Kategorie: Wszystkie | "Dziewczyny, bądźcie dla nas dobre na wiosnę" | ...bez końca | 0 | 100O i jeden Rabinów | A Puszkina też zapuszkują? | A moze to tylko pomieszanie zmyslow | A nie lepiej być purystą? | Aaaaaaaaaaaaaa...aalfabeta | Ach, gdzież jest litość lub wspolczucia pozór? | Ach, gdzież jest litość lub współczucia pozór? | Adam Mic - Kiewicz | Adaś i Ewka | Aforystyka | Amerykański sen | Autopsychoterapia | Bez sensu to to! | Bez szaleństwa... | Bezmyślne okrucieństwo | Bezradność | Biedna Szymborska | Biedny Kapturek! | Bliźni miłości | Bliźniego miłość... | Blondyn | Blue Bossa | Bojaźń i drżenie | Bratnie dusze | Bruner, ty świnio! | Buddyzm w życiu codziennym | Bóg mi poskapił tej anielskiej miary... | Bóg mi poskąpił tej anielskiej miary... | Bójstwo samo | Caritas | Chiziofrenia | Choroba na śmierć | Chwila ułudy | Chwila wytchnienia | Chłodne upojenie | Cierpienia i radości | Cierpienie i radość | Cleen feed | Cnota niedoli | Co slina na język przyniosła | Co tam panie w polityce? | Co w niebie piszczy | Co ślina na język przyniosła? | Corrida | Coś dla duszy... | Coś tak wulgarnego | Cudotwórstwo | Czarna Perła Tao | Czarny tulipan skrzyżowany z czarna różą | Czarny tulipan skrzyżowany z czarną różą | Czary Mary | Czego nie przysięgał Hipokrates? | Człowiek nie jest rzeczą | Człowiek to brzmi dumnie, ale nie u mnie | Często chowa | Częstochowskie rymy | Deficyt aniołów | Delightful! | Demokratyczne wybory w Oczodołach | Diabłoterapia | Dla wszystkich i dla nikogo | Dnieje | Do samego siebie | Dodatek | Dowcipas dnia | Duma narodowa | Dusze drzew | Dyskretna mgiełka autoironii | Dzielność | Dziki kapitalizm | Dzisiejsza młodzież | Dzisiejsza młodzież nosi ładną odzież | Egzystencjalizm jest chumanizmem | Ekonomia zbawienia | Elegancja Francja | Elegijnie | English gentelman | English gentleman | Epicurus | Ewa tylko ziewa | Falochron | Female | Filozofia bez uczoności | Forever Loving Jah | Gadu, gadu | Gadu, gadu, trochę więcej jadu | Gal Anonim | Gaz dla pedałów | Gaz dla pedałów, młot dla sierpów | Gdy rozum śpi... | Gendarme | Genek, gienialny gieniusz | Geno Typ | Gorący uczynek | Grabarz | Grabarz nonsensu | Gry i zabawy literackie | Głupota przysłowiem narodów | Głębie i tajnie Podświadomego | HIstoria nauczycielką bicia | Herbatka zen | Homo economicus | Homo sapiens czy Homo politicus | Humor absurdalny | Humor nieco absurdalny | Humor, satyra, panie... | I rekiny w oceani mają zębów cały rząd | I rekiny w oceanie mają zębów cały rząd | Indie Wschodnie i Zachodnie | Industrial | Istnieje również wrodzony brak poczucia humoru | Ja tam bynajmniej nie wiem | Jak długo będę jeszcze żył? | Jak uprawiać agresywne dziennikarstwo? Poradnik dla początkujących | Jakże cżęsto powtarza się ta historia | Jakże trudno czasami coś sklecić! | Jan i Małgorzata | Jan z Czarnolasu | Jesienna muzyka | Jeszcze smutniej! | Jeździec Apokalipsy | Językologia | Kaczuszki mandarynki | Karawana idzie dalej | Katedra Adamowego Żebra | Kawa z Kafką | Każdemu według naszych chęci | Każdemu według potrzeb | Każdemu, o czym tylko zamarzy | Kiciuś Miciuś! | Kicuś Micuś! | Kiedy człowiek staje się bestią | Kiedy owce nie milczą | Kij w mrowisku | Kniaź Wiktor | Kochani ludożercy | Kolacja Pani Sowy | Kometa tylko głownia nie ta | Konkwista | Koryfeusz nauki, milośnik sztuki | Koty i inne zwierzęta | Koty, głupoty, palikoty | Kości rzucone są | Kość słoniowa | Kto pierwszy był człowiekiem, kto będzie nim ostatni | Kto pisze teraz historię? | Kuchnia szamańska | Kwiatki Św. Franciszka | Kwiatostan śmierci | Kwitnienie kultury | Kwitnąca wiśnia | La colombina i ciche ukojenie | Lekarzu - lecz się sam! | Lenin wiecznie żywy | Leśmianiada | Lichwiarstwo polskie | Liryki i prztyki | Logika dziejów | Londyńska mgła niepamięci | Londyńskie przygody | Los ofiary | Los puka do moich drzwi | Lotosowy wpis | Ludzie ludziom... | Lunatyzm | Lęk społeczny | Made in Japan | Maligna | Marność nad marnościami | Marność nad marnościami. Rekoleksje Wielkopiątkowe | Marzenia senne | Marzeniologia stosowana | Maszkary i senne dziwadła | Maszkary i senne widziadła odbite w lustrze | Mała czarna z Kafką | Medycyna naturalna | Meine Liebe Augustin! | Melancholia | Melancholia stosowana | Memorabilia | Meszreiw | Meteo | Mgiełka autoironii | Mglisty dzień. Mgła | Mikołak | Mistrz i Małgorzatka | Mistycyzm lunarny | Mistyka i miłość | Mitologia osobista | Mitologia świata | Miłość | Miłość bliźniego | Miłość nie zawsze szczęśliwa | Miś Uszatek | Moc rytuałów | Monada nie ma okien | Mowa potoczna | Mowa ptaków | Mowa serca | Moze ktoś zrozumie, co teraz czuję | Może ktoś się ucieszy? | Może ktoś zrozumie, co teraz czuję | Może to trochę zbyt uszczypliwe | Musicology | Muza lekkich obyczjów | Muzyka przywraca ład serca | Myszoterapia dr Nezumi | Myśli prostego człowieka | Mądrość Natury | Mądrość jak z gazety | Mądrość narodów | Młot na faryzeuszy i hipokrytów | Męstwo bycia | Mówił sen do snu | NIe ma na świecie dwóch takich samych liści, ni kropel deszczu | Na jawie (lecz to, co niejawne pozstaje) | Na stos rzuciliśmy szcześcia los | Na stos rzuciliśmy szczęścia los | Na szczytach hipokryzji | Na zdrowie! | Nad piekną rzeką | Najokrutniejsze zwierzę | Najsłodsza tajemnica | Narastająca senność | Nic dzisiaj ciekawego nie napisałem | Nicość | Nie am dwóch takich samych liści, ni kropel wody | Nie bój się - najwyżej cię rozstrzelają! | Nie czas żałować burz, gdy płoną oczy | Nie czas żąłować burz, gdy płoną oczy | Nie każde szczere złoto jest szczerozłote | Nie ma na świecie dwóch takich samych liści ani kropel wody | Nie ma na świecie dwóćh atkich samych liści lub kropel deszczu | Nie ma takiego smutnego, co by na wesołe nie wyszło | Nie ma zazdrości bez miłości | Nie oddamy nawet guzika | Nie tylko dzielenie włosa na czworo | Nie wiem, ja w ogóle nie myślę | Nie zabijaj! | Nie zabijajcie drzew! | Nie zawsze urocza dzecinada | Niebiańskie szczyty głupoty | Niech pani będzie dzielna! | Niech zapłaczą na moim pogrzebie | Nieco drapieżny wpis | Niekoniecznie ptasi móżdżek | Nienawiść bliźniego | Nieosobiście | Nieprzesłane przesłanie | Niestworzone rzeczy | Nieszkodliwe głupotki | Niewczesna melancholia melomana | Niewczesne rozważania | Niewielka profanacja | Niewielkie przekłamanie | Niskolotnie | No No! Teatr No | No comments! | No no! | Nowa poezja lingwistyczna | Nędzne kabareciarstwo | O Leonardo, po cóż się tak trudzisz? | O dzieleniu włosa na czworo, czyli metodzie scholastycznej | O dzieleniu włosa na czworo, czyli o metodzie scholastycznej | Obciachy | Obscenia i parafrenalia | Obsesja dobrego biustu | Ojej! | Oko w oko z zębem mądrości | Okropieństwa | Okruchy odgrzebane z lawy | Okruchy życia wygrzebane zlawy | Okruchy życia wygrzebane z lawy | Okrutna losu ironia | Orientuj się na orient | Owczarek | Owczarki afgańskie | Owocożerni | PL jak piekło | PO PiS | POeci wszystkich krajów dzielcie się | Pan Tadeusz | Panie pośle, po chrześcijańsku panu wybaczam | Pańska satyra polityczna jest niegramatyczna | Pendant do pewnego przypisu | Perlikowski | Pewna elastyczność zasad | Pewne jak w banku | Piorunujący piorun! | Po owocach poznacie ich! | Po upadku | Pobożne życzenia | Podpatrywanie Natury | Podroby i inne podróbki | Pokolenie Kainowe | Pokorne ciele | Pokorne cielę | Pokusa | Polak potrafi | Polak potrafi! | Politolog i Politowska | Politycznie niepoprawne! | Polonica | Polonika rycerskie | Polucje i ablucje | Pomarańcze i mandarynki | Pomarznąć dobra rzecz | Pomarznąć dobra rzecz! | Pomoc psychologiczna | Poranna kawka z Kafką | Porąbane marzenia | Potężne i głębokie warstwy pierwotnego mitu | Powieść brukowa | Powszechna życzliwość | Powtórka z cynizmu | Poznaj samego siebie | Prawda | Prawda jest jedna i piękna, ale złożona | Prawda popłaca | Prawdziwa metropolia | Prawi i sprawiedliwi | Prawiezmartwychpowstanie | Prawiezmarwtychpowstanie | Prognoza pogody | Pruski smutek | Przecież cię zjem! | Przedagonalny polski agon | Przegląd sportowy | Przeinaczenia | Przez pychę do pokory | Przeżyjesz to, a pote już tylko grób | Przeżyjesz to, a potem już tylko grób! | Przminęło z wiatrem | Prztyczek | Psiapowiednia Majów | Psubrat | Pustka | Pytanie dość retoryczne | Raczej to nie będzie hit | Radosne gonitwy śnieżnych tygrysów | Radość wędrowania | Rejterada Rejtana | Religie nauczą cie pokory | Res Sacra Pecunia | Romans z pop kulturą | Roots, Rock, Reggae | Rozkosze reinkarnacji | Rozmowa nie na telefon | Rozpacz | Rozpacz na wieki wieków | Rozpacz, która podpełza pod gardło | Ruch i świeże powietrze... | Rybołówstwo cudzołożnika | Rycerz pokalany | Samokrytyka | Samotność egzystencjalna | Sekrety pewnego domu handlowego | Seraphic Flames and Heavenly Love | Siedź na dupie i potakuj! | Somatyka | Somatyka logiczna | Spełniona przepowiednia | Spleśniały ser | Sponsorem tej opowieści jest wydawnictwo Błękitny Wieloryb | Sport to zdrowie | Spowiedź morskiego wilka | Stary Sącz i Nowy Sącz | Stary mafioso | Stołeczne stołki | Stratyfikacja społeczna | Suma sumarum | Sumienie rachunku | Sweet Music and Poetry | Sygnały podprogowe | Szalchetne zdrowie | Szczęśliwa pomyłka | Szekspir do żadnej nie należy epoki | Szkarady | Szlachetna gravitas | Szlachetne zdrowie | Słodycze grafomanii | Słówka | Słówko do słówka, a uzbiera się sówka | Tadeusz Bój Jeleński | Taia chińska podróbka | Takie będą rzeczpospolite jakie tego blogu chowanie | Takie tam, pierdoły | Talking Heads | Tania chińska podróbka | Tatiana | Teorie świata nauki | Terapeutyczie | Terapeutycznie | Thames | The Doors. Uchylone drzwi | The Lion cub | The fruit of beauty and despair | To na pewno nie Lec | To nie żadna filozofia | Tragiczne pożegnania | Transformacja duchowa | Trudna sztuka dialogu | Trudno czasmi coś sklecić | Trzylogia | Trója z polskiego | Twarda rzeczywistość | Ty mi tutaj nie filozuj | Tygrysologia stosowana | Tysiac i jeden ptaków | Tysiąc i jeden kotów | Tysiąc i jeden ptaków | Tysiąc różowych kroliczków | Tęsknica | Tęsknota duchowa | Ubekistan | Ucone księgi | Uczeni ludożercy | Uderzenia losu | Uduchowienie | Umrzeć z miłości | Upadek Pierwszego Człowieka | Uroczy wegetarianin | Uszczelnienie systemu podatkowego | Utrata uzębienia | W czym mogę panu pomóc? | Wciąz powtarza się ta sama historia | Wciąż powtarza się ta sama historia | Wdzieczna muzyka przywraca ład serca | Wesola grafomania z morałem | Wiecej broi dla szaleńców w Teksasie | Wieczne powroty | Wiedza radosna | Wielka wygrana | Wielomówstwo, czyli plaga opowiadania | Wierzba płacząca | Wiosny i jesienie | Witch | Więcej broni dla szaleńców w Teksasie | Wojna totalna | Wpis o kształcie piramidy | Wprowadzenie do kruczków prawnych | Wrzucam wszystko do kosza | Wrzątek | Wspomneinei pewnego wspomnienia | Wspomnienie pewnego wspomnienia | Wspomnienie pewnego wspomnienia | Współczesny filister | Wszystkie rybki | Wszystko na A | Wszystko na sprzedarz | Wszystko na sprzedaż | Wygrana | Węzłowato | Wólka Węglowa | Xin Lu, typowa brunetka o granatowych oczach | Z Nietzschego nic nie powstaje | Z księgi wulgaryzmów | Z rupieciarni myśli | Zaczarowany świat zen | Zanim mnie wrzucą do dołu | Zapowiedź Apokalipsy | Zaraz wracam! | Zasada domniemanej winy | Zaskroniec | Zastał Polskę drewnianą... | Zatrzaśnięte drzwi | Zbaw mie Buddo Amido | Zbaw mnie, Buddo Amido | Zdrowy egoizm | Zegar dziejów | Zestrzelenie księżyca | Zginął z rąk słabej kobiety | Zima się nas nie ima | Zjawiskowe | Znak jaskółki | Zrozumieć wartość tego, co nieużyteczne | Zuch zawsze ochoczy! | Zwierzęta pod postacią ludzi | Zwyciestwo konsumpcjonizmu | Ząb mądrości | ie zabijajcie drzew! | ieosobiście | kosmos | Łagodne prawo, ale prawo | Łagodność tygrysa | Śmiechotki, chichotki | Śmiertelna powaga | Śmierć | Światełko w mroku | Świętość, wziętość, nadętość | Życie jest tragiczne | Życie samo | Życzliwe spojrzenia na całość ogródka | Żyć, nie umierać
RSS
poniedziałek, 31 grudnia 2012

