Kategorie: Wszystkie | "Dziewczyny, bądźcie dla nas dobre na wiosnę" | ...bez końca | 0 | 100O i jeden Rabinów | A Puszkina też zapuszkują? | A moze to tylko pomieszanie zmyslow | A nie lepiej być purystą? | Aaaaaaaaaaaaaa...aalfabeta | Ach, gdzież jest litość lub wspolczucia pozór? | Ach, gdzież jest litość lub współczucia pozór? | Adam Mic - Kiewicz | Adaś i Ewka | Aforystyka | Amerykański sen | Autopsychoterapia | Bez sensu to to! | Bez szaleństwa... | Bezmyślne okrucieństwo | Bezradność | Biedna Szymborska | Biedny Kapturek! | Bliźni miłości | Bliźniego miłość... | Blondyn | Blue Bossa | Bojaźń i drżenie | Bratnie dusze | Bruner, ty świnio! | Buddyzm w życiu codziennym | Bóg mi poskapił tej anielskiej miary... | Bóg mi poskąpił tej anielskiej miary... | Bójstwo samo | Caritas | Chiziofrenia | Choroba na śmierć | Chwila ułudy | Chwila wytchnienia | Chłodne upojenie | Cierpienia i radości | Cierpienie i radość | Cleen feed | Cnota niedoli | Co slina na język przyniosła | Co tam panie w polityce? | Co w niebie piszczy | Co ślina na język przyniosła? | Corrida | Coś dla duszy... | Coś tak wulgarnego | Cudotwórstwo | Czarna Perła Tao | Czarny tulipan skrzyżowany z czarna różą | Czarny tulipan skrzyżowany z czarną różą | Czary Mary | Czego nie przysięgał Hipokrates? | Człowiek nie jest rzeczą | Człowiek to brzmi dumnie, ale nie u mnie | Często chowa | Częstochowskie rymy | Deficyt aniołów | Delightful! | Demokratyczne wybory w Oczodołach | Diabłoterapia | Dla wszystkich i dla nikogo | Dnieje | Do samego siebie | Dodatek | Dowcipas dnia | Duma narodowa | Dusze drzew | Dyskretna mgiełka autoironii | Dzielność | Dziki kapitalizm | Dzisiejsza młodzież | Dzisiejsza młodzież nosi ładną odzież | Egzystencjalizm jest chumanizmem | Ekonomia zbawienia | Elegancja Francja | Elegijnie | English gentelman | English gentleman | Epicurus | Ewa tylko ziewa | Falochron | Female | Filozofia bez uczoności | Forever Loving Jah | Gadu, gadu | Gadu, gadu, trochę więcej jadu | Gal Anonim | Gaz dla pedałów | Gaz dla pedałów, młot dla sierpów | Gdy rozum śpi... | Gendarme | Genek, gienialny gieniusz | Geno Typ | Gorący uczynek | Grabarz | Grabarz nonsensu | Gry i zabawy literackie | Głupota przysłowiem narodów | Głębie i tajnie Podświadomego | HIstoria nauczycielką bicia | Herbatka zen | Homo economicus | Homo sapiens czy Homo politicus | Humor absurdalny | Humor nieco absurdalny | Humor, satyra, panie... | I rekiny w oceani mają zębów cały rząd | I rekiny w oceanie mają zębów cały rząd | Indie Wschodnie i Zachodnie | Industrial | Istnieje również wrodzony brak poczucia humoru | Ja tam bynajmniej nie wiem | Jak długo będę jeszcze żył? | Jak uprawiać agresywne dziennikarstwo? Poradnik dla początkujących | Jakże cżęsto powtarza się ta historia | Jakże trudno czasami coś sklecić! | Jan i Małgorzata | Jan z Czarnolasu | Jesienna muzyka | Jeszcze smutniej! | Jeździec Apokalipsy | Językologia | Kaczuszki mandarynki | Karawana idzie dalej | Katedra Adamowego Żebra | Kawa z Kafką | Każdemu według naszych chęci | Każdemu według potrzeb | Każdemu, o czym tylko zamarzy | Kiciuś Miciuś! | Kicuś Micuś! | Kiedy człowiek staje się bestią | Kiedy owce nie milczą | Kij w mrowisku | Kniaź Wiktor | Kochani ludożercy | Kolacja Pani Sowy | Kometa tylko głownia nie ta | Konkwista | Koryfeusz nauki, milośnik sztuki | Koty i inne zwierzęta | Koty, głupoty, palikoty | Kości rzucone są | Kość słoniowa | Kto pierwszy był człowiekiem, kto będzie nim ostatni | Kto pisze teraz historię? | Kuchnia szamańska | Kwiatki Św. Franciszka | Kwiatostan śmierci | Kwitnienie kultury | Kwitnąca wiśnia | La colombina i ciche ukojenie | Lekarzu - lecz się sam! | Lenin wiecznie żywy | Leśmianiada | Lichwiarstwo polskie | Liryki i prztyki | Logika dziejów | Londyńska mgła niepamięci | Londyńskie przygody | Los ofiary | Los puka do moich drzwi | Lotosowy wpis | Ludzie ludziom... | Lunatyzm | Lęk społeczny | Made in Japan | Maligna | Marność nad marnościami | Marność nad marnościami. Rekoleksje Wielkopiątkowe | Marzenia senne | Marzeniologia stosowana | Maszkary i senne dziwadła | Maszkary i senne widziadła odbite w lustrze | Mała czarna z Kafką | Medycyna naturalna | Meine Liebe Augustin! | Melancholia | Melancholia stosowana | Memorabilia | Meszreiw | Meteo | Mgiełka autoironii | Mglisty dzień. Mgła | Mikołak | Mistrz i Małgorzatka | Mistycyzm lunarny | Mistyka i miłość | Mitologia osobista | Mitologia świata | Miłość | Miłość bliźniego | Miłość nie zawsze szczęśliwa | Miś Uszatek | Moc rytuałów | Monada nie ma okien | Mowa potoczna | Mowa ptaków | Mowa serca | Moze ktoś zrozumie, co teraz czuję | Może ktoś się ucieszy? | Może ktoś zrozumie, co teraz czuję | Może to trochę zbyt uszczypliwe | Musicology | Muza lekkich obyczjów | Muzyka przywraca ład serca | Myszoterapia dr Nezumi | Myśli prostego człowieka | Mądrość Natury | Mądrość jak z gazety | Mądrość narodów | Młot na faryzeuszy i hipokrytów | Męstwo bycia | Mówił sen do snu | NIe ma na świecie dwóch takich samych liści, ni kropel deszczu | Na jawie (lecz to, co niejawne pozstaje) | Na stos rzuciliśmy szcześcia los | Na stos rzuciliśmy szczęścia los | Na szczytach hipokryzji | Na zdrowie! | Nad piekną rzeką | Najokrutniejsze zwierzę | Najsłodsza tajemnica | Narastająca senność | Nic dzisiaj ciekawego nie napisałem | Nicość | Nie am dwóch takich samych liści, ni kropel wody | Nie bój się - najwyżej cię rozstrzelają! | Nie czas żałować burz, gdy płoną oczy | Nie czas żąłować burz, gdy płoną oczy | Nie każde szczere złoto jest szczerozłote | Nie ma na świecie dwóch takich samych liści ani kropel wody | Nie ma na świecie dwóćh atkich samych liści lub kropel deszczu | Nie ma takiego smutnego, co by na wesołe nie wyszło | Nie ma zazdrości bez miłości | Nie oddamy nawet guzika | Nie tylko dzielenie włosa na czworo | Nie wiem, ja w ogóle nie myślę | Nie zabijaj! | Nie zabijajcie drzew! | Nie zawsze urocza dzecinada | Niebiańskie szczyty głupoty | Niech pani