Kategorie: Wszystkie | "Dziewczyny, bądźcie dla nas dobre na wiosnę" | ...bez końca | 0 | 100O i jeden Rabinów | A Puszkina też zapuszkują? | A moze to tylko pomieszanie zmyslow | A nie lepiej być purystą? | Aaaaaaaaaaaaaa...aalfabeta | Ach, gdzież jest litość lub wspolczucia pozór? | Ach, gdzież jest litość lub współczucia pozór? | Adam Mic - Kiewicz | Adaś i Ewka | Aforystyka | Amerykański sen | Autopsychoterapia | Bez sensu to to! | Bez szaleństwa... | Bezmyślne okrucieństwo | Bezradność | Biedna Szymborska | Biedny Kapturek! | Bliźni miłości | Bliźniego miłość... | Blondyn | Blue Bossa | Bojaźń i drżenie | Bratnie dusze | Bruner, ty świnio! | Buddyzm w życiu codziennym | Bóg mi poskapił tej anielskiej miary... | Bóg mi poskąpił tej anielskiej miary... | Bójstwo samo | Caritas | Chiziofrenia | Choroba na śmierć | Chwila ułudy | Chwila wytchnienia | Chłodne upojenie | Cierpienia i radości | Cierpienie i radość | Cleen feed | Cnota niedoli | Co slina na język przyniosła | Co tam panie w polityce? | Co w niebie piszczy | Co ślina na język przyniosła? | Corrida | Coś dla duszy... | Coś tak wulgarnego | Cudotwórstwo | Czarna Perła Tao | Czarny tulipan skrzyżowany z czarna różą | Czarny tulipan skrzyżowany z czarną różą | Czary Mary | Czego nie przysięgał Hipokrates? | Człowiek nie jest rzeczą | Człowiek to brzmi dumnie, ale nie u mnie | Często chowa | Częstochowskie rymy | Deficyt aniołów | Delightful! | Demokratyczne wybory w Oczodołach | Diabłoterapia | Dla wszystkich i dla nikogo | Dnieje | Do samego siebie | Dodatek | Dowcipas dnia | Duma narodowa | Dusze drzew | Dyskretna mgiełka autoironii | Dzielność | Dziki kapitalizm | Dzisiejsza młodzież | Dzisiejsza młodzież nosi ładną odzież | Egzystencjalizm jest chumanizmem | Ekonomia zbawienia | Elegancja Francja | Elegijnie | English gentelman | English gentleman | Epicurus | Ewa tylko ziewa | Falochron | Female | Filozofia bez uczoności | Forever Loving Jah | Gadu, gadu | Gadu, gadu, trochę więcej jadu | Gal Anonim | Gaz dla pedałów | Gaz dla pedałów, młot dla sierpów | Gdy rozum śpi... | Gendarme | Genek, gienialny gieniusz | Geno Typ | Gorący uczynek | Grabarz | Grabarz nonsensu | Gry i zabawy literackie | Głupota przysłowiem narodów | Głębie i tajnie Podświadomego | HIstoria nauczycielką bicia | Herbatka zen | Homo economicus | Homo sapiens czy Homo politicus | Humor absurdalny | Humor nieco absurdalny | Humor, satyra, panie... | I rekiny w oceani mają zębów cały rząd | I rekiny w oceanie mają zębów cały rząd | Indie Wschodnie i Zachodnie | Industrial | Istnieje również wrodzony brak poczucia humoru | Ja tam bynajmniej nie wiem | Jak długo będę jeszcze żył? | Jak uprawiać agresywne dziennikarstwo? Poradnik dla początkujących | Jakże cżęsto powtarza się ta historia | Jakże trudno czasami coś sklecić! | Jan i Małgorzata | Jan z Czarnolasu | Jesienna muzyka | Jeszcze smutniej! | Jeździec Apokalipsy | Językologia | Kaczuszki mandarynki | Karawana idzie dalej | Katedra Adamowego Żebra | Kawa z Kafką | Każdemu według naszych chęci | Każdemu według potrzeb | Każdemu, o czym tylko zamarzy | Kiciuś Miciuś! | Kicuś Micuś! | Kiedy człowiek staje się bestią | Kiedy owce nie milczą | Kij w mrowisku | Kniaź Wiktor | Kochani ludożercy | Kolacja Pani Sowy | Kometa tylko głownia nie ta | Konkwista | Koryfeusz nauki, milośnik sztuki | Koty i inne zwierzęta | Koty, głupoty, palikoty | Kości rzucone są | Kość słoniowa | Kto pierwszy był człowiekiem, kto będzie nim ostatni | Kto pisze teraz historię? | Kuchnia szamańska | Kwiatki Św. Franciszka | Kwiatostan śmierci | Kwitnienie kultury | Kwitnąca wiśnia | La colombina i ciche ukojenie | Lekarzu - lecz się sam! | Lenin wiecznie żywy | Leśmianiada | Lichwiarstwo polskie | Liryki i prztyki | Logika dziejów | Londyńska mgła niepamięci | Londyńskie przygody | Los ofiary | Los puka do moich drzwi | Lotosowy wpis | Ludzie ludziom... | Lunatyzm | Lęk społeczny | Made in Japan | Maligna | Marność nad marnościami | Marność nad marnościami. Rekoleksje Wielkopiątkowe | Marzenia senne | Marzeniologia stosowana | Maszkary i senne dziwadła | Maszkary i senne widziadła odbite w lustrze | Mała czarna z Kafką | Medycyna naturalna | Meine Liebe Augustin! | Melancholia | Melancholia stosowana | Memorabilia | Meszreiw | Meteo | Mgiełka autoironii | Mglisty dzień. Mgła | Mikołak | Mistrz i Małgorzatka | Mistycyzm lunarny | Mistyka i miłość | Mitologia osobista | Mitologia świata | Miłość | Miłość bliźniego | Miłość nie zawsze szczęśliwa | Miś Uszatek | Moc rytuałów | Monada nie ma okien | Mowa potoczna | Mowa ptaków | Mowa serca | Moze ktoś zrozumie, co teraz czuję | Może ktoś się ucieszy? | Może ktoś zrozumie, co teraz czuję | Może to trochę zbyt uszczypliwe | Musicology | Muza lekkich obyczjów | Muzyka przywraca ład serca | Myszoterapia dr Nezumi | Myśli prostego człowieka | Mądrość Natury | Mądrość jak z gazety | Mądrość narodów | Młot na faryzeuszy i hipokrytów | Męstwo bycia | Mówił sen do snu | NIe ma na świecie dwóch takich samych liści, ni kropel deszczu | Na jawie (lecz to, co niejawne pozstaje) | Na stos rzuciliśmy szcześcia los | Na stos rzuciliśmy szczęścia los | Na szczytach hipokryzji | Na zdrowie! | Nad piekną rzeką | Najokrutniejsze zwierzę | Najsłodsza tajemnica | Narastająca senność | Nic dzisiaj ciekawego nie napisałem | Nicość | Nie am dwóch takich samych liści, ni kropel wody | Nie bój się - najwyżej cię rozstrzelają! | Nie czas żałować burz, gdy płoną oczy | Nie czas żąłować burz, gdy płoną oczy | Nie każde szczere złoto jest szczerozłote | Nie ma na świecie dwóch takich samych liści ani kropel wody | Nie ma na świecie dwóćh atkich samych liści lub kropel deszczu | Nie ma takiego smutnego, co by na wesołe nie wyszło | Nie ma zazdrości bez miłości | Nie oddamy nawet guzika | Nie tylko dzielenie włosa na czworo | Nie wiem, ja w ogóle nie myślę | Nie zabijaj! | Nie zabijajcie drzew! | Nie zawsze urocza dzecinada | Niebiańskie szczyty głupoty | Niech pani będzie dzielna! | Niech zapłaczą na moim pogrzebie | Nieco drapieżny wpis | Niekoniecznie ptasi móżdżek | Nienawiść bliźniego | Nieosobiście | Nieprzesłane przesłanie | Niestworzone rzeczy | Nieszkodliwe głupotki | Niewczesna melancholia melomana | Niewczesne rozważania | Niewielka profanacja | Niewielkie przekłamanie | Niskolotnie | No No! Teatr No | No comments! | No no! | Nowa poezja lingwistyczna | Nędzne kabareciarstwo | O Leonardo, po cóż się tak trudzisz? | O dzieleniu włosa na czworo, czyli metodzie scholastycznej | O dzieleniu włosa na czworo, czyli o metodzie scholastycznej | Obciachy | Obscenia i parafrenalia | Obsesja dobrego biustu | Ojej! | Oko w oko z zębem mądrości | Okropieństwa | Okruchy odgrzebane z lawy | Okruchy życia wygrzebane zlawy | Okruchy życia wygrzebane z lawy | Okrutna losu ironia | Orientuj się na orient | Owczarek | Owczarki afgańskie | Owocożerni | PL jak piekło | PO PiS | POeci wszystkich krajów dzielcie się | Pan Tadeusz | Panie pośle, po chrześcijańsku panu wybaczam | Pańska satyra polityczna jest niegramatyczna | Pendant do pewnego przypisu | Perlikowski | Pewna elastyczność zasad | Pewne jak w banku | Piorunujący piorun! | Po owocach poznacie ich! | Po upadku | Pobożne życzenia | Podpatrywanie Natury | Podroby i inne podróbki | Pokolenie Kainowe | Pokorne ciele | Pokorne cielę | Pokusa | Polak potrafi | Polak potrafi! | Politolog i Politowska | Politycznie niepoprawne! | Polonica | Polonika rycerskie | Polucje i ablucje | Pomarańcze i mandarynki | Pomarznąć dobra rzecz | Pomarznąć dobra rzecz! | Pomoc psychologiczna | Poranna kawka z Kafką | Porąbane marzenia | Potężne i głębokie warstwy pierwotnego mitu | Powieść brukowa | Powszechna życzliwość | Powtórka z cynizmu | Poznaj samego siebie | Prawda | Prawda jest jedna i piękna, ale złożona | Prawda popłaca | Prawdziwa metropolia | Prawi i sprawiedliwi | Prawiezmartwychpowstanie | Prawiezmarwtychpowstanie | Prognoza pogody | Pruski smutek | Przecież cię zjem! | Przedagonalny polski agon | Przegląd sportowy | Przeinaczenia | Przez pychę do pokory | Przeżyjesz to, a pote już tylko grób | Przeżyjesz to, a potem już tylko grób! | Przminęło z wiatrem | Prztyczek | Psiapowiednia Majów | Psubrat | Pustka | Pytanie dość retoryczne | Raczej to nie będzie hit | Radosne gonitwy śnieżnych tygrysów | Radość wędrowania | Rejterada Rejtana | Religie nauczą cie pokory | Res Sacra Pecunia | Romans z pop kulturą | Roots, Rock, Reggae | Rozkosze reinkarnacji | Rozmowa nie na telefon | Rozpacz | Rozpacz na wieki wieków | Rozpacz, która podpełza pod gardło | Ruch i świeże powietrze... | Rybołówstwo cudzołożnika | Rycerz pokalany | Samokrytyka | Samotność egzystencjalna | Sekrety pewnego domu handlowego | Seraphic Flames and Heavenly Love | Siedź na dupie i potakuj! | Somatyka | Somatyka logiczna | Spełniona przepowiednia | Spleśniały ser | Sponsorem tej opowieści jest wydawnictwo Błękitny Wieloryb | Sport to zdrowie | Spowiedź morskiego wilka | Stary Sącz i Nowy Sącz | Stary mafioso | Stołeczne stołki | Stratyfikacja społeczna | Suma sumarum | Sumienie rachunku | Sweet Music and Poetry | Sygnały podprogowe | Szalchetne zdrowie | Szczęśliwa pomyłka | Szekspir do żadnej nie należy epoki | Szkarady | Szlachetna gravitas | Szlachetne zdrowie | Słodycze grafomanii | Słówka | Słówko do słówka, a uzbiera się sówka | Tadeusz Bój Jeleński | Taia chińska podróbka | Takie będą rzeczpospolite jakie tego blogu chowanie | Takie tam, pierdoły | Talking Heads | Tania chińska podróbka | Tatiana | Teorie świata nauki | Terapeutyczie | Terapeutycznie | Thames | The Doors. Uchylone drzwi | The Lion cub | The fruit of beauty and despair | To na pewno nie Lec | To nie żadna filozofia | Tragiczne pożegnania | Transformacja duchowa | Trudna sztuka dialogu | Trudno czasmi coś sklecić | Trzylogia | Trója z polskiego | Twarda rzeczywistość | Ty mi tutaj nie filozuj | Tygrysologia stosowana | Tysiac i jeden ptaków | Tysiąc i jeden kotów | Tysiąc i jeden ptaków | Tysiąc różowych kroliczków | Tęsknica | Tęsknota duchowa | Ubekistan | Ucone księgi | Uczeni ludożercy | Uderzenia losu | Uduchowienie | Umrzeć z miłości | Upadek Pierwszego Człowieka | Uroczy wegetarianin | Uszczelnienie systemu podatkowego | Utrata uzębienia | W czym mogę panu pomóc? | Wciąz powtarza się ta sama historia | Wciąż powtarza się ta sama historia | Wdzieczna muzyka przywraca ład serca | Wesola grafomania z morałem | Wiecej broi dla szaleńców w Teksasie | Wieczne powroty | Wiedza radosna | Wielka wygrana | Wielomówstwo, czyli plaga opowiadania | Wierzba płacząca | Wiosny i jesienie | Witch | Więcej broni dla szaleńców w Teksasie | Wojna totalna | Wpis o kształcie piramidy | Wprowadzenie do kruczków prawnych | Wrzucam wszystko do kosza | Wrzątek | Wspomneinei pewnego wspomnienia | Wspomnienie pewnego wspomnienia | Wspomnienie pewnego wspomnienia | Współczesny filister | Wszystkie rybki | Wszystko na A | Wszystko na sprzedarz | Wszystko na sprzedaż | Wygrana | Węzłowato | Wólka Węglowa | Xin Lu, typowa brunetka o granatowych oczach | Z Nietzschego nic nie powstaje | Z księgi wulgaryzmów | Z rupieciarni myśli | Zaczarowany świat zen | Zanim mnie wrzucą do dołu | Zapowiedź Apokalipsy | Zaraz wracam! | Zasada domniemanej winy | Zaskroniec | Zastał Polskę drewnianą... | Zatrzaśnięte drzwi | Zbaw mie Buddo Amido | Zbaw mnie, Buddo Amido | Zdrowy egoizm | Zegar dziejów | Zestrzelenie księżyca | Zginął z rąk słabej kobiety | Zima się nas nie ima | Zjawiskowe | Znak jaskółki | Zrozumieć wartość tego, co nieużyteczne | Zuch zawsze ochoczy! | Zwierzęta pod postacią ludzi | Zwyciestwo konsumpcjonizmu | Ząb mądrości | ie zabijajcie drzew! | ieosobiście | kosmos | Łagodne prawo, ale prawo | Łagodność tygrysa | Śmiechotki, chichotki | Śmiertelna powaga | Śmierć | Światełko w mroku | Świętość, wziętość, nadętość | Życie jest tragiczne | Życie samo | Życzliwe spojrzenia na całość ogródka | Żyć, nie umierać
RSS
czwartek, 31 stycznia 2013