        Czego zatem życzę tym wszystkim, którzy kochają noworoczne fajerwerki?...Megalomanom większego poczucia rzeczywistości, nieśmiałym, żeby wyciągali ręce do gwiazd, inkwizytorom, aby nie wzniecali już nigdy świętego ognia.  

            Zarozumialcom życzę, aby byli mniej nadęci!  Nie bądź zarozumiały i nie szczyć się swą władzą i wiedzą.  Skąd bierze się twoje przekonanie, że wszystko wiesz i że akurat tobie wszystko się należy?  Stara chińska mądrość mówi, że ludzie nadęci przypominają żabę w studni, wyobrażającą sobie, że jest władcą ogromnego oceanu.  Taka żaba to naprawdę godna politowania istota.  W rzeczywistości bowiem nasza wiedza i moc jest znikoma.  Dlatego człowiek mądry wie, że niczego nie wie i że nad niczym nie ma realnej władzy.  Nie szczyci się swą wiedzą i wpływami, lecz pozostaje skromny...Życie ludzkie jest bowiem tak kruche, że nawet drobny błąd w diecie,  niesprzyjająca aura lub nieodpowiednia myśl mogą stać się przyczyną naszej śmierci.  A nie ma nic bardziej iluzorycznego niż poczucie własnej mocy płynące ze sprawowania władzy...Nie rozdeptuj po drodze innych czujących istot, bo w życiu i tak jest zbyt wiele cierpienia. Pomyśl, jak czułbyś się będąc na ich miejscu, chociaż na razie tak trudno ci to sobie wyobrazić.

            Nieśmiałym śmiem życzyć odwagi!   Ceń własną wartość  i nie bój się wszystkiego i wszystkich.  Wydaje ci się, że nie masz prawa do marzeń i do miłości, a nawet do własnych myśli i własnego życia.  Inni, oczywiście, je w twoim przekonaniu mają.  A oto, proszę, sławny profesor psychologii Zimbardo zachęca (może w nieco w przewrotny sposób - lepiej tego jednak nie traktować zbyt dosłownie):  "Idź i popełnij jakieś ryzyko.  Zrób coś "strasznego", co chciałbyś lub powinieneś zrobić, ale tego unikałeś. Codziennie w tym tygodniu zrób coś, co budzi w tobie lęk, najpierw zapisując, co masz zamiar zrobić i dlaczego się tego boisz.  Następnie zanotuj, czy to zrobiłeś, czy nie i co się działo, kiedy to zrobiłeś. Oczywiście mam na myśli coś strasznego w sensie społecznym, a nie takiego jak napad na bank, czy skok z mostu Golden Gate".  Dopóki będziesz myślał, ona jest tak cudowna, że na pewno nie zwróci na mnie uwagi, nigdy nie spełnisz swoich marzeń o miłości - powiada profesor.

           Tym, którzy innych potępiają, prześladują i niszczą ich życie, życzę opamiętania!  Jeśli bowiem zło piętnujemy w sposób okrutny, to sami stajemy się gorsi od tych, którzy owo zło czynią.  To my rzekomo niewinni i czyści bierzmy odwet na człowieku, którego pozbawiamy jego człowieczeństwa.   Czasami niepokoją nas nawet słowa wypowiadane przez innych.  Warto w związku z tym przypomnieć słowa Giordano Bruno wypowiedziane po tym jak go ekskomunikowano, słowa, które w swej barwnej opowieści o początkach renesansu przedstawia Greenblatt:  "Nic innego nie odrzekł jak tylko to złowróżbnym tonem: "Być może bardziej się boicie nakładając na mnie ten wyrok niż ja, słuchając go"...Jego ostatnie słowa się nie zachowały, ale musiały zdenerwować władze, gdyż kazano mu założyć uzdę. Rozumiano to dosłownie; według jednej z relacji wbito mu sworzeń w policzek i przewiercono nim język, tak że wyszedł drugą stroną; drugim przebito usta, tworząc krzyż. Kiedy do twarzy przystawiono mu krucyfiks, odwrócił głowę. Potem rozpalono ogień, który zrobił swoje".  

          Życzę tego wszystkim, bez różnicy, także samemu sobie, o ile którąś z owych właściwości posiadam.  Nie jestem i nigdy nie byłem moralistą.  Nie lubię pouczać ludzi ani stawiać im wymagań.  Przyznaję więc, że ten tekst mnie trochę zmęczył.  Mam jednak głębokie przekonanie, jak wiele niepotrzebnego cierpienia moglibyśmy oszczędzić samym sobie i innym, gdyby owe życzenia mogły się choćby w niewielkiej cząstce spełnić.  Świat bez samców dominantów (są też i dominujące samice) i ich często dobrowolnych ofiar, świat wolny od moralnego piętna byłby światem zacznie mniej okrutnym.