będzie dzielna! | Niech zapłaczą na moim pogrzebie | Nieco drapieżny wpis | Niekoniecznie ptasi móżdżek | Nienawiść bliźniego | Nieosobiście | Nieprzesłane przesłanie | Niestworzone rzeczy | Nieszkodliwe głupotki | Niewczesna melancholia melomana | Niewczesne rozważania | Niewielka profanacja | Niewielkie przekłamanie | Niskolotnie | No No! Teatr No | No comments! | No no! | Nowa poezja lingwistyczna | Nędzne kabareciarstwo | O Leonardo, po cóż się tak trudzisz? | O dzieleniu włosa na czworo, czyli metodzie scholastycznej | O dzieleniu włosa na czworo, czyli o metodzie scholastycznej | Obciachy | Obscenia i parafrenalia | Obsesja dobrego biustu | Ojej! | Oko w oko z zębem mądrości | Okropieństwa | Okruchy odgrzebane z lawy | Okruchy życia wygrzebane zlawy | Okruchy życia wygrzebane z lawy | Okrutna losu ironia | Orientuj się na orient | Owczarek | Owczarki afgańskie | Owocożerni | PL jak piekło | PO PiS | POeci wszystkich krajów dzielcie się | Pan Tadeusz | Panie pośle, po chrześcijańsku panu wybaczam | Pańska satyra polityczna jest niegramatyczna | Pendant do pewnego przypisu | Perlikowski | Pewna elastyczność zasad | Pewne jak w banku | Piorunujący piorun! | Po owocach poznacie ich! | Po upadku | Pobożne życzenia | Podpatrywanie Natury | Podroby i inne podróbki | Pokolenie Kainowe | Pokorne ciele | Pokorne cielę | Pokusa | Polak potrafi | Polak potrafi! | Politolog i Politowska | Politycznie niepoprawne! | Polonica | Polonika rycerskie | Polucje i ablucje | Pomarańcze i mandarynki | Pomarznąć dobra rzecz | Pomarznąć dobra rzecz! | Pomoc psychologiczna | Poranna kawka z Kafką | Porąbane marzenia | Potężne i głębokie warstwy pierwotnego mitu | Powieść brukowa | Powszechna życzliwość | Powtórka z cynizmu | Poznaj samego siebie | Prawda | Prawda jest jedna i piękna, ale złożona | Prawda popłaca | Prawdziwa metropolia | Prawi i sprawiedliwi | Prawiezmartwychpowstanie | Prawiezmarwtychpowstanie | Prognoza pogody | Pruski smutek | Przecież cię zjem! | Przedagonalny polski agon | Przegląd sportowy | Przeinaczenia | Przez pychę do pokory | Przeżyjesz to, a pote już tylko grób | Przeżyjesz to, a potem już tylko grób! | Przminęło z wiatrem | Prztyczek | Psiapowiednia Majów | Psubrat | Pustka | Pytanie dość retoryczne | Raczej to nie będzie hit | Radosne gonitwy śnieżnych tygrysów | Radość wędrowania | Rejterada Rejtana | Religie nauczą cie pokory | Res Sacra Pecunia | Romans z pop kulturą | Roots, Rock, Reggae | Rozkosze reinkarnacji | Rozmowa nie na telefon | Rozpacz | Rozpacz na wieki wieków | Rozpacz, która podpełza pod gardło | Ruch i świeże powietrze... | Rybołówstwo cudzołożnika | Rycerz pokalany | Samokrytyka | Samotność egzystencjalna | Sekrety pewnego domu handlowego | Seraphic Flames and Heavenly Love | Siedź na dupie i potakuj! | Somatyka | Somatyka logiczna | Spełniona przepowiednia | Spleśniały ser | Sponsorem tej opowieści jest wydawnictwo Błękitny Wieloryb | Sport to zdrowie | Spowiedź morskiego wilka | Stary Sącz i Nowy Sącz | Stary mafioso | Stołeczne stołki | Stratyfikacja społeczna | Suma sumarum | Sumienie rachunku | Sweet Music and Poetry | Sygnały podprogowe | Szalchetne zdrowie | Szczęśliwa pomyłka | Szekspir do żadnej nie należy epoki | Szkarady | Szlachetna gravitas | Szlachetne zdrowie | Słodycze grafomanii | Słówka | Słówko do słówka, a uzbiera się sówka | Tadeusz Bój Jeleński | Taia chińska podróbka | Takie będą rzeczpospolite jakie tego blogu chowanie | Takie tam, pierdoły | Talking Heads | Tania chińska podróbka | Tatiana | Teorie świata nauki | Terapeutyczie | Terapeutycznie | Thames | The Doors. Uchylone drzwi | The Lion cub | The fruit of beauty and despair | To na pewno nie Lec | To nie żadna filozofia | Tragiczne pożegnania | Transformacja duchowa | Trudna sztuka dialogu | Trudno czasmi coś sklecić | Trzylogia | Trója z polskiego | Twarda rzeczywistość | Ty mi tutaj nie filozuj | Tygrysologia stosowana | Tysiac i jeden ptaków | Tysiąc i jeden kotów | Tysiąc i jeden ptaków | Tysiąc różowych kroliczków | Tęsknica | Tęsknota duchowa | Ubekistan | Ucone księgi | Uczeni ludożercy | Uderzenia losu | Uduchowienie | Umrzeć z miłości | Upadek Pierwszego Człowieka | Uroczy wegetarianin | Uszczelnienie systemu podatkowego | Utrata uzębienia | W czym mogę panu pomóc? | Wciąz powtarza się ta sama historia | Wciąż powtarza się ta sama historia | Wdzieczna muzyka przywraca ład serca | Wesola grafomania z morałem | Wiecej broi dla szaleńców w Teksasie | Wieczne powroty | Wiedza radosna | Wielka wygrana | Wielomówstwo, czyli plaga opowiadania | Wierzba płacząca | Wiosny i jesienie | Witch | Więcej broni dla szaleńców w Teksasie | Wojna totalna | Wpis o kształcie piramidy | Wprowadzenie do kruczków prawnych | Wrzucam wszystko do kosza | Wrzątek | Wspomneinei pewnego wspomnienia | Wspomnienie pewnego wspomnienia | Wspomnienie pewnego wspomnienia | Współczesny filister | Wszystkie rybki | Wszystko na A | Wszystko na sprzedarz | Wszystko na sprzedaż | Wygrana | Węzłowato | Wólka Węglowa | Xin Lu, typowa brunetka o granatowych oczach | Z Nietzschego nic nie powstaje | Z księgi wulgaryzmów | Z rupieciarni myśli | Zaczarowany świat zen | Zanim mnie wrzucą do dołu | Zapowiedź Apokalipsy | Zaraz wracam! | Zasada domniemanej winy | Zaskroniec | Zastał Polskę drewnianą... | Zatrzaśnięte drzwi | Zbaw mie Buddo Amido | Zbaw mnie, Buddo Amido | Zdrowy egoizm | Zegar dziejów | Zestrzelenie księżyca | Zginął z rąk słabej kobiety | Zima się nas nie ima | Zjawiskowe | Znak jaskółki | Zrozumieć wartość tego, co nieużyteczne | Zuch zawsze ochoczy! | Zwierzęta pod postacią ludzi | Zwyciestwo konsumpcjonizmu | Ząb mądrości | ie zabijajcie drzew! | ieosobiście | kosmos | Łagodne prawo, ale prawo | Łagodność tygrysa | Śmiechotki, chichotki | Śmiertelna powaga | Śmierć | Światełko w mroku | Świętość, wziętość, nadętość | Życie jest tragiczne | Życie samo | Życzliwe spojrzenia na całość ogródka | Żyć, nie umierać
RSS
poniedziałek, 31 marca 2014