                                                             Pewien kmiotek ze Szczecina,

                                                             Usiadł kiedyś do pianina,

                                                             Żeby grać na cztery ręce

                                                             Cóż, przysiadł fałdę panience!

 

                                                             Gdy chcesz grać na cztery ręce,

                                                             Zobacz, czy ktoś już nie siedzi,

                                                             Przy wspaniałym instrumencie,

                                                             Bo sześć rąk, to trochę więcej...

 

                                                             No cóż!  Nie moja broszka,

                                                             Do jakiego modlisz się bożka!

                                                                                                                     

 

        Dziękuję za komentarz do mojego tekstu "Zielona Herbata Mistrza Lin Yu".  Od razu po jego przeczytaniu "wszedłem" na Pański tekst o zielonej herbacie, w którym w tak interesujący sposób pisze Pan o tym, dlaczego warto ją pić...Z przyjemnością będę tu częściej zaglądał.  Kawy ostatnio nie piję, bo podobno mi szkodzi (chociaż mam na to wielką ochotę) i "stymuluję się" raczej w inny sposób (żeń-szeń, yerba mate - jeśli sytuacja finansowa mi na to pozwala)...

        Lubię zieloną herbatę i chętnie czytam to, co o niej napisano - podobnie jak to, co napisano na temat rytuału jej parzenia.   Wciąż jeszcze jestem pod wrażeniem książki  Przemysława Trzeciaka "Powieki Dharmy. Sztuka herbaty dawnych Chin i Japonii".  To wspaniała lektura, która może też być przedmiotem przyjemnej konwersacji.  (Godny podziwu jest też sposób jej wydania).  

       Dla tych Czytelników, którzy lubią śledzić wpływy międzykulturowe, interesujący będzie na pewno rozdział "Herbata i Chrześcijaństwo", bowiem "rozkwit ścieżki herbaty w końcu XVI i na początku XVII wieku przebiegał równolegle z rozkwitem misji chrześcijańskich".

       Przyjemnie mi na duchu myśląc o owej książce, bowiem moja obecna - i JAKŻE NIESTETY AKTUALNA!  - lektura "Szepty. Życie w stalinowskiej Rosji" Figesa, przygnębia mnie trochę.  Czytam teraz rozdział "W poszukiwaniu rodzinnego szczęścia" - tytuł, przyznajmy, dość ironiczny!    