            Nikogo tutaj nie ma.  To pustkowie.  Na polu leżą czaszki pobladłe od nocnej poświaty.  W górze roi się od gwiazd.  Tysiące rozżarzonych oczu spojrzało na mnie biliony lat temu z oddali, jednak chociaż czuję na sobie to spojrzenie, nie wydaje mi się, żeby ktoś tam był.  Jak długo żyję na tym świecie?  Może chwilę.  Jak długo mam za to cierpieć? Całą wieczność!  Istnieją jednodniowe ćmy, które nie są w stanie dożyć nocy - nie wiedzą więc nic o jej istnieniu.  Organizują sesje naukowe, podczas których dyskutują o kosmicznym oceanie, chociaż nie wiedzą nawet, co to jest dzisiaj, wczoraj i jutro. Profesor Kometa-Ćma z Uniwersytetu Północno-Karolińskiego w Jehovie napisała w związku z tym:  "Ćma jest najwyższym i skrzydlatym wytworem wielowiekowej ewolucji i najbardziej inteligentną istotą we wszechświecie, a jej sądy są ostateczną miarą rozumu.  Odrzuca ona istnienie mroku nocy jako oczywistą, nienaukową bzdurę. Gdyby noc naprawdę istniała, to my ćmy wiedziałybyśmy coś o tym dzięki naszym teleskopom i dawno byśmy już tam wylądowały, posiadamy bowiem doskonałe urządzenia nawigacyjne".  Niestety zaraz po swoim referacie autorka spaliła się w płomieniach lampy, którą nieopatrznie pozostawił pewien student.    

05:10, nazumi13 , Dnieje
Link Dodaj komentarz »

              Oczywiście spróbuję tak zrobić.  W ludzkim języku nie wszystko precyzyjnie da się wyrazić - stąd pewne słowa czasami przypominają slogany (chociaż nimi nie są).   Z pewnością jednak można próbować odłożyć na bok ciemne okulary...Dziękuję więc za te życzenia i serdecznie pozdrawiam...

             Był księżyc w pełni.  Wu wei i jego konkubina Złoty Dzwoneczek wyszli przed dom i patrzyli w niebo, na którym w oddali rysowały się przymglone kontury górskich szczytów.  Ogromny biało-rudy tygrys przeciągał się za ich plecami.  Pewnie zmęczył się pędząc za umykającym w śniegu ogonem wybranki.  Złoty Dzwoneczek ziewnęła, przykrywając usta malutką dłonią i powiedziała:

             - Zawsze, kiedy się kochamy jest księżyc w pełni i wychodzimy potem przed dom, aby chłonąć piękno nieba.  Czy to twój sposób na uwodzenie kobiet?...Ale teraz spotkaliśmy się ostatni raz.  Czy zobaczymy się kiedyś jeszcze?   

             Mówiąc to dziewczyna podała Wu wei niewielkie zawiniątko. 

             - Rozpakujesz je jak będziesz w drodze.

             - Powrócę za kilka dni - uśmiechnął się i pokłonił Pan Wu wei.               

             Rozmawiali jeszcze przez jakiś czas, tonąc w pocałunkach i tracąc na mrozie oddech, a biedny tygrys nie mógł pojąć sensu ich zachowania, bowiem zakochane tygrysy nie całują się, lecz pocierają nosami.  Potem zaś Wu wei odjechał. 

             Słowa w życiu nic nie znaczą - zwłaszcza piękne słowa, słowa dające nadzieję, a jednak z taką chciwością je chwytamy.  Minęło długie siedem lat, a Pan Wu wei nie powracał.   Dziewczyna nie mogła się już opędzić od natrętów, jednak dochowywała mu wierności, chociaż przez ten czas stała się już dorosłą kobietą. Wciąż jednak była tak samo piękna. A kiedy księżyc był w pełni wychodziła przed dom i patrząc na drogę słuchała odgłosu końskich kopyt w nadziei, że ujrzy w końcu kochanka.  To tylko w jej tęsknocie trzymało ją przy życiu.  Oprócz tygrysa nie miała bowiem nikogo.  

             Którejś nocy usłyszała je wreszcie, lecz kiedy jeździec zbliżył się, okazało się, że to ktoś inny.  Nie zatrzymał się nawet tylko wyrzucił na śnieg niewielkie zawiniątko.  Była to Nefrytowa Żaba.  Chusteczka, w którą była owinięta była cała zakrwawiona, a żaba wyglądała tak, jakby była czymś wstrząśnięta.  Złoty Dzwoneczek zabrała ją do domu i ogrzała, a potem zapytała, czy jej kochanek żyje.  Jednak z twarzy żaby spłynęły tylko trzy łzy, które spadając ułożyły się w złowrogi znak przepastnej otchłani.   

             - Wiele musiałaś przeżyć, żabko - powiedziała dziewczyna - jak to dobrze, że jesteś twarda jak kamień. Ja nie jestem!  

             A powiedziawszy to, na oczach tygrysa, dziewczyna wbiła sobie sopel lodu w serce.  W chwilę później szalejący z rozpaczy tygrys poszarpał jej ciało, a następnie zjadł.  Potem zaś udał się w góry, by w towarzystwie duchów zapomnieć o nieszczęściu, jakie spotkało jego panią.  

             Następnego wieczoru Wu wei powrócił, ale w domu znalazł jedynie zakrwawione strzępy złotego jedwabiu, malutki paluszek konkubiny i Nefrytową żabę.  Domyślił się natychmiast wszystkiego i odtąd w każdą pełnię księżyca z tęsknotą wypatrywał swej kochanki.  Czasami wydawało mu się nawet, że widzi jej szczęśliwą, promieniejącą twarz na tarczy księżyca.  Była jednak jakaś dziwnie blada.  Czasami wydawało mu się, że słyszy, jak dziewczyna nuci ich ulubioną piosenkę, ale to był tylko głos wiatru.  Całymi nocami nie spał, chudł w oczach, aż któregoś dnia przyszła po niego śmierć.  Minęło dokładnie siedem lat odkąd odnalazł Nefrytową Żabę.

             Jednak Nefrytowa Żaba powiedziała i coś więcej.  Następnego wieczoru po tym, jak wyzionął ducha, przed domem zjawiła się Złoty Dzwoneczek.  Wyszła jak dawniej na drogę i przy świetle księżyca czekała na przyjazd ukochanego.  W jej włosach pojawił się już pierwszy siwy włos, albo może upadła na nie śnieżna gwiazdka.  Jednak Pan Wu wei nie nadjeżdżał.  

             - Ach po cóż ta wieczysta tęsknota - spytałem żabę - skoro oboje pomarli, to jest im dobrze, czym więc tu się martwić?   

             - Nie rozumiesz chyba, Panie, czym jest życie - milczała Nefrytowa Piękność - Ja też, chociaż jestem praktycznie niezniszczalna, wolałabym być zieloną żabką z nadrzecznych łąk, chociaż przez jeden dzień. 

             I choć nie odezwała się więcej, czułem, że to właśnie powiedziała.  Wyjąłem z biurka pistolet i zastrzeliłem się.     

 

         Bardzo się czasami przydają...W moim przekonaniu nie ma większej mocy niż ta, która płynie z dobroci ludzkiego serca i z kontemplacji.  Jednak Świat (że użyję tego staroświeckiego słowa) ceni przede wszystkim moc, która polega na skuteczności działania lub partycypacji w możliwościach, pochodzących z władzy.  Trudno mi być w posiadaniu takiej mocy, ponieważ musiałbym albo przystosować się do istniejących reguł usprawiedliwiających konkurencję i przemoc, albo nauczyć się zręcznego ich obchodzenia i manipulowania ludźmi, a żadna z tych ewentualności nie wydaje mi się sama w sobie dobra.  Jednak jest jeszcze inne znaczenie słowa móc - to znaczy stawiać sobie jakieś cele i uczynić siebie jednolitym wewnętrznie, i pokonywać własną słabość.  Z pewnością bardzo bym tego pragnął dla siebie i dla innych. 

         Chciałbym móc wierzyć, że Bóg daje człowiekowi tyle, ile jest w stanie udźwignąć...Ale przychodzą mi do głowy obrazy tak przerażającego cierpienia...

         Nie znaczy to jednak, że kogokolwiek chciałbym pozbawiać takiej wiary, która już sama w sobie pozwala znieść więcej. Powiem więc tylko, że owa zdolność człowieka do przyjmowania na siebie i znoszenia wielkiego cierpienia jest dla mnie tajemnicą.  Godzenie się z losem, z cierpieniem, a nawet z nieuchronnością śmierci jest jednak nieuniknione.  Ubierając to w jakąś formułkę można by więc powiedzieć, że nieuniknione jest zatem godzenie się z Nieuniknionym.  Wiem, jak to fatalnie brzmi, ale czy istnieje inne wyjście z tej pułapki?  Pewien teolog mówi: z wdzięcznością przyjmuj to, co otrzymałeś jako dar, a z pokorą cierpienie...

        Jednak nie chciałbym wykorzystywać Pani serdecznych słów do jakiejś dyskusji światopoglądowej.  Często jest bowiem tak, że to, czemu potoczne doświadczenie pozornie przeczy okazuje się prawdą przy przyjęciu innego punktu widzenia.           

niedziela, 30 grudnia 2012

                    Kimże jestem w porównaniu z nieskończonością galaktyk? ...Ale, czy ognie stosu nie dosięgły kiedyś tego, kto tak pytał?  

        Dziękuję za słowa otuchy.  Na pewno jest tak, że w trudnej sytuacji człowiek często nie zauważa możliwości działania, chociaż ona jednak istnieje i ten psychiczny stan zwiększa jeszcze ciężar samej sytuacji - nie widzimy wyjścia, a ono przynajmniej w pewnych szczegółach jednak jest możliwe, ale ponieważ obciążenie psychiczne jest zbyt wielkie nie myśli się o tym, żeby chociaż trochę sytuację poprawić.  A przecież zmiana szczegółów ma też wpływ na ogólną sytuację, z której wyjścia należy często szukać cierpliwie, niejako krok po kroku.  Dlatego uważam, że Pani sugestia jest jak najbardziej na miejscu...Istnieją jednak wyjątkowe sytuacje losowe, w których nasza moc działania nie odpowiada naszej woli.  Jest to szczególny powód do zmartwienia.  Czasami jednak nasz los, brany w całości,  jest zbyt trudny do uniesienia i sukcesem jest już znalezienie jakiegoś punktu oparcia.   

