna! | Niech zapłaczą na moim pogrzebie | Nieco drapieżny wpis | Niekoniecznie ptasi móżdżek | Nienawiść bliźniego | Nieosobiście | Nieprzesłane przesłanie | Niestworzone rzeczy | Nieszkodliwe głupotki | Niewczesna melancholia melomana | Niewczesne rozważania | Niewielka profanacja | Niewielkie przekłamanie | Niskolotnie | No No! Teatr No | No comments! | No no! | Nowa poezja lingwistyczna | Nędzne kabareciarstwo | O Leonardo, po cóż się tak trudzisz? | O dzieleniu włosa na czworo, czyli metodzie scholastycznej | O dzieleniu włosa na czworo, czyli o metodzie scholastycznej | Obciachy | Obscenia i parafrenalia | Obsesja dobrego biustu | Ojej! | Oko w oko z zębem mądrości | Okropieństwa | Okruchy odgrzebane z lawy | Okruchy życia wygrzebane zlawy | Okruchy życia wygrzebane z lawy | Okrutna losu ironia | Orientuj się na orient | Owczarek | Owczarki afgańskie | Owocożerni | PL jak piekło | PO PiS | POeci wszystkich krajów dzielcie się | Pan Tadeusz | Panie pośle, po chrześcijańsku panu wybaczam | Pańska satyra polityczna jest niegramatyczna | Pendant do pewnego przypisu | Perlikowski | Pewna elastyczność zasad | Pewne jak w banku | Piorunujący piorun! | Po owocach poznacie ich! | Po upadku | Pobożne życzenia | Podpatrywanie Natury | Podroby i inne podróbki | Pokolenie Kainowe | Pokorne ciele | Pokorne cielę | Pokusa | Polak potrafi | Polak potrafi! | Politolog i Politowska | Politycznie niepoprawne! | Polonica | Polonika rycerskie | Polucje i ablucje | Pomarańcze i mandarynki | Pomarznąć dobra rzecz | Pomarznąć dobra rzecz! | Pomoc psychologiczna | Poranna kawka z Kafką | Porąbane marzenia | Potężne i głębokie warstwy pierwotnego mitu | Powieść brukowa | Powszechna życzliwość | Powtórka z cynizmu | Poznaj samego siebie | Prawda | Prawda jest jedna i piękna, ale złożona | Prawda popłaca | Prawdziwa metropolia | Prawi i sprawiedliwi | Prawiezmartwychpowstanie | Prawiezmarwtychpowstanie | Prognoza pogody | Pruski smutek | Przecież cię zjem! | Przedagonalny polski agon | Przegląd sportowy | Przeinaczenia | Przez pychę do pokory | Przeżyjesz to, a pote już tylko grób | Przeżyjesz to, a potem już tylko grób! | Przminęło z wiatrem | Prztyczek | Psiapowiednia Majów | Psubrat | Pustka | Pytanie dość retoryczne | Raczej to nie będzie hit | Radosne gonitwy śnieżnych tygrysów | Radość wędrowania | Rejterada Rejtana | Religie nauczą cie pokory | Res Sacra Pecunia | Romans z pop kulturą | Roots, Rock, Reggae | Rozkosze reinkarnacji | Rozmowa nie na telefon | Rozpacz | Rozpacz na wieki wieków | Rozpacz, która podpełza pod gardło | Ruch i świeże powietrze... | Rybołówstwo cudzołożnika | Rycerz pokalany | Samokrytyka | Samotność egzystencjalna | Sekrety pewnego domu handlowego | Seraphic Flames and Heavenly Love | Siedź na dupie i potakuj! | Somatyka | Somatyka logiczna | Spełniona przepowiednia | Spleśniały ser | Sponsorem tej opowieści jest wydawnictwo Błękitny Wieloryb | Sport to zdrowie | Spowiedź morskiego wilka | Stary Sącz i Nowy Sącz | Stary mafioso | Stołeczne stołki | Stratyfikacja społeczna | Suma sumarum | Sumienie rachunku | Sweet Music and Poetry | Sygnały podprogowe | Szalchetne zdrowie | Szczęśliwa pomyłka | Szekspir do żadnej nie należy epoki | Szkarady | Szlachetna gravitas | Szlachetne zdrowie | Słodycze grafomanii | Słówka | Słówko do słówka, a uzbiera się sówka | Tadeusz Bój Jeleński | Taia chińska podróbka | Takie będą rzeczpospolite jakie tego blogu chowanie | Takie tam, pierdoły | Talking Heads | Tania chińska podróbka | Tatiana | Teorie świata nauki | Terapeutyczie | Terapeutycznie | Thames | The Doors. Uchylone drzwi | The Lion cub | The fruit of beauty and despair | To na pewno nie Lec | To nie żadna filozofia | Tragiczne pożegnania | Transformacja duchowa | Trudna sztuka dialogu | Trudno czasmi coś sklecić | Trzylogia | Trója z polskiego | Twarda rzeczywistość | Ty mi tutaj nie filozuj | Tygrysologia stosowana | Tysiac i jeden ptaków | Tysiąc i jeden kotów | Tysiąc i jeden ptaków | Tysiąc różowych kroliczków | Tęsknica | Tęsknota duchowa | Ubekistan | Ucone księgi | Uczeni ludożercy | Uderzenia losu | Uduchowienie | Umrzeć z miłości | Upadek Pierwszego Człowieka | Uroczy wegetarianin | Uszczelnienie systemu podatkowego | Utrata uzębienia | W czym mogę panu pomóc? | Wciąz powtarza się ta sama historia | Wciąż powtarza się ta sama historia | Wdzieczna muzyka przywraca ład serca | Wesola grafomania z morałem | Wiecej broi dla szaleńców w Teksasie | Wieczne powroty | Wiedza radosna | Wielka wygrana | Wielomówstwo, czyli plaga opowiadania | Wierzba płacząca | Wiosny i jesienie | Witch | Więcej broni dla szaleńców w Teksasie | Wojna totalna | Wpis o kształcie piramidy | Wprowadzenie do kruczków prawnych | Wrzucam wszystko do kosza | Wrzątek | Wspomneinei pewnego wspomnienia | Wspomnienie pewnego wspomnienia | Wspomnienie pewnego wspomnienia | Współczesny filister | Wszystkie rybki | Wszystko na A | Wszystko na sprzedarz | Wszystko na sprzedaż | Wygrana | Węzłowato | Wólka Węglowa | Xin Lu, typowa brunetka o granatowych oczach | Z Nietzschego nic nie powstaje | Z księgi wulgaryzmów | Z rupieciarni myśli | Zaczarowany świat zen | Zanim mnie wrzucą do dołu | Zapowiedź Apokalipsy | Zaraz wracam! | Zasada domniemanej winy | Zaskroniec | Zastał Polskę drewnianą... | Zatrzaśnięte drzwi | Zbaw mie Buddo Amido | Zbaw mnie, Buddo Amido | Zdrowy egoizm | Zegar dziejów | Zestrzelenie księżyca | Zginął z rąk słabej kobiety | Zima się nas nie ima | Zjawiskowe | Znak jaskółki | Zrozumieć wartość tego, co nieużyteczne | Zuch zawsze ochoczy! | Zwierzęta pod postacią ludzi | Zwyciestwo konsumpcjonizmu | Ząb mądrości | ie zabijajcie drzew! | ieosobiście | kosmos | Łagodne prawo, ale prawo | Łagodność tygrysa | Śmiechotki, chichotki | Śmiertelna powaga | Śmierć | Światełko w mroku | Świętość, wziętość, nadętość | Życie jest tragiczne | Życie samo | Życzliwe spojrzenia na całość ogródka | Żyć, nie umierać
RSS
poniedziałek, 30 kwietnia 2012

                   Co będzie później?  Nie wiem!