         Na moim blogu pojawiają się róże postacie - ludzie, zwierzęta, istoty demoniczne, a nawet żywi zmarli.  W większości są to postaci całkowicie fikcyjne, chociaż zdarza się, że piszę o osobach realnych.   Nawet wtedy jednak bardziej chodzi mi o zjawiska, niż o realne osoby, bowiem niedługo wszyscy umrzemy i ci, którzy przeżyli swe życie dobrze, nie krzywdząc nikogo i ludzie cyniczni.   Może niektórzy umrą wcześniej, niż im się wydaje, bowiem przez grzech śmiertelny utracą życie wieczne (i nie pomoże im już nawet stojący za nimi tajemniczy Vox Dei).   Znam pewnego staruszka, który lekturę gazet rozpoczyna od czytania nekrologów, bowiem udaje mu się przeżyć swoich wrogów, a to nie lada powód do satysfakcji.  Ja zaś, na szczęście, przez całe swoje krótkie życie nie wadziłem nikomu i nie mam wrogów, a satysfakcję czerpię z czegoś zupełnie innego.  Kiedy więc opisuję na przykład postać tyrana, który mianował swego konia Senatorem, nie muszę myśleć o tym, komu jeszcze owe kopyta dokopią.  Wszystko bowiem, jak mawiają stoicy i było już i wiecznie powraca.  

      

            Sięgnąłem właśnie po najnowszą książkę Melanie Clair - "Semiotyka terroru".   To zbiór esejów poświęconych patologii władzy.  Autorka z ogromną swobodą opisuje owe przejawy, od zwykłej arogancji, przez działania typu mafijnego (firmowane przez tajemnicze organizacje lub ludzi pozostających w tle), po otwarte i niczym nieosłonięte naruszanie demokratycznych reguł.   Szczególnie interesujący jest esej poświęcony patologii władzy w środowiskach naukowych. Autorka stawia tezę, że środowiska te, teoretycznie broniące wolności, są w istocie strukturami hierarchicznymi, szczególnie narażonymi na wszelkiego rodzaju uzurpacje.  W środowiskach owych nie działa bowiem skutecznie mechanizm korygowania błędnych lub nawet krzywdzących decyzji, a raz wybranego koryfeusza nauki trudno odwołać ze stanowiska nawet, jeśli metodą jego działania jest zastraszanie. Interesująca lektura dla każdego kandydata na menedżera.   

 

 

środa, 30 stycznia 2013

            Czytam książkę Christopha Wolffa "Johann Sebastian Bach.  Muzyk i uczony".  Jest niezwykle interesująca i w porównaniu z książką Alberta Schweitzera, która była dla mnie, ze względu na osobę autora, zawsze czymś w rodzaju Biblii, wnosi zupełnie inny punkt widzenia na życie i twórczość Bacha, a także mnóstwo nowych informacji.  Przy okazji autor zauważa, że życie Bacha nie obfitowało w zdarzenia, w okół których można byłoby snuć jakąś narrację, bowiem, poza ową genialną twórczością i zmaganiami z przyziemną rzeczywistością, nic się w nim właściwie nie działo.  Zapewne książka ta dostarczy mi jeszcze wiele przyjemności, bowiem ukazuje Bacha jako człowieka, dla którego odkrywanie muzycznej prawdy było czymś najważniejszym.  W tym sensie Bach był nie tylko innowatorem, ale także uczonym.  Dla mnie będzie on także zawsze jednym z najbardziej ludzkich kompozytorów, chociaż głęboki humanizm jego muzyki nie doczekał się jeszcze należytego studium.  

           Od dawna już czekam na podobną książkę poświęconą Carlowi Philipowi Emanuelowi Bachowi, którego twórczością - choć tak inną od twórczości jego ojca - jestem także zafascynowany.  Nie zawsze pamiętamy, że kiedy w drugiej połowie XVIII wieku mówiono o kimś po prostu Bach, to jego głównie miano na myśli (nazywano go też, jak wiadomo, berlińskim Bachem).  Zbyt mało jeszcze obecnie doceniany C. P. E. Bach nie należy właściwie do żadnej epoki - przekroczył bowiem ograniczenia muzyki baroku i śmiało wkroczył w klasycyzm, a jego fantazja fis-Moll jest niemniej godna podziwu od fantazji samego Mozarta, który powiedział kiedyś o owym Bachu - "wszyscy jesteśmy jego dziećmi".  Opinia, jaką wydał o twórczości C.P. E. Bacha Schweitzer wydaje się być tak krzywdząca, że nie chciałbym jej tu powtarzać.   Błąd polega chyba na tym, że podświadomie pragnęlibyśmy widzieć w nim kogoś równie genialnego jak J. S. Bach, podczas gdy to kompozytor znacznie więcej niż tylko wybitny.  Jego wielkość nie podlega moim zdaniem żadnej dyskusji.  Warto dla przykładu posłuchać jego koncertu klawesynowego d-moll i słynnego koncertu J. S. Bacha w tej samej tonacji (BWV 1052) w doskonałym nagraniu Gustava Leonhardta.  

           Wspomniałem o klawesynie.  Nie wszyscy lubią to barokowe monstrum.  Ja na przykład, chociaż klawesyn bardzo lubię, wolę klawikord - ulubiony instrument C. P. E. Bacha.  Problem polega jednak na tym, że niesłychanie trudno jest  wciąż zarejestrować jego brzmienie na płycie CD, tak aby zachować w nagraniu wszystkie konieczne proporcje i odcienie, a zarazem oddać dynamikę owego instrumentu.  Przy nagraniach sonat  C. P. Bacha w wykonaniu Miklosa Spanyi (klawikord) czasami po prostu zasypiam (O wiele żywiej grał je na klawikordzie np. Hogwood).  Może to jednak także melancholia wieczorów, jakie artysta ten, grając owe sonaty, spędzał w Finlandii, tak na mnie działa.  Co innego w koncertach C. P. E. Bacha - tu Spanyi  gra w sposób żywy i dość interesujący i to nie tylko na klawesynie, a brzmienie orkiestr jest również satysfakcjonujące, jednak mam nieodparte wrażenie, że pod ciężarem nawet bardzo niewielkiej orkiestry klawikord zupełnie by utonął...                 

           Te dziwne i z pozoru nieco snobistyczne przyjemności, które tutaj opisuję - podobno muzyki klasycznej słucha 1% populacji, a muzyki, o której teraz piszę może tylko jeden na dziesięciu owych melomanów, potrafią być naprawdę bardzo "przyjemnymi" przyjemnościami, częściowo ucha, a po części intelektu i uczuć.  Klawikord to także ulubiony instrument widm i upiorów z moich fantastycznych (co nie znaczy fantastycznych! w tak zwanym sensie oceniającym) opowieści.  To także ulubiony instrument mojego bohatera - Aurelia, dla którego mowa uczuć, to coś niezwykle ważnego.  Ale tej informacji raczej nie znajdziecie w wikipedii.  

          Wcale nie uważam za sensowe namawianie kogoś do słuchania akurat klawesynów i klawikordów, albo lutni i harf.  (Lubię je, chociaż jednocześnie nie przepadam za gitarą klasyczną).  Mogłoby to być bowiem dla kogoś zajęcie naprawdę śmiertelnie nudne.  Warto jednak na pewno mieć jakieś muzyczne upodobania, czy nawet dziwactwa tego rodzaju, byle autentyczne i to nawet, gdy wśród naszych przyjaciół trudno byłoby znaleźć podobne.  I chociaż uwielbiam dobre wibracje Boba Marleya lub Burning Speara, albo Brazylijczyków z zespołu Pointo de Equilibrio, to jednocześnie nie potrafiłbym żyć bez muzyki prawdziwie "akustycznej", a także bez muzyki z istoty swej cichej...Tak więc miło jest słuchać dobrej muzyki - choć dla każdego inna jest dobra.          

 

 

                      

wtorek, 29 stycznia 2013

         W dziesięć lat po roku 68 studenci pewnej znanej z fermentu intelektualnego uczelni zbuntowali się przeciwko ówczesnemu doktorowi,a obecnie profesorowi, który podczas zajęć "Marksizm a inne kierunki filozofii współczesnej", pominął niemal całą filozofię współczesną, zajmując się postaciami raczej drugorzędnymi.  Nie było więc w programie Nietzschego, był za to Bolzano, itd.  Dzisiaj, po latach, uważam, że owi studenci mieli jednak rację.  Niewiele się ów profesor od tamtego czasu nauczył, poza tym, że teraz wolno mu wszystko.  Nie tak dawno jeszcze ogłosił regulamin swojego seminarium, na którym nikt bez jego zgody nie ma prawa zabrać głosu i on i tylko on decyduje o tym , kto i co mówi. 