        Niestety to, o czy wspominam nie jest fikcją literacką, tyle tylko, że nie o wszystkim jednak chciałbym pisać i pominąłem kilka dość ciężkich niedoli, jakim jestem obecnie poddany.  Są to często rzeczy poważniejsze od tych, o których pisałem, jednak nie należą one do opisu tej dość typowej - niestety - sytuacji.  Myślę, że gdyby znała Pani całość mojej życiowej sytuacji, to nie dziwiłaby się Pani, że brakowało mi pieniędzy nawet na ubezpieczenie i że nie mogłem ich w tym czasie zarobić.  Nie zmienia to jednak faktu, że trzeba starać się widzieć możliwość działania tam, gdzie ona jest i o ile to możliwe nie ulegać psychicznemu bezwładowi.  Na pewno nawet w sytuacji, która nas w jakiś sposób krzywdzi, niedobrze jest myśleć - "Wszystko, albo nic!"

        W jakimś sensie trafnie odczytała Pani moje intencje.  Zależy mi na tym, żeby zobaczyć, czy na tak opisaną typową sytuację ktoś pozytywnie zareaguje.  Stąd też moja troska o nie wykraczanie w moim opisie poza samą typowość...Może to nieco chorobliwe, ale nie wyobrażam sobie, abym pozostawił bez odpowiedzi listy, jakie wysłałem kilka dni temu - a jednak żadna odpowiedź nie nadeszła.  Jestem tym trochę zszokowany, jednak z drugiej strony - "nie spodziewałem się innej odpowiedzi" (niż ów brak odpowiedzi).  Nie tylko dlatego, że każdy jest zajęty i ma własne "problemy", ale także dlatego, że czasami jakieś uboczne, pozornie nieistotne względy sprawiają, że ktoś, kto mógłby pozytywnie odpowiedzieć, milczy.  Nie jest to z mojej strony przedmiotem jakiegokolwiek osądu - jest i smutne, i interesujące zarazem...Na pewno potrzebuję teraz większej niż zwykle akceptacji ze strony innych, co pozbawia moją dociekliwość obiektywnego, "naukowego" charakteru.  Wiem, że zachowałbym się inaczej, ale może właśnie dlatego zmarnowałem swoje życie...

        Bo nie powiem przecież jak Janusz Korczak, że "rozdałem je innym" (to bardzo tragiczne wyznanie biorąc pod uwagę jego sytuację w 1942 roku) - on naprawdę był szczodry i robił coś dla ludzi.  Mnie zaś tylko zdarzają się ludzkie odruchy i nie potrafiłbym poświęcić swojego życia dla innych.  Być może moja postawa życiowa jest więc bezproduktywna.  Bo w końcu, co właściwie daje innym człowiek, który stara się w innym człowieku widzieć osobę?  (Pomijając fakt, że to się nie zawsze udaje).  Owszem, słyszę czasami, jest pan jedynym Człowiekiem jakiego spotkałem (spotkałam).   Jednak, kiedy to słyszę, nie czuję się mile połechtany...Jestem w rozpaczy, bo wiem, jak niewiele tej osobie dałem, a co więcej nie potrafię znaleźć wyjaśnienia, dlaczego miałbym być owym jedynym Człowiekiem.  Czy dlatego, że cierpię bardziej niż inni?  Czy dlatego, że życie upokorzyło mnie tak bardzo, że w swojej pysze widzę pychę, a w swojej pokorze - też ją widzę!  Że wiem, ile winy jest w mojej niewinności i niewinności w winie...i jak bezmierna jest czasami moja głupota.  I dlaczego właściwie inni nie mieliby być bardziej ludzcy od osoby tak ułomnej?  Może ci, którzy widzą we mnie człowieka, otrzymują wiele od ludzi, a jednak nie jest to tym, czego potrzebują najbardziej?

       Najpierw zmartwiłem się, potem oczywiście zezłościłem, a teraz cieszę się, że bliska mi osoba powiedziała mi, jak czasami mało ją rozumiem.  Nie jest to radość beztroska - martwię się o Nią.   Jednak to prawda, przy całej naszej chęci rozumienia i współ- przeżywania, d r u g i   c z ł o w i e k  j e s t   n a j c z ę ś c i e j   o s a m o t n i o n y  w   t y m  w ł a ś n i e, w   c z y m   n a j b a r d z i e j   c h c i a ł b y   b y ć   a k c e p t o w a n y  i  r o z u m i a n y...Nikt nie ogarnia doświadczenia naszego życia...Ale jesteśmy też co najwyżej gośćmi w psychicznym świecie innej osoby.  I dobrze, jeśli potrafimy się zachować z szacunkiem należnym temu, kogo przyjmujemy lub przez kogo jesteśmy przyjmowani...Im bliższa jest jednak relacja z drugą osobą, tym często o taki płynący z miłości dystans trudniej, bowiem nasze psychiczne potrzeby (przede wszystkim potrzeba samej psychicznej bliskości) i zranienia bywają tak zaognione, a tylko druga osoba mogłaby je uleczyć...Ładnie napisał o tym filozof Hume - człowiek jako psycholog dość powierzchowny (co niestety "rzutuje" też na jego koncepcję moralną), jednak jako osoba zdecydowanie ludzki...Cierpienia i rany jakie, zadają sobie w sposób nieunikniony najbliższe, kochające się osoby, łagodzić może tylko przyjaźń.  I dlatego w miłości element przyjaźni istnieć musi, bo tylko on ostatecznie chroni przed destrukcją.  

      Może jednak napisałem trochę więcej, niż bym chciał, biorąc pod uwagę późną porę, obecny stan mojego umysłu (lubię takie staroświeckie określenia) i cierpliwość łaskawych Czytelników (to też taki archaiczny zwrot, który lubię).   I oczywiście nie napiszę już dzisiaj niczego o widmach, mordercach i upiorach...Ale. czy zawsze tego należy żałować?                                   

 

          

 

 

sobota, 29 grudnia 2012

          Napisałem przed Świętami kilka długich listów (maili) z życzeniami do osób, które uważałem za bliskie, jednak chociaż były szczere i serdeczne nikt na nie odpowiedział. 

          Podczas wigilii po raz pierwszy nie otrzymałem prezentu i nikt z delektujących się swoimi prezentami nawet tego nie zauważył. 

          Kiedy przychodziłem do swojej pracy załatwiać różne sprawy słyszałem na ogół tylko - pan już nie jest tutaj zatrudniony, chociaż robię dokładnie to samo, co przedtem.  I chociaż wnoszę regularne opłaty, wciąż muszę podpisywać oświadczenia, że wyprowadzę się ze swojego mieszkania, jeśli nie uzyskam specjalnej zgody na dalsze zamieszkiwanie. 

          A dzisiaj, kiedy w księgarni położyłem na chwilę obok siebie moją ulubioną czapkę, ktoś mi ją po prostu zabrał, co jeszcze nigdy w podobnej sytuacji się nie zdarzyło...

          Już trzeci miesiąc nie mogę się leczyć z powodu braku ubezpieczenia.  Przez dwa i pół miesiąca nie wypłacano mi żadnej pensji. 

          W ciągu kilku tygodni z osoby, która ma pewne prawo do istnienia stałem się wyłącznie petentem i niemal bezdomnym, jeśli nie potencjalnym żebrakiem...A przecież życie w okół mnie nie zmieniło się.  Oddziela mnie jednak od niego ściana obojętności.  Jakby wszyscy umówili się, że przestałem być taką sama osobą, jak oni.  Co więcej, mógłbym jeszcze czegoś od nich potrzebować...

          W rzeczywistości sytuacja moja wygląda o wiele gorzej, niż ją opisuję.  Jedak z wielu względów nie o wszystkim, co mnie spotyka, mogę i chcę tutaj napisać.  Starałem się też usunąć wszystko to, co wykracza poza najbardziej banalny opis sytuacji, która spotkać może każdego. 

         A jeśli chodzi o ową czapkę, to dodałem ów drobiazg jedynie dlatego, że jeszcze niedawno, kiedy w tym samym miejscu ją zgubiłem, było dziesięciu chętnych do jej szukania - co stały klient, to jednak stały klient, a dzisiaj nikt nie chciał sobie przerywać pracy...Właśnie przeglądałem pisemko psychologiczne "Charaktery", żeby dowiedzieć się, dlaczego mężczyźni łatwiej popełniają samobójstwo z powodu utraty pracy (nie miałem pieniędzy, żeby je sobie kupić).  Kiedy wyszedłem na mróz bez mojego tradycyjnego "nakrycia głowy", pomyślałem, że to dopiero początek moich nieszczęść.  

          Z pomocą przyszła mi moja matka.  Długo sapiąc wspinała się ze mną na jakieś półki i kazała mi odwijać jakieś torby, aż w końcu znalazła dla mnie różowy moherowy beret, który zastąpił moją czapeczkę w kolorach rasta.  Jest ciepły, wszedł na moją dużą głowę, nie zgniatając okularów...Od dawna już wydawało mi się, że pora dostosować mój wygląd do horroru rzeczywistości w jakiej się znalazłem i przezwyciężyć własną próżność.  To nie wygląd zewnętrzny decyduje przecież o tym, kim jesteśmy.  Czy nie ubierałem się jednak i nie żyłem zbyt kolorowo?...Po drodze jakaś życzliwa dziewczyna spytała mnie, czy mi nie pomóc i czy nie jest mi słabo...Zaczynam więc życie na nowo od miłej konstatacji - ktoś się wreszcie mną zainteresował!  Czy to jednak nie cudowne?  I nawet nocne wrzaski moich kulturalnych sąsiadów nie mącą mojej radości.        

         

środa, 26 grudnia 2012

                                                    - I w końcu zabłądziła pani?

                                                    - Nie, bo pytałam i to się odbiło na ostatecznym wyniku.

