Kategorie: Wszystkie | "Dziewczyny, bądźcie dla nas dobre na wiosnę" | ...bez końca | 0 | 100O i jeden Rabinów | A Puszkina też zapuszkują? | A moze to tylko pomieszanie zmyslow | A nie lepiej być purystą? | Aaaaaaaaaaaaaa...aalfabeta | Ach, gdzież jest litość lub wspolczucia pozór? | Ach, gdzież jest litość lub współczucia pozór? | Adam Mic - Kiewicz | Adaś i Ewka | Aforystyka | Amerykański sen | Autopsychoterapia | Bez sensu to to! | Bez szaleństwa... | Bezmyślne okrucieństwo | Bezradność | Biedna Szymborska | Biedny Kapturek! | Bliźni miłości | Bliźniego miłość... | Blondyn | Blue Bossa | Bojaźń i drżenie | Bratnie dusze | Bruner, ty świnio! | Buddyzm w życiu codziennym | Bóg mi poskapił tej anielskiej miary... | Bóg mi poskąpił tej anielskiej miary... | Bójstwo samo | Caritas | Chiziofrenia | Choroba na śmierć | Chwila ułudy | Chwila wytchnienia | Chłodne upojenie | Cierpienia i radości | Cierpienie i radość | Cleen feed | Cnota niedoli | Co slina na język przyniosła | Co tam panie w polityce? | Co w niebie piszczy | Co ślina na język przyniosła? | Corrida | Coś dla duszy... | Coś tak wulgarnego | Cudotwórstwo | Czarna Perła Tao | Czarny tulipan skrzyżowany z czarna różą | Czarny tulipan skrzyżowany z czarną różą | Czary Mary | Czego nie przysięgał Hipokrates? | Człowiek nie jest rzeczą | Człowiek to brzmi dumnie, ale nie u mnie | Często chowa | Częstochowskie rymy | Deficyt aniołów | Delightful! | Demokratyczne wybory w Oczodołach | Diabłoterapia | Dla wszystkich i dla nikogo | Dnieje | Do samego siebie | Dodatek | Dowcipas dnia | Duma narodowa | Dusze drzew | Dyskretna mgiełka autoironii | Dzielność | Dziki kapitalizm | Dzisiejsza młodzież | Dzisiejsza młodzież nosi ładną odzież | Egzystencjalizm jest chumanizmem | Ekonomia zbawienia | Elegancja Francja | Elegijnie | English gentelman | English gentleman | Epicurus | Ewa tylko ziewa | Falochron | Female | Filozofia bez uczoności | Forever Loving Jah | Gadu, gadu | Gadu, gadu, trochę więcej jadu | Gal Anonim | Gaz dla pedałów | Gaz dla pedałów, młot dla sierpów | Gdy rozum śpi... | Gendarme | Genek, gienialny gieniusz | Geno Typ | Gorący uczynek | Grabarz | Grabarz nonsensu | Gry i zabawy literackie | Głupota przysłowiem narodów | Głębie i tajnie Podświadomego | HIstoria nauczycielką bicia | Herbatka zen | Homo economicus | Homo sapiens czy Homo politicus | Humor absurdalny | Humor nieco absurdalny | Humor, satyra, panie... | I rekiny w oceani mają zębów cały rząd | I rekiny w oceanie mają zębów cały rząd | Indie Wschodnie i Zachodnie | Industrial | Istnieje również wrodzony brak poczucia humoru | Ja tam bynajmniej nie wiem | Jak długo będę jeszcze żył? | Jak uprawiać agresywne dziennikarstwo? Poradnik dla początkujących | Jakże cżęsto powtarza się ta historia | Jakże trudno czasami coś sklecić! | Jan i Małgorzata | Jan z Czarnolasu | Jesienna muzyka | Jeszcze smutniej! | Jeździec Apokalipsy | Językologia | Kaczuszki mandarynki | Karawana idzie dalej | Katedra Adamowego Żebra | Kawa z Kafką | Każdemu według naszych chęci | Każdemu według potrzeb | Każdemu, o czym tylko zamarzy | Kiciuś Miciuś! | Kicuś Micuś! | Kiedy człowiek staje się bestią | Kiedy owce nie milczą | Kij w mrowisku | Kniaź Wiktor | Kochani ludożercy | Kolacja Pani Sowy | Kometa tylko głownia nie ta | Konkwista | Koryfeusz nauki, milośnik sztuki | Koty i inne zwierzęta | Koty, głupoty, palikoty | Kości rzucone są | Kość słoniowa | Kto pierwszy był człowiekiem, kto będzie nim ostatni | Kto pisze teraz historię? | Kuchnia szamańska | Kwiatki Św. Franciszka | Kwiatostan śmierci | Kwitnienie kultury | Kwitnąca wiśnia | La colombina i ciche ukojenie | Lekarzu - lecz się sam! | Lenin wiecznie żywy | Leśmianiada | Lichwiarstwo polskie | Liryki i prztyki | Logika dziejów | Londyńska mgła niepamięci | Londyńskie przygody | Los ofiary | Los puka do moich drzwi | Lotosowy wpis | Ludzie ludziom... | Lunatyzm | Lęk społeczny | Made in Japan | Maligna | Marność nad marnościami | Marność nad marnościami. Rekoleksje Wielkopiątkowe | Marzenia senne | Marzeniologia stosowana | Maszkary i senne dziwadła | Maszkary i senne widziadła odbite w lustrze | Mała czarna z Kafką | Medycyna naturalna | Meine Liebe Augustin! | Melancholia | Melancholia stosowana | Memorabilia | Meszreiw | Meteo | Mgiełka autoironii | Mglisty dzień. Mgła | Mikołak | Mistrz i Małgorzatka | Mistycyzm lunarny | Mistyka i miłość | Mitologia osobista | Mitologia świata | Miłość | Miłość bliźniego | Miłość nie zawsze szczęśliwa | Miś Uszatek | Moc rytuałów | Monada nie ma okien | Mowa potoczna | Mowa ptaków | Mowa serca | Moze ktoś zrozumie, co teraz czuję | Może ktoś się ucieszy? | Może ktoś zrozumie, co teraz czuję | Może to trochę zbyt uszczypliwe | Musicology | Muza lekkich obyczjów | Muzyka przywraca ład serca | Myszoterapia dr Nezumi | Myśli prostego człowieka | Mądrość Natury | Mądrość jak z gazety | Mądrość narodów | Młot na faryzeuszy i hipokrytów | Męstwo bycia | Mówił sen do snu | NIe ma na świecie dwóch takich samych liści, ni kropel deszczu | Na jawie (lecz to, co niejawne pozstaje) | Na stos rzuciliśmy szcześcia los | Na stos rzuciliśmy szczęścia los | Na szczytach hipokryzji | Na zdrowie! | Nad piekną rzeką | Najokrutniejsze zwierzę | Najsłodsza tajemnica | Narastająca senność | Nic dzisiaj ciekawego nie napisałem | Nicość | Nie am dwóch takich samych liści, ni kropel wody | Nie bój się - najwyżej cię rozstrzelają! | Nie czas żałować burz, gdy płoną oczy | Nie czas żąłować burz, gdy płoną oczy | Nie każde szczere złoto jest szczerozłote | Nie ma na świecie dwóch takich samych liści ani kropel wody | Nie ma na świecie dwóćh atkich samych liści lub kropel deszczu | Nie ma takiego smutnego, co by na wesołe nie wyszło | Nie ma zazdrości bez miłości | Nie oddamy nawet guzika | Nie tylko dzielenie włosa na czworo | Nie wiem, ja w ogóle nie myślę | Nie zabijaj! | Nie zabijajcie drzew! | Nie zawsze urocza dzecinada | Niebiańskie szczyty głupoty | Niech pani będzie dzielna! | Niech zapłaczą na moim pogrzebie | Nieco drapieżny wpis | Niekoniecznie ptasi móżdżek | Nienawiść bliźniego | Nieosobiście | Nieprzesłane przesłanie | Niestworzone rzeczy | Nieszkodliwe głupotki | Niewczesna melancholia melomana | Niewczesne rozważania | Niewielka profanacja | Niewielkie przekłamanie | Niskolotnie | No No! Teatr No | No comments! | No no! | Nowa poezja lingwistyczna | Nędzne kabareciarstwo | O Leonardo, po cóż się tak trudzisz? | O dzieleniu włosa na czworo, czyli metodzie scholastycznej | O dzieleniu włosa na czworo, czyli o metodzie scholastycznej | Obciachy | Obscenia i parafrenalia | Obsesja dobrego biustu | Ojej! | Oko w oko z zębem mądrości | Okropieństwa | Okruchy odgrzebane z lawy | Okruchy życia wygrzebane zlawy | Okruchy życia wygrzebane z lawy | Okrutna losu ironia | Orientuj się na orient | Owczarek | Owczarki afgańskie | Owocożerni | PL jak piekło | PO PiS | POeci wszystkich krajów dzielcie się | Pan Tadeusz | Panie pośle, po chrześcijańsku panu wybaczam | Pańska satyra polityczna jest niegramatyczna | Pendant do pewnego przypisu | Perlikowski | Pewna elastyczność zasad | Pewne jak w banku | Piorunujący piorun! | Po owocach poznacie ich! | Po upadku | Pobożne życzenia | Podpatrywanie Natury | Podroby i inne podróbki | Pokolenie Kainowe | Pokorne ciele | Pokorne cielę | Pokusa | Polak potrafi | Polak potrafi! | Politolog i Politowska | Politycznie niepoprawne! | Polonica | Polonika rycerskie | Polucje i ablucje | Pomarańcze i mandarynki | Pomarznąć dobra rzecz | Pomarznąć dobra rzecz! | Pomoc psychologiczna | Poranna kawka z Kafką | Porąbane marzenia | Potężne i głębokie warstwy pierwotnego mitu | Powieść brukowa | Powszechna życzliwość | Powtórka z cynizmu | Poznaj samego siebie | Prawda | Prawda jest jedna i piękna, ale złożona | Prawda popłaca | Prawdziwa metropolia | Prawi i sprawiedliwi | Prawiezmartwychpowstanie | Prawiezmarwtychpowstanie | Prognoza pogody | Pruski smutek | Przecież cię zjem! | Przedagonalny polski agon | Przegląd sportowy | Przeinaczenia | Przez pychę do pokory | Przeżyjesz to, a pote już tylko grób | Przeżyjesz to, a potem już tylko grób! | Przminęło z wiatrem | Prztyczek | Psiapowiednia Majów | Psubrat | Pustka | Pytanie dość retoryczne | Raczej to nie będzie hit | Radosne gonitwy śnieżnych tygrysów | Radość wędrowania | Rejterada Rejtana | Religie nauczą cie pokory | Res Sacra Pecunia | Romans z pop kulturą | Roots, Rock, Reggae | Rozkosze reinkarnacji | Rozmowa nie na telefon | Rozpacz | Rozpacz na wieki wieków | Rozpacz, która podpełza pod gardło | Ruch i świeże powietrze... | Rybołówstwo cudzołożnika | Rycerz pokalany | Samokrytyka | Samotność egzystencjalna | Sekrety pewnego domu handlowego | Seraphic Flames and Heavenly Love | Siedź na dupie i potakuj! | Somatyka | Somatyka logiczna | Spełniona przepowiednia | Spleśniały ser | Sponsorem tej opowieści jest wydawnictwo Błękitny Wieloryb | Sport to zdrowie | Spowiedź morskiego wilka | Stary Sącz i Nowy Sącz | Stary mafioso | Stołeczne stołki | Stratyfikacja społeczna | Suma sumarum | Sumienie rachunku | Sweet Music and Poetry | Sygnały podprogowe | Szalchetne zdrowie | Szczęśliwa pomyłka | Szekspir do żadnej nie należy epoki | Szkarady | Szlachetna gravitas | Szlachetne zdrowie | Słodycze grafomanii | Słówka | Słówko do słówka, a uzbiera się sówka | Tadeusz Bój Jeleński | Taia chińska podróbka | Takie będą rzeczpospolite jakie tego blogu chowanie | Takie tam, pierdoły | Talking Heads | Tania chińska podróbka | Tatiana | Teorie świata nauki | Terapeutyczie | Terapeutycznie | Thames | The Doors. Uchylone drzwi | The Lion cub | The fruit of beauty and despair | To na pewno nie Lec | To nie żadna filozofia | Tragiczne pożegnania | Transformacja duchowa | Trudna sztuka dialogu | Trudno czasmi coś sklecić | Trzylogia | Trója z polskiego | Twarda rzeczywistość | Ty mi tutaj nie filozuj | Tygrysologia stosowana | Tysiac i jeden ptaków | Tysiąc i jeden kotów | Tysiąc i jeden ptaków | Tysiąc różowych kroliczków | Tęsknica | Tęsknota duchowa | Ubekistan | Ucone księgi | Uczeni ludożercy | Uderzenia losu | Uduchowienie | Umrzeć z miłości | Upadek Pierwszego Człowieka | Uroczy wegetarianin | Uszczelnienie systemu podatkowego | Utrata uzębienia | W czym mogę panu pomóc? | Wciąz powtarza się ta sama historia | Wciąż powtarza się ta sama historia | Wdzieczna muzyka przywraca ład serca | Wesola grafomania z morałem | Wiecej broi dla szaleńców w Teksasie | Wieczne powroty | Wiedza radosna | Wielka wygrana | Wielomówstwo, czyli plaga opowiadania | Wierzba płacząca | Wiosny i jesienie | Witch | Więcej broni dla szaleńców w Teksasie | Wojna totalna | Wpis o kształcie piramidy | Wprowadzenie do kruczków prawnych | Wrzucam wszystko do kosza | Wrzątek | Wspomneinei pewnego wspomnienia | Wspomnienie pewnego wspomnienia | Wspomnienie pewnego wspomnienia | Współczesny filister | Wszystkie rybki | Wszystko na A | Wszystko na sprzedarz | Wszystko na sprzedaż | Wygrana | Węzłowato | Wólka Węglowa | Xin Lu, typowa brunetka o granatowych oczach | Z Nietzschego nic nie powstaje | Z księgi wulgaryzmów | Z rupieciarni myśli | Zaczarowany świat zen | Zanim mnie wrzucą do dołu | Zapowiedź Apokalipsy | Zaraz wracam! | Zasada domniemanej winy | Zaskroniec | Zastał Polskę drewnianą... | Zatrzaśnięte drzwi | Zbaw mie Buddo Amido | Zbaw mnie, Buddo Amido | Zdrowy egoizm | Zegar dziejów | Zestrzelenie księżyca | Zginął z rąk słabej kobiety | Zima się nas nie ima | Zjawiskowe | Znak jaskółki | Zrozumieć wartość tego, co nieużyteczne | Zuch zawsze ochoczy! | Zwierzęta pod postacią ludzi | Zwyciestwo konsumpcjonizmu | Ząb mądrości | ie zabijajcie drzew! | ieosobiście | kosmos | Łagodne prawo, ale prawo | Łagodność tygrysa | Śmiechotki, chichotki | Śmiertelna powaga | Śmierć | Światełko w mroku | Świętość, wziętość, nadętość | Życie jest tragiczne | Życie samo | Życzliwe spojrzenia na całość ogródka | Żyć, nie umierać
RSS
niedziela, 31 marca 2013