        Moja mama ma od kilku dni niebezpieczne skoki ciśnienia.  Właśnie wróciłem od Niej, a jutro muszę wstać wcześnie rano. Zbyt późno już więc raczej, żeby pisać, a tu okazało się, że w zeszłym tygodniu mój blog odwiedzano 11 664 razy.  Co ja teraz zrobię, pomyślałem prze chwilę, żeby nie zawieść Czytelnika.  Czy nie dokładnie to samo, co robiłem już wcześniej dla siebie samego, a później dla dwóch, trzech osób?  Będę pisał dalej - ciesząc się z tego, że ktoś tu jednak zagląda.   Nawet moja kotka Mitsuko zagląda teraz z drugiej strony ekranu.  Jej źrenice są tak ogromne, że prawie przysłaniają żółty kolor jej oczu, a ponieważ w pokoju jest zimno, jej sierść jest trochę nastroszona.  

        Kiedy Mitsuko była mała, myślałem, że będę miał z nią problemy większe niż z innymi kotami - miała fioletowe futerko i kłopotliwy zwyczaj drapania mnie w okolicach oczu. Trwało to długo: od trzeciego tygodnia jej życia, do dziewiątego miesiąca, kiedy nagle zupełnie ustało. Czułem się potem tak, jakbym był jednym z kotów walczących o samice i terytorium lub kochankiem podrapanym przez ukochaną. 

        Nigdy nie walczyłem o terytorium - widać nie mam dostatecznie samczej natury, ale jeden z moich kotów i to największy, jakiego w życiu widziałem, przychodził z nocnych walk bardzo podrapany, a śpiący tak, że można byłoby po nim deptać, jak po dywanie.  Owszem, w Londynie zdarzyła mi się romantyczna przygoda (o której kiedyś już wspominałem) - w sytuacji wyglądającej na intymną zostałem udrapany w oko przez Dziewczynę-kota i to właśnie japońska pani doktor, uśmiechając się do sprawczyni owego nieszczęścia i do mnie, powiedziała, że to bardzo romantyczne.  Na szczęście oko nie wypłynęło, chociaż paznokieć uszkodził rogówkę.  To naprawdę straszny ból i oko o mało nie wyskoczyło mi z orbit, a moja Dziewczyna-kot przez kilka tygodni dzielnie wstawała w nocy, żeby zapuszczać krople i robić opatrunki.  Do dzisiaj jestem Jej za to wdzięczny, a na pamiątkę owej lekarki ze szpitala w dzielnicy Hampstead, nazwałem swoją kotkę - Mitsuko. 

       Więc, jak już powiedziałem, przez pewien czas po przyniesieniu do domu lękałem się Mitsuko. Nigdy jeszcze nie spotkałem tak agresywnego i polującego na człowieka kota.  Czego się przy tej okazji nie naczytałem o zachowaniach kotów.  Aż w końcu trafiłem na książkę "Jak żyć z neurotycznym kotem".  I dopiero wtedy zrozumiałem, jak  m a ł o  neurotyczny jest mój kot, co mogę potwierdzić i dzisiaj.  To naprawdę słodkie stworzenie, które potrafi teraz cieszyć się ze wszystkiego, z najdrobniejszej rzeczy pod słońcem i nigdy nie widziałem istoty tak łatwo wpadającej w dobry nastrój.  Niewiele naprawdę trzeba, żeby kładła się na plecach  z uniesionymi ku górze łapkami lub pracowicie wylizywała swe futerko. 

        Po konsultacji z lekarzem nabrałem przekonania, że przyczyną tamtych ataków Mitsuko była moja ciężka depresja.  Po powrocie z pracy leżałem często prawie nieruchomo do samego wieczora, wpatrując się w jakiś punkt na ścianie.  To smutna cena mojej decyzji, żeby pozostać w Polsce bez najbliższej mi wtedy Osoby, lecz za to z moim ulubionym zajęciem. 

        Przez jakiś czas po tym, mieszkałem jeszcze z moją poprzednią kotką, osobą bardzo wrażliwą (przepraszam, że nazywam kota Osobą, ale dla mnie to całkiem naturalne).  Kiedyś podczas słuchania nocnej ragi Darbari, przeziębiłem się tak bardzo, że dostałem zapalenia płuc i któregoś wieczoru moja kotka (która nazywała się Kitusia) zetknęła się ze mną noskiem i na widok mojego cierpienia z jej oczu popłynęły łzy.  Nigdy nie zapomnę widoku jej współczującej twarzy!  To jedna z najpiękniejszych rzeczy, jakie w życiu widziałem. Mitsuko, mimo swojego pogodnego usposobienia, nigdy nie potrafiłaby się zachować równie empatyczne.  Dlatego jestem przekonany, że zwierzęta, podobnie, jak ludzie, mają swoje charaktery i że bywają bardzo ludzkie.

        Jednym z gatunków literackich, jakie "uprawiam", jest rodzaj bajki, w której zwierzęta występują pod postacią ludzi (nie zaś, jak w koncepcji oświeceniowej, ludzie pod postacią zwierząt).  Jakże to jednak krzywdzące dla zwierząt, które przecież nie bywają nikczemne, ani głupie, lecz po prostu są takie, jakie są.    

 

 

              

poniedziałek, 28 stycznia 2013

                                                            Jest bardzo krótka i nosi tytuł

                                                                           PAJĄK

                                             "Pająk, chcąc złowić muchę w zdradnej sieci chwyty,                     

                                              Został sam przez szerszenia okrutnie zabity".

                                              (Leonardo da Vinci, "Bajki", przełożył Leopold Staff)      

 

             Zastanawiałem się jak skomentować tę bajkę, jednak zdaje mi się, iż w ogóle czynić tego nie trzeba.  Dlatego zamiast własnego komentarza dołączam komentarz jednego z przyjaciół.

             Pająk i szerszeń nie są przyjaciółmi.  Mucha mogła paść ofiarą pająka, tymczasem to pająk został zabity.  Oczywiście tylko w bajce i to opowiedzianej kilkaset lat temu.  Na szczęście żyjemy w o wiele bardziej cywilizowanych czasach, a w naszym otoczeniu nie ma szerszeni (jest tylko ów pająk).  Jednak ten, kto upaja się własną mocą i drwi z elementarnych norm moralnych może, jak pająk z innej bajki, zaplątać się we własne sieci i zamiast muchy złapać na przykład osę, a wtedy wynik raczej niepewny, bowiem osa źle się trawi w trzewiach pająka i czasem odbija się, jak wyrzut sumienia.  Pająki nie mają sumienia, ale na szczęście muszą trawić to, co pożarły, a to nie zawsze jest przyjemne.

             Zapytałem mojej Córeczki, jaką bajkę sama by ułożyła, ale to jeszcze dziecko, więc napisała mi na serwetce (akurat jadła ciasteczko):                    

                                             "Pająk chcąc złowić muchę przypadkiem zjadł pszczołę,

                                              A ta go ukąsiła w jego...gołe!" 

             - Dlaczego to wykropkowałaś? - zapytałem.

             - Tatusiu.  Przecież on nie ma jaj!  

             Zajrzałem do "Atlasu Zwierząt Jadowitych" i faktycznie, chociaż anatomicznie prezentuje się imponująco - jaj nie ma, a że robi sobie jaja z demokratycznych instytucji, to już inna sprawa.  Ale, pomyślałem, po co myśleć jak trzyletnie dziecko.  W końcu mam trochę więcej lat!                                 

                                           

                                

sobota, 26 stycznia 2013

         Wulkanizacja najsławniejszych wulkanów, naprawa opon mózgowych, overlock, okrętka, obciąganie...oczek, repasacja pończoch, puszczanie...oczek, zaklinanie deszczu, złocenie ram do obrazów, renowacja gipsowych laurów Cezarów, full service oraz inne usługi oraz posługi oferuje jedyna w Polsce całkowicie niesprostytuowana Hurtownia Owadów i Żyrandoli, Chrząszcz Sp. z. o. o  (Oooooooooo!)  Adres: ul. Orangutanów 69,  0-7 SZCZEBRZESZYN -ZĄBKI- MORDY - NEW YORK - LONDON - PARIS.   Hasło kodujące:  - My name is Bond. James Bond!

piątek, 25 stycznia 2013

                                                       Gdy siedzisz jak mysz pod miotłą,

                                                       To znaczy siedzisz cicho,

                                                       Nie znaczy to, że cię nie wymiotą,

                                                       Gdy tego zechce Licho!

                                                      

                                                       I chociaż nie jestem choleryk,

                                                       Mógłbym napisać limeryk!

                                                       Lecz Bóg mi poskąpił talentu,

                                                       Nie skoczę do odmętu.