                                                    - Czyli Ginesa nie będzie?

                                                    - Muszę jeszcze trochę poćwiczyć!  Na razie, że tak powiem - dopiero raczkuję. Nauczyłam się chodzić do tyłu.

                                                    - No cóż! Życzę Pani uwodzenia!  

                                                    - A ja panu życzę wszystkiego złego w Nowym Mroku! 

                                                    - Nie dziękuję.

           Nikomu nie wybaczać, każdego karać proporcjonalnie do wyobrażenia o jego zepsuciu, zgodnie z tym, co ustanawia pismo święte - Kodeks Karny. 

                      Wiliam Szekspir 

                                                          WONŻSZ  BOA (KUSICIEL)

                                               Tekst: Efemeryda J. Tkacz

                                               Słowa:  Marek Rausz

                                               Opracowanie akustyczne:  Jadwiga Akuszer

                                                

                                               "- Bo, bo,boję się boy! Bo boa ma woal! 

                                               Hi, hi, hipopotam!  Ha, ha, ha, ha...no, co tam?

                                               " - Poniekąd ma pani rację, uwielbiam masturbację,

                                               Lecz jednak przy tej okazji wolę moje oracje"

                                               " - Ach, po cóż te deklaracje, zjedzmy razem kolację!

                                               Mój drogi grzechotniku, nie czas na dywagacje!" 

                                               " - Ty jesteś czarna mamba

                                               Chcesz wciągać mnie do szamba, 

                                               A z życia zrobić drakę,

                                               Pogrążyć mnie w kloakę!" 

                                               " - Mnie nie zatrujesz swym jadem

                                               Musztardę jem przed obiadem.

                                               A tamten mnie udusi!

                                               Poskarżę się chyba mamusi"

                                               "- No dobra, z dwojga złego,

                                               Ja lepszym jestem kolegą!

                                               I chociaż trochę ukąszę,

                                               To ogóreczkiem zakąszę"

                                               "- Ach ocal, ocal mą duszę,

                                               Zanim się całkiem uduszę!

                                               Albo cię w garnku utuszę,

                                               Zważywszy moją tuszę!"  

                                             

        - Kotki - oczywiście!  Mają takie miękkie rude futerko.  I takie są fałszywe!  I na szczęście tak rzadko można je spotkać.  To prawdziwe lisice.  Nie farbowane.  A jak się przeciągają!  - powiedział dziadek. 

        - A ja lubie kruco carne!  - powiedziała babka - Co to ich nigdzie nie widać!  Bo przepadły jak kamień w pacierzu. 

        - Lubię białe - odrzekł po chwili dziadek dopalając fajkę - czyste jak lilije.  Obtoczyć taką w śniegu i będzie bałwanek dla Bogdanka. 

        - To czemuś powiadał, że lubisz rude? -zgorszyła się babka - Znowu coś kręcisz!

        - Ja tak powiedziałem?  Nie pamiętam.  W 1918 straszna zima była z bolszewikami.  Wsiadam ja na furę, a kapitan mówi, konfiskujemy furę  i konia, i dziewczynę ci rekwirujemy.  A ciebie już pora puknąć. 

        - A, pamiętam!  Mówiłeś to już sto razy.  Nawet nie pamiętasz, że masz wnuczkę, a nie wnuka.  To Bogna, a nie jakiś tam Bogdanek!

        - Ale ucieszy się!  - powiedział dziadek.

        - Dziadku!  Znowu oddałeś mocz!  Jak się nie wstydzisz tak wszystko olewać - wrzasnęła Bogna. 

        - To wierutna prawda! - zezłościł się dziadek - A ty dzisiaj nie oddawałaś moczu?  Pizdeczka u ciebie za ciasna? 

        - Dziadku!  Ja na razie jeszcze pamiętam, gdzie to się robi. 

        - Nie mamy przecież stodoły - żartował dziadek.

        - Zamkniesz ten ryj!  - zdenerwowała się Bogna.

        - Pierwsze koty za płoty - powiedział dziadek i zasnął, a przez sen jeszcze gada - No to ja wyjął ze spodni granata, odbezpieczył zawleczkę i rzucił w czerwonych.  A ci na ziemię popadali i nic im nie było.  Tak straciłem moją dziewczynę...

        - Dobra, dobra!  Znamy to - powiedziała Bogna i udusiła naszego dziadka.

        - Żaden sąd ci tego nie udowodni - powiedział dziadek - Ja jestem nie do zdarcia! 

        Bogna zemdlała.  Trudno się dziwić.  Dziadek ją trochę przeraził, chociaż bynajmniej nie było to jego intencją.  Z głowy spadła jej ruda peruka. Była kompletnie łysa.  Nie odzyskała przytomności. 

           "Namiętność zastępujemy inną namiętnością, próbujemy kolejno wszystkiego: zajęć, miłości, zachcianek, maniackich upodobań, by w końcu obwieścić , że  w s z y s t k o   j e s t   m a r n o ś c i ą  na tym świecie. Ta fałszywa, a nawet bluźniercza sentencja nikogo nie przeraża, przeciwnie, niejednemu się zdaje, że wygłosił coś bardzo mądrego, nieodpartego"  - napisał Goethe.  Przez okno mojego domu usłyszałem poranny krzyk kruków i gawronów.  Odłożyłem księgę i stanowczym krokiem udałem się do ogrodu.  

           - Jesteś tutaj, Rozalio? - zapytałem.

           - Tak, Alfredzie!   Jestem tutaj przez cały czas, chociaż, jak wiesz, umarłam.  Pocałujesz mnie? 

           - W takiej mgle?   Nie wiem nawet, czy to na pewno ty?  A może ktoś tak wszystko poprzestawiał w moim umyśle, powiedzmy jakiś zły czarnoksiężnik, że chociaż wydaje mi się, że cię widzę, to nie jesteś ty...

           - To prawda, ja to nie jestem ja.  Ale to nie przeszkadza w porannym gaworzeniu...Zostań ze mną trochę, jeśli ci nie zimno. 

           - Bardzo zimno i...trochę się ciebie boję.  Nie rozkładasz się przypadkiem?  Pocałuję cię, a to tak, jakbym dotknął ustami błota. Co ja mówię, błoto to przy tym miód.

           - Jak możesz wierzyć w takie bzdury?  Dawno już się rozłożyłam i teraz jestem po prostu przeczystym duchem.

           - A ten trupi odór?

           - Ach, Alfredzie!  Nie chcę ci tego mówić, ale to ty jesteś w stanie rozkładu.

           - Wieczorem brałem kąpiel.  Jaga wyszorowała mi gąbką plecy.  To słodka dziewczyna.  Czułem, że żyję!

           - A jak twój wielki Goethe?

           - Właśnie czytam o tych, którzy potrafią żyć w wyrzeczeniu i dzięki temu niczego nie tracąc czują, że świat ma jednak solidne podstawy i że nie wszystko jest marnością.

           - To świetnie, Alfredzie!  Nadzwyczaj krzepiąca lektura - powiedziała Rozalia i rozpłynęła się we mgle.  

           - Nie odchodź!   Wciąż za tobą tęsknię!  Myślałem, że nie przeżyję twojej śmierci, ale mój duch był zbyt słaby, abym potrafił się zabić.

           W chwilę potem rozjaśniło się, a kruki i gawrony przestały dostojnie poruszać się po polu.  Wróciłem na krzesło i dopisałem na kartce strony gęsim piórem: "Nie zawsze jedynie brak umiaru jest źródłem poczucia, że wszystko na tym świecie jest próżne i czcze.  Śmierć i cierpienie istnieją wszędzie i zawsze.  Do załatwienia:  hrabiemu Gutenbergowi, 2 dukaty i 6 talarów.  Pastorowi Pretoriusowi: 16 talarów i trzy grosze.  Bractwu Wilkołaków, 24 grosze.  Razem: 2 dukaty, 22 talary i 27 groszy.  Uśmiechnąć się do Jagny o mydło do prania". 

           Zasnąłem na krześle, a to przechyliło się pod ciężarem mojego ciała. Uderzyłem się tak nieszczęśliwie, że kiedy do pokoju wszedł doktor Rosenmayer, mógł jedynie stwierdzić mój zgon.  Przez cały dzień i noc leżałem w letargu. Rano jednak przebudziłem się i zachciało mi się czytać dalej. Nie mogłem jednak odnaleźć książki.  Poszedłem więc do ogrodu.  Rozalia karmiła kruki skrawkami moich podrobów - serca, płuc i nerek.

           - Ze mną już koniec - powiedziałem z rezygnacją.

           - To dopiero początek - uśmiechnęła się Rozalia - Cały ocean krwi do wypicia.  Aleś się wyperfumował!  Wyglądasz naprawdę schludnie i do twarzy ci bez tego serca! 

           - Więc od początku chciałaś, żebym był bez serca?  Jesteś okrutna, Rozalio!

           - Nie smakuje im - wolałyby okruszki chleba i kropelki wina - rzekła Rozalia i rozproszyła się we mgle. Tym razem jednak ta jej stara sztuczka nie powiodła się.  Przecież i ja byłem już teraz utworzony z mgły.  

           Dzisiaj 26 grudnia anno 2012, ja, stary wampir, wspominam chwilę tamtego naszego spotkania, które na zawsze pozostanie mi w pamięci.  Gdyby nielitościwa śmierć nie wyrwała Rozalii spośród żyjących istot, być może nigdy nie doczekałbym się chwil wiekuistego szczęścia.  Powiadają, że wampiry są zmęczone.  Niekoniecznie!   Dopóki my, mary, istniejemy, nie wszystko jest marnością!          

           Wczoraj w pisaniu przeszkodziła mi senność, a dzisiaj narastające objawy osłabienia i przeziębienia. Jednak nie poddaję się i prędzej czy później napiszę o nefrytowej żabie.  To bardzo ciekawa historia.  Opowiedziała mi ją pewna żaba z polskiej kałuży, która nigdy nie była w Chinach. Żaby jednak komunikują się ze sobą na odległość w sposób magiczny.  Prosiła mnie, żebym napisał opowieść o jej nefrytowej kuzynce, po to, aby zwrócić uwagę na los polskich żab - jest ich coraz mniej i niedługo być może wyginą wszystkie...Odmówiłem. Powiedziałem, że nie jestem ekologiem.  Ale żaba popatrzyła na mnie tak smutno, że teraz w środku zimy przypomniałem sobie o spotkaniu z nią i postanowiłem napisać.  Może jednak nie dzisiaj. Także dlatego, że opowiadam tutaj tyle różnych opowieści, a jeszcze prawie nikt mnie nie pochwalił. 