               "Przyznanie się do wad wskazuje, że dusza przychodzi do zdrowia. Ocknijmy się więc, byśmy mogli wyjawić nasze wady!  Obudzi nas zaś tylko filozofia, tylko ona strząśnie z nas twardy sen"  (Lucius Annaeus Seneca, Listy moralne do Lucyliusza, ks. VI, LIII).

               Nie wszystko jednak, co dotyczy drgnień ludzkiej duszy, da się w równie szlachetny i prosty sposób wyrazić.  Często bowiem nasze największe wady tak są zrośnięte z największymi zaletami, że wykarczowanie jednych jest zarazem zagładą drugich.  Zdarza się, że usuwając chorobliwą nieśmiałość niszczymy zarazem i pokorę, i stajemy się bezczelni a wraz z zachłannością niszczymy i ciekawość życia.  Jakże często też siła tkwi w słabości a słabość w sile!   Dlatego pielęgnowanie zalet naszej duszy i usuwanie wad wymaga sporej delikatności...Zmieniaj się zatem powoli, jednak staraj się zmienić, żeby nie przespać jak senny owad lub sparaliżowana lękiem jaszczurka, reszty życia.

 

                Twój wierny Aurelio

                  Lutnista Vermeer grał na lutni siedząc na krześle w kamienicy pewnego starego, brodatego Żyda, odzianego w złoto i w purpurę.  Żyd dawno już usnął.  Za oknem wiał wieczorny wiatr i obsypywał ulicę jesiennymi liśćmi. Okno było otwarte i wiatr poruszał pomarańczowymi firanami.  Na dywanie pokoju drzemał podłużny chart i dwa koty: biały i czarny.  Księga, która wypadła Żydowi z ręki, leżała do góry grzbietem na podłodze.  Pół żywa mucha chodziła po stole. Poza tym już nic nie zakłócało najsłodszej pustki tego miejsca, wypełnionego tylko anielskimi dźwiękami...Kiedy nagle w drzwiach zjawiła się piękna Batszeba...

                 Lutnista obudził się z drzemki i powitał ją kaskadą dźwięków,  Żyd, jej mąż lub ojciec, zachrapał głośno i obudził się, chart warknął a koty skoczyły sobie z piskiem do oczu.  Okno zatrzasnęło się a Batszeba przydeptała obcasem księgę...     

                 Do pokoju wkroczyła Śmierć...

       

       Którejś nocy poeta Lin Yu usłyszał szeleszczenie łapek owada na swojej macie.  Obudził się i chwycił wachlarz, aby zatłuc intruza.  Jednak owad uciekł i skrył się w jakimś zakamarku pokoju.  Poeta jednak nigdy dotąd nie skrzywdził żadnej czującej istoty.  Na samą myśl o tym, iż chciał tak postąpić, utracił całą swą dotychczasową radość ducha.  Przez dziewięć dni nic nie jadł a jedenastego pochwycił sztylet z nefrytową rączką i zamierzał wbić go sobie z rozpaczy prosto w serce...Nie miał jednak szczęścia, bowiem nóż ześliznął się po jego szacie i skaleczył go w lewe ramię, z którego trysnęła krew.  Kiedy zemdlony z wycieńczenia upadł na swe posłanie owad ów podbiegł do niego na swych łapkach i wyssał jego krew a następnie rozłożył swe macki na jego twarzy i oblepił usta, zasypiając słodko.  Tymczasem Lin Yu przymknął oczy i wyzionął ducha.  

        W tym czasie aleją, przy której stała chatka Lin Yu przechodził Budda.  Ponieważ idąc poczuł z owej chatki zapach słodkich mandarynek postanowił wejść tam ze swą miseczką żebraczą.  Straszny bowiem był z niego łasuch! ...Jednak wchodząc natknął się tylko na ciało nieszczęsnego poety.  Ponieważ od jego śmierci minęło zaledwie niecałe pół godziny, Budda swym trzecim okiem ujrzał wszystko, co się tu wydarzyło i rzekł:  "Szlachetny Lin Yu nie zniósł nawet wyobrażenia o tym, że jego intencją było skrzywdzenie żywej istoty.  Tymczasem pająk nasycił się jego krwią i głośno chrapie.  Ja zaś powiadam jeszcze raz: "Uwolnij swój umysł od splamień i skaz, a odrodzisz się w Przeczystej Krainie". 

        Trzeba trafu, że i ja widziałem potem Buddę unoszącego się nad drogą, którą kroczył.  Szedł i rozrzucał w okół białe kwiaty wiśni.  Pobiegłem więc do chatki Lin Yu i chciałem wykraść jego wiersze.  Jednak chociaż jestem uczony, nie znałem cierpień i niepokojów jego duszy, a znaki, które napisał zdawały się być nieczytelne.  Już miałem stamtąd wyjść, ponieważ zewłok poety zaczynał się lekko rozkładać, gdy nagle poczułem na swych plecach łaskotanie szorstkich pajęczych łapek.  Zrzuciłem z siebie owada i chciałem zmiażdżyć go sandałem, kiedy poczułem, iż nie wolno mi krzywdzić czującej istoty.  Z rozpaczy położyłem się obok zmarłego i przebiłem się mieczem.  Po chwili owad usiadł na mej twarzy - a kiedy, na chwilę przed swym zgonem, otworzyłem lewe, a później prawe oko, poczułem na swych ustach dotyk ust  pięknej Hsi Shih, w którą zmienił się ów przeklęty owad, a jej obfite piersi dotykały do moich. Zatem ducha wyzionąłem w nieziemskiej rozkoszy.           

 

           Dziękuję, że mnie Pani o to pyta...obawiam się, że nie napiszę już nigdy...ale, na szczęście, nie wiem tego na pewno. 

           W ostatnich dniach spotkało mnie wiele miłych rzeczy ze strony osób, które zechciały skomentować moje wypowiedzi.  Poczuwam się wobec nich do wdzięczności.  Może chociaż niewielka cząstka tego, co pisałem, nie była całkiem bez sensu...Całą resztę chętnie wyrzuciłbym do kosza.   