 

                                                      I w niebo nie pofrunę,

                                                      Na błękitną lagunę...

                                                      Ja jestem człek nieucony,

                                                      Spokojny i niespocony.

 

                                                      Nie szukam w niebie dziury,

                                                      Niech nadal płyną tam chmury.

                                                      Kochają mnie bogowie.

                                                      Dlaczego? Sam sobie odpowiedz...  

                                                    

                                                     

           Siedzę sobie w niewielkiej kafejce w Lizbonie i słucham fado, bo przecież póki żyjemy, mamy jakiś los.   Czasami naszej małej tragedii towarzyszy, jak w sztukach Szekspira, chichot gawiedzi, wiedźm i demonów, przekupek, gospodyń domowych i innych bezinteresownych stróżów moralności.  Jakże przyjemnie jest, kiedy tak leżymy w kałuży krwi, wdeptani w błoto, usłyszeć też inteligentny i subtelny, a nawet aluzyjny śmiech kulturalnych ludzi - bo przecież wiadomo, gangster strzela, a Pan Bóg kule nosi!  Lecz nawet w kałuży błota i łez nie przestajemy marzyć o miłości. 

          Ciepło jest w tej kafejce.  Ale niewielu tu Portugalczyków - sami Polacy, no i oczywiście...Polki.  Nie ma tu pań z półświatka, ani młodzieńców z cyganerii artystycznej (jak ich jeszcze niecałe sto lat temu nazywano).  Z głośników leci Mariza, Christina Branco, Ana Moura, Misia, Amalia Rodriguez i wszystko to, co tak dobrze znamy.  Ale ponieważ krew i wino mieszają się ze sobą, pytam kelnerki:

         - A nie macie tu jakiegoś flamenco?

         - Nie, proszę pana. To jest kawiarnia portugalska.  Jeśli pan chce flamenco, to proszę jechać do Barcelony.

         - Ale przecież tu jest pełno byków - oponowałem - a obicia foteli są czerwone, a ja czuję się taki samotny...Marzy mi się corrida. 

         - Niech się pan nie martwi, mam coś dla pana. Marek Grechuta. kojarzy pan? To taki PRL-owski Frank Sinatra. Na pewno pan się wzruszy! - zażartowała dziewczyna, oczywiście brunetka.

         

         "...Przeczulenie, co będzie jutro, co pokaże srebrne lusterko" - nucę sobie wesoło wychodząc z kawiarni, choć mam łzy w oczach.

         - Zaraz, zaraz!  NIE ZAPŁACIŁEŚ RACHUNKU! - woła za mną kelner.

         - Ach, prawda!  Nie zapłaciłem?  Nie ma pan jakiegoś opatrunku?

         Ale w końcu znalazło się nawet i dziesięć groszy na napiwek.  

         - Proszę uprzejmie! - powiedział kelner - I zapraszam ponownie.  Jakby pan chciał jakaś dziewczynę, to proszę przedzwonić.  

         "Pani patrzy melancholijnie" - odpowiedziałem - "Skąd ma pani tę melancholię?", ale kelner z kawiarni "Sartre" znikł już za drzwiami. 

 

 

 

 

 

                                                        Koty, mopsy i pluszaki,

                                                        Wszelakie miękkie zwierzaki,

                                                        Gdy czeka nas twardy sen,

                                                        Zastąpią i zazen i zen.

 

                                                        Ogrzeje nas ciepłe futerko,

                                                        Zwierzaczka, przykryte derką,

                                                        A jego oddech cieplutki,

                                                        Odwróci złej karmy skutki.  

 

                                                        Jednak w najlepszej wierze,

                                                        Pamiętaj, Osobą jest zwierzę

                                                        I nawet, gdy cierpisz frasunek,

                                                        Okazuj mu szacunek!

 

                                                       

             A to znaczy: Let's use a condom.  (Są tam jeszcze jakieś kreseczki, których nie umiem odtworzyć na mojej klawiaturze).  Propozycja ta przypomniała mi dwie rzeczy.   Moją fascynację kulturą japońską, wywodzącą się jeszcze z czasów londyńskich oraz spostrzeżenie Marii Ossowskiej, że czyjeś poglądy były "prezerwatywą przeciwko "Encyklopedii"  (nie pamiętam już czyje - najlepiej zgadnij sam, Kotku).  "Uprzejmość japońska jest legendarna.  Może się zdarzyć, że poruszając się w tłumie anonimowych przechodniów, ktoś kogoś potrąci i nie przeprosi. Ale w momencie, gdy dwie osoby rozpoczynają rozmowę, wszystkie reguły dobrych manier, z całą swoją złożonością, zaczynają funkcjonować..."

             Możesz oczywiście odpowiedzieć: Hi-nin-gu na-shi de wa shi-ma-sen, jednak wtedy trochę ryzykujesz (znaczy to bowiem I won't do it without protection).  Nie sądzę, abyś mogła, Droga Myszko, zainfekować się w ten sposób jakimś nieprawomyślnym światopoglądem, raczej będzie ci się tak wydawać dopóki nie pójdziesz do lekarza, co byłoby wskazane ze względu na częstotliwość naszych eterycznych kontaktów.                

            Moja fascynacja kulturą japońską jest zarazem także fascynacją chopinizmem.  Podczas ostatniego konkursu Chopinowskiego, chociaż ostatecznie nie wziąłem pierwszej nagrody,  byłem pod wrażeniem wdzięku cudownych adeptek trudnej sztuki fortepianu i melomanek z Kraju Kwitnącej Wiśni i Muzyki Chopina.  Kupiłem sobie nawet przy tej okazji piękne CD (oczywiście japońskie!) i poszperałem wśród książeczek na temat XIX wiecznych recepcji twórczości Chopina (autorstwa znanego tandemu autorów), które porwały mnie ta dalece, że wypuszczono mnie dopiero bocznymi drzwiami.  Słowem, liznąłem trochę kultury, później jednak musiałem wracać do pracy...Ujrzałem ten sam wąski korytarz, przeznaczony bardziej dla inteligentnych i trochę agresywnych szczurów niż dla delikatnych i wrażliwych myszy...

czwartek, 24 stycznia 2013

              To prawda.  Spodnie zabrali, bo były komuś potrzebne.

                      Pułkownik Narośl potoczył wzrokiem po zgromadzonych:

                      - Czy ktoś ośmiela się mieć inne zdanie? -  zapytał, bawiąc się swym srebrny pistolecikiem.

                      Podniosłem rękę:

                      - Ponieważ nie należę do pańskiej formacji, ani z nią nie sympatyzuję, chciałbym zapytać, kiedy zostanę rozstrzelany?

                      - Nieźle się ubawiłem! - powiedział pułkownik - On myśli, że go tak od razu rozstrzelamy.  Przeciwnie bratku!

                      Chciałem coś jeszcze powiedzieć, ale wyklaskano mnie.  A tu Janek Łasuch nagle się odzywa i pyta:

                      - Generale!  Ten pistolecik, to po co?  Zabawka, czy jak?  Srebrny jest i taki malutki, że nawet dama z niego nie wystrzeli.

                      Ot i taki kutasik!  

                      Pułkownik podniósł się na chwilę z krzesła za biurkiem i strzelił Jankowi prosto w lewe oko, tak że mózg wylał mu się przez oczodół.

                      - Czy mogę jeszcze o coś zapytać? - spytałem.

                      - Nieźle się ubawiłem - rzekł pułkownik - A o co znowu pyta?  Przecież wszystko wiadomo, no nie?

                      - Czy można się spodziewać, że dobrowolnie zrzeknie się pan władzy?  Jest pan przecież tylko watażką i to, jak widzieliśmy przed chwilą, zdolnym do zbrodni.   

                      - Nieźle się ubawiłem! - powtórzył pułkownik - Że jak?  Że czego się wyrzeknę?

                      - Nieźle się ubawiliśmy! - krzyczało parę najętych osób w tłumie.  A Marta Podwładna próbowała zdjąć z oczu Janka potłuczone i obryzgane krwią okulary, żeby je rozdeptać.  Jej krzywą gębę rozpłomieniał złośliwy uśmieszek!

                      Podniosłem rękę do góry i chciałem jeszcze o coś zapytać.

                      - Nieźle się ubawiłem! - powiedział pułkownik i poszczuł mnie psami.  Te jednak nie tknęły mnie - wolały napocząć Janka Łasucha.

                      - Czy ktoś ośmiela się mieć inne zdanie?  -  ponowił swe pytanie pułkownik - Widzę, że mamy quorum, zatem decyzja została demokratycznie przegłosowana.   Marta wzięła do ręki liczydła i policzyła jeszcze raz wszystkie głosy.  A tych dwóch też liczyć - zapytała - tego, co kojfnął i wariata?   