                                                  - Dzień dobry Panie Boszczyk, jak samopoczucie? W porządku? - spytała salowa.

                                                  - Nie bo mnie boli - odpowiedział bezradnie Pan Boszczyk - O tu!

                                                  - Niebo cię boli?  Ma prawo -zauważyła salowa - A jest tu pan Borak? 

                                                  - Nie bo przed chwilą wyszedł za potrzebą - powiedział Pan Boszczyk.

                                                  - Panie Leszczyński, dupsko!  Zastrzyk chcę panu zrobić, Panie Leszczyński.

                                                    Słyszy mnie pan? Co pan taki sztywny!

                                                    

                                                       - Wszystkich nas to czeka - mruknęła Pani Mamona.

                                                       - No, nie wszystkich - rzekł Nezumi - Mnie na przykład nie! 

                                                       - Ty mi tu nie filozuj, tylko weź się do schodzenia! 

                                                         Zobaczysz, że w końcu zejdziesz -   

                                                       - Musicie rozmawiać o takich rzeczach pod stołem? 

                                                       - spytała Iwonka - Głowa mnie boli.

                                                       - Pewnie zajmie to trochę czasu Nezumi, ale nie trać nadziei -

                                                         uśmiechnęła się Pani Mamona - Rozumiem, że zaczęły się schody.

                                                       - Bo zaraz zrzucicie obrus!  - zezłościła się Iwonka -  O takich

                                                         rzeczach to ja rozmawiam tylko z przyjaciółmi przy świecach.

                                                                     Tytuł tomiku nieszczęsnego Rafała Wojaczka

                                                                     Poeta

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

                                                                    A może też i kilka bytów metafizycznych?

                                                        Słońce po zachodzie tego samego dnia

                                                                    Nezumi

      To jedna ze znanych sentencji chińskich.  Człowiek mądry wie, co wykiełkuje z ziarenka, które posadził, a więc zobaczy początek i pojmie koniec.  Obszerniej o tym pisze Piotr Plebaniak, tłumacz i autor książki "Starożytna mądrość chińska w sentencjach", któremu wdzięczny jestem za jej napisanie.  Wspomina on przy tej okazji Konfucjusza i Mencjusza.  Mam jednak wrażenie, że to jedna z tych uniwersalnych myśli, które przypisać można filozofii chińskiej z jej umiłowaniem Natury, tyleż konfucjańska, co taoistyczna, co zresztą autor zdaje się sugerować.   Znajomość świata przyrody i świata ludzi przydaje się chyba czasami:

                                              "Kot nie wspina się na drzewo,

                                               jeśli nie jest zagrożony,

                                               królik nie będzie gryzł ludzi,

                                               jeśli nie jest dręczony"

                                                  

                                               "Kiedy tygrys pożycza świnię,

                                                ta wchodzi, ale już nie wychodzi"

                                                 

                                                "Nie lękaj się wilków i tygrysów,

                                                           tuż przed sobą

                                                lękaj się ludzi o podwójnym obliczu"

                                               

                                                "Świat pełen jest znajomych,

                                                iluż jest jednak prawdziwych przyjaciół,

                                                którzy znają sekrety naszego serca?"

                                                       W miodopoju jest mleko z miodem zmieszane. 

                                                       Doda ci sił przed ostatecznym wejściem w marzenie.

                                                       Pamiętaj tylko, abyś skrzydeł swych ptasich

                                                       Nie pozlepiał słodyczą i nie krzyczał z rozpaczy jak kogut,

                                                       Który do nieba wzlecieć nie może...

                                           Wejdź w mój sen i powędrujmy razem do krańca mej kołdry.

                                           Oto cyprys wyniosły zieleni się zimą nad urwiskiem,

                                           Za nim już tylko przepaść, którą dusze schodzą do Otchłani.

                                           Ściskam w dłoni obola dla przewoźnika i ufam mej tabliczce

                                           Złotej, na której napisano, co zrobić, abym żył po śmierci.

                                           Nie wiem, czy śnię dokładnie tak, jak powinienem.                                           

                                           Czasem brakuje mi wiedzy, czasem wyobraźni, albo oddechu...

                                           A może w gwiazdach pisana jest miłość, Tobie i mnie z osobna?

                                          

                                           W takim razie wyjdź ze snu mego i okryj sen jego włosami

                                           Niech się rozmarzy o Tobie sam Afrodyty dzieciuch skrzydlaty.   

                                           Ja zaś pójdę łąką, na której kwitną czarne i fioletowe kwiaty

                                           I niech ta łąka będzie naszą rozłąką...A marzenie lekkim jak dmuchawiec!

                                           Marny ze mnie poeta! Gdzie niebo, a gdzie ziemia sam już nie wiem

                                           I czasem przemilczeć wolę, aby nie wymówić złego słowa,                                           

                                           Lecz człowiek ze mnie dobry.  Nie kret jakiś pokrętny lub sęp dobroczyńca.  

                                           Ty jedna wiesz, jak bardzo Cię kochałem, lecz tego nie wiesz właśnie...

niedziela, 30 marca 2014

        Obchodzono ją dziś wieczorem w radiowej dwójce. Odtworzono prześmieszne, ale i pełne ukrytej refleksji nad życiem słuchowisko z udziałem popularnych aktorów ("Postrzyżyny"). Ale cytowano też "Auteczko" opowieść o kotach, o której nie tak dawno wspominałem.  Fragment mówił o tym, co wyprawiały koty wiedząc, że za chwilę musi wracać do Pragi i wyrzuci je z ich wygodnego mieszkania.  Jedna koteczka starał się go zabawić i rozśmieszyć, a z kolei dwa drące koty samce usiadły obok niego bardzo grzecznie.  Bardzo mnie to rozczuliło. Chociaż nie jestem kotem wiem, co to znaczy być wyrzucanym. I uwielbiam te demoniczne istoty.  Nawet Garfielda chętnie bym przytulił do swego serca, gdyby tylko mi to łaskawie darował.  Z ludźmi jest czasami trochę podobnie (nawiasem mówiąc)...

        Mój przydługi i niepoprawiony poprzedni wpis odebrał mi czas przeznaczony na napisanie innego utworu.  Ale może to dobrze, że już dzisiaj nic nie napiszę?  Mam skłonność do nieustannego dokumentowania tego, co robię. I kiedy słucham czegoś, to od razu chciałbym o tym napisać. A podobnie, kiedy jem, rozmyślam lub wypluwam pastę do zębów...Ta dziwna skłonność ratuje mi niekiedy życie, bo nie robię rzeczy, o których mogę mówić lub wyobrażać je sobie...