           Ja również wierzę, że jest wielu kapłanów, którzy mają powołanie i że istnieją na świecie ludzie, w których dobroć nie można wątpić. Wierzę w miłość i dobroć...         

           Niestety los obchodzi się ze mną dość okrutnie odbierając mi to, co najbardziej w życiu kochałem.  Ostatniego z tych wstrząsów losu wytrzymać już chyba nie potrafię.  Dlatego na wszelki wypadek żegnam się z czytelnikami...

           Aurelio    

niedziela, 29 kwietnia 2012

               - Jakże niewielką cząstką prawdziwego świata jest ten, który znamy!   Jemy, śpimy, zarabiamy pieniądze, kupujemy coś, rozrywamy się, odpoczywamy, walczymy z kimś, odczuwamy zazdrość, lękamy się, kochamy i nienawidzimy.   Poza tym wszystko, co wiemy o świecie, wiemy z internetu, z telewizji, z gazet, rzadziej z książek i od niezwykle mądrych ludzi, których spotykamy.  Jaką wartość może mieć taka wiedza? ...To, czego nie doświadczamy bezpośrednio u samego źródła życia, w chwilach radości, miłości, zachwytu i cierpienia jest dla naszej duszy jedynie abstrakcją.  Czytamy na przykład, że w kosmosie istnieją miliardy gwiazd i że niektóre, niewidoczne dla nas formy życia są tak niepodobne do naszej, że aż trudno byłoby nam je uznać za istniejące.  Przeglądając historię religii dowiadujemy się, że Budda uważał wszelkie stany życia za nietrwałe a może nawet nierealne.  Mądrość, która jest świadomością pustki, mogłaby wywoływać w nas nieograniczone współczucie dla wszelkich form istnienia. A jednak ta uwalniająca prawda jest dla nas jeszcze jedną abstrakcją. Podobnie jak śmierć ludzi, których zabija się strzałem w tył głowy i którzy mrą z głodu jak insekty lub konają na szpitalnych łóżkach wśród chichotu pielęgniarek.  W każdej chwili naszego życia ktoś jest okrutnie zabijany, maltretowany, gwałcony, poniżany, zdradzany, podczas gdy ktoś inny przeżywa chwile radości, spokoju, miłości i szczęścia.  My jednak o tym nie wiemy, ale oczywiście przekonani jesteśmy, że zjedliśmy wszystkie rozumy.  Żyjemy w stadzie, jak bydło, dniem dzisiejszym tylko - jak powiada pewien starożytny poeta...Ale widzę, Jadziu, że mnie nie słuchasz?

               - To, co, tatusiu?  Jakie to ma znaczenie?  Nie ma prawdziwej radości i prawdziwego życia bez pieniędzy, wypoczynku, materialnych potrzeb, zdrowia, seksu.  Każdy i tak kiedyś umrze.  Po co zawracać sobie tym głowę?  Myśl o sobie!

               - Nie wiem, co na to odpowiedzieć.  Masz rację, to tylko takie gadanie.  Bezsensowne jak wszelka moralistyka. To prawda, że życie bez kontemplacji dla mnie nie jest prawdziwym życiem.  Nawet mój kot wygląda przez okno i z uwagą przygląda się temu, co tam widzi, a kiedy promienie słońca padają na część mojego biurka, kładzie się tam.   

               - Ale teraz wypoczywa, śpi?

               - Tak. Bo jest niedziela.  Dzień Święty! 

               - Ale on to robi codziennie!

               - A co on ma do roboty?

               - To, co wszystkie koty!

               - No dobrze, nie rozmawiajmy już o tym.  Taka ładna pogoda!

             Nieco dziwnie się poczułem odpowiadając na trzy komentarze w jednym tekście...Trochę mi wstyd, ale...to z powodu narastającej senności.  Najchętniej przeszedłbym przez życie niezauważony, ciesząc się z mroku zapomnienia, jaki okryje moje istnienie...jednak, nie chcę być kolejną rozdeptaną po deszczu muszelką, bowiem podobnie jak owe nieszczęsne ślimaki mam "w sobie" życie...kimkolwiek jestem, byłem, będę i kimkolwiek mógłbym być. 

             Oczywiście to drobiazg...z perspektywy kosmicznej wszystko rozważając 

              Pani Alicjo,                

              Dziękuję za miły komentarz i zaproszenie.  Chętnie zajrzę na Pani stronę, jak tylko trochę się wyśpię...Bardzo jestem ciekaw tego, co Pani pisze/co piszesz?

              Pozdrawiam serdecznie,

              Aurelio

 

             Panie Tomku,

             Tak, on chyba rzeczywiście trochę "chował się" za swój język - i cyzelował go, zapominając może nawet czasami o sensie.  Podejrzewam, że był spragniony sukcesu i że w końcu go odniósł - niepokojąc wszystkich, co uważał być może za jakąś formę terapii i...autoterapii. W końcu prawie każdej nocy płakał...Ja niektóre jednak opuszczam...

             Z metafizyką ewolucji w moim wydaniu może być ciężko! ...Podobnie jak z ewolucją metafizyki.  Mało się na tym znam.

             Przypuszczam, że Bach i Offenbach mają ze sobą wiele wspólnego...jednak mnie osobiście Bach (a spośród filozofów Spinoza czy Leibniz), nie wydaje się hermetyczny.  Szczerość przeżyć sporo dla mnie znaczy.  Jednak ostatecznie bardziej przemawia do mnie na przykład Rembrandt niż Nikifor.  Choć przecież Nikifor, chociaż mówić nie mógł, wyrażał jakoś swój zachwyt!   

            Osobiście wolę bezpośrednią mowę uczuć w muzyce i w poezji od geometrii w filozofii i symboliki w sztuce.  Mam jednak wrażenie, że Bach i Spinoza (co do Leibniza bym się nie upierał) przeżywali głęboko i że świadomie przyjęli odwołujący się do tradycji i obiektywny rodzaj przekazu.  W moim poczuciu obaj byli humanistami, którzy starali się zrównoważyć ludzki niepokój i ból, poprzez włączenie go w jakiś obiektywny porządek świata.  Chociaż Bach był Chrześcijaninem a Spinoza najbardziej pobożnym ze wszystkich filozofów (tak go nazwał katolicki historyk filozofii, Gilson! - nazywany przez Ś. P. profesora Kasię "tubą Watykanu", co zaiste jest przedziwne, biorąc pod uwagę jak długo w kościele Spinoza uchodził za zdechłego psa!)

           Niestety - cierpienie jest zawsze konkretne i kiedy dotyczy nas samych lub osób nam najbliższych, niewiele nam zwykle pomaga świadomość, że moglibyśmy przeżywać je "w Chrystusie" lub "w zgodzie z Naturą" (całością istnienia...) 