           Pan Tsunami lubił swój ogród.  W bezwietrzną, cichą pogodę, lato wydawało mu się prawdziwym cudem i nieraz dziękował Buddzie za to, że stworzył kwiaty i zioła, zielone drzewa i mroczny staw, przezroczyste motyle i groźne ważki.  W ogrodzie owym każde ziarenko piasku i każdy kamyk, wydawało się mieć swoje miejsce, a mysie norki przypominały przytulone do ziemi świątynie.  Patrząc w słońce widać było jak malutkie cząsteczki powietrza unoszą się w górę i przenikają pod firanki powiek. Trudno byłoby znaleźć bardziej pogodne miejsce na tym pełnym cierpienia świecie.              

           Niespokojna natura Pana Tsunami sprawiała jednak, że często chodził nachmurzony.  A kiedy spotykał na swej ścieżce jakichś ludzi, był małomówny, jakby skrywał jakiś sekret.  Zdarzało mu się podnosić głos na Etsuko, chociaż ta dogadzała mu na wszelkie sposoby, a kiedy już wyczerpał swe siły, wachlowała go błękitnym wachlarzem, na którym widniały złote ćmy.  Przynosiła mu na posłanie nektar, owoce i słodkie ciasteczka, które sama ulepiła, a w przypływie macierzyńskiej czułości tuliła jak swego malucha i głaskała po głowie.  Pan Tsunami kochał ją i wstydził się potem wypowiadanych przez siebie słów, chociaż nigdy, na podobieństwo innych kochanków, nie tarmosił jej sukni i powstrzymywał się przed okazywaniem swej męskiej siły.  A gdyby przypadkiem ją uderzył - natychmiast by umarł!  Nawet w gniewie potrafił o niej myśleć z największą czułością, usprawiedliwiać ją i chronić. 

          Co tak gnębiło Pana Tsunami?  Z pewnością nie był już człowiekiem młodym, a dwudziestoletnia Etsuko przypominała mu jego zmarłą córeczkę Yoko, lecz wciąż był krzepki i pełen życia.  Etsuko kochała go, bo zabierał ją czasem do krainy swoich marzeń, ale też bała się napadów jego mrocznej melancholii. Powiadają, że Pan Tsunami, kiedy był młody, kochał piękna kobietę, lecz ta nadużywała sake i opium, i rzadko kiedy była trzeźwa.  Kiedy o niej opowiadał, nazywał ją Nocnym Motylem.  

         - Chyba masz na myśli raczej ćmę? - dziwiła się Etsuko - Motyle nie latają po nocy.

         - Jeśli łatwiej ci to będzie zrozumieć, to nazwę mojego motyla ćmą - powiedział Pan Tsunami i uśmiechnął się do Etsuko tak uroczo, jakby dopiero co ujrzał słońce.  Ucieszył się, że jest troche zazdrosna.

         - Nie - powiedziała dziewczyna - Nazywaj ją jak chcesz.  Ale myśleć o niej po dziesięciu latach - czy to nie przesada?  Chyba nie była tak piękna i młoda, jak ja.

         - Była piękna, ale nie tak, jak Ty - rzekł Pan Tsunami - Ale do dzisiaj ciąży mi ta rozłąka.

         - Czy twój motyl nie żyje? - spytała Etsuko.

         - Jeśli żyje, to jej życie jest śmiercią, wolałbym, żeby umarła, chociaż nie życzę jej tego.  Leżeć w zimnym grobie i nie móc widzieć promyków słońca...Na samą myśl o tym ogarnia mnie wielki żal.   

         - Nie wiesz, panie, że wszyscy kiedyś umrzemy, nawet ja i mój malutki synek. To naturalna kolej rzeczy.  Boisz się, że twój motyl odrodzi się jako szpetna niewolnica ze spłaszczonym nosem - Etsuko myślała, że żartując zdmuchnie chmurę z czoła Pana Tsunami.  Ten jednak nadal ukrywał burzę w swym sercu i chociaż twarz jego była nieprzenikniona, oczy jego nabrzmiały jakoś dziwnie, jakby za chwilę miał uronić łzę.  Dziewczyna podała mu swoje lustereczko i powiedziała - spójrz w nie i natychmiast rozprosz negatywną energię.  A kiedy się uśmiechniesz, Twój motyl pofrunie gdzieś daleko i znów będziesz szczęśliwy.  Nie myśl wciąż o tym, że ona cię nie kochała. Krzywdzisz samego siebie!

        - Obawiam się, że to ty mnie nie kochasz - obruszył się Pan Tsunami i wiadomo było już, że będzie ją przez cały dzień zamęczał swoim gadaniem.  Etsuko zesztywniała i chciała uciec przed swym kochankiem, jak jaszczurka na widok kapryśnego dziecka.  Nie chciała, żeby ją męczył.  Ale Pan Ogawa powstrzymał ją stanowczym gestem.

        - Dziecko płacze - skarżyła się Etsuko - a ty nie pozwalasz mi go zabawić. 

        - Jeżeli teraz wyjdziesz - powiedział Pan Tsunami - nie ujrzysz mnie już więcej.

        Kiedyś Etsuko przejmowała się tym, co mówił Pan Tsunami, ale teraz wiedziała już, że nigdy nie spełni swej groźby.  Czasami wydawało jej się, że przestała już go lubić i że najchętniej spakowałaby swoje kufry i wyjechała do swej ciotki na prowincji.  Jednak Etsuko wciąż miała serce i wiedziała, że przenosząc całą swą miłość na synka, pozbawia czasami swego przyjaciela ciepła, które tak mu jest potrzebne.  Nawet, kiedy przytulała własne dziecko, pamiętała o swoim uczuciu do Pana Tsunami.  Wiedziała, że jest szlachetny i chociaż czasami skrycie go za to nienawidziła, jej miłość była silniejsza niż nienawiść.    

        - Muszę już iść do dziecka - powiedziała. 

        Od dłuższego już czasu położenie materialne Pana Tsunami pozostawiało wiele do życzenia.  Tonął w długach i Etsuko zastanawiała się czasami, czy od niego nie odejść i nie wydać się za kogoś, kto zapewni jej dziecku lepszą przyszłość.  Pan Tsunami nie potrafił jednak myśleć o zarabianiu pieniędzy.  urodził się trochę za późno. Z natury był arystokratą i kupiecki świat przerażał go.  Można go było zobaczyć, jak siedzi z nosem zanurzonym w jakiejś księdze, gra na lutni, bawi się z przypadkowo mijanymi dziećmi lub zwierzętami, łowi ryby w stawie, w którym nie ma ryb lub maluje.  Wieczorami zaś zwykł przechadzać się w świetle księżyca.  Matka i siostry Etsuko wyśmiewały się z Pana Tsunami i nazywały go uczonym literatem, albo mówiły, że ma nie po kolei w głowie. Chciały bowiem, aby Etsuko zajmowała się ich dziećmi, a one w tym czasie miałyby wolne. I jak to często w życiu bywa, kiedy złe języki tak nam radzą, Etsuko postanowiła jednak od niego odejść.  