        - Wymyłem zęby różową pastą z wiewiórką na tubce.  Rozpocząłem od dokładnego oczyszczenia zębów od przodu, omijając ubytki. Następnie przystąpiłem do oczyszczania zębów od strony niewidocznej dla oka, ze szczególnym uwzględnieniem miejsc przykorzeniowych.       

        - No i co z tego? -

        - Jednakże przed użyciem pasty do zębów najpierw starannie wypłukałem usta wodą, a następnie oczyszczałem przestrzenie między-zębowe specjalnie do tego przeznaczoną nitką dentystyczną.

        - I to wszystko?

        - Po dokładnym oczyszczeniu zębów, po upływie około trzech minut, wypłukałem jamę ustną specjalnym płynem usuwającym płytkę nazębną.

        - A kiedy zamordował pan denata? 

        - Denata?  Ja wiem - jakieś pół godziny wcześniej, przed oczyszczeniem zębów. Ale, czy to takie interesujące? 

        - Dla nas - bardzo!  Proszę kontynuować. 

        - Po wypłukaniu ust płynem już ich dalej nie płukałem. - 

        - Czy ktoś pana widział przy tym myciu zębów. Jednym słowem - czy ma pan alibi? 

        - Małżonka, matka, dwóch braci, stryjeczna siostra.  Wszyscy oni widzieli...jak zabijam denata. W mieszkaniu jest przegęszczenie.

        - To nas akurat nie przekonuje.  A jaki był przypuszczalny motyw pana zbrodni?

        - Denaturat!   Denat prosił mnie o kasę na denaturat.  Uniosłem się trochę.  Miałem pod ręką młotek, to go zabiłem. Denerwował mnie.

          Dawno już chciałem mu powiedzieć, co o nim myślę.

        - A tak a propos - A matkę też by pan zabił młotkiem?

        - Przed oczyszczeniem zębów, czy po?  

 

         Słuchałem dzisiaj trochę "mojej" muzyki - roots reggae, którą przywiał powiew świeżego powietrza i rozjaśniło wiosenne słońce.  Nawet biedna Mitsuko się zrelaksowała. Położyła się na plecach łapkami do góry i chłonęła uszkami i całym ciałkiem dobre wibracje. Wybór nagrań był trochę przypadkowy (i prawie nigdy nie słucham płyt w całości): 

          Bunny Wailer, "Blackheart Man" (1976)

          Bob Marley, "Natty Dread" (1974)

          Burning Spear, "Hail H.I.M" (1979)

          Elijah Emanuel, "Tres Sangres" (2008) 

          Niewiele pewnie te tytuły mówią komuś, kto tej muzyki nie zna, ale dla tego, kto ją dobrze poznał, znaczą bardzo wiele.  Pierwsza z tych płyt określana jest często jako "klasyk gatunku", chociaż to zawsze wyprowadza mnie trochę z równowagi.  Podobnie jak trzecia, którą nazywa się też czasami "niekwestionowanym arcydziełem" (w odniesieniu do muzyki rozrywkowej takie określenie wydaje mi się przezabawne, choć to poważna muzyka rozrywkowa. "Serious reggae music, deepest music" - jak to ktoś określił).  Prawdę mówiąc nie mam najmniejszej ochoty udzielać tutaj informacji, które można znaleźć gdzie indziej.  Chciałbym raczej powiedzieć coś o swoich odczuciach i przeżyciach...Ale niestety będę musiał zająć się i tym, aby mój wpis spełnił swą "funkcję edukacyjną". 

          Winston Rodney  (Burning Spear) i Bob Marley to moi ulubieni wykonawcy reggae, a Elijah Emanuel to hiszpańskojęzyczny artysta z Panamy, który w niezwykle udany sposób (podobnie jak wielu Latynosów) nawiązuje do nurtu roots reggae. Nie lubię Bunny Wailera, który zaczął później grać dancehall i wieść słodki żywot playboya, a swoimi pieśniami popsuł trochę płytę Marleya "Burnin'", ale "Blackheart Man" to dobra płyta.  Z usposobienia jestem melancholikiem, jak to więc możliwe, że tak lubię reggae?  Może właśnie dlatego, że naprawdę poważnych i egzystencjalnych klimatów szukam w muzyce klasycznej - zachodniej i wschodniej.  Jeśli ktoś przekonuje mnie, że jazz blues lub rock w rodzaju "Pink Floyd", to poważniejsza muzyka niż reggae, to robi to na mnie niezwykle przygnębiające wrażenie.  Argumentuje się zwykle tak - prosta, a nawet prymitywna linia melodyczna, pulsacja basu i naturalna, choć często podszyta smutkiem wesołość, to jedyne rzeczy, które w tej muzyce istnieją.  Ale, jak to określił kiedyś Włodek Kleszcz, "reggae to taki karaibski blues", a kto ma pretensję do bluesa o te same rzeczy?  Reggae jest w odróżnieniu od bluesa muzyką wspólnoty, to jedyna chyba istotna różnica.  Dlatego właśnie reggae, w przeciwieństwie do bluesa wciąż żyje (blues raczej już teraz wegetuje, choć i tu zdarzają się przejawy autentycznego życia). Kiedy w latach osiemdziesiątych reggae zmieniło swe brzmienie i znikło ze stron czasopism muzycznych ogłoszono koniec tej muzyki.  Roots reggae to jednak muzyka z mistycznym i społecznym przesłaniem, a duch takiej muzyka nie umiera.  Roots reggae jest muzyką znaną i wykonywaną na całym świecie od Ameryki Południowej po Japonię i Chiny, a co najważniejsze rozwijającą się. Pisałem już o tym, jak naturalna muzykalność latynoska wpływa na rozwój i brzmienie nurtu roots reggae, podobnie jak użycie instrumentów z tego obszaru kulturowego...Niestety współczesna polska odmiana reggae bywa wyjątkowo tandetna.  Muzycy nie czują tej muzyki, nie znają jej najlepszej tradycji i zamieniają ją często w karykaturę (zaczyna się to od tekstów), w zestaw dźwięków służących do "balowania" i wypalenia jointa.  Na szczęście od tej reguły istnieją wyjątki, choć mówiąc szczerze długo trzeba szukać, żeby znaleźć płytę, która nie jest "debilna".  Równie źle jest chyba tylko z tą muzyką na samej Jamajce (pomijając tzw. zasłużonych artystów) i to być może wpływa na charakter, jaki przyjmuje ona nad Wisłą (i pewnie nad Notecią), chociaż na różne lokalne festiwale w Polsce zapraszani są często wybitni artyści.    

        Bunny Wailer swą popularność zawdzięczał  występom z Bobem Marleyem i Wailersami (Bob, Bunny i Peter Tosh tworzyli wcześniej trio wokalne).  Ale "Blackheart Man" słusznie jest uważany za jedną z najlepszych płyt w nurcie roots reggae.  Jest w niej coś z ducha ożywiającego nagrania tego nurtu i poczynając od tekstów, a kończąc na brzmieniu czuje się, że jest to muzyka, która coś wyraża.  Nawet wokal, za którym nie przepadam, wydaje mi się tu ciepły i przekonujący.  Lubię pieśni "Fighting Against Convictions" i "Rasta Man".  Bunny odniósł spory sukces śpiewając po śmierci Marleya jego pieśni i nawet niektóre jego dancehallowe utwory, choć są odbiciem nieco innego stylu życia, mogą się podobać - więc niewątpliwie talent jakiś miał.