           Miło mi, że Pan o mnie nie zapomniał...Trochę ostatnio za mało śpię - więc na tym kończę!

 

           Pani Asiu,

           Cieszę się, że czyta Pani moje wpisy.  Dość często przeżywam różne rozterki.  Bardzo mi przyjemnie, że już drugi raz podniosła mnie Pani trochę na duchu,

           Z wdzięcznością,

           Autor

            

       

                 

    

     Pewien kabalista tak umiejętnie chwytał rozproszone iskry Boże, że Pan

Bóg długo nie mógł wyjść z podziwu dla niego.  "Jak tak dalej pójdzie, to

wszystko będzie jak wtedy, kiedy nic nie było!"  - zmartwił się jednak Adonai. 

     Kabalista potknął się na obluzowanym chodniku, a wtedy z dachu spadł na

niego wielki kamień i zabił go na śmierć.  Jedni powiadają iż nie był to

przypadek, inni, że to był przypadek.  Ja uważam, że był to zarazem przypadek

i nie-przypadek. Kamień jako rzecz ciężka w naturalny sposób poszukuje

niższego miejsca w przestrzeni, czego dowiódł już Arystoteles. To nie przypadek! 

...Ale to, że Jojne wyszedł tego dnia z domu - O!  to już był przypadek.  Przyśniła

mu się Rywka, córka naszego fryzjera i poszedł przyciąć sobie bródkę.   

     A WTEDY ZACZAI SIĘ NA NIEGO PAN! - jak niegdyś na Mojżesza...  

 

 

 

       - "Cień mojego cienia jest moim cieniem." To piękna i starożytna

zasada. Ale pozwolicie, że się z niej wyłamię! Niech każda istota będzie

wolna i niech to prawo nigdy więcej nie kładzie się cieniem na naszych stosunkach.

Odtąd cień mojego cienia może jak chce załamywać się w świetle i w mroku.  Jest

przecież wolną istotą i ma prawo do marzeń!"

        - "Ale, czy to słuszne, Panie?  Ty pójdziesz w lewo, a twój cień w prawo. Gdzie

będzie wtedy cień twojego cienia?  Może przyłączy się do stada wilków i skoczy ci

do gardła? I wszyscy wtedy zaczną tobą gardzić!

        - "Nie dbam o to!  Moje królestwo, jak miłość, nie zna granic, ani utartych

dróg...A zresztą, kto wie, może naprawdę to ja jestem cieniem mojego cienia? 

A któż wtedy odpowie na pytanie "Kim jest mój cień"?  

        - "A lojalność, Panie?  Czy każdy z was trojga ma prawo pójść dokąd chce? 

Dokąd by to was zaprowadziło?" -

        - "Niech każdy będzie wierny sobie, a nikt nie będzie knuł w sercu zdrady. 

W ten sposób nasze drogi spotkają się!"   

        - "W taki razie pozwolisz Panie, że cię opuszczę" - rzekł lokaj - "Nie

mogę żyć w świecie bez zasad. Byłoby to bezzasadne!"

 

 


                           - Smutku, odejdź.  Chciałbym chociaż na chwilę pobyć sam -

          Ale smutek przygląda się z uwagą mojej zmęczonej twarz i mówi: - Martwię się o Ciebie!  Przecież niedługo umrzesz a wciąż wydaje ci się...Nie chciałbym Ci tego powiedzieć wprost...Wciąż żyjesz miłością, a nie poczuciem rzeczywistości.  Wiesz chyba, jak to się skończy!

          Jak zwykle trochę przygarbiony.  Porusza się tak powoli, że wszystkiego się odechciewa.           

                           - Tak, wiem!  Ale zbyt smutno mi o tym myśleć...

                           - I dlatego chcesz się mnie pozbyć?  Przecież to mnie zawdzięczasz potęgę swojej myśli i melancholii.  To dzięki mnie odkryłeś istnienie cierpienia i śmierci. To ja pokazałem ci, czym jest tęsknota i brak nadziei. To ja zaprowadziłem cię do piekła podziemnego świata, gdzie byli już Dante i Pitagoras...I odkryłem przed tobą twoje przeszłe żywoty...I obdarzyłem cię mocą przeczucia.  To ja włóczę się z tobą w księżycowe noce i odsłaniam przed tobą tajemnice drzew.  A nawet ją poznałeś tylko dzięki mnie!  Beze mnie byłbyś nikim!

                           Twarz Smutku była rzeczywiście zafrasowana, ja zaś rozrzewniłem się...Przypomniałem sobie, ile to już lat jesteśmy razem i że w chwilach euforii zapominam o swym przyjacielu. 

                           - Za bardzo myślisz o kobietach.  Miłość to naprawdę nie wszystko.  Take it easy!  Czy naprawdę warto było żyć dla tej pijaczki?

                           - Nie wracajmy już do tego - powiedziałem - Zawsze będziesz bliski mojemu sercu, jednak tak naprawdę potrzebuje Radości.

                           - Potrzebujesz tej dziwki Uciechy? - zapytał naprawdę poważnym głosem.

                           - Potrzebuję Radości.  Uciecha i Wesołość i tak mają wzięcie.  Każdy głupi ich pragnie. Ciągle pijane, śmieją się i obcałowują chłopaków.  Niby nawet ładne, ale nigdy piękne, potrafią być pociągające, ale nie potrafią być czułe.  

                           - Upraszczasz!..A ta twoja Radość, to kto?

                           - Ona jest piękna...

                           - To dlaczego tak cię dręczy i jest piękna tylko od czasu do czasu...Dlaczego o tobie zapomina? ...Nawet chyba zbyt często się nie widujecie? Nie myślisz chyba, że ona jest jakimś aniołem...

                           - Nie tak często jak bym chciał.  Dobrze o tym wiesz.  Mieszkasz przecież w moim sercu...Ale uważaj! Nie dokuczaj mi, bo pomyślę, że jesteś zazdrosny...

                           - Tak i wiem, że wszyscy zauważają, jak mało ma dla ciebie czasu i dawno już spisali waszą miłość na straty.  Może czas zacząć myśleć trzeźwo?

                           - Smutno mi, kiedy tak mówisz.  Znasz mnie przecież...

                           - Znam cię Aurelio. Wracaj do swojej powieści.                            

                           Na chwilę znikł.  Jednak wiem już, że zjawi się we śnie, albo w środku słonecznego dnia.  I na pewno powie: "Nie ominie Cię zagłada.  Wszystko już zapisane w niebie.  Widzisz ten znak?" 

                           A więc naprawdę wszystko już skończone?                                                              

 

                          

sobota, 28 kwietnia 2012

                               To chyba "Pan Chudeusz"? ...A kto to śpiewa - Jątek?  Nie, to chyba wyjątek...

                                     Nie, to chyba jakoś nie tak?...Nie ma już nawet kogo nienawidzić w tej globalnej wiosze! 