        W życiu Pana Tsunami nastał już tym razem wieczysty mrok, którego nie rozpraszał już widok słonecznej twarzy Etsuko.  Widziano, jak błąka się dniami i nocami po swoim ogrodzie.  Potrafił też stać nieporuszony w jednym miejscu przez trzy dni, jak zatopiony w kontemplacji mnich.  Innym  razem biegał gorączkowo, jakby chciał pochwycić jakąś senną marę, lub jak zamyślone dziecko szurał butami pośród opadłych jesiennych liści lub gonił uciekające wiewiórki.  Nikogo już nie dziwiło, że zaniedbał swój wygląd, wykrzykiwał coś do siebie i prowadził ze sobą uczone konwersacje. Na krótko przed swą śmiercią, Pan Tsunami spędził podobno całą noc nad stawem i patrzył, jak księżyc odbija w nim swą srebrną twarz.  Nie wiadomo jak to się stało, ale rankiem wyłowiono ze stawu jego ciało.  Żył jeszcze, ale w kilka dni później zmarł na zapalenie płuc.  Powiadają, że w gorączce gadał coś o jakimś motylu.  

       - Czy to jego tak gonił dniami i nocami? - śmiała się Pani Maszkara - a swoją drogą ta Etsuko to nieźle się urządziła.  I pomyśleć, że to taka niedorajda.   

 

 

        

 

        

sobota, 30 marca 2013

         W książeczce Janusza Krzyżanowskiego przytoczona jest stara indyjska opowieść, którą zatytułował "Czy istnieje świat bez muzyki".  A ponieważ Autor wspaniałomyślnie zaopatrzył swą książkę w instrukcję: "Każda część tej książki może być reprodukowana i przenoszona w jakiejkolwiek formie na wszelkie nośniki elektroniczne, mechaniczne lub inne stworzone teraz lub w przyszłości...bez wcześniejszej zgody autora", poczułem się zachęcony i chciałem nawet przepisać jego opowieść.  Jest bowiem opowiedziana z dużym talentem...Nie mam jednak na to sił.  Postanowiłem więc napisać swą własną opowieść, z której część będzie streszczeniem Jego opowieści, a od pewnego miejsca (które zaznaczę gwiazdką) - zacznie się moja własna opowieść. Z góry muszę jednak uprzedzić, że moje streszczenie jest bardzo skrótowe, pomija pewne wątki, wprowadza minimalne korekty i w żaden sposób nie dorównuje mądrości oryginału, a dalsza część opowieści jest trochę przewrotna.  Nie ma ona jednak żadnego związku z samym Autorem, którego twórczość nie tylko ja cenię oraz z jego szlachetną intencją pochwały muzyki.  (Sformułowania pochodzące od Autora umieściłem w cudzysłowie).  

        PEWIEN INDYJSKI KRÓL, mądry i niezwykle waleczny, pod dokonaniu krwawych podbojów i pokojowych aneksji terytoriów, postanowił być dobrotliwym i sprawiedliwym władcą.  Podróżował właśnie żelaznym rydwanem, objeżdżając swoje królestwo, kiedy otworzyła się przed nim ziemia, tak że ujrzał piekielne czeluście, otoczone żelaznym ogrodzeniem.  Król zobaczył jak tam się męczą potępieńcy i postanowił stworzyć więzienie, w którym przestępcy doznawaliby podobnych kar.   Za radą uczonych mędrców postanowił znaleźć najgorszych ludzi w całych Indiach, bo tylko oni mogą stworzyć takie piekło na Ziemi.  Znalazł się taki jeden!  Ów najgorszy ze wszystkich ludzi był czarny, miał niebieskie włosy i zielone oczy.  Najgorszy z ludzi ogrodził kawał pola i zainstalował w owym miejscu wszelkie "akcesoria piekielne", a nawet sprawił, że w miejscu owym nie było żądnej "boskiej harmonii", a tylko odgłos piorunów i wycia wichru mieszał się z jękiem skazańców.  

       Pewien mnich zabłąkał się przypadkowo w tę ponurą okolicę.  Kiedy Najgorszy z ludzi go ujrzał, ochoczo zabrał się do przygotowania tortur. Mnichowi nie pozostawało nic innego, jak tylko poprosić go o możliwość zmówienia modlitwy.  A kiedy się modlił, Najgorszy z ludzi pochwycił innego zbłąkanego - "wrzucił go do wielkiego moździerza i ubił na czerwoną pianę".  To samo miało za chwile stać się z mnichem, jednak stał się cud. Tłuczek odmówił posłuszeństwa, a piekielny ogień wygasł.  Mało tego - mnich siedział teraz na kwiecie lotosu, który wyrastał z dna moździerza.  Najgorszy z ludzi przestraszył się i pobiegł do króla w poszukiwaniu ratunku.  Kiedy król zjawił się w swym zakładzie penitencjarnym, mnich pouczył go, że nie można budować Piekła na Ziemi, dodając przy tym, że żaden zakątek świata nie może obyć się bez muzyki.  Bowiem "Bóg , tworząc Ziemię całą ją wypełnił swą harmonią".

     * "Tak!" - pomyślał król -  "Obecność tego mnicha nie może być przypadkowa.  Na pewno jakieś potężne bóstwo objawia w ten sposób swą wolę.  Nie wiem, jakiej religii jest ten mnich i czy przysyła go Budda, Brahma, Wisznu czy Sziwa - wszyscy oni są jednak dostatecznie potężni, aby mnie zniszczyć, a ponieważ ukryci wrogowie czekają na moje potknięcie, muszę działać w trybie natychmiastowym.  Popełniłbym jednak błąd, gdybym likwidując więzienie, nie ukarał nadużyć jego szefa".  Wkrótce strażnicy królewscy pojmali Najgorszego z ludzi, a specjalny trybunał skazał go na karę zgniecenia w moździerzu.  "Będzie to sprawiedliwe" - dowodził sąd - "jeśli ta kanalia sama zazna chociaż jednej z tortur, jakie przeznaczyła tym nieszczęśnikom. Gdyby nasz król wcześniej o tym się dowiedział, na pewno w swoim miłosierdziu ukróciłby ten proceder".  Na egzekucję do stolicy zjechali dostojnicy z wszystkich podległych królowi prowincji wraz z małżonkami i dworem.  Moździerz starannie wyczyszczono, tak, że lśnił teraz jak nowy, a niesforny tłuczek zastąpiono innym.  Sam zaś dowódca straży osobiście rozpalił ogień.  Król rozwiązał też w sposób humanitarny problem umieszczonych w Piekle na Ziemi przestępców.  Ci, którzy przeżyli zostali bez dodatkowych tortur straceni o świcie, jednak co dziesiątemu z nich darowano życie i zatrudniono jako czyścicieli królewskich latryn.  W ten sposób król nawet w surowości objawiał swą nadzwyczajną łagodność.

      Stała się jednak rzecz, której nikt nie mógł przewidzieć.  Kiedy wyjęto z tłuczka miazgę ofiary, okazało się, że był nią ów mnich i że razem z nim zgnieciono także Kwiat Lotosu.  Król, czując na sobie wzrok samego Boga, usiłował schować się w piwnicy swego pałacu.  Jednak, kiedy tam pobiegł, jego wrogowie poczęli rzucać w niego kamieniami.  Nieszczęsny władca potknął się, a wtedy potężny piorun rozdarł jego ciało na dwoje. A kiedy to się stało wojsko wybrało nowego króla.  Został nim Najgorszy z wszystkich ludzi.  We wszystkich krainach Zachodu i Wschodu czczono ten dzień jako zwycięstwo Pokojowej Rewolucji.  Nawet Prezydent Stanów Zjednoczonych przysłał swe gratulacje.  Przejmując zaszczytny urząd Najgorszy z ludzi pomyślał: "Powieszę tylko tysiąc królewskich urzędników i wojskowych, drugi tysiąc zamknę w Piekle na Ziemi, a pozostałych pozwolę zlinczować. W ten sposób nikt nie pomyśli, że jestem okrutny.  I żadnej podejrzanej muzyki. Tylko marsze wojskowe!"

 

        

         

 

piątek, 29 marca 2013

              "Jak liście jesteśmy...". Te słowa starożytnego poety są mi szczególnie bliskie, ponieważ wyraża się w nich delikatność istnienia. Nasze istnienie jest kruche i przemijające.  Jesteśmy nieodporni wobec losu, który targa nami jak wiatr.  I często zanim jeszcze naprawdę żyć zaczęliśmy - musimy umrzeć.

             Wielki Piątek to, jak się czasami słusznie mówi, najważniejszy dzień w życiu duchowym Chrześcijan.  Wielu, jak również się mówi, spędza go w całkowitym poście i milczeniu.  Ale agencje towarzyskie, sklepy monopolowe i automaty do gry są tego dnia czynne, jak każdego innego, a większość stacji radiowych nadaje tę samą popową rąbankę. Życie nie przestaje istnieć.  Większość Chrześcijan nie żyje w zgodzie z Chrystusem i tak na prawdę nie wie, za co umarł.  Nienawiść, resentyment, zawiść, to uczucia bardzo ludzkie.  Bezduszność i okrucieństwo, to także rzeczy we współczesnym świecie zwykłe...Nie obawiaj się, kazanie pozostawiam kapłanom - sam zaś jedynie zastanawiam się nad owym przenikaniem się w życiu tego, co pospolite i szlachetne lub święte.   

            Ja mam zawsze tego dnia kłopot z tym, jakiej muzyki słuchać.  Nie potrafię jakoś jej nie słuchać.  Muzyka jest moim narkotykiem - wprowadza mnie w inny rodzaj rzeczywistości i pomaga zapomnieć o sobie.  Pasji i kantat Bacha słuchałem zwykle przez cały rok, nie z jakiejś religijnej gorliwości, lecz dlatego, że to piękna, dramatyczna i zarazem kojąca duszę muzyka...    

           Chrześcijaństwo jest religią (czy raczej wieloma religiami), dla której tak zwane zło moralne jest ważniejsze, niż zło metafizyczne.  Chrystus płakał nad Łazarzem i wskrzesił go, jednak umarł na Krzyżu dla Magdaleny, ukrzyżowanego obok niego przestępcy, Judasza i za ludzi takich, jak Ja i Ty...Ja jednak czuję dzisiaj, że wolę w tym dniu myśleć o śmierci i o kruchości naszej egzystencji...

          - Nie przesadzaj Nezumi!  Za mnie Chrystus nie umarł.  Jestem ateistą i mam w...

          - Wiem, wiem!  Nie musisz wcale kończyć.  Bądź sobie kim chcesz.  Ja, wspominając dzisiaj o Chrystusie, mam na myśli człowieka, który umarł dla Miłości.

          - A ja mam na myśli ufoludka. Wiesz co, Nezumi, denerwujesz mnie! Jak się z tobą rozmawia, to niby jesteś taki wyluzowany, a wierzysz w te wszystkie bajki i brednie.  Kilka dni temu zabił się pewien koleś.  Kochał dziewczynę.  On też umarł dla miłości?