        "Natty Dread" to płyta, którą bardzo lubię.  Ożywia ją dziecięca dusza Boba, a jego głos jest czasami cudownie niewinny.  To pierwsza płyta, na której towarzyszy mu trio wokalne "I Threes" (Rita Marley, Judy Mowatt & Marcia Griffith).  "So Jah Seh", "Revolution" i "Them Belly Full (But We Hungry)", i oczywiście "Rebel Music", to moje ulubione piosenki z tej płyty (Jest tu też jego "hit" "No Woman, No Cry").  Wersja na CD nie jest zbyt wiernie zremasterowana i zatraca się w niej trochę jej basowe brzmienie.  Bardzo podoba mi się przesłanie pieśni "Revolution", które skutecznie zniechęca do rewolucji, ponieważ to czego pragniesz, "kontroluje cię" potem.

        Burning Spear to najbardziej autentyczny i bezkompromisowy z "czarnych" artystów w całej historii muzyki reggae. Jakże się ucieszyłem niedawno, kiedy pewien znany grafik z Londynu, który świetnie zna reggae, powiedział, że Spear jest "The Best".   Dla mnie to to święta prawda, poczynając od jego legendarnych już nagrań w "Studio One", po koncert na Festiwalu "Globaltica" w Gdyni (w lipcu 2008). "Hail H. I. M" to też jedna z moich ulubionych jego płyt ("Social Living" i "Living Dub" lubię najbardziej).  Jej producentem był Aston "Family Man" Barrett, basista i opoka zespołu "The Waillers", a w nagraniu uczestniczą członkowie tego świetnego (niegdyś) zespołu.  "Columbus", "Cry Blood Africa", "African Teacher", "African Postman", "Road Foggy", "Jah Guh Raid" i "Hail H. I. M", to moje ulubione utwory z tej afrykańskiej płyty. Komuś, kto słucha tylko Marleya lub UB 40 początkowo może się wydawać, że muzyka ta jest trochę monotonna, ale wystarczy poddać się jej rytmowi, aby poczuć, że ta pozorna monotonia ukrywa w sobie wielką moc.  Burning Spear to taki mój Afrykański Nauczyciel (z Jamajki), człowiek spośród wzgórz, który wzbogacił moją muzyczną wrażliwość o śpiew ptaka i szum morza, i dał mi poczuć czym może być dla ludzi prostych (i niezepsutych) miłość uniwersalna (jak ją nazywa), choć w pieśni "Jah Guh Raid" jest też, niestety, mowa o odpłacie.  "Oni zabili mojego ojca i zgwałcili moją matkę. Ktoś będzie musiał za to zapłacić" - śpiewa wojownik Spear.  Znając tego cudownego człowieka od lat wiem jednak, że nie rozumiał w sposób dosłowny tej odpłaty.  "Natura daje i Natura odbiera" - napisał przecież.  Winston Rodney  (Burning Spear) przekazał mi niezwykle pozytywną energię i chociaż nie jestem Rastafarianinem, także swą żarliwą wiarę w cesarza Haile Selassiego, zupełnie inaczej widzianego, niż to ukazał wielki Ryszard Kapuściński...Zawsze pamiętam też o przesłaniu jednej z późniejszych pieśni Speara - "Mówić i myśleć o konstruktywnych rzeczach."  No i jak już pisałem Spear jasno wykazał, że Krzysztof Kolumb nie odkrył Ameryki.  Nie mógł jej odkryć, bo mieszkali tam wcześniej LUDZIE.  Jest więc kłamcą!   Kto wie, czy cała zachodnia cywilizacja nie opiera się na podobnych kłamstwach?  Dlaczego świętujemy Dzień Niepodległości, a nie pamiętamy o dniach niewolnictwa? - pyta w innej pieśni Winston Rodney, obywatel Stanów Zjednoczonych...

       Do tego ostatniego motywu twórczości Speara nawiązuje (choć trudno powiedzieć, czy w sposób świadomy) Elijah Emanuel w swej pieśni wymierzonej w konkwistadorów, którzy zniszczyli starożytne (chociaż dodajmy - okrutne) kultury Azteków, Majów i Inków ("La Concienca Indigena).  Najlepsze utwory z jego płyty to prawdziwy dynamit!  "Tres Sangres", "White Buffalo Calf Woman", "Reggae En Espanol" i "Est No Es Reggaeton" (w której przeciwstawia oryginalną muzykę reggae obskurnemu gatunkowi reggaeton), to utwory, których nie zapomina się po trzech dniach od słuchania.  Nie są to jakieś paroksyzmy gniewu.  Przeciwnie ekspresyjna, choć prosta w brzmieniu muzyka. Moja ulubiona piosenka Elijaha jest na innej płycie. Śpiewa ją w dwóch językach - angielskim i hiszpańskim, a opowiada o tęsknocie "w nieskończonym smutku."    

                                                               Gdzie w stawie kląska gąska

                                                               I lustrzy się w błocku karp,

                                                               Tam pawie zobaczysz oczka

                                                               I niewoli podłej zły garb. 

 

                                                               Ktoś komuś przydepce głowę,

                                                               Ktoś spragnionemu odmówi

                                                               Paciorek, zamiast dać wodę.

                                                               Ale nikt o tym nie mówi!

 

                                                               A przy tej oto fontannie

                                                               Umarło dziecię z głodu.

                                                               Ach, po co wciąż o tym mówić,

                                                               Nie szkoda słońca Zachodu?                 

 

                                                           

                                                               

                                                               

                                            

           Rozmawiałem dzisiaj z pewnym upiorem:

- Czemu upiorczywie powtarzasz, że powinienem się ciebie bać?  Przecież już za chwilę mnie nie będzie, a wtedy to ty będziesz się mnie bał!  

- Jeszcze, jeszcze! - powiedział Upiór - Na razie to ja cię straszę!  Pogadamy, jak role się zmienią.

        Upiór starał się teraz wyglądać w sposób możliwie jak najbardziej upiorny, w czym pomagały mu odblask księżycowego światła i niebieska żarówka w moim pokoju.  Dziwiłem się, że ani trochę się mnie nie przestraszył, choć mogłem się wydawać jego lustrzanym odbiciem.  To zapewne jakaś aberracja jego świadomości.   

- Nie zamierzam nikogo straszyć - rzekłem - Ale widzisz pewnie jak wyglądam?  Nie pobawiłbyś się w piekło z innymi demonami? Tyle jest zmarłych dziewczynek i chłopców.   Naprawdę jest spośród kogo wybrać oblubienicę lub oblubieńca. 

- Piaskownica zamknięta do odwołania! - rzekł -  Serdecznie ci współczuwam, ale tyle lat ciężko pracowałem na swój wizerunek. Ktoś w końcu musi się mnie bać!  Jesteś moją ostatnią nadzieją!  Jeśli ty się mnie nie przestraszysz, to kto się mnie będzie bał?

- No dobrze, już dobrze!  Będę się ciebie bał - zapewniłem go. 

- TYLKO WŁOSY MAJA MI STAĆ NA GŁOWIE!!!  - wrzasnął Upiór i trochę przy tym pobladł.    

- Naprawdę przestraszyłem się!  - upewniłem go jeszcze zamykając okno (Upiory lubią przez nie przedostawać się do wnętrza). Był taki upiornie blady!  Szkoda mi się go zrobiło...