           Nefryt jest bardzo twardy i dlatego nasza żaba z nefrytu, która urodziła się III wieku p. n. e.  żyje do dzisiaj.  A oto opowieść, którą nam przekazała:        

           Ach, prawda!  Miałem jednak nie pisać.  To pogodna historia, w której jest i miłość, i wiele słońca...kończy się jednak bardzo smutno i jak powiedział pewien sinolog "kurtyna zapada nad tragiczną sceną".  Może po zanotowaniu wstępnego szkicu tej opowieści powinienem nieco ją zmodyfikować?  Ming - znaczy jednak los (o ile nie pomyliłem go z mintajem), a czy można los oszukać, albo odwrócić?  Na chwilę tak. I dzięki temu złudzeniu wszyscy bywamy szczęśliwi, chociaż czeka na nas zimny grób.    

19:11, nazumi13 , Pustka
Link Dodaj komentarz »

                                Niestety, nie mam już siły o niej napisać.

         ...czy ktoś kiedyś pomyśli, że może jednak w tym, jak mnie potraktowano, był jakiś błąd?  Nie zastanawiałbym się nad tym, gdyby nie to, że czasy, w których żyjemy są tak marnotrawne i okrutne, a ich ofiarami padają często osoby, które rzekomo "nie poradziły sobie"...Jak owa stonoga, której tyle razy podstawiano nogę, że w końcu "upadła".  A przecież my, ludzie, mamy tylko po dwie nogi...  

           Od lat słucham muzyki epoki baroku, którą kocham, a Corelli jest jednym z moich ulubionych kompozytorów.  Od lat też słucham czasami radiowej dwójki, której program poświęcony jest w całości muzyce, literaturze i kulturze.  Nie mam teraz własnego radia, więc ostatnio słucham dwójki od przypadku do przypadku.  W ten sposób kilka już razy natrafiłem na miłą i w założeniu pożyteczną audycję Pana Hawryluka i jego gości, która polega na wybraniu, drogą stopniowej eliminacji, najlepszego z sześciu prezentowanych wykonań fragmentów jakiegoś sławnego utworu muzycznego. Zadanie to jest oczywiście dość trudne, jeśli w ogóle wykonalne - tym bardziej więc należy podziwiać komentarze dokonywane "na żywo" przez zaproszonych do studia znawców. Nie zamierzam zatem tutaj recenzować owego programu...Powiem tylko, że niektóre z owych komentarzy doprowadzają mnie do pewnej irytacji.  Mają one czasami charakter bardzo swobodnych impresji i czasami po prostu nie mogą być jednakowo trafne mimo entuzjazmu i zadowolenia z siebie wypowiadających je uczestników programu - osób, których kompetencji muzycznych i wiedzy nie sposób kwestionować.  Otóż wypowiedzi owe zawsze mają w sobie pewnie element subiektywizmu, który czyni je tym ciekawszymi, podnosi temperaturę dyskusji i uwrażliwia na różne rodzaje muzycznej interpretacji - te zaś można lubić lub ich nie lubić. 

          Bywają wśród nich jednak, niestety, także osądy niesprawiedliwe, które mnie osobiście rażą, jak definitywna i całkowicie nieuzasadniona opinia jednego z uczestników, że "Fabio Biondi jest wybitnym skrzypkiem, ale nie muzykiem" i pełna niemal zgoda na to, że jego wykonanie sławnego dzieła Corellego jest całkiem niepoważne...Słucham tych koncertów w wykonaniu Biondiego od dawna i chociaż nigdy nie należały do moich ulubionych wykonań, rozumiem powody, dla których są takie, jakie są.  Jest to kwestia przyjęcia przez tego muzyka pewnej wykonawczej estetyki  i interpretacji może niekiedy przesadnie rewolucyjnej, jak ktoś zauważył, ale jednak nie pozbawionej ekspresji i sensu. W żadnym razie nie odbieram jego wykonania jako serii niepoważnych popisów - co nie znaczy, że muszę bronić owego gawota, który gawotem w interpretacji jego zespołu nie jest.  Osobiście uważam za bardziej udane jego nagranie płytę z koncertami Locatellego - zwłaszcza, że są tam nie tylko Concerti Grossi, ale także cudownie wykonana Symfonia żałobna.  Owa symfonia kiedyś tak bardzo mnie poruszyła, że zrobiłem do owej płyty własną okładkę...Nie sposób, w moim odczuciu, przyjąć jakiejkolwiek interpretacji dzieła muzycznego bez poczucia, że interpretacja owa pewne możliwości tkwiące w samym utworze wydobywa na światło, a inne przemilcza lub czasami nawet przekreśla.  Patrząc z tej perspektywy można wyrobić w sobie pewną tolerancję na rzeczy, którą są nam mniej bliskie, nie przestają być jednak tym samym wybitne. 

        Otóż twierdzę, że Fabio Biondi, który wraz z innymi włoskimi muzykami przywiódł nas kiedyś do myśli, że Włosi  potrafią często grać swą muzykę barokową ciekawiej niż Anglicy, w żadnym razie n i e   j e s t   m i e r n o t ą i w moim odczuciu jest nie tylko wybitnym skrzypkiem, ale też nie gorszym interpretatorem owej muzyki, co zresztą wielokrotnie zauważano.  Ja kiedy czegoś nie lubię - mówię po prostu nie lubię tego, nie podoba mi się to, nie gustuje w tym, drażni mnie to lub nie odpowiada przyjętym przeze mnie ocenom, jednak, proszę mi to oczywiście wybaczyć, opinia, że Biondi i jego zespół grają zupełnie inną muzykę niż ta, którą Corelli napisał, może być odbierana jako przejawem pewnej hucpy, co z pewnością nie było intencją osoby, której ślina przyniosła owe słowa na język...Jak słusznie niegdyś zauważono, sądy estetyczne mają taki charakter, że chociaż są subiektywne, pretendują jednak do pewnego obiektywizmu.  Mimo to, kiedy są nietrafne, niewielka na ogół z nich powstaje szkoda i dlatego "niby" o gustach się nie dyskutuje.  Inaczej jest jednak z opiniami krzywdzącymi lub "pomniejszającymi" czyjeś osobiste osiągnięcia.

       Dość drastycznym przykładem takiego nieprzyjaznego postępowania jest wyrażona w dwójce opinia Pana Kamińskiego na temat rzekomego braku walorów artystycznych interpretacji muzycznych Alana Curtisa, który jego zdaniem tylko dlatego nagrywa kolejne opery Haendla, że ma przyjaciółkę w DGG.  Jest to nie tylko przykre plotkarstwo, niegodne tak poważnego znawcy, ale i zapewne przejaw charakteru człowieka, któremu także nie sposób odmówić kompetencji i wiedzy (znam i cenię jego dzieło), a który w oczywisty sposób kieruje się uprzedzeniem...Pan Kamiński nie jest oczywiście wyjątkiem. Nieprzypadkowo na przykład francuskie pisma muzyczne nieco niżej niż by należało oceniają osiągnięcia angielskich wykonawców, a Anglicy z kolei nie pozostają im dłużni...Często jest to dość karykaturalne i zabawne. Wszystko zależy jednak od tego, jak daleko posuwa się owo pomniejszanie zasług i odbieranie innym muzycznego honoru.  W każdy razie opinia, że Biondi jest zawsze w swoich interpretacjach powierzchownie, ale jednak błyskotliwy, ma tyle wspólnego z prawdą, co opinia, że Curtis to pozbawiony talentu nudziarz.                 

       W moim przekonaniu ta sympatyczna i żywa audycja wiele by jeszcze mogła zyskać na wartości, gdyby czasami ograniczyć nieco popisy muzycznego znawstwa - całkiem naturalne w programie tego rodzaju  (chodzi wszak o "agon" w czystej postaci) - i chociaż czasami pomyśleć, zanim się coś powie.  Przy okazji wstydzę się trochę tego, że nie mam często żadnych kłopotów z ustaleniem, kto jest wykonawcą poszczególnych interpretacji, co sprawia tak wielki kłopot uczestnikom owego "muzycznego trybunału".  Może dobrym wyjściem byłoby jednak zapraszać do tego programu różne osoby, a wtedy nie byłoby takiej "wpadki", jak w ostatniej audycji, kiedy tak poważne grono nie wiedziało, że "nagranie numer dwa" prowadzi Trevor Pinnock - a to już jednak, kiedy dyskutuje się o interpretacjach koncertów Corellego, mogłoby raczej uchodzić za wstyd!  Chociaż dla mnie osobiście jest to już znacznie mniej ważne.   

               

wtorek, 25 grudnia 2012

                                     Szlomo, Cadyk z Hrubieszowa, powiedział kiedyś:

                                     - Wieprze nie rozpoznają pereł, tak jak Żyd nie dotknie się do wieprzowiny!

                                     - Rebe!  Ależ to nie to samo - oburzył się ktoś - Świnia żre wszystko, nawet swoje odchody, a my tylko koszer!

                                     - Ja tylko mówię wam, dlaczego my nie jemy wieprzowiny - odrzekł Cadyk

                                     - A jak tam jest perła? - pytał dalej ów.

                                     - Na pewno już jej tam nie ma - odpowiedział Szlomo - Weszła bramą od strony nieba, wyszła od ciemnej strony...

 

 

                        Głęboko w norce zagrzebany leży jej ukryty sekret.  Nornico, nornico, nornico! - powiedz nam, co tam ukryłaś.

                        - To moja najgłębsza tajemnica - rzekła nornica.

                        - Ale odsłoń chociaż rąbek? - wołały dziewczynki.

                        - Dobrze! - powiedziała ze smutkiem nornica - Jutro wygrzebię się z norki i umrę!