          - Boisz się, że zacznę cię nawracać.  Narzędzia tortur już przygotowane.  W razie czego przekłuję ci język, jak grzesznikowi Giordano Bruno, za to, że wierzył w Kopernika.  Nie bój się!  Najpierw sam musiałbym się "ewangelizować".  Jestem tylko japońską myszą, dość szarą i bezbarwną...Nigdy nie czułem się misjonarzem żadnej religii, ani idei.  Najlepiej jak nazwiesz mnie Żydem, bo o ile wiem, to w waszym kraju synonim ateisty (to zabawne, bo przecież Żydzi to "nasi starsi bracia w wierze"). Ale, kiedy oddycham świeżym powietrzem, to z każdym głębszym oddechem czuję, jak przepełnia mnie miłość istnienia.

          - Dlatego ja bym cię najchętniej zamknął w klatce, jak tych wszystkich klechów! 

          - To bardzo niezdrowe. Spacery i głęboki oddech, to rzecz dla zdrowia najważniejsza. Jak dobrze jest czasami unosić się na wietrze, jak liść!

          - Chętnie podetrę się tym liściem, Nezumi...

          - Każdy załatwia to tak, jak umie. 

          

 

 

czwartek, 28 marca 2013

          Jakoś nikogo nie mogę dzisiaj spotkać i chociaż oczywiście widuję ludzi, to czuję się jakbym błądził w pustce.  W ostatnich dniach dokucza mi szczególne zmęczenie, z powodu którego staram się niczego istotnego nie pisać.  Wyjątek stanowi ten blog.  Przeglądając pewną psychologiczną książkę na temat przyczyn depresji, popularną i z pewnością bardzo użyteczną, natrafiłem na dość zabawną z mojego punktu widzenia radę.  "Kiedy czujesz się samotny, nie martw się, że nie ma przy tobie nikogo bliskiego.  Jeśli przydarzy ci się wpadek lub w inny sposób stracisz zdrowie, zajmą się tobą odpowiednie służby i udzielą ci fachowej opieki zgodnie ze swoimi najlepszymi kompetencjami".  Tak mamy sobie perswadować, jeśli  n i e  c h c e m y   n a d m i e r n i e   p r z y w i ą z y w a ć   s i ę   d o   s w o i c h   b l i s k i c h. 

         Książka sprawia wrażenie pożytecznej i opierającej się na najlepszej dostępnej wiedzy.  Tym bardziej więc jest widoczna  bezsilność i zarazem dość typowe zadowolenie z siebie osoby, który jako terapeuta udziela tego typu, niewiele mających wspólnego z rzeczywistością, porad.  Nie chciałbym tutaj szczegółowo analizować tego zdania - powiem więc tylko, że uważam je za niefortunne, a nawet komiczne z wielu powodów i że jest to ten rodzaj argumentacji, który polega na strzelaniu sobie, a przy okazji osobie będącej w depresji, samobójczej bramki. 

         Oczywiście może być tak, że jesteśmy tak samotni, iż nie pozostaje nam nic innego, niż wiara w to, że bez bliskiej osoby doskonale sobie poradzimy. Czasami istotnie nie pozostaje nam nic innego i jesteśmy całkowicie zdani na tego rodzaju "opiekunów".  Jednak idąc trochę dalej w  tym kierunku, można by powiedzieć, "Po co ci rodzina, albo bliska osoba, skoro są pielęgniarki, straż pożarna i policja".  Można też zadać pytanie, czy w lęku przed samotnością najistotniejsze jest przeświadczenie, że nikt nam nie poda przysłowiowej szklanki wody.  Może jest to prawdą w przypadku osób starszych i chorych, ale nawet i one potrzebują czasami czegoś więcej lub czegoś innego.         

        Kiedy tego rodzaju ogólnikowych rad udzielał niegdyś filozof lub autorytet religijny, możemy nawet widzieć w nich przejaw mądrości - zwykle zresztą nawet język, w którym te rady są sformułowane jest zupełnie inny.  Jednak filozoficzna ani duchowa mądrość nie opiera się na  autorytecie nauki i empirycznego doświadczenia.  Kiedy mędrzec mówi mi - pogódź się z losem, nie szukaj miłości i akceptacji za wszelką cenę, naucz się żyć bez złudnego poczucia bezpieczeństwa, pamiętaj, że w przełomowych chwilach życia i tak zawsze jesteś sam, i tym podobne rzeczy, to jest to wyraz pewnej życiowej postawy i sposobu doświadczania życia.  Jeśli jednak terapeuta przekonuje nas, że to są naukowe prawdy pomagające w dojściu do psychicznego zdrowia, to przemilczając owe bardziej jeszcze ogólne filozoficzne założenia, popełnia, często w sposób nieświadomy, pewnego rodzaju nadużycie.  Przemyca bowiem swój system wartości i usiłuje skłonić nas do jego przyjęcia.  Filozofia i wszelkie tzw. nauki duchowe mają oczywiście istotny aspekt terapeutyczny. Trudno też być terapeutą bez przyjęcia pewnej założonej filozofii życia. Jednak im bardziej w sposób jawny terapeuta o owych założeniach mówi, tym uczciwiej, bez względu na sam efekt terapeutyczny, postępuje wobec osób, którym pragnie pomóc.   

       Wyobraźmy sobie jakaś mało doświadczoną kobietę, która orientuje się, że zaszła w ciążę, ale z powodów psychicznych lub sytuacji życiowej nie podoła trudom wychowania dziecka.  Może ona trafić "w ręce" terapeuty, który powie jej - "Nie jesteś inkubatorem dla spermy twojego partnera, a twoje dziecko nie jest jego prywatną inwestycją.  Jeśli nie czujesz się na siłach kochać tego dziecka, to wyrządziłabyś mu krzywdę i sprawiła kłopot społeczeństwu, gdybyś nie usunęła ciąży. Zrób to więc przede wszystkim dla swojego dobra, ale i z powodów, które ci właśnie uświadamiam".  Może jednak równie dobrze trafić w ręce terapeuty, który z równą pewnością siebie, powołując się na autorytet swej naukowej wiedzy, powie jej:  "W ten sposób skrzywdzisz samą siebie i społeczeństwo, i zabijesz swoje przyszłe dziecko, które mogłabyś kochać.  Pamiętaj też, że Pan Bóg ci tego nigdy nie wybaczy! Ale przede wszystkim nie wybaczysz tego samej sobie". Biedna dziewczyna, której i tak jest ciężko, postawiona w obliczu tak jawnych terapeutycznych manipulacji, może poczuć się jeszcze bardziej zagubiona, a w końcu wybierze zwykle to, do czego skłoni ją własna wygoda, oszacowanie psychicznych sił lub społeczny lęk.   Oczywiście ukazałem tutaj jedynie pewne skrajne podejścia terapeutyczne przyjmowane wobec problemu aborcji. Zrobiłem to jednak celowo, chcąc zwrócić uwagę na "grubość" owej terapeutycznej presji.   

      Problem aborcji w oczywisty sposób dzieli ludzi (w tym także same kobiety). Z podobnymi problemami mamy jednak do czynienia także wtedy, gdy ktoś chce nas leczyć z depresji lub psychicznych uzależnień i podsuwa nam jako jedyną jakąś skuteczną metodę terapii lub udziela porad.  Tu jednak sytuacja jest bardziej delikatnej natury - bowiem chory zwykle nie wie, do jakich niejawnych systemów wartości odwołuje się terapeuta i jaki może być w związku z tym zakres jego manipulacji... 

      Bardzo bym chciał, aby to, o czym przed chwilą napisałem, nie zostało potraktowane jako wzywanie do odrzucenia autorytetu psychoterapii jako dziedziny w dużym stopniu opartej na racjonalnej wiedzy naukowej.  Mam jednak nadzieję, że uważny czytelnik potrafi odczytać moje intencje, bez żadnej dodatkowej deklaracji z mojej strony.          

     

wtorek, 26 marca 2013

           Przeglądam często niesamowite historie o dziwnych ludziach - najczęściej chińskie i japońskie (obok opowiastek A. E. Poe i Hoffmana).  Staram się też pisać podobne, jednak nigdy nie zależało mi na rzeczywistym podobieństwie - realizmie szczegółów, historycznym kontekście, itp. rzeczach.  Raczej na tym, żeby opowiedzieć swoją własną historię, która dziejąc się tak daleko, sprawia wrażenie, jakby nie wydarzyła się nigdzie.  Niech mi więc wybaczą znawcy orientu, że pewne szczegóły odbiegają od znanych im realiów i że w moim starym japońskim lub chińskim domu są drzwi, okna i podłoga. Poza tym jednak wszystko, o czym tutaj piszę, wydarzyło się naprawdę.    

          Pewnego wieczoru Pani Noriko zgubiła wachlarz i  poleciła mi go szukać.  

          - Biegnij i szukaj mojego wachlarza.  Tylko nie wracaj bez niego!  Jeżeli nie przyniesiesz mi go do rana, przekłuję sobie serce tą szpilą do spinania włosów.  

         -  Zrobię wszystko, co w moje mocy - powiedziałem - ale jeśli po drodze zginę, nie zabijaj się!

         -  Zgoda!  Jeśli nie przyjdziesz, będę wiedziała, że umarłeś i pogodzę się z własnym losem.   W końcu to tylko wachlarz...

         Szukałem wachlarza przez całą noc, ale nigdzie nie mogłem go znaleźć.  "Biedna Noriko odchodzi tam od zmysłów" - myślałem - "Muszę go koniecznie odnaleźć, a wtedy na pewno pokocha mnie i już na zawsze będziemy razem".  Czas jednak upływał nieubłaganie.  Około godziny czwartej zdecydowałem więc już, że ukryję się przed Noriko, a kiedy ta rano zorientuje się, że musiałem zginąć, powróci do swej normalnej egzystencji.  Być może, dla uwiarygodnienia jej przypuszczeń będę musiał zabić się naprawdę, czego bym raczej nie chciał.  

         Szukałem jednak wytrwale dalej, wydeptując ścieżki na nadmorskiej plaży.  Chodząc w tę i z powrotem nauczyłem się już wracać po własnych śladach. Ale potem nagle o wszystkim zapomniałem.  Nie zauważyłem nawet, jak nadmorski piasek obsypał śnieg, a przecież wyszedłem na poszukiwanie wachlarza w letnią noc.  Kiedy mijali mnie jacyś ludzie, widziałem że patrzą na mnie jak na szaleńca.  Nie wiem, jak długo pozostawałem w owym stanie. Pamiętam tylko, że obudziła się w końcu we mnie tęsknota za Noriko i że zapragnąłem ją ujrzeć.  Pobiegłem więc szybko w kierunku jej pałacu.

         - A cóż to za straszny, śmierdzący morskimi algami oberwaniec!  Podobno żywisz się tylko piaskiem, który popijasz słoną wodą - rzekła na mój widok Noriko.  Wyglądała pięknie, a kiedy wypowiadała te słowa jej kochanek, Pan Ogawa, wachlował ją wachlarzem, na którym wymalowane były nocne ćmy.  Nie był to jednak ten wachlarz, który niegdyś zgubiła.  Tamten miał namalowane trzy słońca. 