- Dlaczego go okłamałeś? - spytała Sowa - Ładnie to tak zwodzić upiora po nocy. Przecież on ci uwierzył!  

        Dawno już nie studiowałem "Tory" i z przyjemnością tam zajrzałem, czytając o Abrahamie i jego rozmowie z Bogiem przed zniszczeniem Sodomy i Gomory.  Abraham odwoływał się do boskiego poczucia sprawiedliwości, ale Pan Bóg załatwił sprawę jak typowy biurokrata, a nie jak człek miłosierny.  Jeśli w tych miastach - oznajmił - znajdzie się dziesięciu sprawiedliwych, to nie spuści na nie deszczu siarki i ognia z nieba...Może było ich dziewięciu i zabrakło tylko jednego?  Jaka szkoda, że wtedy tam nie mieszkałem.  Mógłbym może swoją obecnością ocalić któreś z owych miast?...Ponieważ jednak Abraham trochę molestował Pana, oblegając go prośbami, Pan Bóg kazał mu złożyć ofiarę z Izaaka, żeby nie było już żadnej wątpliwości, kto tu rządzi.

        Granat, to bardzo słodki owoc.  Lubię chodzić po niego do Tesco, gdzie spotykam pracujących tam biednych i uczciwych ludzi, którzy wiedzą jak trudno jest zarobić jakiś "grosz"...Lubią mnie.  Wiedzą, że niczego nie ukradnę.  Nie piję.  I chociaż mało jestem rozmowny, nie sprawiam przynajmniej kłopotu.  Zawsze szukam bilonu, kiedy trzeba i jestem bardzo uprzejmy.  Nie przypominam sobie, żebym komuś ubliżył, albo używał jakichś słów... Jednym słowem kulturalny ze mnie człowiek...Od czasu do czasu robię może coś dziwnego.  Nucę sobie pod nosem, albo kładę głowę do skrzynki z dyniami lub arbuzami i robię jej zdjęcie.  A wtedy moja głowa naprawdę przypomina dynię lub arbuz.  Czasami prowadzę ze sobą jakiś dialog wewnętrzny rozważając głośno, czy przy moim ograniczonym budżecie lepiej kupić owoc granatu czy raczej sok grejpfrutowy, albo, czy ona mnie jeszcze kocha.  Bywa, że stoję pośrodku sklepu ze łzami w oczach, ale jednak nie płaczę.

        Jaka to rozkosz jeść tak ziarenko po ziarenku i myśleć o tym, że nie różnię się niczym od tych biednych i zapracowanych ludzi, nie nadymam się i nie wywyższam, a to, co robię staram się jak oni, robić uczciwie i żyję tak nie wadząc nikomu.  Jeszcze jedna mrówka wśród miliardów innych ludzkich mrówek na tej biednej spracowanej Ziemi, która jest w rękach szaleńców!

         Bez muzyki można podobno żyć.  A jednak nie każdy potrafi! 

         Słuchałem dzisiaj pięknego nagrania zatytułowanego "Adagios & Fugues. W. A. Mozart after J. S. Bach" (Harmonia Mundi).  Nie jest to oczywiście pierwsza płyta z mozartowskimi aranżacjami utworów Bacha z "Das wohlteperierte Klavier". (Na czarnej okładce CD widnieje portrecik Mozarta, a z tła niczym duch wyłania się portret Bacha).  Jednak nagranie "Akademie fur Alte Musik Berlin" jest fantastyczne. Znakomitym pomysłem było urozmaicenie brzmienia.  Słyszymy tu nie tylko instrumenty smyczkowe, ale na przemian fortepian z epoki i instrumenty dęte.  A i same aranżacje Mozarta nie są jedynie aranżacjami - to zupełnie inna muzyka, ożywiona przez ducha innej epoki i błyskotliwość kompozytora.  Pogłębiają one czasami lub wręcz nadają muzyce Bacha efekt grozy, a jednocześnie pewną groteskowość.  Kto wie, może bez tych aranżacji nigdy nie powstałoby "Requiem", o którym pewien młody i inteligentny człowiek mówi "Requiem przypisywane Mozartowi" (bo jak wiadomo tylko w pewnej części jest ono jego dziełem). 

       Inną, równie uroczą płytą jest nagranie znanego zespołu "Ars Antiqua Austria" Gunara Letzbora.  Leztbor jest nie tylko jednym z najlepszych skrzypków grających muzykę baroku, ale także świetnie ten zespół prowadzi. Tym razem nagrał jedyną ocalałą mszę Muffata "Missa in labore requies" z cudownym "Crucifixus", które robi spore wrażenie. To wspaniały utwór i w całym XVII wieku trudno znaleźć podobną mszę.  Muffat urodził się we Francji, ale jako muzyk działał głównie w Salzburgu i Passau.  Dotychczas znane były jego wspaniałe, choć nie zawsze łatwe w odbiorze utwory instrumentalne i organowe.  Znam kilka cudownych nagrań z tą muzyką, która chwilami przypomina też części instrumentalne z oper Lully' ego.  Jego piękna i minorowa często muzyka orkiestrowa bywa ulotna i zwiewna, a w jednym z jego instrumentalnych utworów pojawia się fantom...Jakie to jednak smutne, że taka muzyczna perła leżała przez tyle lat zakurzona gdzieś w ukryciu zanim doczekała się tak świetnego wykonania. Wspaniała jest akustyka płyty zrealizowanej w przestrzeni jakiegoś kościoła przez znaną firmę Pan Classics.       

       Wyczekiwane od dawna przeze mnie nagranie "Actus Tragicus" i "Oratorium Wielkanocnego" Bacha "pod" Gardinerem nie przyniosło mi przeżyć, jakich oczekiwałem. Poprzednie nagranie Kantaty 106, zwanej też "Actus Tragicus" dokonane przez Gardinera należało do moich ulubionych.  Tego słucham z uczuciem pewnego rozczarowania.  Gardiner potrafi oczywiście wyjaśnić śpiewakom, jak mają interpretować dzieło, jednak nie wszyscy z nich dorównują głębią uduchowienia i spontanicznością tym z pierwszego jego nagrania.  Poza tym, tempa w radosnych częściach tej żałobnej kantaty są, w moim odczuciu, chwilami zbyt szybkie. To cudowna muzyka i Gardiner w jej interpretacji "nie schodzi poniżej najwyższego poziomu", jednak gdybym miał zachować któreś z tych nagrań, to zostawiłbym sobie pierwsze (moim ulubionym nagraniem tej słynnej kantaty jest nagranie Gustava Leonharda).   Wspaniałe "Oratorium Wielkanocne" Bacha niby rzadko jest wykonywane, jednak w zupełności wystarczają mi nagrania, które już dobrze znam.  Każdego, kto tonie w smutku, z pewnością ukoi na chwilę wstępna "Sonatina" z "Actus Tragicus".  Nie ma chyba w muzyce baroku równie uspokajającego i kojącego utworu.  A ponieważ kantata ta w całości jest niezwykłym objawieniem, nie napiszę już o niej ani słowa, poza tym, że jest w niej nieskończona żałość, cudowny spokój i pełna entuzjazmu radość.  (Schweitzer i Wolff piszą o niej zresztą w sposób wystarczająco sugestywny). 