                      Pielgrzymki integracyjne dla młodzieży pod wezwaniem Św. Teresy.   W przerwie prelekcja - "Jezus a antykoncepcja".

                   Tak powiedziała kuzynki mojego ciotecznego brata wnuka żony stryjeczna ciotka albo jej wujenka (ważne w razie ewentualnego wszczęcia dochodzenia)... "A pies z tobą tańcował!" - dodała. 

                "Chciałbym stąd uciec, choćby na chwilę i choćby tylko w marzeniu".  Pozostała po nim tylko ta kartka.  16 września 1687roku był ostatnim dniem życia Caspara von Kleina, badacza tajemnych zagadek Natury i najbardziej mrocznych zakamarków historii oraz ludzkiej duszy.  A jeszcze trzy tygodnie wcześniej spotykamy go nad brzegiem wzburzonego Bałtyku.  W wietrzne dni aż do późnego wieczoru chodzi po piaszczystej plaży położonej między wysokim urwistym brzegiem, którego strzegą powykrzywiane sosny a spienionymi morskimi falami.  Potem wraca do wsi i wśród małomównych, pachnących solą rybaków układa się do snu, jakby był jednym z nich.  Wprawdzie szaleniec z niego, ale i pan.  Wiadomo, że prędzej czy później wróci na zamek.

                 Nastąpiło to właśnie owego ostatniego dnia jego życia.   Nieśmiały i skromny Caspar Klein powrócił do siebie, aby panować nad zamkiem i okolicą.  W zamku jak zwykle jednak nie było żywego ducha, a przy wejściu wciąż powiewał na wietrze kościotrup skazańca, którego kazał powiesić jeszcze jego ojciec przed samą podróżą chłopca do Rzymu.  Jednak Klein nie był tu wcale sam.  Nocami usługiwały mu widma i upiory zatrudnione niegdyś jako żywi ludzie przez ojca.  A w ciągu dnia odwiedzała go dziewczyna z wioski, która usługiwała mu na wszystkie możliwe sposoby: piorąc i cerując jego ubrania, gotując, sprzątając, porządkując jego notatki i dotrzymując mu towarzystwa. Klein lubił wąchać jej jasne włosy pachnące rybami i obłapiać ją za fartuch podczas domowych czynności.  Nie mógł się wprost napatrzeć z jaką wprawą oprawia węgorze. Niestety dziewczyna nie tylko nie umiała pisać, ale nawet mówić, a książę z trudem wyjaśniał jej,  dlaczego Cezar powinien strzec się Idów Marcowych.  Lubiła jednak słuchać kiedy coś jej czytał. Leżała wtedy zwinięta w kłębek na jego łóżku a on przegarniał i głaskał jej włosy, czekając aż zacznie mruczeć przez sen.  W chwilach szaleństwa Caspar opuszczał jednak nocami dom i znikał w bezludnej okolicy. Często znajdowano go potem wycieńczonego w lesie, na wydmach i łąkach i dopiero stamtąd niby jakiegoś pijanego przynoszono go do domu.             

                Podobno jednak na kilka dni przed powrotem Kleina dziewczyna utonęła w studni.  Wyłowiono ją stamtąd i pochowano na okolicznym wiejskim cmentarzu obok kaplicy.  Być może słysząc o tym jej pan postanowił wrócić na zamek.  Jednak Johannes Fux napisał w swej "Kronice miejscowości Nunberg i okolicy", że dziewczyna przeżyła swego pana a po jego tragicznej śmierci odwiedzała nocami jego grób i wyła do księżyca na podobieństwo wilka.  Relację tę kwestionuje jednak a nawet wyszydza Dietrich von Paulus w "Zapiskach z cmentarnej krypty".  Podług niego pan Caspar "od dawna był już przeraźliwie samotny a jego zamku nie odwiedzał nawet pies z kulawą nogą, a co dopiero krzepka i dorodna wiejska dziewucha.  Hrabia Fux jak zwykle dał się ponieść wyobraźni, która już wcześniej prowadziła go na różne manowce, zaś jego pocieszną historyjkę można jedynie między bajki włożyć".  Von Paulus, w oparciu o krytykę historycznych źródeł posuwa się nawet do stwierdzenia, że przyczyną śmierci księcia był "brak kobiety z prawdziwego zdarzenia, co musiało odbić się na zdrowiu Jaśnie Oświeconego Pana".  Warto jednak w tym miejscu przypomnieć, że okres życia von Paulusa datowany jest na przeszło wiek później.  Być może we wszystkich tych relacjach kryje się jakaś cząstka prawdy.  Wystarczy tylko dokonać pewnej zmiany natury chronologicznej i oto mamy proste rozwiązanie owych pozornych sprzeczności.  Najpierw zatem Klein odwalił, że tak powiemy, kitę, a zrozpaczona jego kochanka wyła na jego grobie. Później zaś z rozpaczy rzuciła się do studni a ponieważ jej śmierć uznano za wypadek, pochowano ją w pobliżu grobu księcia, aby również po śmierci mogli mieć ze sobą miłosne schadzki.  Kiedy zaś oboje pomarli zamek rzeczywiście świecił już tylko pustką a z każdego jego kąta wyzierała żałość.  Tak zapewne unikając niezdrowej sensacji można by w sposób rzeczowy przedstawić owo historyczne następstwo faktów.  

              Tak, czy inaczej niepokoi mnie odpowiedź na pytanie, jaka była przyczyna śmierci księcia.  Rozwiązaniu tej zagadki poświęciłem przeszło osiemdziesiąt lat mojego życia i skrupulatnie badam ją także po mojej śmierci a rezultatów swoich badań nie omieszkam przedstawić w osobnym dziele.  Mamy jednak teraz rok 1884 i żyjemy w wieku pary, diamentów i stali.  Rozpędzone lokomotywy tratują nasze królestwo, statki parowe niemal od pół wieku podbijają oceany i przywożą z kolonii słonie i niewolników, balony unoszą się nad ziemią, a kto wie, może w przyszłości uda się skonstruować także parowy wehikuł latający?  Przyznam iż ten pęd bywa nie do wytrzymania.  Dlatego tak tęsknię za czasami młodości mojego pradziadka. 

    

      

piątek, 27 kwietnia 2012

              "Kochać swego bliźniego jest rzeczą niemożliwą. Czy jakiemuś wirusowi nakazuje się kochać innego wirusa?"

              1. To, że miłość bliźniego ani w ogóle jakakolwiek miłość nie może być  n a k a z e m  jest całkiem oczywiste, bowiem źródłem miłości jest uczucie. 

              2. Dlaczego niemożliwą rzeczą jest miłość bliźniego?  Bo mamy naturalną skłonność do kochania niewielu bliskich nam osób a miłość do osób obcych, obojętnych lub wrogich jest wbrew naszej naturze i możliwa jest tylko, jak mógłby powiedzieć teolog, dzięki łasce Bożej, na której działanie nie mamy zgoła żadnego wpływu. 