         - Wciąż cię kocham, Noriko - powiedziałem.

         - Nie uwierzyłam ci i posłałam za tobą służącego.  To dlatego myliłeś się w rozpoznawaniu śladów na piasku.  Służący doniósł mi, że około godziny czwartej powiedziałeś "Ta okrutna Noriko nie ma nade mną litości.  Nie przyniosę jej tego wachlarza, a wtedy na pewno ten drań Ogawa dobierze się do niej, a ja będę już na zawsze wolny".

         - To nieprawda! - wykrzyknąłem  i wyrywając miecz z pochwy Pana Ogawy chciałem się nim przebić.  Pan Ogawa uznał to za zniewagę i z pewnością ściąłby mi głowę, gdyby Noriko nie wykrzyknęła...

         - Nie zabija się umierającego żurawia!  

         - A więc to tak!  - wrzasnął Pan Ogawa - Zatem zginiecie oboje!  

         I nie wiem, co by się stało, gdyby nie to, że pod nogi rycerza wpadł czarny kot.  Pan Ogawa pośliznął się na jego ogonie tak nieopatrznie, że przebił się własnym mieczem. 

         - Ach Noriko!  Serce mówi mi, że nigdy nie przestałaś mnie kochać.  Teraz już oboje będziemy szczęśliwi - rzekłem z największym wzruszeniem.

         - Mylisz się, głupcze! - zaśmiała się Noriko - To jego kochałam!  Udałam, że zgubiłam wachlarz, żeby się ciebie pozbyć.  Moja rozpacz jest tak wielka, że będę musiała się zabić lub pozostanę w żałobie do końca moich dni.  A wtedy już na pewno nic nie wskórasz. 

         - To dlaczego ucieszyłaś się na mój widok?  

         - Żeby dopełnić swej zemsty!  Zdradziłeś mnie na plaży z moją służącą.   

         - Kłamiesz! - zezłościłem się - Wiesz dobrze, że nikogo tam nie było.  Jestem i zawsze byłem ci wierny. 

         - To prawda.  Miałam jednak nadzieję, że moje słowa cię zabiją.  A teraz uciekaj stąd, ty morski diable!

         Nie wiem dlaczego, ale posłuchałem jej rozkazu.  Biegłem tak i biegłem, aż dobiegłem do morza i utopiłem się w nim. Rano wyłowiono moje ciało i przyniesiono je do pałacu.

         - Nie żyje! - powiedziała Noriko - Teraz już wiem, że mnie kochał.  Spróbujcie go wskrzesić!  Biedak naprawdę myślał, że zdradziłam go z tym Ogawą...

         Kilku kapłanów w żałobnych szatach pochyliło się nade mną i trzymając w dłoniach talizmany mamrotało coś Buddzie do ucha.  Po kilku godzinach ich niestrudzonych zabiegów poruszyła się powieka mojego prawego oka.  Żyłem!  

         -  Zabierzcie mi stąd tego psa - zmarszczyła gniewnie brwi Noriko - Tylko wiernym być potrafi!  

         Podkuliłem ogon i skamląc poszedłem sobie z jej domu.  Rano jednak pochwycił mnie rakarz.  Zręcznym ruchem dłoni podciął mi gardło. 

         - Będziemy mieli dużo sadła!  - powiedział do swej małżonki - Pies był naprawdę duży.  Ale kiedy schwyciłem go za szyję, wydawało mi się, że płakał.  Psy są jednak sentymentalne, nie to, co koty!

         - Tak. Koty mniej się przywiązują do człowieka - rzekła Jejmość - Dam im jego serce i wątrobę. Będą miały bal!  

niedziela, 24 marca 2013

         Może dlatego, że nie mam już czego nadstawiać z powodu opuchlizny i wybitych zębów.  A sam jeszcze nigdy nikomu nie dałem w mordę, chociaż czasami miałbym ochotę. 

 

                                                      Jan Alfred Morświn: PSZCZELARZ

                                                      (Lektura obowiązkowa)

                                                     

                                                      Nadobny Pszczelarz!  Tylko on podebrać miód potrafi,

                                                      Ubrany w lekką zbroję - twarz, jak na fotografii,

                                                      Przez siatkę rój obserwuje i plastry odrywa

                                                      I ulęknie się przed nim ulów Babilon, Niniwa...

                                                      Wie, czym się różni wosk, plaster i spadź,

                                                      Złoto w słoje przelewa, nim położy się spać.

                                                      Bo czy jest coś słodszego nad miodu aromat?

                                                      Nie zapewni ci tego najlepszy bankomat.

                                                      Kot słodyczy nie czuje, miód dla niego słony!

                                                      Nie dziw się!  Twoje palce też nie znają błony.

                                                      Pszczelarz, gdy dobry, miodu nigdy nie cukruje,

                                                      Bo od tego jakość nadmiernie się psuje!                                                     

                                                      Chwaląc miód, coś o pszczołach jednak trzeba rzec

                                                      Roją się, huczą, brzęczą, zamiast w grobie lec*  

                                                      I wszystkie tak mają, że w chmurę się wzbijają,

                                                      Czym, niestety bynajmniej ciszy nam nie umilają!

 

                                                      * Lec - w staropolszczyźnie: legnąć, położyć się w grobie.  

                Tak.  Pszczoły brzęczą i huczą: "Ja jestem! Ja jestem! Ja jestem!"  A jak jest naprawdę?  Są?  Odpowiedź znajdziesz w moich poprzednich wpisach.  

                   Redakcja: - Szokującą jest ostatnia twoja płyta.  Energia wiecznie młodych Stonsów, subtelność Madonny i społeczne zaangażowanie, jakiego mógłby ci pozazdrościć Peja.  Jak udało ci się uniknąć pokusy komercjalizacji?

                  -  Jestem po prostu świetny! 

                   Redakcja:  -  Jak Igi Pop?

                  -  Wiesz,  Igi Pop, to taki archaiczny kutas, chociaż niektórzy uważają go za papieża nowej fali.  Przepraszam, chciałem powiedzieć, mały pikuś!

                  Redakcja: -  Tobie też każda robi laskę, jak idziesz podczas koncertu do toalety?

                  - Zawstydzasz mnie, dziewczyno!  Może tylko, co druga...

                  Redakcja: - Masz parcie na cewkę?

                  - Nie sprowadzaj mojej sztuki do tego jednego tematu.  Wiesz dobrze, że będę twoją dupę rypał!  (śmiech)

                  Redakcja: - Ale z ciebie jednak skurwysyn!

                  - Miło mi.  No, pokaż, co tam masz?

                  Redakcja: - No nie, nie mogę!  Musimy już kończyć nasz program.  W przyszłym tygodniu kolejna odsłona.

                 Redakcja: - Podobno pobił pan rekord Ginesa pod względem ilości publikacji naukowych?

                 Profesor:  - Jest tego!  Ale ocenę mojego dorobku pozostawiam moim uczniom.

                 Redakcja: - Czy pańskie teksty dorównują tym aspektom ilościowym również swoim poziomem oryginalności?

                 Profesor:  - Wywodzą się z najlepszych tradycji Szkoły Wileńsko- Wrocławskiej, która jest szeroko znana na świecie. Posługuję się też językiem angielskim. 

                 Redakcja: - Ja tam czasami gubię się w tych znaczkach...Co to jest na przykład ten pierdykat jednoelementowy?  Pan, zdaje się, też nie jest logikiem.  Podobno na Zachodzie śmieją się z pana tekstów.

                 Profesor:  - Rozumiem, że chciała pani powiedzieć predykat jednoelementowy.

                 Redakcja: - No sam pan widzi!  Nie każdy to łapie.  Jest pan człowiekiem skromnym...

                 Profesor:  - O ile mi na to powalają moje liczne funkcje i konieczność piastowania stanowisk.

                 Redakcja: - Podobno ma pan zwyczaj przyjmowania pracowników bez ogłaszania konkursu, a studentom swego seminarium nie pozwala pan mówić bez pana uprzedniej zgody.

                 Profesor:  - Studenci, to przeważnie idioci.  To ja i tylko ja odpowiadam za merytoryczny poziom moich zajęć.

                 Redakcja: - Czy to prawda, że pana konkubina będzie niedługo profesorem w pańskim Zakładzie?

                 Profesor:  - To jakieś osobiste insynuacje. Ma dorobek prawie taki, jak ja.

                 Redakcja: - Zna pan wszystkie jej teksty?

                 Profesor:  - Nie zamierzam dłużej z panią rozmawiać. Żegnam!    

          - W moich tekstach, każdy widzi to, co chce w nich widzieć.  Przeglądając się w ostatnim moim tekście, jak w lustrze, szajbus wykrzyknął: "Ale szajba mu odbiła!", a człowiek mądry powiedział: "Jakie to jednak niegłupie!"       

          Redakcja: - Ale, czy nie mogło być odwrotnie?

          - Wie pani,  lustro trochę odwraca, ale jednak widzimy w nim zwykle siebie.  Dobrotliwa twarz, nawet kiedy się trochę wykrzywi, pozostaje dobrotliwa, a nienawistnik choćby przybrał najłagodniejszy wyraz twarzy, jest jakoś wewnętrznie skrzywiony.

          Redakcja: - A jaka właściwość pana utworów czyni je podobnymi do lustra?

          - Ich subiektywny, psychologiczny realizm -

          Redakcja: - Rozumiem, że pana teksty mają czasami prowokować?

          - Jeśli zajrzy w nie prowokator, to pewnie go sprowokują!

          Redakcja: - Intelektualnie?

          - Nie.  Czasami chętnie mi dokopie.  To poprawia samopoczucie.  Trzeba jakoś odreagować własną frustrację.  Oceniając innych mamy zarazem poczucie własnej ważności.

          Redakcja: - Ma pan okropny charakter!

          - Po prostu bronię się przed swą popularnością.

 

 

          

          

           Pewien rabbi powiedział:

           "MÓWIĄ, ŻE PYSZNI NARODZĄ SIĘ POWTÓRNIE JAKO PSZCZOŁY. 

PYSZNY BOWIEM WCIĄŻ POWTARZA W GŁĘBI DUSZY: "JA JESTEM PISARZEM,

JA JESTEM ŚPIEWAKIEM, JA JESTEM UCZONYM". A PONIEWAŻ TO DO NICH

WŁAŚNIE ODNOSZĄ SIĘ SŁOWA, ŻE PYSZNI NIE NAWRÓCĄ SIĘ NAWET

U PROGU PIEKIEŁ, ODRODZĄ SIĘ WIĘC PO ŚMIERCI JAKO PSZCZOŁY,

KTÓRE HUCZĄ I BRZĘCZĄ: "JA JESTEM, JA JESTEM, JA JESTEM!" 

           (Martin Buber, "Opowieści Chasydów")

 

           A nie wystarcza ci,

że jesteś sobą?