      W konfrontacji ze śmiercią i cierpieniem muzyka nie zawsze wychodzi zwycięsko.  W głębokiej depresji nie ma się często ochoty na słuchanie czegokolwiek. Co pomóc mogą nam muzyczne "błyskotki" (jak ktoś to określił), kiedy uporać musimy się z poczuciem utraty kogoś naprawdę bliskiego?  Mimo woli przypomina mi się myśl Spinozy, że muzyka jest dobra dla melancholika, zła, dla kogoś będącego w żałobie, a dla głuchego jest czymś obojętnym.  W oczekiwaniu na pożegnanie bliskiej mi Osoby z radością wysłuchałem dzisiejszej muzyki, ponieważ muzyka ta, chociaż ukazuje nam drogę do innego świata,  pozostaje w całości w świecie żywych i jest wyrazem pragnienia ocalenia miłości i afirmacji istnienia. 

sobota, 29 marca 2014

        "...Człowiek narodził się, by żyć jak zwierzęta, wdał się natomiast w przygodę, która nie jest naturalna, która jest dziwaczna. Stąd jego egzystencja utraciła ustalone, wyraźne ramy. Otóż ta przygoda człowieka jest nienormalna i z konieczności obraca się przeciw niemu. Człowiek, mimo wszystko przecież tylko genialne zwierzę, ma koleje losu takie jak facet, który rzuca się w jakąś fantastyczną przygodę, ale musi ponieść jej konsekwencje. Bo ta awantura jest czymś zbyt wyjątkowym, by mogła dobrze się skończyć. Więc idzie drogą, która musi doprowadzić go do ruiny...To nie jest pesymizm. Nigdy nie głosiłem nicości człowieka. Uważam tylko, że człowiek poszedł złą drogą i nie mógł nią nie pójść."

       ("Rozmowy z Cioranem", przekład I. Kania)

       Trudno chyba o większą logikę wywodu i zarazem o większą przewrotność.  Wszystko, co w życiu cenne - poezja, mistycyzm, filozofia, miłość, to tylko miłosna awantura.  Dlaczego?  Bo człowiek zatracił pierwotny, zwierzęcy instynkt?  Ptaki w powietrzu i ryby w wodzie są spontaniczne. Kiedy chcą unoszą  się w górę, a kiedy chcą opadają w dół i są wolne.  Dlaczego człowiek nie może być wolny w ten sposób?  Bo jest istotą świadomą istnienia cierpienia, ograniczeń losu i śmierci.  Jednak ten rodzaj naturalnej wolności, która jest spontanicznością istnienia przywraca mu kontemplacja. To dzięki jej darowi może czuć się jak ptak na niebie i jak ryba w strumieniu lub pośrodku oceanu.  Lubię, kiedy człowiek o czymś zapomina, na przykład, kiedy zapomina o sobie...Ale Cioran zapomniał o czymś, co jest korzeniem ludzkiego życia i bez czego w pełni świadome ludzkie życie nie mogłoby istnieć.  Kontemplacja przywraca nam utracony instynkt i radość życia. Jest dla duszy tym, czym powietrze jest dla ciała...Obawiam się, że człowiek (tzw. ludzkość) nie idzie żadną drogą.  Nie jestem pesymistą.  Uważam tylko, że człowiek nie obrał świadomie żadnej drogi i nie mógł jej obrać.  

                                                                W DZIEŃ WIOSENNY                                  

                                 "Ponieważ życie jest zawodne jak sen, po co się gnębić? Wolę upijać się do upadłego.

                                  To właśnie uczyniłem też wczoraj. Budząc się rozejrzałem się wkoło. Ptak świergotał

                                  wśród kwiatów. Poprosiłem go by powiadomił mnie o porze roku, a on odpowiedział mi,

                                  że żyjemy w czasie kiedy wiosna każe śpiewać ptakom.   

                                  Ponieważ byłem bliski rozczulenia, nalałem sobie jeszcze, by wypić, śpiewałem

                                  aż do wschodu księżyca i na nowo straciłem świadomość."

                                     (LI PO, przekład Leopold Staff)

   "Ponieważ życie jest zawodne jak sen" biedny Li Po potrzebował wina, żeby poczuć radość, którą można silniej poczuć bez alkoholu.  Upojony miłością do życia i znękany długotrwałą rozłąką musiał jakoś ukoić swą tęsknotę.  Jestem w nieskończenie lepszej sytuacji.  Mój mózg sam produkuje wszystko to, co jest konieczne do szczęścia...i to, co jest konieczne, kiedy szczęście mnie opuszcza.  Mam nadzieję, że moja rozłąka nie będzie trwała wiecznie...A jeśli ci, co odeszli są teraz w drodze do nieba, to nie jestem pewien, czy ich jeszcze spotkam. Być może jako grzesznikowi przeznaczone jest mi któreś z płonących piekieł?  Tego, na szczęście, nie wiemy!   

środa, 26 marca 2014

                                                              "Odchodzę z wiosną

                                                               ptak krzyknie w rybich oczach

                                                               zabłyśnie łza"

             Takie pożegnanie pozostawił  - jak pisze tłumaczka Agnieszka Żuławska- Umeda  - przyjaciołom i uczniom Basho udając się w wędrówkę.

             I ja pragnę się tak pożegnać ze wszystkimi, którym moje wpisy nie były obojętne...To piękne pożegnanie. 

        W swojej ostatnio wydanej w polskim tłumaczeniu niewielkiej książeczce o współczuciu Dalajlama przypomina nam o tym, że umrzemy i że nie warto myśleć o zysku i stracie, przyjemności i przykrości, sukcesie i porażce, sławie i niesławie...Nie warto tracić życia na dążenie do zdobycia rzeczy materialnych lub robienia kariery.  Kiedy nauczymy się współczuć innym ludziom (i sobie samym) wtedy dopiero poczujemy rzeczywistą wartość życia.  Dalajlama uśmiecha się do nas przyjaźnie, ale jego uśmiech nie jest pusty...Nie ma w sobie nic ze zwodniczej obietnicy tego, kto używa empatii po to, aby wzbudzić i wykorzystać czyjąś ufność.  Jest uśmiechem człowieka, który poznał i poczuł ludzki niepokój, smutek i ból...

        Nigdy nie zapomnę dwóch spotkań z Dalajlamą, na które zostałem zaproszony z powodu moich drobnych zasług.  I choć thanka wisząca w moim pokoju (wyjątkowo wiekowa, mroczna i pełna nie tylko wizerunków przeczystych Buddów, ale także płonących piekielnych istot), tak wiele widziała wraz ze mną (krew i śmierć) i każda jej nitka nasycona jest cierpieniem, i chociaż uległa dewastacji (nie uniknęła pazurów kota i oparów dobywających się z mojej kuchni) nigdy nie utraciła swej mocy. Od dawna już przestała być dla mnie tym, czym była w okresie medytacji.  Pogodziłem się z jej fizycznym zniszczeniem, a także z tym, że od ponad dziesięciu lat nigdy nie usiadłem przed nią w praktyce wizualizacji. Stała się za to cudownie bezużyteczna!     