              3. Trochę jesteśmy do wirusów podobni.  Nie wiemy, dlaczego żyjemy na tym świecie. Na pewno nie jest to naszym zamiarem.  I tak jak one plenimy się przyrastając w ilość i nie panując jako osoby nad własnym życiem a jako gatunek nad własnym rozwojem. 

              A jednak miłość jest możliwa.  I możliwe jest też przezwyciężenie egoizmu i nienawiści.  Przemiana duchowa, która nas do tego prowadzi jest tajemnicą i chociaż być może można ją uznać za naturalną konsekwencję gromadzenia się skutków karmicznych działań wypływających z czystości naszej intencji (konsekwencję naszego doświadczenia), to jednak rozważanie tego nie miałoby sensu - bowiem splot przyczyn prowadzi w końcu i tak do zmiany jakościowej naszych przeżyć - do przebudzenia lub ozdrowienia naszej duszy albo do czegoś przeciwnego...Poza tym każdy nasz akt woli jest czymś uwarunkowany a owa determinacja daje się wprawdzie sama przyczynowo wyjaśnić, jednak w sposób równie oczywisty pewne sytuacje życia i wyzwania przed jakimi stoimy nie maja związku z naszymi wyborami i mogą być przez nas postrzegane jako przypadkowe.

              1. Przymuszanie się do pewnych uczuć jest niemożliwe, jednak możliwe jest  ich przechodzenie w uczucia przeciwstawne lub w przypadku przyjęcia właściwego nastawienia umysłu pewne uczucia są ich naturalną konsekwencja i przeżywamy je w sposób spontaniczny.  

              2. Pod wpływem pewnych istotnych dla naszego życia przeżyć nasze poczucie naturalności własnych przeżyć może ulec rozszerzeniu - tak jak, niestety, może też zostać zawężone (co ma nawet miejsce częściej).  

              3. Od wirusów różni nas to, że mamy umysł, w którym potrafimy świadomie czytać.  Tak jak one możemy odczytywać jedynie spośród informacji zakodowanych, jednak umysł nasz może z tych informacji tworzyć pod wpływem naszych dowolne wzory.  W tym sensie nasza wiedza nie jest jedynie reprodukowaniem i może w sposób nieograniczony przyrastać.

             Scholastyczny sposób myślenia nigdy mnie nie pociągał, jednak czego się nie robi w chwili zwątpienia...A teraz, kiedy już podzieliłem włos na czworo, odpowiem Cioranowi prosto z serca:

            "Sztuczny aromat twego aforyzmu jest jak perfumy, które mają zastąpić wiosnę - drażni tylko i w brutalny sposób odbiera nadzieję,  utwierdzając nas w złudzeniu, że to brak ukojenia jest brakiem złudzeń, podczas gdy naprawdę jest on tylko bólem.  Jeśli chcesz być sobą - w rozpaczy nie szukaj jeszcze jednej okazji do uwodzenia wdziękiem owego: "Nic na to nie można poradzić!"   

 

 

                 ...profesora dr hab.  Janusza Palanta, eksperta od spraw trudnych.

                 - Czy ma pan profesor jakąś receptę?

                 - Oczywiście.  Nie dać się zwariować!  Jeśli mają cię zabić po obiedzie, zjedz spokojnie obiad, jeśli chciałeś zobaczyć się z dziewczyną, być może zdążysz jeszcze wykazać się swą męskością.  Pamiętaj - wierząc im, sam kopiesz sobie grób!   A może wcale nie przyjdą?

                 - Ja bym tak nie potrafiła!

                 - Bo pani jest kobietą.  Widziała pani kiedyś płaczącego mężczyznę?  

                 - Nie.  A pan widział kiedyś płaczącą włoszczyznę!  (śmiech)              

                 - Proszę, jaka dowcipna!  A ja coś na panią mam...Wie pani, gdzie jest teraz pani małżonek?

                 - U tej rudej małpy?

                 - Właśnie, właśnie! ...Ale przecież to pani wcale nie rusza.

                 - Jak to nie rusza?  Jak to nie rusza - ty palancie!...Wynoś mi się stąd natychmiast!

                 - Wróci do pani. Raz, że jest ruda.  Dwa, że jest małpą!  Poza tym to straszna dziwka a on takich nie lubi.  Nie prędzej niż za 5 lat i nie później niż za 10 będzie znowu przy pani.  Musi pani po prostu uzbroić się w cierpliwość i jak to się mówi, wziąć na wstrzymanie...Facet zmęczy się, zapragnie domowego ciepełka...

                 - A pan tak znowu skąd to wszystko wie?

                 - Z teorii, proszę pani.  Sam jestem kawalerem, czyli nieżonatym mężczyzną.

                 - I rzeczywiście nigdy pan nie płacze?

                 - To mogłoby ją rozbroić.  Ale saper myli się tylko raz!

                 - To chyba jakaś straszna sex-bomba, profesorze?

                 - Machiavelli powiada, że nie wystarczy być lwem. Trzeba też być lisem, droga pani.  Więc odpowiem pani wymijająco. Nie potwierdzam ani nie zaprzeczam!   Polecam pani lekturę "Erystyki" Schopenhauera.  Na dziennikarstwie wszyscy to znają!  A małpą niech się pani nie przejmuje.  Pani mężowi nic co ludzkie, nie może być obce. 

 

 

                     A kto by się przejmował uczonym szaleńcem?   Żyjemy w trzeźwej epoce, w której w pogardzie jest to, co niepraktyczne. Ot, choćby taki Krzyż!  Do czego to podobne, żeby człowiek robił z siebie takie pośmiewisko!   Dewoci pierwsi go zlinczują.

                     Pamiętaj - kiedy oddajesz się snom na jawie, ktoś zgarnia twoje punkty!  Nie tylko nie zrobisz kariery, ale zadepczą cię ci bardziej przystosowani...Szczury są już prawie na szczycie wieży Babel a ty?...

                    Ale on mnie nigdy nie słuchał!  Ostatni raz widziałam go na zakręcie drogi donikąd.  Odwrócił się do mnie na chwilę, chyba uśmiechnął i pomachał.  Poprawiałam chustkę na głowie, kiedy usłyszałam serię z karabinu maszynowego. Co dalej było - nie pamiętam!  Podobno podeptali mu okulary.

             "Kochana Cecylio,              

             Ty jedna rozumiesz czym są moje uczucia do Niej, dlatego powierzę Ci pewną tajemnicę.  Staraj się jednak, aby klucz do tego sanktuarium nie dostał się w niepowołane ręce. 

             Opowiem Ci teraz o dwóch rodzajach pustki.  Jedna jest zagładą mojego życia, a druga wybawieniem.  Chciałbym jeszcze powiedzieć Ci, jak bardzo pragnę teraz nie istnieć, ale nie mam już na to czasu, bowiem moje życie okrywa coraz większy mrok.