             Możemy być dumni!   Pracownik Uniwersytetu w Berkeley, Polak, dr  Eugeniusz Kwazar odkrył nowy obiekt w kosmosie i nazwał go

                                                                 KOSMICZNĄ MĄTWĄ

            - Czy pańskie odkrycie zrewolucjonizuje naszą naukową wiedzę o wszechświecie? -

            - Tak.  Jestem przekonany, że moje odkrycie zrewolucjonizuje naszą naukową wiedzę o wszechświecie. 

            - Czym zatem jest owa KOSMICZNA MĄTWA? 

            - To coś, co przypomina mątwę żyjącą w głębi oceanu. Tyle tylko, że to nie ma w sobie życia i jest właściwie czymś na granicy nicości. 

            - Na granicy nicości?

            - W pewnym sensie tak. 

            - A jak pan na to wpadł?

            - Pani redaktor.  Nie było to takie trudne.  Wysłałem fale radiowe, które wróciły do mnie informując mnie o istnieniu atypowego obiektu. Następnie zaś dokonałem odpowiednich obliczeń matematycznych i skojarzyłem je z istniejącymi teoriami powstawania kosmicznych obiektów oraz samego wszechświata.  Reszta to już tylko kwestia naukowej wyobraźni.  Przypuszczam, że KOSMICZNA MĄTWA porusza się ruchem spiralnym.

            - Jasne!  Ale, jak daleko znajduje się KOSMICZNA MĄTWA od naszej planety i czy nie stanowi dla niej zagrożenia?  

            - Przypuszczam, że jest to na oko jakieś 100 tysięcy lat świetlnych.  Jest zatem absolutnie niegroźna.

            - A duże to to jest?

            - Spore. Mniej więcej wielkości całej naszej galaktyki.

            - Co pan zrobi z nagrodą, jaką pan otrzymał?

            - Przede wszystkim wymienię wóz na nowy i kupię mieszkanie w jakiejś ciekawej okolicy, trochę ciuchów dla żony, no i synkowi obiecałem podmorską podróż.

            - A czy pańska żona zadowolona jest z pana naukowych poszukiwań?

            - Szczerze mówiąc, nawet o nich nie wie.  Do dzisiaj myśli, że pracuję w biurze i że szef dał mi podwyżkę.  

            - Jak się pan czuje w towarzystwie Stefana Kopernika i Mary Skłodowskiej?

            - No cóż!   Wiem, jak wiele mi jeszcze do nich brakuje, ale mam nadzieję, że wkrótce wyprzedzę ich w rankingu naukowych osiągnięć.  Mam o wiele więcej publikacji niż Kopernik i w większości mieszczą się na Liście Filadelfijskiej.     

            - A jak pan z perspektywy swojego obecnego miejsca zamieszkania ocenia stulecie rządów premiera Tuska?

            - Proszę mi wybaczyć.  Prezydentem mojego kraju jest Obama.  

            - Dziękuję panu za rozmowę i życzę dalszych olśniewających sukcesów.  Czy pana zdaniem w kosmosie zostało coś jeszcze do odkrycia?

            - Jest jeszcze wiele rzeczy do odkrycia. Pracy starczy dla wielu pokoleń.  Mam świadomość, że nie jestem jedynym wybitnym odkrywcą jego tajemnic. 

 

sobota, 23 marca 2013

        I co znacznie smutniejsze: "Są stadiony - nie ma łóżek szpitalnych".  Jak przed chwilą przeczytałem - 300 tysięczna warszawska dzielnica Wola, ma ich na oddziale internistycznym jedynego szpitala -  110.  Sytuacja ta stanowi zagrożenie dla życia pacjentów, których szpital powinien, a nie jest w stanie, otoczyć opieką. W Łodzi i w Warszawie pacjenci szpitali onkologicznych przechodzą prawdziwą szkołę życia - jakby sama choroba nie wystarczała.  Zmroziła mnie ostatnio relacja dotycząca śmierci przywiezionego do szpitala w ciężkim stanie i z bardzo wysoką temperaturą pacjenta, dla którego przez pięć godzin nie znalazło się łóżko.  Pacjent zmarł.   Lekarze rozłożyli ręce...Tak naprawdę nikt się nim nie zajął.  Lekarze byli przeciążeni pracą, a wolne mieli podobno tylko jedno łóżko.  Owszem, coś mu tam podali i posadzili na krześle.  Jego syn powiedział, że przywożąc do szpitala swego ojca wierzył, że ktoś się zainteresuje jego stanem zdrowia.  Wiara ta okazała się, niestety, pozbawiona podstaw.

         

           

piątek, 22 marca 2013

               - Nadejdzie taki dzień, w którym wyginą wszystkie śpiewające ptaki, a struchlałą trawę przesiąknie krew - rzekł rabbi.   

               - Ja jeszcze pamiętam te pogromy, które były przed wiekami.  Tkwią jak bolesne szkło w moich oczach - powiedziałem.

               - Niewielu ludzi chce o tym pamiętać - odpowiedział rabbi - Ale ty, goj, dlaczego to pamiętasz?

               - Może dlatego, że też jestem człowiekiem.  Chociaż mówienie o tym jest raczej nieskromne.  

               - A ci, co mordowali, to nie byli ludzie? - zapytał rabbi - I czy nie robią tego i teraz?

               - Ludzie...Ale, wie pan, być człowiekiem, to tak wiele i tak mało zarazem.  Czasami granicą jest zwykły odruch litości - powiedziałem.

               - A ty musisz tak koniecznie mędrkować?  Powiedz lepiej - nie wiem!  Nie wiem, dlaczego oni tak robili...i dlaczego to zrobią - skarcił mnie rabbi.

               - Dobrze.  Powiem tak!  Czy jesteś zadowolony? - spytałem.

               - Tak. Teraz jestem zadowolony -

               Uścisnął mi dłoń i poszedł.  I nigdy więcej go już nie zobaczyłem.  I teraz, kiedykolwiek myślę o nadchodzącej zagładzie, mówię sobie: "Nie wiem, dlaczego, nie wiem!"  

        Miłośnicy muzyki lutniowej mogą cieszyć się dwoma nowymi nagraniami.  Hopkinson Smith nagrał suity wiolonczelowe Bacha w transkrypcji na lutnię, z których ukazały się już na CD pierwsze trzy suity (wytwórnia Naive), a Jose Miguel Moreno utwory Johanna Gottfrieda Conradiego i Jana Antonina Losy (Glossa).  Suity wiolonczelowe Bacha nagrał już kiedyś inny wspaniały lutnista - Nigel North, a piąta z owych suit ma, jak wiadomo, swoją wersję lutniową stworzoną przez samego Bacha.  Kiedy słucham interpretacji artystów takich, jak Hopkinson Smith, Moreno, North, czy Lindberg, to mam czasami wrażenie, jakby w struny uderzał sam Orfeusz, a wtedy moje stroskane serce zaczyna bić żywiej.  Może warto czasami zejść w otchłanie piekieł, żeby móc odnaleźć słodycz w niepokoju i cierpieniu, i aby wychodząc z owego podziemnego świata ujrzeć światło dnia.  Jakże przyjemna jest ta apollińska, pełna umiaru muzyka, nawet wtedy, kiedy Hiszpan Jose Miguel Moreno rozpoczyna swój taniec.  

       Chcąc powiększyć owe muzyczne wrażenia o jeszcze jedną słodycz,  Glossa wydała utwory Conradiego z "Martwą naturą z gruszką i owadami" (1765) Justusa Junckera na okładce.  W środku książeczki zaś odnajdujemy urocze fragmenty obrazu - motyla i muszkę.   

      W chwili śmierci delikatność estetycznych przeżyć mało się będzie liczyć, jednak dopóki żyjemy, owa delikatna melancholia koi smutek rozpaczy, bowiem jej źródłem jest miłość życia, a ta właśnie wydobywa na światło niezliczone odcienie i drobiazgi, które sprawiają nam radość.  

      Lubię ostatnio oglądać podczas spacerów poprzebierane śmiesznie przez dorosłych dzieci i pieski poubierane w kubraczki.  Mają w sobie tyle wdzięku.   Ale dzisiaj, widziałem też w dwóch różnych miejscach prowadzone prze ludzi poczciwe haski i od razu pomyślałem, że na pewno nie jest im zimno...  

          Zima raczej mało nadaje się do odbywania przechadzek.  Marzniemy i chcemy być jak najszybciej w domu...Ja jednak czuję, jak moje płuca napełniają się powietrzem, a moja dusza - niebem.  Podglądam drzewa i poddaję się ich bezlistnej magii.  Wystarczy unieść trochę głowę i spojrzeć w niebo, aby zobaczyć, że ponad brudnym miastem rozciąga się inny świat.   Kto mógłby przypuszczać, że pokręcone, przedziwne drzewo z księżycem zaplątanym w gałęzie, rośnie na ulicy, której sam widok może wywołać przygnębienie. 

         Gdybym pokazał Ci to zdjęcie, pewnie pomyślałabyś (lub pomyślałbyś), że zrobiono je w jakiejś romantycznej krainie, z dala od ludzkich domostw.  Musiałem jednak "uciąć" jego dół, ponieważ widok ulicy jest tak koszmarny, jakby człowiek był w stanie jedynie zaśmiecać ten świat swoimi wytworami, a przechodzący ulicą ludzie byli tylko bezdusznymi automatami.  Śpieszą się! - tyle tylko można o nich powiedzieć.  A sens tego pośpiechu jest tylko jeden - nie istnieć w tej jedynej i niepowtarzalnej chwili, która przydarza się teraz.

         Krishnamurti kiedyś napisał, że nie ma autentycznego poczucia piękna bez akceptacji brzydoty tego świata i że nie możemy zamknąć się w ogrodzie odciętym od hałasu brudnej i hałaśliwej, pełnej pijaków, wsi.  Czuję podobnie, jednak czasami chciałbym stąd uciec i wznieść się wyżej, aby zobaczyć ten inny świat.  W przeciwieństwie do ogrodu, o którym mówi Krishnamurti, ogrodu odgrodzonego murem od wsi, granica między światem ludzkim, a tamtym światem jest nieuchwytna i wolna od przeszkód, a patrząc na niebo, księżyc i gwiazdy nie mam poczucia, że należą do mojej posesji.  Żaden pies ani ogrodzenie nie strzeże nieba przed mijającymi mnie ludźmi.  Oni po prostu nie zauważają jego istnienia. 

        Za kilka, może za kilkanaście dni, nadejdzie wiosna i cała mistyka zimy będzie już należała do przeszłości.  Chrześcijanie wierzą, że Chrystus, który pozostawał dotąd w objęciach śmierci - jak głosi potężny hymn Lutra -  zmartwychwstanie.  Życie jednak ani przez chwilę nie jest "martwe", a śmiertelna cisza śmierci jest tylko pozorem.

czwartek, 21 marca 2013

          Jestem wstrząśnięty tekstem zatytułowanym "Harfistka i hazardzista", opisującym rzeczywiste zdarzenie - brutalne zabójstwa w filharmonii sprzed kilku dni i podobnie, jak komentujący ów tekst czytelnicy, zdumiony tym, że przyjeżdżającej na koncert młodziutkiej harfistce nie zapewniono bezpieczeństwa i że w instytucji tej nikt wcześniej nie reagował na raczej patologiczne zachowania pracownika.  