                      - Ależ, oczywiście - uśmiechnął się pułkownik - Każdy ma prawo mieć własne zdanie.  Na tym polega demokracja.   A czasami głosujemy, ale głosowanie jest niewiążące.  Tak to już jest!              

 

          Lubię nie tylko podróże w przestrzeni, ale także w czasie.   Jedną z takich podróży odbyłem wczorajszej nocy w towarzystwie gołębia posłanego z Sevilli do małego księstewka Katafalku.  Księstwo to, niegdyś tak kwitnące, zniszczyła straszliwa zaraza i wówczas jego stolicę przeniesiono z Melos do tego ponurego miasteczka, w którym poza wypaloną podczas jednego z najazdów katedrą nie ma już dosłownie nic.   

          Dziwa to była podróż.  Odbyłem ją w towarzystwie owego gołębia i trzech innych ptaków, co było względnie łatwe, bowiem po mojej skrytobójczej śmierci, przestałem już być księciem i przemieniłem się, a ściślej mówiąc, uczyniła to moja dusza, w morskiego ptaka.  Adresatką listu była Pani de Navarra, która jednak nim ów list doszedł, spoczęła w ciemnym grobie.  I chociaż mknęliśmy po niebie szybciej niż roznosi się ludzki głos, nie zdążyliśmy zastać jej wśród żywych, bowiem dosięgła ją ręka tego samego tyrana, która i mnie kilka dni wcześniej pozbawiła życia.  Smuty gołąbek usiadł na rozwalonym wejściu do katedry i opłakiwał śmierć skowronków, z którymi lecieliśmy, a które jakiś wieśniak ubił, kiedy polatywały nad polem.  Ja zaś, ponieważ po śmierci stałem się czaplą, odleciałem nad jezioro i oglądając w nim odbicia chmur myślałem o mojej zmarłej Pani, aż zmorzył mnie sen.

         Treści owego snu nie wyjawię, dopokąd żyją poplecznicy owego tyrana, który nie zawahał się posunąć do podwójnego morderstwa, a z pewnością planuje i dalsze.  Pewien nasłany przez niego złodziej snu próbował mi go ukraść, kiedy go śniłem, nie wiedział jednak, że dokładnie ten sam sen przyśniła moja Pani, jej dama do towarzystwa i dwunastu moich ptasich przyjaciół - ja zaś opatrzyłem swój sen pieczęcią, której otwarcie zabije po pewnym czasie każdego, kto nieopatrznie usiłował zniewolić mą duszę, pozbawiając ją prawa do owego marzenia.  Marzenie, to najintymniejsza rzecz na świecie, dlatego już Chaldejczycy i Egipcjanie znali tajemne zaklęcia wymierzone przeciwko podobnym świętokradcom, Hindusi zaś i Etiopczycy po dziś dzień znają mantry, które zabiją każdego, kto wniknie nieopatrznie lub z poduszczenia złych duchów w złotą materię snu.  

        A przy śnie tym stoi u wezgłowia jeszcze jeden sen, a w tamtym drugim śni się inny, i jeszcze inny.  A kiedy Pani de Navarra obudzi się w jednym z południowych rajów, polecę tam i już na zawsze będziemy razem.  Tyrana czeka zapewne złowrogi koniec, jednak szczerze mówiąc, gdyby nie podniósł ręki na żyjącą istotę, jego blada od czekania na zemstę pokraczność interesowałaby mnie tyle, co pacierz Derwisza.  Otoczony miernotami ucztuje teraz na swoim dworze, rozrywając na strzępy ciała niewinnych ofiar, przy wesołej muzyce, wirujących błazeńskich czapkach i śpiewie spoconych karłów, i wyuzdanych hurys.  A każdy z owych kęsów będzie mu policzony, gdy znajdzie się w piekielnych otchłaniach, gdzie czarty o żelaznych zębach każą mu wycierpieć to wszystko, co był uczynił!  

        Mnie jednak, ponieważ pamiętliwy nigdy nie byłem, nie cieszy jego przyszła zguba.  Może nawet petycje jakąś wyślę z prośbą, aby od owych udręk odstąpili.  Czyż bowiem człowiek ogarnięty nienawiścią nie jest ofiarą własnej złości?  A jego lokaje i fagasy, czy zasługują choćby na pogardliwy uśmiech?  Wiadomo, że taki prostak o niskiej pozycji wszystko zrobi dla swego wywyższenia i tyranię będzie zwał Republiką.  I nawet koń Kaliguli, to zaiste szlachetna przy tym krętaczu istota i prawdziwy senator!         

       "Ty już nie żyjesz!" - cieszył się tyran odbierając skrytobójczy sztylet z ręki swego wasala i rzucając ku uciesze ubawionej gawiedzi moje serce psom na pożarcie.  

       "Biedny, pozbawiony duszy żebraku - Ty nie żyłeś nigdy i jedynie kocia muzyka i chichot wiedźm odprowadzą cię ku twej mogile, a po Twojej śmierci każdy będzie wiedział kim byłeś ty i twoja konkubina, i cała ta czereda!  I nikt o tobie nie będzie pamiętał.  A twoje ujadające głośno psy łasić się będą do nóg zwycięzcy"  - chciałem już powiedzieć, ale zamilkłem.  Z litości!        

       Wiatr powiewał nad stawem, a w jego toni ujrzałem twarze tysiąca zabitych rycerzy w ciężkich zbrojach i psy, które potopiły się szarpiąc ich rany.  I zwycięski sztandar łopoczący na wietrze.  Bo oto właśnie po burzy wrócił do kraju Prospero, książę Mediolanu, człek który widział dziwy! 

   

    

środa, 23 stycznia 2013

         ...Aby skomunikować się z drugim człowiekiem.  Dlatego niewiele dzisiaj napiszę.  Trudno o sytuację życiową bardziej tragiczną - sytuację braku wszystkiego, co jest potrzebne do materialnego i duchowego życia, od jedzenia i picia...do akceptacji i miłości. I całkowitej bezradności wobec spraw bliskich, którym nie potrafię pomóc.  Z zazdrością patrzę czasami na ludzi, którzy mogą kupować książki, rozmawiać z przyjaciółmi o swoich wyjazdach i planach, cieszyć się zdrowiem i mieć poczucie, że ich działalność życiowa spotyka się z zasłużonym uznaniem.  Do niedawna było to i moim udziałem lub przynajmniej wydawało mi się, że tak jest... może z wyjątkiem podróży...

          Zawsze wolałem wyobrażać sobie i marzyć o odległych krainach, niż odwiedzać je.  Bowiem w wyobraźni wszystko jest możliwe i owa potencjalność daje czasami więcej niż spełnienie.  Stwarza to sytuację dość komfortową.  Mogę być na przykład w wielkim indyjskim mieście nie odczuwając przykrego braku wody, nadmiaru ludzi, pojazdów jadących bez ładu we wszystkich kierunkach, przekornych małp i wałęsających się wszędzie krów, mogę nie czuć na sobie ukąszeń dokuczliwych insektów, nadmiaru hałasu i bogactwa, i nadmiaru nędzy.  Tylko z opowieści o Indiach znam wszystkie te ziemskie trudy i wątpliwe rozkosze związane z podróżowaniem.  Niemal bez większego wysiłku pochylam się nad źródłem, z którego tryska starożytna mądrość Indii i czytam:

                                           "Dobrze szlachetnych ludzi widzieć i szczęście razem z nimi mieszkać, 

                                            Kto głupców nie ogląda nigdy, szczęśliwe życie ten prowadzi.

                                            Jak słoń, co w boju z cierpliwością znosi lecące strzały z łuków,

                                            Tak znosić będę strzały oszczerstw. Nędzne jest zawsze mrowie ludzkie.  

                                            Unikaj złego przyjaciela, od ludzi niskich stroń z daleka,

                                            Żyj z przyjacielem, jeśli dobry, a za najlepszym idź człowiekiem"

                                   

wtorek, 22 stycznia 2013

         Ponieważ inkasent pytał mnie ostatnio o stan licznika (myślałem, że to się da jakoś ukryć, bowiem wydatkuję sporo pozytywej energii i grozi mi niedopłata z tego tytułu), przyznam jednak, że w ubiegłym tygodniu mój blog zarejestrował jedynie 7386 wejść.  Cieszę się z tego ogromnie, chociaż pod koniec miesiąca przyjdzie mi pewnie zapłacić kolejny rachunek za energię.  Na wszelki wypadek planuję dalsze wyłączenia moich elektrycznych urządzeń.  Wolę już posiedzieć trochę z moimi najbliższymi przy świecach, niż obciążać swój wątły domowy budżet.  Jak dawniej bowiem piszę jedynie dla kilku osób (obecnych także w trudnych dla mnie chwilach), które na szczęście nie mają zbyt wiele czasu, żeby czytać zbyt długie utwory.  Dlatego staram się być zwięzły.  Przy okazji bardzo dziękuję za ostatni miły komentarz!  I bardzo serdecznie witam wszystkich, którzy tu zaglądają bardziej ze względu na tematykę utworów, niż skromną osobę autora.   Przyjemnie jest bowiem opowiadać bajki, relacjonować swe lektury i przemyślenia i snuć egzystencjalną (czasami) refleksję i wiedzieć, że to się spotyka z tak miłym oddźwiękiem.  W pustce tego świata obecność życzliwości wydaje się czymś bardzo pożądanym i cennym, podobnie jak zwykła wdzięczność za to, że jednak istniejemy.  Jak mówią czasami buddyści nie ma pradżni (mądrości, świadomości pustki), bez karuny (pełnego miłości współczucia).  Wybieram na zakończenie tę akurat stylistykę ze względu na moją sympatię dla obecnego Dalajlamy. 