         Smutno mi przed piątkowym pogrzebem.  Sam nie wiem, dlaczego.  Kiedy wracałem przed chwilą do domu było zimno. Gdzie się podziały moja radość i ciepło?  Jedynym jasnym momentem dnia była popołudniowa wizyta u lekarza.  Dawno już nie widziałem Pani Doktor i przyjemnie mi było czuć, że moja choroba jest obiektem tak życzliwego zainteresowania.  Wieczorem oglądaliśmy z mamą film Fritza Langa - chciałem go obejrzeć jeszcze "przed śmiercią" (to jedno z ulubionych Jej określeń, wiem już, dlaczego).  Uwielbiam Langa, ale ten film o zamachu na hitlerowskiego zarządcę Czech (jedną z największych i najbardziej ponurych kreatur Trzeciej Rzeszy) za bardzo trochę przypominał dramat i raził mnie chwilami płomienną pompatycznością, choć pewne rzeczy też cudownie były w nim ukazane.  Na przykład pewne odbicie w kałuży. I twarze tych wszystkich esesmanów i gestapowców....Przełączyliśmy z mamą na totolotka - masakra!   Nie ma dziesięciu milionów!  W ogóle jakieś podejrzane wypadły numerki...Leków nie mam za co wykupić, a Mitsuko nie dostała swojej wieczornej porcji (niech je to, co ma w miseczce). Zajrzałem do Księgi. Na dzisiaj są tam takie słowa (jak zawsze wybrane losowo): "Jakżeś ty piękna przyjaciółko moja, jakżeś ty piękna!  Oczy twoje jak gołębice. Jakżeś ty piękny, Miły mój i nadobny!  Łoże nasze w zieleni. Belki domów naszych cedrowe, a stropy cyprysowe" (przekład Cz. Miłosz).

wtorek, 25 marca 2014

         Suity orkiestrowe Marais "Alcione" (1706), to jedno z najpiękniejszych nagrań Savalla (Suity z drugiej tragedii muzycznej Marais "Semele" skompletował i nagrał Wieland Kuijken).  Dokonane w 1993 roku dla wytwórni Naive wznowione zostało w tym miesiącu przez jego własną firmę Alia Vox.  Zespół "Le Concert des Nations" był wtedy w świetnej formie, a w nagraniu uczestniczyło wiele wybitnych muzycznych indywidualności.  Żyjemy przeważnie tylko chwilą, ale takie reedycje przypominają nam o nie-substancjalności czasu.  W 1993 roku rozkoszowałem się już swoim drugim pobytem w Londynie i pamiętam, jakie wrażenie robił na mnie ogrom tamtejszych sklepów muzycznych i niezliczona ilość antykwariatów, w których można było buszować po półkach.  B. lubiła mnie tam fotografować, ale przede wszystkim cieszyła się widząc jak ekscytuję się widokiem pewnych rzeczy.  Przez ostatnie dziesięć lat prawie nie słuchałem "Alcione", chociaż bardzo to nagranie lubię...Dzisiaj zobaczyłem, że jest i pewnie posłucham.  Nagrywa się już teraz znacznie lepiej, co nie znaczy ciekawiej niż wtedy.  Mój stosunek do Savalla był entuzjastyczny i nawet po obejrzeniu z B. "Wszystkich poranków świata", popularnego, ale trochę tragicznego w swej wymowie filmu z jego muzycznym udziałem, nie uległ zmianie, choć scena, w której wymęczona przez ponurego ojca (wielkiego kompozytora de Sainte Colombe) i opuszczona przez Marais dziewczyna odbiera sobie życie, jest jedną z najbardziej wstrząsających scen, jakie kiedykolwiek widziałem.  Nie ja jeden uwielbiam nagrania Savalla na violę da gamba, ponieważ Mistrz doskonale wczuwał się w cudowną melancholię XVII-wiecznej muzyki i jest nie tylko wirtuozem tego instrumentu, ale też i intelektualistą.  Czy istnieje smutniejsza muzyka niż ta?  Naprawdę nie wiem.  Może tylko ostatnie kwartety Szostakowicza?  Albo muzyka orientalna - indyjska lub ormiańska?  "Alcione" to muzyka nie tylko minorowa, ale i pogodna, a nawet pełna radości, przepychu i wspaniałe ożywiająca wyobraźnię obrazem mitologicznych scen, magii i zjawisk natury.  B. często rozmarzała się o barokowych ogrodach, po których przystrzyżonych zielonych labiryntach błądzimy w słońcu lub we mgle.  W owej świetlistej mgle wszystko teraz widzę inaczej, również i samo owo błądzenie. To prawda, że mamy czasami poczucie, że istnieje tylko wieczność chwili.  Ale już za krótką chwilę nie będzie "tego wszystkiego"...Nie będzie zatem również owej chwili, której piękno lub ulotność przeżywamy i chcielibyśmy uwiecznić, a przynajmniej ocalić.  I ja pisałem o tym, że trzeba żyć chwilą, bo tylko ona jest wieczna.  Ale i to wydaje mi się iluzją.  NIE ISTNIEJE ŻADNE TERAZ.  A jedyną realną rzeczą w życiu jest strata.  Zaistnieliśmy przez chwilę i tak istnieć będziemy pewnie do końca świata, bowiem wieczność i czas, jak napisał pewien metafizyk, nie mają ze sobą nic wspólnego. Może dlatego kopnięcie obcasikiem stołka, na którym stoimy z pętlą zarzuconą na szyję, od niczego nas nie uwalnia.  Nasz ból będzie istniał przez całą wieczność...Ale i miłość.         

poniedziałek, 24 marca 2014

         Czasami uświadamiam sobie, jak odległym jestem dla innych istnieniem i jak nikła cząstka życia przypada mi w udziale.  Będąc czymś w rodzaju drobiny kosmicznego pyłu dawno już istnieć przestałem, choć nie wszyscy może to zauważyli, ponieważ wirtualnie jeszcze istnieję.  Jakieś kilka milionów lat temu zgasłem nieoczekiwanie, ale ponieważ światło mojej duszy świeci wśród gwiazd, więc nie trudno wziąć mnie za żywą istotę. Będąc dla innych jednie duchem, mogę pozwolić sobie na ekstrawagancję ujawnienia faktu mojego nieistnienia.      

        Deszcz skłonił mnie do powrotu do domu, ale chyba jednak wyjdę póki nie jest za późno.  Czasami jesteśmy do siebie podobni. Deszcz i ja...Zimno nam, mokro i słuchamy tej samej muzyki.

         ...Lubię je.  Mam nawet nawet taki ogromny znaczek, który nosiłem w klapie.  I oczywiście z Audrey Hepburn.  Czasami przeglądam piękny album o niej.  Ale "Śniadanie u Tiffaniego" zanudza mnie, podobnie jak filmy z Marylin, i słynna "Casablanca" (z kimś innym), mimo sceny z bogartowaniem peta.  Marlenę też lubię i chętnie słucham jej pieśni o biednym Tomku, który powiesił się z miłosnej rozpaczy, mimo, że jej głosem zachwycał się Hemingway.  Z Hemingwaya pamiętam tylko zdanie:    

         "- Aqua mala, ty kurwo! -"

         Ale nie pamiętam już, gdzie było. (Pewnie w "Stary człowiek i morze")...Nieuchwytne połączenie wdzięku i wzruszenia, to coś, co zawsze na mnie silnie działa.  Pisałem już tu kiedyś jak wrażliwą osobą była Marylin Monroe i jakie wrażenie zrobiło na mnie opowiadanie Artura Millera "Proszę nie zabijajcie niczego!"   A Audrey odnalazła się w Afryce wśród biednych dzieci.  Współczujące serce i szeroka dusza nadają czasami prostemu wdziękowi znamiona piękna.       

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6