          Jednak powodem, dla którego zdecydowałem się o tym napisać jest nadany przez autora relacji z tego tragicznego zdarzenia tytuł.  Ma on literacki charakter - tak jakby nie chodziło o   r e a l n e  zdarzenie, lecz o sensacyjną historyjkę, podobną do tych, o jakich sam czasami piszę na tym blogu.  Tytuł sugeruje też związek, jaki miałby zachodzić między tymi osobami - zabójcą i jego przypadkową ofiarą, podczas gdy cała potworność tego morderstwa polega na tym, że morderca swej ofiary nie znał.  Dlatego uważam go za wielce niefortunny i zastanawiam się nad tym, czy to przypadek, czy po prostu brak jakiejkolwiek ludzkiej refleksji skłonił autora do tego, aby z tragedii zrobić sensację.  Gdyby chociaż upłynęło trochę czasu i realne kontury tego, co się wydarzyło, uległy zatarciu. Przecież zamordowana, podobnie jak brutalnie zmasakrowany "ochroniarz", miała rodzinę, a sam autor wspomina o tym, jak cieszyła się z zaproszenia na swój występ.    

         Istnieje granica między tym, co fikcyjne, a tym, co realne, a także granica między tym, co w dziennikarskiej relacji ludzkie i obliczone na efekt.  Granic tych nie należy, w moim poczuciu, przekraczać.    

          

        " - Szedłem ostrożnie, jak stary lis po lodzie, a że byłem bardzo zmęczony, w twarzach mijanych ludzi widziałem siebie - kogoś na kogo nie warto nawet spojrzeć.  "No, popatrz na mnie, ty piękna kanalio! Co myślisz, że już jestem staruszkiem?"  Ale, prawdę mówiąc nie widziałem żadnej pięknej kobiety.  Same takie...No owszem, młode.  I pewnie raz można by się skusić, ale żeby chcieć z taką pójść na spacer, albo zwierzać jej się z własnych trosk lub dzielić radością?  Jakiś zupełny brak uroku i czaru - fizjologiczna niemal dosłowność pospolitych twarzy, na których od razu chce się wykryć defekty - a to zbyt okazały nos, a to stłamszone usta lub pozbawione wyrazu oczy, a do tego jeszcze ten prostacki, krzykliwy śmiech" - rozpoczął swą opowieść kapitan Gasparius.

         - Rozumiem cię kapitanie.  Od dawna nie miałeś kobiety i patrzysz na nie jak wygłodniały pies, który z braku delicji pożre nawet kiełbasę.  Są takie, do jednorazowego użytku - rzekł marynarz - Człowiek czasami chciałby zawinąć do portu.  Ja jednak, gdybym miał taką piękną żonę, myślałbym tylko o niej.

        " - Obawiam się, że nigdy tego nie zrozumiesz, ani nie zrozumie tego żaden szczur lądowy.  Ale do rzeczy - ciągnął dalej kapitan -...Po drodze było tak ślisko, że co i rusz ktoś się przewracał.  Idę dalej, już prawie byłem u celu mojej wędrówki, gdy nagle obok mnie przeszła ona i wyobraź sobie, całkiem straciła równowagę.  Schwyciłem ją mocno - dobrze, że sam się nie przewróciłem - a ona poddała mi się z jakimś tajemniczym uśmiechem.  Przez chwilę wydawało mi się jednak, że już zdążyła zauważyć, że nie jestem przystojnym młodzieńcem.

         - Jak to dobrze, że mnie pan uratował.  Gdybym się teraz połamała, to chyba lepszy byłby dla mnie grób - powiedziała dziewczyna - ale może gdzieś się pan śpieszy?     

         - Ja? Raczej chyba nie. To znaczy, prawdę mówiąc, jestem już w domu -  Mówiąc to wskazałem jej dłonią tawernę "Pod Jesiotrem".

         - Chyba bym się bała wejść z panem w takie miejsce.  To jednak straszna mordownia. Może lepiej, jak pójdziemy do mnie?  - spytała wesoło.

         - Nie, nie - powiedziałem - Sama pani chyba widzi, jak nietypowe jest nasze spotkanie. Czy ludzie, których los rzucił sobie na chwilę w ramiona w okolicznościach tak nieistotnych, mogliby do siebie cokolwiek poczuć?  Prawdopodobnie bierze mnie pani za kogoś innego.  Nie mam dobrej posady, ani pieniędzy.  Niech pani potraktuje to jako drobne potknięcie, nie upadek...

         Nie pamiętam już, co wydarzyło się potem. Obudziłem się w łóżku tej dziewczyny, a na stoliku obok czekało już na mnie śniadanie. Dziewczyna wpatrywała się we mnie z widoczną troską.

         - Co się z nami stało? - zapytałem - Czy coś między nami zaszło?  Czy to dlatego jesteś smutna? 

         - Nic.  Przez całą noc opowiadałeś mi o morskiej burzy, ryczących falach, przerażających mątwach i rekinach.  Jesteś marynarzem?

         - Chyba nie wyglądam - powiedziałem - Owszem.  Pływałem kiedyś w młodości na "Rączym Jeleniu".  Jeżeli między nami coś było, to dam ci osiemdziesiąt guldenów.  Wstyd mi, ale nie wiem, jak wybrnąć z tej sytuacji.  Masz chyba trójkę dzieci i pewnie utrzymujesz się z prania bielizny.

         - Nic nie było.  Próbowałam cię tym zainteresować, ale wolałeś opowiadać o mackach ośmiornicy.  Gadałeś i jęczałeś przez całą noc bez przerwy i nawet nie zauważyłeś, że cię pocałowałam.  Rozpięłam ci nawet rozporek, ale nie ważyłam się posunąć dalej, bo w twoim opowiadaniu pojawił się ogromny wieloryb, z którym się zmagałeś.

         - Ale ostatecznie zwyciężyłem? - próbowałem jakoś obrócić jej słowaw w żart - Gdybym był strażakiem, to pewnie wszystko stanęłoby w ogniu.

         - Dobrze, że nie jesteś strażakiem. Zostań u mnie przez trzy miesiące, a potem możesz płynąć gdzie chcesz.  Jesteś tak wygłodniały, że nie masz na nic ochoty.  Chcę cię z tego wyleczyć - mówiąc to pogłaskała mnie po głowie.       

         - Ale, dlaczego? Zobacz, jak ja wyglądam - powiedziałem - Poza tym melancholia mnie uspokaja.  To taka cecha co bardziej szlachetnych natur.

         - Po prostu, zakochałam się w tobie.  To było bardzo dziwne, ale kiedy poczułam na sobie twój wzrok, pomyślałam - czekałam na niego całe życie.  Nie byłeś pijany, a jednak twój wzrok mówił bardzo wiele.  Było w nim szaleństwo!  Patrzyłeś na mnie tak, jakbyś miał za chwilę utonąć.

         - Chyba wielu tak patrzy. To złudzenie.  Jestem starym lisem. Wiem, jak zdobywać kobiety - rzekłem cicho.

         - Mówisz to tak, żebym nie mogła usłyszeć.  Wiesz jak zdobywać kobiety, ale żadnej jeszcze nie zdobyłeś, kapitanie!

         - Skąd wiesz, że jestem kapitanem?  Nie wyglądam nawet na majtka...A i w tym się mylisz - mam piękną, młodą żonę...

         - Nie mylę się!  Jeszcze nie zdobyłeś żadnej kobiety.  To one cię uwiodły.  Chcę, żebyś poczuł się zdobywcą.  Jesteś strasznie nieśmiały.  Próbowałam ci o tym powiedzieć, ale w końcu opowiedziałeś mi historię o jakiejś galaretowatej meduzie, o moskitach, a potem o murzynie, który z wami pływał. I o tym, jak musieliście zmieścić się w wyznaczonym terminie i nie mając żadnych zapasów zjadaliście jeden drugiego, a ty - jako kapitan - miałeś być zjedzony ostatni.  Naprawdę masz niezłe poczucie humoru, skoro z taką emfazą opowiadasz rzeczy równie banalne.  Wiadomo przecież, ze coś tam zawsze przeżywacie...

         - Tak, to prawda.  Pisałem nawet kiedyś do gazety. Ale... -

         - Więc zostań ze mną.  Twoja żona i tak już na ciebie nie czeka -

         - Czeka.  Jestem tego pewien! -

         - Wierna jak Penelopa -

         - Naprawdę słyszałaś o Penelopie?  Wyglądasz na kobietę, która sprzedaje ryby na targu.  Czy może perły?

         - Wiem.  Podnieca was ten zapach ryb, a im kobieta głupsza, tym czujecie się bardziej atrakcyjni.  Hrabina La Rochelle. Z kim mam przyjemność?

         - Jesteś hrabiną, no nie...Rzeczywiście, jakoś tu dziwnie.  To chyba w ogóle nawet nie jest miasto. Gdzie ja jestem? - przestraszyłem się nie na żarty.   

         - Jesteś u mnie w pałacu. Ale nie o tym rozmawiamy - kapitanie.  Nie przywykłam słuchać odmów. Zostaniesz tutaj przez trzy miesiące, a ja poproszę kapitanat, żeby cię na ten czas urlopował.  Ten gad Grant, ucieszy się. Dawno już chciał zająć twoje miejsce...Ale potem się zmartwi, bo ty wrócisz!  A twoją małżonkę powiadomię w swoim czasie. Niech się trochę pomartwi!  

         Łóżko, na którym leżałem było ozdobną kanapą.  A całe pomieszczenie...Powiem tylko, że nie była to zatęchła izdebka handlarki rybami.  Na przeciwko łóżka widniało na ścianie ogromne lustro w złoconych ramach.  W żadnym burdelu nie widziałem czegoś równie wspaniałego.  Ale pewnie interesuje cię koniec tej historii? - zapytał kapitan.

         - No pewnie - zaśmiał się marynarz -  Była raczej przydługa.  

         - Nie znam jej końca - odpowiedział kapitan.  

         - Ale ja się już domyślam - rzekł wesoło marynarz - Kazała ci napisać wspomnienia.  Trzy miesiące, to wystarczająco długi okres czasu. 

01:32, nazumi13 , Maligna
Link Komentarze (1) »
środa, 20 marca 2013

          Wczoraj dostałem w prezencie "Listy" Conrada.  Lubię książki z antykwariatów, a prezent ten ma dla mnie dodatkową wartość ze względu na osobę, która mi go podarowała.  "Zabytkowe" wydanie (PIW, 1968) ze zdjęciem autora na okładce, przypomina bardzo odległe czasy.  Do książki dołączono też ślicznego wielkanocnego ptaszka, ale chociaż zobaczyłem go kilka dni wcześniej, zaginął w drodze do mojego domu...

          To samo, niestety, stało się z podarowanym mi przez kogoś równie bliskiego kamykiem.  Po naszym spotkaniu ściskałem go w dłoni na cmentarzu w Wilanowie.  Kamyk ten podarowany od serca był dla mnie jedynym źródłem ciepła owej nocy, w której wiał przeraźliwy i chłodny wiatr.  Martwię się, ale może go jeszcze odnajdę?  Wciąż nie mogę uwierzyć, że go zgubiłem.  Musiał mi wypaść z kieszeni dzisiaj, kiedy wychodziłem z domu.      