                        - Ależ i tak cię zagrzebią. Musi być jakiś pogrzeb - powiedziała na to Klara.

                        - W mojej norce czułam się jak w niebie. Czy, kiedy umrę, będzie mi tam źle?  Boję się tylko, że mój zewłok leżeć będzie na polu...

                        - Nie martw się - zawołała Klara - i uderzyła nornicę pantofelkiem w łeb. Kiedyś dziewczynki nosiły pantofelki. Kiedy to było?  

                        - To musiało być bardzo dawno, dziadku!  Nas jeszcze nie było wtedy na świecie.

                        - No właśnie. A teraz już kładźcie się spać!

                        - A nornica?

                        - Przeżyła z urazem głowy - powiedział dziadek i głośno zachrapał.

           ...Pomyślał św. Franciszek i usnął w pokorze.  Czy to jednak nie dobry pomysł - położyć się spać jak święty i obudzić się jak zwykły człowiek? Spać, spać i spać do rana, aż obudzi nas słońce lub zamieć,  jakby  t e g o  w s z y s t k i e g o  n i e  b y ł o.  A wtedy demony nocy skulą swe ogniste ogony i łasząc się do słońca lub śniegu, odejdą...

           ...Jak ta grudka śniegu topi się w mej dłoni!   Jak twe przemarznięte, ptasie serce ożywa i zaczyna mocno bić!  A przecież przed chwilą było tylko bryłką lodu.  Tak wielka jest moc SŁOŃCA lub POTĘGA ZAMIECI, które rozpraszają wszelki egoizm i czynią nas wolnymi w nieskończonej miłości ku Niemu!      

              Mistrz Dogen zawsze pouczał swoich michów, że wykałaczkę wkładamy do ust jedynie w 2/3 jej długości.  Na zalecenie to składała się bowiem wielowiekowa mądrość wielu Buddów i nieprzerwana praktyka duchowa.  

              Jednak jeden bardzo mało pojętny mnich, oporny w oświeceniu, bity kijem jak pies i lżony przez wszystkich wciąż popełniał ten sam błąd.  Jaki? Ano, wkładał wykałaczkę głębiej, niż należy.  Dogen wpadł w końcu w szał i podczas przechadzki po świątynnym ogrodzie zburzył cały krajobraz z piasku i kamieni.  Potem miał już tylko jedno niezłomne postanowienie: 

              Zgodnie z jego życzeniem zaprowadzono tępego mnicha do prostytutki o imieniu Głębokie Gardło i kazano mu podpatrywać zza kotary, jak głębokie są pchnięcia klientów.  Niektórzy z nich naprawdę nie znali umiaru i Głębokie Gardło z trudem tylko łapało oddech, jak porzucona na piasku morska ryba. 

             - Czy wreszcie pojąłeś? - zapytał nazajutrz tępaka Dogen. A ten włożył sobie w zęby wykałaczkę tak płytko i delikatnie, że nawet nie pociekła mu z ust krew. 

             - Robisz postępy - powiedział Dogen i zdzielił ucznia kijem w plecy, a ten zaskomlał jak pies.  Starsi mnisi wybuchnęli na to gromkim śmiechem.  (Młodszym wolno było tylko milczeć).

             Nierozgarnięty mnich począł medytować, Dogen zaś wpadł w furię i nie uspokoił się dopóki nie wymyślił kolejnego sposobu:

             Tym razem zaprowadzono mnicha do karczmy i pozostawiono przed miseczką z ciasteczkami tak słodkimi i aromatycznymi, jakby uformowała je dłoń małej czarodziejki.  Kiedy jednak mnich idiota wkładał je sobie do gęby zbyt płytko, ciasteczka wypadały mu z pałeczek i upadały na podłogę, skąd podkradał je ogromny i zuchwały szczur, tak że biedak nie mógł nawet poczuć ich subtelnego smaku. 

             - Pokaż, jak wkładasz!  - wykrzyknął następnego dnia Dogen.  Ale chłopakowi trzęsły się tylko ręce i płakał. 

             Dogen myślał już nawet o tym, czy by go jednak nie wydalić ze świątyni, jednak podczas wieczornej przechadzki spojrzał dwa razy na księżyc, a ten pozostał taki sam.  "Już wiem!" - pomyślał z radością  i poszedł spać. 

             Rankiem zaś rzekł do owego opornego mnicha:

             - I czego tym razem się nauczyłeś?

             - Nie nauczyłem się niczego - odparł niezguła.

             - Więc wykrzyknij teraz Mu! - triumfował Mistrz.

             - Muuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu! - wrzasnął niedorozwinięty, a był już OŚWIECONY!

             Czy wkładał wykałaczkę w usta jedynie w 2/3?  Osiągnął z pewnością o wiele więcej!    

       Chociaż być może nasze myśli skupiają się dzisiaj na Wigilii, moja opowieść nie będzie "Opowieścią wigilijną".  Nie sądzę, aby ktoś przewyższył w ujęciu tego tematu wielkiego Dickensa...Nie chcę też pisać o gadających wołach, osiołkach, krowach, psach i kotach.  Ani o samotności ludzi, którzy w tym dniu nie mają nikogo bliskiego.  To, o czym zaraz opowiem zdarzyło się daleko od nas, w innym miejscu i czasie, na granicy jawy i snu, ale jednak wydarzyło się naprawdę.  Moja opowieść będzie krótka i skończy się zaraz potem jak się zaczęła, bowiem to, co piękne zwykle trwa krótko.  Ale zanim zacznę ją opowiadać na chwilę tylko powrócę do pewnej rozmowy zasłyszanej przy wigilijnym stole. 

                                 Jan:  - Najbardziej niehigieniczny jest zwyczaj całowania klechów w pierścień, ale prosty ludek nie myśli o tym, że w ten sposób się zaraża i wszyscy ich cmokają.

                                 Jelizawieta: - U nas w cerkwi powietrze jest takie specjalne, że bakterie od tego giną i ludzie przestają kaszleć, a kto przyszedł chory, wychodzi zdrowy...

                                 Paweł:  - Najłatwiej się podobno zarazić przez kartę bankomatową.  Czytałem w gazecie, że czytniki to prawdziwa wylęgarnia wirusów i bakterii.  Ręce są spocone i wystarczy potem podłubać trochę w nosie, albo zjeść wieśmaka...Jednym słowem -system działa.

       Stojąc na przystanku autobusowym zastanawiałem się, kto właściwie ma rację: Jan, Paweł, czy pobożna Jelizawieta.  Siedziałem przy stole cicho jak mysz pod miotłą, żeby nierozważnym słowem nie zmącić błogiej atmosfery wigilijnego stołu, na którym postawiono dwanaście potraw, a teraz, kiedy nie potrzeba już do tego odwagi, myślę - kto wie, może to jednak Jezlizawieta powiedziała prawdę...

 

                                                        NIESFORNA OPOWIEŚĆ Z SYCZUANU                                  

           Sfora psów dopadła wędrowca i prawie rozszarpałaby go na kawałki, gdyby nie dziewczyna o imieniu Błękitna Wstążka.  Wyszła na wiejską drogę i jednym klaśnięciem w dłonie poskromiła dzikie bestie, a każdy pies podchodził do niej kolejno i kłaniał się przed nią podając lewą łapę, co znaczyło: "Błękitna Wstążko, proszę cię o łagodny wymiar kary".  Dziewczyna zaglądała każdemu w oczy, teraz pełne łez i odczytywała w nich jak głęboka jest ich skrucha.  W zależności od tego uderzała wachlarzem przestępcę w kark lub w ucho od jednego do trzech razy, a było to naprawdę bardzo bolesne.     

                             - Przestań już to robić!  - zawołał wędrowiec - Nie mogę na to patrzeć.  Wolałbym już, żeby te psy mnie pożarły -

           Błękitna Wstążka rozgniewała się na te słowa, zmarszczyła brwi i rzekła: 

                             - W takim razie spełnię twoje życzenie!

        Klasnęła w dłonie i psy rozszarpały i zjadły wędrowca.  I teraz podchodziły do niej kolejno po odbiór nagrody, a każdy dostał cielęcą kość przewiązaną tasiemką o nitce ze szczerego złota.

        Ale przechodził tamtędy Szaleniec z Czu, mędrzec o sercu łagodnym jak malutki baranek. 

                             - Dlaczego najpierw ukarałaś psy, a teraz dajesz im nagrodę? - zapytał - Przecież robią to samo.

                             - Dlaczego? - odpowiedziała zła jak osa dziewczyna - Bo teraz robią to na mój rozkaz, a nie mam litości dla tych, którzy mnie krytykują.  

                             - To smutne - westchnął szaleniec - Ale, czy wiesz, że w ten sposób nie uczysz ich niczego dobrego? Prawdziwa dobroć serca polega na spontaniczności. 

                             - Ach ty okrutny dzieciaku, czy starcze - trudno mi bowiem określić twój wiek - naprawdę wolałbyś, żeby psy samowolnie rozszarpały tego biednego wędrowca! 

                            - Czy to nie lepsze od tego, co się stało? - spytał szaleniec.

                            - W takim razie zostawię cię z nimi na chwilę bez żadnego rozkazu i zobaczymy, czy tak będzie ci lepiej - rzekła okrutnica. 

         Mówiąc to oddaliła się i przez pół godziny wpatrywała się w lustro w swej izbie podziwiając piękno swej władczej twarzy i swą cienką jak u osy talię.  Po czym wróciła na miejsce straceń...Jednak, kiedy tam powróciła starzec, czy może niemowlę, siedział wsparty głową o tułów największego psa, lewą ręką opierając się na łbie średniego, a prawym butem przygniatając do ziemi pysk najmniejszego.  Pozostałe psy położyły się zaś w jego nogach, jak gdyby wygrywał słodką melodię na niewidzialnej lutni wiatru.  

         Nie mogąc ścierpieć tego widoku dziewczyna chciała uciąć szaleńcowi głowę, ten jednak mocą swej eterycznej energii, którą gromadził od lat, wzbił się wysoko w niebiosa. 