             Pierwszy rodzaj doświadczania pustki polega na zobojętniałym przyglądaniu się temu, co niegdyś lub może nawet nie tak dawno budziło moje najgorętsze i najżywsze uczucia.  Tak mi na czymś zależało, pragnąłem czegoś, marzyłem o czymś, może nawet kochałem a teraz to takie obojętne.  Niby jest, ale tak naprawdę nie istnieje -  i od wszystkiego, czym żyłem, oddziela mnie otchłań rozpaczy i zwątpienia.  Zapewne czuję jak dawniej.  Jednak stałem się obcy samemu sobie i moje własne uczucia wydają mi się dalekie i chłodne, jak umierające gwiazdy.  Nawet miłość...Kiedy oglądam się za siebie widzę tylko przepaść i kiedy spoglądam przed siebie - widzę tylko ją!  Czuję w sercu drżenie...ale przecież i tak upadek mój jest nieunikniony!  

              Jeszcze niedawno myślałem - Ktoś przecież kocha mnie, myśli o mnie, tęskni - jakże więc mógłbym czuć się samotny?  A jednak teraz wiem, że Ona nie tęskni za mną, nie chce być bliżej mnie i tak łatwo potrafi się beze mnie obyć...I podczas gdy ja chciałbym każdą chwile swego życia ofiarować Jej, ona żyje czymś innym i dla kogo innego i nie ma nawet odwagi bronić swego prawa do miłości...

              I tyle już między nami - także z mojej winy - nagromadziło się negatywnych przeżyć.  Kiedy o tym wszystkim myślę, chciałbym nie żyć lub nigdy się nie narodzić.

              Drugi rodzaj pustki otwiera przede mną jeszcze jedną bramę współczucia Buddy.  "Jaka Ona biedna" - myślę - "Nawet przez chwilę nie pomyślała, czym mogłaby być nasza miłość, gdyby nie starała się jej w sobie zabić lub zagłuszyć.  Będę Ją teraz chronił przed wyrzutem sumienia, jakim jest dla Niej samo moje istnienie - istnienie, którym wzgardziła tak dalece, że nie przyjechała do mnie nawet wtedy, kiedy powiedziałem Jej, że od tego zależy moje życie".  Mam od tego czasu wyraźne poczucie, że nie powinienem dłużej żyć, bowiem moje istnienie zostało zlekceważone przez najbliższą mi osobę.  Zaglądałem do mojej płonącej szuflady, na dnie której spoczywa rewolwer - pomyślałem jednak w końcu: "Jaka Ona biedna!" Oszczędzę Jej tego".  Nawet, kiedy w zaślepieniu nazywa moją rozpacz emocjonalnym szantażem lub okazuje mi swą pogardę, czuję, że jest niewinna i że nie będąc mną nie może znać moich uczuć...ja jeden na tym świecie mam prawo Jej współczuć, ponieważ tylko ja Ją kocham..."

            Ten niedokończony list znaleziono na biurku poety 27 kwietnia 1812 roku.  Następnego dnia od rana jego pokój odwiedziło wiele osób a lekarz Jonathan Wolf ustalił przyczynę zgonu.  Jedyny przyjaciel biedaka przeczytał list i rzekł:

            - Nawet w ostatnim momencie swojego życia sprawił nam zawód.  Proszę zobaczyć, doktorze, jak jego myśli brakuje wszelkiej konsekwencji, jakby utracił poczucie rzeczywistości a jednak nadal poniża się, żeby ją do siebie przekonać...A jaki kiepski styl!  Tak, jakby nie wiedział, że ona się nie zlituje a może nawet, powiedzmy to wprost, nigdy go nie kochała...

           - Ach, doktorze, zostawmy już te niewczesne rozważania.  Wiem, z jaką pasją oddaje się pan nauce filozofii, ja jednak jako prosty medyk powiem panu - zabiła go mgła melancholii.  A teraz napijmy się herbaty.  Do Londynu jest stąd spory kawałek drogi.  Inspektor zabezpieczył już ślady na rewolwerze.  Biedak nacisnął spust przy słowie "kocham". Musiało się to stać całkiem bezwiednie. Zawsze mówiłem, że nie należy się bawić bronią.

           Obaj panowie pili więc swą herbatkę i nie wracali już więcej do przykrego tematu.  W marcu 1813 roku Anna Rose była już zaręczona z pewnym kupcem bławatnym a warunki jej życia znacznie poprawiły się ku zadowoleniu jej matki.  W końcu bowiem panieńskie dziecko wchodzącej już powoli w wiek dojrzały ślicznotki doczekało się odpowiedzialnego ojca.  Czy może być większe i bardziej nieoczekiwane szczęście?       

           Taki był koniec nieszczęsnego pana Gordona.  Poety i lekkoducha, który kochał ptasie piórka, miast twardo stąpać po ziemi.  Jakub Rose chował się zdrowo i wyrósł na przystojnego młodzieńca. Czasami matka pytała go: "A pamiętasz tego pana Gordona, który tak lubił muszelki i kamyki?"  

           "Jakoś nie bardzo kojarzę!"  - odpowiadał radośnie młodzieniec.   Podobno grób pana Gordona zarósł już dawno trawą i wszyscy o nim zapomnieli.  W dwusetną rocznicę jego śmierci pozwoliłem sobie przypomnieć o jego losie.         

 

             Wielce Ci oddany, Aurelio

 

 

           

 

czwartek, 26 kwietnia 2012

                Niestety, może mi to zająć kilka następnych wcieleń...Dlatego wybieram jednak sen.  A o przebudzenie niech zatroszczy się już ktoś inny.

                        Nie będę tego wyjaśniał. Tak po prostu jest!  Nie wydarzyło się nic...A jutro ma być taki piękny dzień! 

 

 

 

 

 

                    

                               -  Jak to się stało, że przestał pan w końcu straszyć?

                               -  Nie wie pani, jakie to straszne - straszyć!  Nikomu tego nie życzę...

                               -  Jak na ducha jest pan młody.  Miałby pan jednak wiele rzeczy do przekazania młodemu pokoleniu i w naszym kraju. 

                               -  Nie cierpię Polaków.  To słudzy tego diabła Bonapartego.  Zgwałcili i zamordowali moją siostrę, która schroniła się do klasztoru.  Mojej matce też nie przepuścili - a ponieważ była za stara poderżnęli jej gardło.  Kiedy dowiedziałem się, że Pani jest z Polski przyszła mi ochota na rewanż - chciałem zionąć na panią gniewem jak smok. Jednak nie wygląda pani na Polkę.  Zamiast grubych warkoczy ma pani subtelna fryzurę i jakiś andaluzyjski a może nawet sefardyjski wdzięk. I te miodowe oczy...Dlatego tylko rozmawiam z panią.  Nie zaś z sympatii dla pani ojczyzny.  Wy Polacy tak kochacie ojczyznę i wolność, że posuwacie się do gwałcenia wolności innych.  Niech mi pani wymieni chociaż jednego poetę, który zamiast o miłości nie pisałby o potrzebie zbrojnego czynu...Polska, to chyba gdzieś obok Białorusi!   