          Prawdę mówiąc dawno już nie czytałem Conrada i nawet zapomniałem o jego istnieniu.  Kilka lat temu wpadła mi w ręce "Smuga cienia", ale chociaż bardzo oddałem się tej lekturze, nie wywarła na mnie spodziewanego wrażenia.  Jak prawie każdemu mniej kulturalnemu czytelnikowi Conrad kojarzy mi się z filmem i piosenką zespołu "The Doors", oraz z zestawem obowiązkowych lektur szkolnych.  Tak więc Conrad, to przede wszystkim "Jądro ciemności".

         Zawsze, kiedy obwąchuję nową książkę, szukam czegoś, co sam mógłbym napisać.  Oczywiście znalazłem od razu:

         "To wszystko jest naprawdę potworne - to, co się ze mną dzieje. Tkwię tutaj walcząc z chorobą i z opanowującą mnie powoli głupotą - jak zapędzony do kąta szczur; nade mną los z grubym kijem, który wkrótce spadnie mi na głowę rozbijając czerep" (Do Herberta George' a Wellsa, 20 X 1905, wieczór)

         "W tej chwili napisana jest połowa książki, ja zaś jestem na pół żywy i całkowicie zidiociały" (DO Johna Galsworthy' ego, 22 VIII 1903).

         "Nie wiem, jak mam wyrazić wdzięczność za twoją dobroć.  Nawet będąc chora - myślisz o mnie! Co mnie wzrusza jednak, to nie tylko Twoja chęć pomocy.  To ponad wszystko świadomość, że jest na świecie ktoś, kto się mną interesuje, kogo serce jest dla mnie otwarte - to daje mi szczęście...Ja czuje się lepiej: jestem silniejszy i większą mam chęć do życia - lub co najmniej do znoszenia egzystencji" (Do Marguerite Poradowskiej, Niedziela, wieczór, Londyn 8 II 1891)

         "Oczom wypełnionym łzami przez tnący wiatr nieszczęścia wybaczyć trzeba, jeśli nie dostrzegają błękitu.  Ustom, które zakosztowały goryczy życia, trzeba wybaczyć, jeśli nie godzą się szeptać słów nadziei"  (Do Marguerite Poradowskiej, 23 III 1890, Kazimierówka)

         "Brak mi energii do borykania się.  Wszystko wydaje mi się czarne, ale sądzę, że to przejdzie, i w każdym razie próbuję nie poddawać się rozpaczy. Niemniej czuję, że tracę grunt pod nogami...Czuję się tak cholernie chory na ciele i duszy. Nigdy tak dawniej nie bywało. O pisaniu mowy nie ma - w mózgu szaleją bezładne obrazy. To czasem całkiem przerażające" (Do Johna Galsworthy' ego, 30 XI 1903).

        "Brzmienie ludzkich słów nie przynosi ukojenia - nie ma ukojenia na tej ziemi. Czas może zniszczyć ból, ale nie może go zmazać" (Do Anieli Zagórskiej, 6 II 1898).

        "Jak strasznie musi Pan mieć mnie dosyć.  Tak, zaczynam dostrzegać - dostrzegać promyczek.  Najdroższy Kolego, zbyt jestem tępy, by jeden list mógł mnie przekonać.  Uczucia moje są jednak wystarczająco subtelne, bym się przeraził na myśl, ile Pan traci czasu na moją niegodną osobę. Proszę sobie wyobrazić, że zadręczam się niekiedy myślami, że w swoich zarzutach ma Pan absolutną rację, natomiast - o potworności! - zupełnie się myli w pochwałach" (Do Edwarda Garnetta, 8 X 1897)

       Tak!  To wszystko i jeszcze kilka innych rzeczy mógłbym napisać (najważniejszy cytat straciłem z oczu i nie mogę go odnaleźć).   To dziwne uczucie - rozumieć wielkiego pisarza, chociaż zapewne rozumiem go tylko "na swój sposób".  Zawsze mi się wydawało, że to dzielny i uczciwy człowiek, któremu pisanie nie przychodziło zbyt łatwo, chociaż sam wyznaje, że często pisał "dla pieniędzy".  Tak więc, jak zawsze, wybierając te właśnie cytaty, napisałem coś o sobie i o moim własnym przeżywaniu życiu - nie żebym cieszył się, że ktoś bardziej produktywny ode mnie męczył się zupełnie tak j a k  ja...Ale to jednak takie mi bliskie!  Jak wszelka ludzka słabość...   

 

 

wtorek, 19 marca 2013

             

              "Cicho jak kot wąż zbliżał się do serca jagniątka.  Starałem się je

ochronić, ale jagniątko zeskoczyło z moich kolan i powiedziało: "Ja samo

odpowiadam za własne życie.  Mogę robić w nim to, na co mam ochotę".

              - He, he! - zachichotał wąż - Właśnie na to czekałem i rozlał swą

truciznę po całym ciele jagniątka.  Jagniątko zesztywniało i uciekło gdzieś

w kącik.  Słychać było jak tam beczy. 

              - Dlaczego mnie nie słuchałeś? - wołałem z rozpaczą - Przecież ja

ciebie kocham! 

              - To pycha - odpowiedział wąż - Wszyscy jesteśmy dumni.  Im mniej

czujemy się pewni siebie i wolni, tym bardziej leczymy się z tego truciznami. 

Bo złudzenie, że jesteśmy wolni, to taka trucizna...  

              Chciałem w nienawiści rozdeptać tego gada, ale on puścił tylko do

mnie oko, wsunął język za zęby i wężowymi ruchami oddalił się do swego

Edenu." 

 

poniedziałek, 18 marca 2013

                                 ...Ale może to tylko złudzenie.  Wysłałem nawet wiadomość, ale może nie dotarła...Życie pełne jest niespodzianek...A może to niespodzianki są pełne życia?

         Bardzo bym chciał, aby teologia odrzuciła kiedyś pojecie grzechu śmiertelnego.  Nie chciałbym nawet, aby grzech śmiertelny umarł, lecz raczej, aby dał się obłaskawić Miłości, która zbawia wszystko.  

 

         - Naprawdę myślisz Nezumi, że po nocy jakaś litościwa dusza skomentuje twój wpis?  Podaj przepis na jakaś sałatkę, napisz coś na temat Kliczki lub innego sportowca, aktora albo polityka, który bije w mordę, podaj przepis na niezawodne uwodzenie kobiet...zaśpiewaj jakąś piosenkę z repertuaru pop music.  Ale takie nudziarstwo!   Naprawdę ta subtelność kiedyś cię zgubi.  Zauważ, że już wszyscy uciekają od ciebie - szeptała Senna Mara.

         - Nie całkiem się z tobą zgadzam. Ludzie potrzebują różnych rzeczy.  Jeśli chociaż jedna osoba mnie zrozumie, to nie szkoda mojego trudu -

         - Mówisz tak, jak wszystkie znane mi myszy o zainteresowaniach artystycznych.  Wąsiki sobie taka przyczesuje, myje się starannie i używa tuszu, aby nie było widać, że jest blada. A życie, Nezumi, wymaga jedynie zdrowego chamstwa.  Jeśli tego nie wiesz, to powinieneś wrócić do podstawówki. Tam cię reedukują, jak każdego pięknoducha.

         - Nie jestem pięknoduchem, a moje poglądy na temat pojęcia grzechu śmiertelnego uważam za trzeźwe - powiedziałem i położyłem się spać.        

          "Dlaczego się nie zabić?" -myślę czasami - "Przecież jestem wolny!  Jeśli brakuje mi odwagi, to łatwo mogę o tym zapomnieć.  Jak zauważył pewien angielski filozof "doby szekspirowskiej" gwałtowne emocje, na przykład nienawiść lub pełna desperacji miłość, odnoszą często zwycięstwo nad naszym lękiem. Pewnie ktoś by się tym zmartwił, ale dlaczego miałbym dłużej znosić swoje cierpienie lub upokorzenia po to jedynie, aby uchronić go przed niepokojem.  Jego niepokój i tak nigdy nie dorówna mojemu cierpieniu, którego w ten sposób się pozbędę. Nie chcę nikogo martwić, ale czy to naprawdę egoizm?  David Hume, w swym słynnym eseju "O samobójstwie" zauważa, że mamy prawo pozbawić kogoś dobra, jakim jest kontakt z nami, aby uchylić zło, jakie nas spotyka, a którego znieść nie potrafimy."    

          Ale, kiedy tak myślę, przypomina mi się pewna scenka z mojego krótkiego życia.  W okresie mojej największej samotności byłem na spacerze w lesie.  Było upalne lato, lecz na chwilę przed zmierzchem dawał już o sobie znać chłód wieczoru.  Czułem, jak przepełnia mnie trudna do wyrażenia melancholia.  Moje kroki stały się ciężkie, w skroniach słyszałem znajome tętnienie, zapomniałem już prawie gdzie jestem.  Ogarnęła mnie pokusa wejścia w mrok i roztopienia się w nieistnieniu.  I wtedy nagle usłyszałem śpiew ptaka.  Był tak przenikliwie smutny, jakby wyrwał się z mojego serca.  Pomyślałem ciepło o podszytej lękiem tęsknocie, jaką czuje to biedne pierzaste zwierzątko o miniaturowym móżdżku.  Chociaż jest takie małe i w pewien sposób śmieszne, czuje dokładnie to, co ja, kiedy ogarnia mnie nastrój nocy.  W chwilę potem pomyślałem o tym, jak banalne są moje przeżycia i o tych wszystkich fletowych sonatach, w których do głosu dochodzi konwencjonalna "mowa uczuć".  I nawet przeczuć wtedy nie mogłem, że spotkam kogoś, kto potrafi tak pięknie grać.  Krótkie jest życie takiego śpiewaka.  Zbyt krótkie, aby wyrazić nieskończoną tęsknotę.  I chociaż nigdy nie wyśpiewa swej miłości, nie przyjdzie mu do głowy żeby ze sobą skończyć.  Nawet gdyby ktoś w niego rzucał kamieniami.       

         Postanowiłem ów konflikt między oschłymi i raczej wątpliwymi racjami rozumu, a mistycyzmem natury rozstrzygnąć na korzyść tego drugiego. Życie jest niewyrażalne i pełne niepokoju, ale dopóki trwa, nie wiemy jeszcze co nam przyniesie.  Dlatego nie należy tracić nadziei.

niedziela, 17 marca 2013

          "Pewien chasyd rabbiego Mosze z Kobrynia był bardzo biedny. Kiedyś poskarżył się cadykowi, że nędza przeszkadza mu w nauce i w modlitwie. "W naszych czasach - rzekł rabi Mosze - ten jest najpobożniejszy, kto ponad wszelką naukę i modlitwę przyjmuje świat takim, jakim jest" ("Opowieści Chasydów"). Ot i cała nauka na temat afirmacji istnienia...

           Lubię przeglądać tę książeczkę Bubera przed snem. 

 
1 , 2 , 3