                            - To niesłychane! - zezłościła się i zapłakała dziewczyna - Jesteście takie niedobre!   A powtarzając to wiele razy poucinała psom łby.

         Wtedy jednak Szaleniec z Czu opuścił się na ziemię z wysokości gradowej chmury i podczas gdy grad chłostał niemiłosiernie dziewczynę, której miecz wypadł z ręki, nie czyniąc jej jednak żadnej szkody, poprzyszywał psom głowy cieniutką dratwą i rzekł:

                            - Odtąd nigdy już nie słuchajcie jej rozkazów.  Nie postępujcie też nigdy jak rozwścieczona sfora.  Niech każdy z was zapyta siebie samego, czy pragnie być wilkiem.             

         Wdzięczne za dar ponownego życia psy opuściły kobietę-demona i odtąd słyszano już o nich same dobre rzeczy.  Znosiły starym kobietom chrust na opał, opiekowały się pozostawionymi przez pasterzy na łące małymi dziećmi, a nawet gotowały im kaszkę lub ryż.  Co więcej, powyciągały z kurników lisy i od tej pory nie tylko kury, ale nawet najgłupsza gęś mogły czuć się bezpieczne.  

         Rewolta ta zaniepokoiła jednak księcia Syczuanu (nie mamy pewności, czy jest to postać historyczna), ten zaś zdradziecko pojmał, wtrącił do lochu, a następnie stracił Szaleńca z Czu.   Słynne kroniki z Syczuanu wspominają o tym, że był to niezwykle znamienny precedens.  Nie ma bowiem większego niebezpieczeństwa dla porządku prawnego, niż mędrzec o łagodnym sercu.  Jest jak prawdziwy szkodnik!   Jak kornik, przez którego rozpada się szafa z pisanymi dokumentami.                   

poniedziałek, 24 grudnia 2012

             "Pewna szara mysz urodziła w jednym miocie dziesięć mysiąt, jednak jedna z owych malutkich istotek była jakoś niepodobna do innych i bił od niej jakiś przedziwnie piękny, boski blask.  A przedtem, kiedy mysz była jeszcze ciężarna pojawił się u niej pewien skrzydlaty Anioł, aby mogła poczuć, że owe narodziny będą czymś nadzwyczajnym.  I tak owa zacna i pokora mysz stała się Matką Mysią..."

             "- Przestań już, Nezumi, to straszne bluźnierstwo.  Co ty właściwie chcesz opowiedzieć?"

             " - Nic!" - pisnąłem - "Nie jesteśmy przecież buddystami zen i nawet dla paradoksu nie będziemy wyśmiewać się z podstaw naszej Mysiej wiary! Może, gdybym zjadł obiad, nie byłoby tego nieszczęścia, że mówię teraz od rzeczy"

            " - To już cię nie uratuje Nezumi - w lochu piekła koty odrywać ci będą kolejne łapki, a potem pół żywą ze strachu pożerać i tak przez całą wieczność, bowiem grzeszysz śmiertelnie!" 

            " - A może rozpadnę się na kawałki jak epikurejka i nic już po śmierci czuć nie będę, a wtedy oczywiście nie trafię do piekła - więc hulaj dusza, mogę piszczeć, co chcę!"

            " - A to nie wiesz tego? I Epikur tam trafił i przebywa w płonącej trumnie z ustanowienia samego Dantego!"

            " - Tak!  Ale już wyraziłem swą skruchę..."

            " - Wiem!  Chciałbyś opowiadać dalej...Że pewien okrutny koci król kazał pozabijać wszystkie małe myszki, ale Matka Mysia ukryła Mysiątko...Rozum ci chyba odebrało!"

            " - Ale czy tak być faktycznie nie mogło?" - zapytał w końcu Nezumi.

            " - Później się z tobą policzę, jakem Neko (jap. kot)!  A teraz powiem tylko: - Nie mogło!  Zapamiętaj to sobie raz na zawsze.  My zwierzęta nie jesteśmy okrutne, jak ludzie.  Jaki kot poszukiwałby Dzieciątka?  Rozszarpałbym cię już teraz, ale na szczęście nie wspomniałeś nic o niepokalanym poczęciu...

            " - To byłoby trudne w takim miocie.  Jednak, masz rację, nie wspomniałem o tym, bo wstydziłbym się takiej, fizjologicznej wręcz,  bezczelności. Sam dobrze wiesz Neko, że nie wiesz nawet kto był twoim ojcem. Kotki w rui parzą się bowiem z wieloma kotami, a ich nasienie miesza się..."

           " - Tego ci nie daruję, Nezumi, żeś tak powiedział o mojej matce i to w kontekście czysto religijnym.  Nie mojego Kociego Boga obraziłeś, lecz mnie!   Co masz na swoje usprawiedliwienie?  Kolację przecież jadłeś!"

           " - Ale dawno i znów jestem głodny, a moje siły umysłowe słabną. Daruj mi!"- zapiszczałem ze wszystkich sił.

           " - W takim razie zignoruję cię" - powiedział Neko - "A to cię zaboli najbardziej!"

           Zawstydziłem się i pobladłem, a Neko rzeczywiście odłożył swoje narzędzia tortur, a nawet w moje obecności obciął sobie pazury, wyściskał mnie - na szczęście nie za mocno! - i powiedział, że mnie kocha, bo jestem jego bliźnim, a wstręt odczuwa jedynie do mojego grzechu beztroskiej gadatliwości.  Uwierzyłem mu!  Staram się wierzyć w Kota!

        

 

 

          

    

            Są tak miłe i odpowiednie, że mogę tylko Pani i wszystkim, którzy tutaj zaglądają, życzyć tego samego. 

            Mam jednak pewien "problem" ze swoimi pragnieniami - wolałbym mieć ich mniej i bardziej ze sobą zgodnych.  Lubię być na przykład samotnikiem, a przecież tak bym chciał być teraz z tymi, których kocham.  Zakochany anachoreta?  To się zdarza, ale jakie to jednak niekonsekwentne!    

            W pokorze chciałbym odnajdywać więcej radości, a w radości więcej pokory.  W taoizmie i buddyzmie odnajduję bliską sobie myśl, że tylko w pustce stajemy się ludzkimi istotami, a świadomość wewnętrznej pustki otwiera nas na nieograniczone współczucie i miłość.  A jednak zjawia się i poczucie niemocy, i radość podobna euforii, płynąca jakby z wewnętrznego "znarkotyzowania" duszy, która aby istnieć musi mieć swoje "paliwo".     Kocham ciszę, a robię tyle hałasu - również tu "na blogu"!  Im więcej mówię, tym bardziej jestem przekonany o wartości milczenia i że z każdym wypowiedzianym słowem ubywa sensu.  Przyzwyczajam się do tego, że to, co piszę jest groteskowe i okrutne, i że krzyk znaczy więcej...niż cicha, wewnętrzna prawda.  Nie czuję, aby w tym, co piszę był jakiś fałsz.  Robię to szczerze.  Jednak dzieje się to w jakimś stopniu "kosztem" wyrażania przeżyć i sensów innego rodzaju, nie pochodzących już z poczucia zranienia w swej godności ludzkiej czującej istoty.  

           Istnieje zapewne obiektywy powód owego duchowego rozdarcia (że tak je tutaj nazwę z braku lepszego określenia).  Kontemplacja ukazuje nam bowiem jakąś prawdę świata i życia w całej jej bezpośredniości i ciszy, odsłaniając przed nami wartość całości istnienia - bytu, Boga, Natury, jakkolwiek ową całość i zarazem źródło istnienia zechcemy nazwać.  Z drugiej strony jest jednak tak, jak Russell mówi "przy okazji" Spinozy.  Możemy mieć poczucie, że całość istnienia jest tak harmonijna, że nawet cierpienie i śmierć nie są w niej żadnym dramatem, lecz rzeczą naturalną, cóż z tego jednak, że patrzymy na świat z podobną miłością, kiedy cierpieć i umierać musi każda jego cząstka, a ów niewyobrażalny czasem ból istnienia jest czymś tak dla każdej czującej istoty konkretnym, że w pewnych okolicznościach staje się niemal całym jej życiem, jeśli nie jego  i s t o t ą. 

          Nie wydaje mi się, że podkreślając potrzebę dystansu i płynącego z braku przywiązania duchowego spokoju, stoicyzm i buddyzm w jakikolwiek sposób rozwiązują ów niepokojący dylemat...Z Chrześcijaństwem byłoby być może inaczej, gdyby poszło za Chrystusem i nie było tak pogańskie, jak nigdy stać się nie może żaden z istniejących ateizmów.  Szczególnie ta współczesna jego "ekonomiczna" raczej, niż "ekumeniczna" wersja, którą dość dobrze wyrażają słowa:  "Oddajcie systemowi bankowemu to, co bankowe, a Bogu to, co boskie... "Mógłbym na te temat sporo jeszcze napisać, jednak  nie chciałbym wpadać w pułapkę własnych słów w owej chwili oczekiwania na Boże Narodzenie.  Marny ze mnie jednak raczej kaznodzieja...Ale jeszcze i to mi się wymknie!...Wyobraźmy sobie Chrześcijanina, który pożyczając pieniądze nie oczekuje zwrotu długu, chociaż to właśnie "stoi napisane" w Piśmie Świętym.  A gdyby nie było lichwy, absurdalnych podatków i miliardów zarabianych na tym, co "szkodzi zdrowiu", to czy mogłoby istnieć jakiekolwiek państwo w dzisiejszej postaci?      

         Słuchałem dzisiaj kilku kantat Bacha, ale w sposób całkowicie "dyletancki" - były to bowiem kantaty przeznaczone na Dzień Trójcy Świętej. Leżały jakoś na wierzchu sterty z książkami...a kiedy usłyszałem pasterskie flety i dał o sobie znać ów radosny nastrój oczekiwania na spełnienie tajemnicy i nastanie Rzeczy Wielkich, pomyślałem, że Bach mógłby witać w ten sposób Boże Narodzenie.  Jak dobrze jest czasami dla własnej wygody tkwić w niewielkim błędzie (złudzeniu).

            

 

 

            

 
1 , 2 , 3