                               Mówiąc to Francisco oparł się o pałacową kolumnę, jakby w nagłym paroksyzmie utracił wszystkie siły.  Po chwili łapania oddechu

spojrzał jej prosto w oczy i rzekł:

                               - Pracuje pani dla kulturalnego radia, więc oczywiście mogę zacząć od nowa, bez obrażania pani nacji.  Nawet nie wie pani, jak bardzo chciałbym jeszcze zobaczyć słońce.

                               - To było bardzo ciekawe, co pan powiedział.  Nie sądzę jednak, aby ten wywiad poszedł w całości. Mamy tylko minutę. Może więc pan mówić, co chce.  A ja już wybiorę to, co zainteresuje moich słuchaczy i oczywiście... mojego szefa.  Nie ukrywam, ze szef molestuje mnie od kilku miesięcy o wywiad z panem...Podobno zanim pan został duchem grał pan na lutni i na gitarze.  Proszę coś o tym opowiedzieć.

                               -  Ma pani niewłaściwe informacje. Na lutni grałem już po mojej śmierci. Za życia nie miałem na to czasu. Wtedy też skomponowałem symfonię żałobną, o której istnieniu oczywiście nikt nie wie.   Miała taki poetycki tytuł...

                               -  Może pan sobie darować.  Nie sądzę, aby to zainteresowało moich słuchaczy i...szefa kuchni.  Może niech pan opowie o tym, w jaki sposób pan straszył.  Czy jako duch ukazywał się pan ofiarom goły?  Byłby to zatem swoisty ekshibicjonizm. Czy preferował pan piękne kobiety?

                               - Powiem szczerze, że my duchy zawsze pojawiamy się w efektownych kreacjach.   Nawet jeśli za życia nie zawsze dbaliśmy o swoja godność, po śmierci żyjemy godnie.  "Symfonia Eurydyki wychodzącej z Podziemi" - tak się nazywał mój utwór.  W decydującym momencie Orfeusz ogląda się za Eurydyką i...

                               - To awangardowy tytuł...ale mówiłam już, że to nie zainteresuje moich słuchaczy a już szef na pewno tego nie puści. To straszne nudziarstwo!  Może lepiej nich pan powie, czy duchy chwalą sobie pożycie płciowe i z kim ostatecznie współżyją?

                               - Niewiele chyba pani rozumie z naszej tragicznej egzystencji.   Nie jesteśmy nekrofilami a jaka żywa istota zgodziłaby się współżyć z istotą pozbawiona ciała?

                              - Ja często to robię!  To kwestia wyobraźni!  Przed spotkaniem z panem miałam tylko rysunek przedstawiający pana jako niezwykle przystojnego mężczyznę.  I to wystarczyło, aby moja wyobraźnia sama zaczęła pracować...Niestety zestarzał się pan!

                              - Więc wyobraźnia wystarcza do tego?

                              - Tak!  Poza tym ma dwie ręce.

                              - Nie mogę przejść obojętnie obok takiej kpiny z mojego nieszczęścia.  Nie miałem kobiety od prawie dwustu lat.      

                              - To nie kpina.  Jest pan delikatny i podobno za życia był pan uwodzicielem.  Chociaż teraz jest pan strasznie nieśmiały.

                              - A co na to pani szef?

                              - To impotent.  Poza tym molestuje mnie tylko dla zasady.  W pracy jest duża konkurencja - naprawdę jest w czym wybrać!  Szef nie przepuści żadnej, bo to jego terytorium.   Seks interesuje go w tym najmniej.  Dlatego jeszcze między nami nic nie zaszło.  Trochę się wścieka  i jest złośliwy - bo nie może się pochwalić jeszcze jednym podbojem - ale do wytrzymania.  Szczególnie, że niedawno był adwent.

                              - Ma pani kłopoty z awansem?

                              - To ja zadaję pytania!  Więc po wyjściu z grobu brzdąkał pan sobie na lutni? - redaktor Agnieszka Laskowska - Dzieląg przyparła niemal naszego bohatera do kolumny umieszczając swoje kolano między jego udami, a mikrofonem zatkała mu usta - I może jeszcze szkicował pan po nocach rysunki rojów nietoperzy?  

                              - Tak właśnie było, pani redaktor...Jak najbardziej, pani redaktor!  Jak najbardziej! - jąkał się nasz pięknoduch. 

                              Biedak próbował jeszcze zachować cnotę, jednak było już za późno.  Nie domyślił się bowiem, że nasza redakcyjna koleżanka też już nie żyje.  Pod wpływem mobingu popełniła bowiem samobójstwo. W sumie smutna sprawa.  Prawdopodobnie po raz pierwszy przydarza mu się miłość   o d   grobowej deski.  I jak tu wierzyć w mądrość ludzkiego doświadczenia...Z drugiej strony, podobno taki duch może mieć wielokrotny orgazm, bowiem stosunek dwojga dusz jest wyłącznie bezcielesny.  Ja w to nie wnikam i nie zazdroszczę facetowi!  Podobno wśród duchów zdarzają się uwiedzenia.  Nie dysponujemy jednak wystarczającymi statystykami.  

                             Dla słuchaczy radiowej "ósemki" z Sewilli telefonował Piotr Waldemar Krasicki.  

                              

 

 

                              

 

 

 

 

 

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

                                 Matysek:  - Dlaczego przechodzisz na mnie, Krysko?                                    

                                 Kryska:    - Zostałam do tego upoważniona przez Prezesa!

                                 Matysek:  - Ale dlaczego? ZAWSZE OFIARNIE PRACOWAŁEM DLA FIRMY.

                                 Kryska:    - Dopóty dzban wodę nosi, dopóki mu się ucho nie urwie.  Doigrał się pan!  

                                 Matysek:  - Ale ja mam ucho!  O...nawet oba!  Pani zobaczy...

                                 Kryska:    - Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka.

                                 Matysek:  - To chyba o pani!

                                 Kryska:    - Proszę o tu podpisać!

                                 Matysek:  - Będę się odwoływał...

                                 Kryska:    - Chyba pęknę ze śmiechu!  Ty już nie żyjesz! Papiery i tak wrócą do mnie.  Podpisuj, bo nie mam czasu!   

                                 Matysek:  - Nie mogę.  Jestem, że tak powiem, pod kreską.               

                                 Kryska chwyta Matyska za gardło i przegryza je.  Z gardła bucha krew.  

                                 - Tu podpisać! - mówi Kryska - Pełnym imieniem i nazwiskiem.  A tu, że oddaje pan buty, w których pan umarł.  Wystarczy parafka.  Co to się teraz porobiło. Wszyscy chcą się odwoływać. Dajcie trumnę, bo ja umrę!  

 

 

 
1 , 2 , 3