           Pojechałem na chwilę "do miasta", ale nigdzie nie udało mi się dotrzeć i chciałem początkowo zaszyć się w jakimś stosie śniegu, ale było mi trochę zbyt zimno, a nie stać mnie ostatnio na herbatę (tym bardziej na kawę).  Na szczęście miałem ze sobą mity greckie Gravesa, ale nie te duże, w których autor relacjonuje, opierając się na starożytnych tekstach różne wersje i odrośle mitu, lecz malutką i wdzięczną książeczkę "Mity starożytnej Grecji", napisaną gdzieś w ciepłych krajach (bodajże na Majorce) z przeznaczeniem dla dorosłych dzieci lub po prostu dzieci...i nie przetwarzającą mitów w kolejną piękną baśń.

           W ostatnich latach mniej zależy mi na gromadzeniu wiedzy, a bardziej na pozbywaniu się wiedzy niepotrzebnej (aby móc przyjmować wiedzę, która zdaje mi się najbardziej niezbędna dla życia).  Dlatego dzieło Gravesa, które i tak w końcu nie było dziełem naukowym, mniej mnie obecnie pociąga, niż niegdyś.  A tutaj w niewielu słowach i nie bez poczucia humoru autor relacjonuje to, co należy do najbardziej popularnego przekazu mitu, i co można spotkać w stosach różnych książeczek i książek poświęconych temu tematowi.   Oczywiście spora jest przyjemność śledzenia różnych domniemanych  warstw kształtowania się głównych i potocznych wersji mitu (który tworzył się często na podstawie sprzecznych ze sobą i dość interesownych relacji) jednak pragnę teraz, jak wtedy gdy byłem dzieckiem - przekazu najprostszego i oto znajduję prawdzie "rodzynki" - takie o których wie się, lecz na ogół nie pamięta.       

          Za co na przykład spotkała straszliwa kara biednego Syzyfa?   Uwierzysz, Drogi Czytelniku, zwłaszcza ty obznajomiony przynajmniej z "Mitem Syzyfa" Alberta Camusa.   Za plotkarstwo!   Jakże zazdrośni bywają o swe tajemnice bogowie!  

         Przy okazji opisu podziemnej krainy Hadesa dowiadujemy się, że niektórzy Grecy nie jedli grochu, aby nie zjeść przez przypadek swojego przodka, bowiem niektóre dusze mogły ukrywać się w ziarnie grochu.   Nie znam angielskiego tekstu książeczki, dlatego nie jestem pewien, czy autorowi nie chodziło przypadkiem raczej o bób, który pitagorejczycy uznawali za świętą roślinę i nie jedli, żeby "nie zjeść przypadkiem któregoś ze zmarłych przyjaciół".  Przyznaję, że jestem w tej kwestii ignorantem i z góry przepraszam tłumacza, który tak ładnie oddaje lekkość stylu książeczki Gravesa!

        Pitagorejczycy podobno tak zazdrośnie strzegli swych tajemnic, że torturowana przez tyrana dziewczyna wolała sobie odgryźć język niż wyjawić tajemnicę, dlaczego bób jest święta rośliną, co niesłychanie intelektualnie podniecało oprawcę (Czytamy o tym w neoplatońskich "Żywotach pitagorejskich"). Splunęła mu tym językiem w twarz!  Tak czasami ludzie szlachetni muszą bronić się przed naporem pospolitości.  Osobiście nie uważam tego za dobrą metodę, jednak pogarda dla oprawcy jest czasami całkiem zrozumiała, chociaż nie jest to może uczucie zbyt piękne.  

       A oto jeden z licznych przykładów poczucia humoru autora (czy też może samych Greków):  "Meduza była piękną kobietą, którą Atena przyłapała na całowaniu się z Posejdonem w swej świątyni. Tak ją to zirytowało, że zmieniła Meduzę w megierę - skrzydlatego potwora o porażającym spojrzeniu, potężnych zębach i fryzurze z węży.  Ktokolwiek na nią spojrzał, obracał się w kamień".   

       Kiedyś w szkole podstawowej pokłóciłem się o coś z moim kolegą jąkałą, a ten nabrał tylko powietrza i śliny w usta i wyjąkał:

       "Mmmmmmmmmmmmmmmmmeduza" 

       Nie dręczyłem go jednak z tego powodu pytaniem, czy miał może, jak przypuszczam, a co warto byłoby uściślić, na myśli meduzę.  Nigdy nie wykorzystywałem słabości innych dzieci do tego, aby się z nich natrząsać.  Byłoby to bowiem raczej nieszlachetne, jednak myślę, że wtedy wcale o tym nie wiedziałem i było mi go po prostu szkoda.

       Odpowiedzią był mocny cios w brzuch.  Zemdliło mnie po nim trochę.  A kolega wybuchnął gromkim śmiechem. 

       I jeszcze jedna uwaga, że tak powiem, metodologiczna:  Jeśli chcesz się całować z Bóstwem (w tym wypadku z Posejdonem), pamiętaj, nigdy nie czyń tego w obecności jego małżonki, niby wcale nie zazdrosna, a proszę!  

 

     

poniedziałek, 21 stycznia 2013

                                    Solniczka:  - Mam nadzieję, że nie przesoliłam z tym cukrem?

                                    Sól Morska: - Ja nawet lubię cukier i mam go trochę w sobie, ale to trzeba wyczuć!

                                    Morze:  - Ja słyszę tylko swój poszum!  Uwielbiam go, bo tak uspokajająco na mnie działa - fala za falą...

                                    Solniczka: - Ale to jest tylko twój subiektywy punkt widzenia!

                                    Morze: - Nie spierajmy się, gdyby nie ja, nie miałabyś czym solić!

                                    Solniczka: - Jak to nie!  Tym bardziej bym ci dosoliła!  Ta twoja sól morska z trudem przechodzi przez moje dziurki. Cały czas się zapycha!  

                                    Sól Morska:  - To znaczy po prostu kochana, że jesteś niepotrzebna!

                                    Morze: - Uspokójcie się - dziewczyny.  Arystoteles w swej księdze powiada, "gdzie dwie kobiety, tam zaraz kłótnia".  I dlatego jego zdaniem nie powinny rządzić.  Usłyszałem to kiedyś od ogromnej muszli.  Chociaż, czymże jest owa muszla przy moim Bezkresie!   I czym są owe przesądy Filozofa w porównaniu z pięknem samej prawdy?

                                    Solniczka:  - Ciągle tylko szumisz, to nudne!

                                    Sól Morska: - A ty ciągle tylko coś cedzisz przez zęby!  Ty restauracyjna piękności!    

                                    Morze: - Posłuchajcie lepiej kwilenia morskich ptaków i popatrzcie: Słońce już zachodzi!  Czyż świat nie jest piękny? Szkoda czasu na wasze kłótnie!

                                    Sól Morska: - A ty jesteś oschła, jak elaborat z semiotyki!

                                    Solniczka: - Uważaj, bo zaczynam już zgrzytać zębami!

                                    Morze:  - A po zmierzchu świat staje się jeszcze piękniejszy!

                Proponuję niewielką redakcyjną zmianę w tytule: "...jak Polak z Polakiem!"              

                                     Redakcja "Echa dnia": - Jak pani zareagowała na śmierć Narcyza?

                                     Nimfa Echo:  - Przez krótką chwilę poczułam ulgę, lecz później zdałam sobie sprawę z tego, że moje pragnienie miłości nie usprawiedliwia podobnego okrucieństwa, a także zdziwi się pani, że cały świat utracił wiele ze swego piękna.  

                                     Redakcja: -  Uważa pani, że tradycja psychoanalityczna zohydziła Narcyza?  

                                     Echo: - Płaczę po nim do dzisiaj.   Nie uważam, że go zohydziła, ale że w micie, który osobiście dane mi było przeżyć, nie o to chodzi, a jakie mamy prawo odbierać Grekom ich mitologię?  W końcu nie przypadkowo go kochałam, a jego freudowskiej wersji już raczej nie. Sądzę, że wielkość Freuda na czymś innym zgoła polega. 

                                     Redakcja: - A kompleks Edypa, to też pani zdaniem nieporozumienie?

                                     Echo:  - To po prostu inna bajka.  Wystarczy poczytać Sofoklesa.  "Medea" Pasoliniego to też tylko jego "Medea" i niewiele ma wspólnego z Eurypidesem, poza samą namiętnością.  Narcyz nie był wyjątkiem.  Hipolit na przykład, też miał na pieńku z Afrodytą i nawet jej posągowi nie oddawał czci.  

                                     Redakcja: - Współcześnie Narcyz to brzmi jednak jednoznacznie...          

                                     Echo: - Nie powinno się tak mówić o człowieku, który popełnił samobójstwo.  Poza tym, czy zna pani kogoś, kto nie szuka swego odbicia, na przykład w tak zwanym lustrze społecznym?  Każdy się w nim jakoś przegląda!  Uważam, że cała ta historia potoczyłaby się inaczej, gdybym nie powtarzała jak echo jego słów.  Ale to przecież było, jak pani wie, nie tyle rezultatem działania mojej psyche, co zewnętrznej ingerencji.  Po prostu pozbawiono mnie takiej możliwości i jego też.  Gdyby mógł mnie ujrzeć zakochałby się we mnie.  Jestem tego pewna!  Zresztą zabił się dla mnie.

                                    Redakcja: - No nie. To już pani przesadza!

                                    Echo:  - A może jednak ja wiem lepiej!  Byłam wtedy przy nim, widziałam, jak się męczy i czułam, że tak naprawdę chciał ujrzeć mnie.

                                    Redakcja: - To dlaczego pani czegoś nie zrobiła!  Może ma pani jednak wyrzuty sumienia? 

                                    Echo: - Zbyt potężne były siły, którym musiałabym się przeciwstawić.

                                    Redakcja: - Pani ulubiony kwiat?

                                    Echo: - Oczywiście, Narcyz!

                           

                                    W trzy dni po udzieleniu tego wywiadu nimfa Echo zmarła.  W świecie intelektualnej mody zapadła pewna konsternacja - na krótko jednak!  Inne newsy wyparły informację o śmierci znanej modelki.  I chociaż raz zmienionego wizerunku smutnego młodzieńca nie da się już przywrócić do pierwotnej postaci, wiemy przynajmniej, co byłoby, gdyby w ów mit nie ingerowali potężni bogowie.  Uwielbiałem Nimfę Echo!  I uważam, że wcale się nie zmieniła przez te wieki.  Chociaż, osobiście nie radzę żadnej dziewczynie powtarzać mechanicznie tego, co wykrzykuje jej chłopak...   

 

 

 

   

                                                     Suseł: - Przebudziłem się!  Sowo, to ty? Muuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu...

                                                     Sowa: - Oj, chyba nie będzie to trwało zbyt długo!   Nie zaliczam ci tego ćwiczenia z zen.    

                                                     Suseł: - O, kurde!  To mam jeszcze czekać na oświecenie. Przecież ja zasnę!

                                                     Sowa: - Trudno!  Ale nie martw się, ja na przykład śpię w dzień, a poluję w nocy!

                                                     Suseł: - Aaaa.....

                                                     Sowa: - Nie ziewaj tak, bo ci gwiazdka wpadnie do ucha.

                                                     Suseł - Śpi.

                                                     Sowa - POŻERA susła, używając przy tym widelca i noża.  Kroi bardzo starannie!  

                                                     Suseł, budząc się: - Gdzie ja jestem?   

                                                     Sowa wycierając serwetką usta: - Nie bój się Suśle, jesteś w swojej norce.  Bezpieczny i cały!

                                                     Suseł: - A mogę jeszcze trochę pospać?

                                                     Sowa: - Oczywiście!  Chociaż z trudem cię trawię.  Wolę jednak przetwory z żab i konfitury ze słowików.

                                                     Suseł: - Taka jesteś mąd...(Znowu zasnął)

                                                     Sowa: - Czuje się, jakbym była na czczo.  Może trzeba coś jeszcze przekąsić?

 

 

         Ostatnie wyssanie przez wampira wspominam nawet dość dobrze.  Panienka, hrabina Lubczyc - Zielska dość sporo się przy tym napracowała na mojej kozetce.  Niestety połamała sobie na mnie zęby.  Po trzystu latach życia skóra twardnieje, a szyja staje się łykowata...Złamała sobie trzy kły, a ząb jadowy zaczął się ruszać.  Poradziła sobie jednak w końcu i z triumfem oblizywała mą błękitną krew, która mieszała się z jej czerwoną, tworząc zupełnie nową barwę w konstelacji barw. Spąsowiała jednak i przez cały wieczór siedziała w fotelu, popijając kawę z cyjankiem potasu.  To podobno pomaga jej na wszystkie dolegliwości.

        - Nie wiedziałem, że jest pani taka namiętna - powiedziałem uprzejmie, ocierając chusteczką strużkę błękitnej krwi na mojej szyi. Ja, stary wampir, mam już spore doświadczenie i radzę pani w takiej sytuacji wstawić sobie diamentową plombę.  To musi być coś twardego, bo mam skórę jak nosorożec.  Ale jak na pierwszy raz to całkiem nieźle.  Pod czyim kierunkiem pani się tego nauczyła, jeśli wolo wiedzieć?         

        - W Akademii?  Ach, u profesora Liszaja!  Profesor Liszaj lubi uczyć w zaskakujący sposób.  Pokazuję mu swoje płótno, na którym nie ma dosłownie nic, a profesor mówi: Trzeba tu jeszcze trochę zadrażnić!

        - Ale cynizmu pani tam nie uczyli? - powiedziałem niby dla żartu.  Byłem na nią trochę zły, bo ostatnio cierpię na pewien niedobór krwinek.

        - Jeszcze nie...może pan będzie tym pierwszym!

        - Ja?  Byłem przekonany, że cynicznie mnie pani wyssała i chciałem się od pani czegoś nauczyć.  Zrobiła to pani tylko po to, żeby zobaczyć, czy mam błękitną krew.  A kiedy okazało się, że tak, chce mnie pani porzucić, pani Jagodo. Mnie starego żołnierza - nie wiem, dlaczego nazwałem hrabinę Jagodą.

        - Przyznaję, że profesor Liszaj wtopił we mnie żyłkę naukowej dociekliwości, a nawet - powiem szczerze - zaraził mnie nią, podobnie jak odnajdywaniem własnych korzeni w herbarzu.  Ale piję pańską krew z przekonania.  Jest naprawdę najwyższej jakości!  

        - Niestety moje zasoby są ograniczone.  Co pani zrobi, kiedy mnie zabraknie?  

        - Jeśli jest pan rzeczywiście wampirem, to będzie pan żył wiecznie.  Ile jeszcze rozkoszy mnie czeka!

        - Dlatego właśnie, pani Jolu, proponuje pani nabyć platynową plombę.  A teraz już, przykro mi, ale kładę się spać!

        - A czy mogłabym razem z panem? - powiedziała hrabina i położyła swą dłoń na moim błękitnym szlafroku w okolicach lewego kolana.

        - Pani Zielska! - zirytowałem się - wampiryzm emocjonalny jeszcze jakoś toleruję, ale jeśli pragnie pani czegoś więcej, to niech pani wraca do swoich nauczycieli.  Mam nadzieję, że to już dostatecznie panią obraziło i że da mi pani wreszcie pospać.

        - Panie Goethe, miałam o panu zacznie lepsze wyobrażenie!  - zdenerwowała się hrabina - Ależ z pana jednak cham! Czy tego się pan uczył w swoim Weimarze? 

        - A wie pani, że to ja, Goethe, napisałem pierwszą w historii powieść, w której pojawia się wampir?  Beze mnie nie byłoby pani, ani całego tego kierunku w literaturze, na którym, przyzna pani, sporo można zarobić.  A teraz proszę już wracać do swojego chłopaka.  

        - I nie opowiem już panu historii mojego życia? 

        - Raczej już nie!   Dziewczyno, ja się wcale nie gniewam, ale widzi pani, ja już tak wiele nie mogę.  Chciałem ostatnio nawet podpisać cyrograf z diabłem, ale nie potrafiłem utrzymać w ręku gęsiego pióra.  Małgorzatko, powiedziałem, przykro mi, ale to ponad moje obecne siły. Może gdybym był starszy?  (My wampiry, podobnie jak wino, nabieramy z wiekiem mocy).   

        Próbowała mi jeszcze trochę dokuczać, pytając czy może celuję w literackiego Nobla, ale odrzekłem skromnie, że już przeszedłem do historii!  

 

 

 

niedziela, 20 stycznia 2013

                 Informację nadał  Nezumi13

 
1 , 2 , 3 , 4