Kategorie: Wszystkie | "Dziewczyny, bądźcie dla nas dobre na wiosnę" | ...bez końca | 0 | 100O i jeden Rabinów | A Puszkina też zapuszkują? | A moze to tylko pomieszanie zmyslow | A nie lepiej być purystą? | Aaaaaaaaaaaaaa...aalfabeta | Ach, gdzież jest litość lub wspolczucia pozór? | Ach, gdzież jest litość lub współczucia pozór? | Adam Mic - Kiewicz | Adaś i Ewka | Aforystyka | Amerykański sen | Autopsychoterapia | Bez sensu to to! | Bez szaleństwa... | Bezmyślne okrucieństwo | Bezradność | Biedna Szymborska | Biedny Kapturek! | Bliźni miłości | Bliźniego miłość... | Blondyn | Blue Bossa | Bojaźń i drżenie | Bratnie dusze | Bruner, ty świnio! | Buddyzm w życiu codziennym | Bóg mi poskapił tej anielskiej miary... | Bóg mi poskąpił tej anielskiej miary... | Bójstwo samo | Caritas | Chiziofrenia | Choroba na śmierć | Chwila ułudy | Chwila wytchnienia | Chłodne upojenie | Cierpienia i radości | Cierpienie i radość | Cleen feed | Cnota niedoli | Co slina na język przyniosła | Co tam panie w polityce? | Co w niebie piszczy | Co ślina na język przyniosła? | Corrida | Coś dla duszy... | Coś tak wulgarnego | Cudotwórstwo | Czarna Perła Tao | Czarny tulipan skrzyżowany z czarna różą | Czarny tulipan skrzyżowany z czarną różą | Czary Mary | Czego nie przysięgał Hipokrates? | Człowiek nie jest rzeczą | Człowiek to brzmi dumnie, ale nie u mnie | Często chowa | Częstochowskie rymy | Deficyt aniołów | Delightful! | Demokratyczne wybory w Oczodołach | Diabłoterapia | Dla wszystkich i dla nikogo | Dnieje | Do samego siebie | Dodatek | Dowcipas dnia | Duma narodowa | Dusze drzew | Dyskretna mgiełka autoironii | Dzielność | Dziki kapitalizm | Dzisiejsza młodzież | Dzisiejsza młodzież nosi ładną odzież | Egzystencjalizm jest chumanizmem | Ekonomia zbawienia | Elegancja Francja | Elegijnie | English gentelman | English gentleman | Epicurus | Ewa tylko ziewa | Falochron | Female | Filozofia bez uczoności | Forever Loving Jah | Gadu, gadu | Gadu, gadu, trochę więcej jadu | Gal Anonim | Gaz dla pedałów | Gaz dla pedałów, młot dla sierpów | Gdy rozum śpi... | Gendarme | Genek, gienialny gieniusz | Geno Typ | Gorący uczynek | Grabarz | Grabarz nonsensu | Gry i zabawy literackie | Głupota przysłowiem narodów | Głębie i tajnie Podświadomego | HIstoria nauczycielką bicia | Herbatka zen | Homo economicus | Homo sapiens czy Homo politicus | Humor absurdalny | Humor nieco absurdalny | Humor, satyra, panie... | I rekiny w oceani mają zębów cały rząd | I rekiny w oceanie mają zębów cały rząd | Indie Wschodnie i Zachodnie | Industrial | Istnieje również wrodzony brak poczucia humoru | Ja tam bynajmniej nie wiem | Jak długo będę jeszcze żył? | Jak uprawiać agresywne dziennikarstwo? Poradnik dla początkujących | Jakże cżęsto powtarza się ta historia | Jakże trudno czasami coś sklecić! | Jan i Małgorzata | Jan z Czarnolasu | Jesienna muzyka | Jeszcze smutniej! | Jeździec Apokalipsy | Językologia | Kaczuszki mandarynki | Karawana idzie dalej | Katedra Adamowego Żebra | Kawa z Kafką | Każdemu według naszych chęci | Każdemu według potrzeb | Każdemu, o czym tylko zamarzy | Kiciuś Miciuś! | Kicuś Micuś! | Kiedy człowiek staje się bestią | Kiedy owce nie milczą | Kij w mrowisku | Kniaź Wiktor | Kochani ludożercy | Kolacja Pani Sowy | Kometa tylko głownia nie ta | Konkwista | Koryfeusz nauki, milośnik sztuki | Koty i inne zwierzęta | Koty, głupoty, palikoty | Kości rzucone są | Kość słoniowa | Kto pierwszy był człowiekiem, kto będzie nim ostatni | Kto pisze teraz historię? | Kuchnia szamańska | Kwiatki Św. Franciszka | Kwiatostan śmierci | Kwitnienie kultury | Kwitnąca wiśnia | La colombina i ciche ukojenie | Lekarzu - lecz się sam! | Lenin wiecznie żywy | Leśmianiada | Lichwiarstwo polskie | Liryki i prztyki | Logika dziejów | Londyńska mgła niepamięci | Londyńskie przygody | Los ofiary | Los puka do moich drzwi | Lotosowy wpis | Ludzie ludziom... | Lunatyzm | Lęk społeczny | Made in Japan | Maligna | Marność nad marnościami | Marność nad marnościami. Rekoleksje Wielkopiątkowe | Marzenia senne | Marzeniologia stosowana | Maszkary i senne dziwadła | Maszkary i senne widziadła odbite w lustrze | Mała czarna z Kafką | Medycyna naturalna | Meine Liebe Augustin! | Melancholia | Melancholia stosowana | Memorabilia | Meszreiw | Meteo | Mgiełka autoironii | Mglisty dzień. Mgła | Mikołak | Mistrz i Małgorzatka | Mistycyzm lunarny | Mistyka i miłość | Mitologia osobista | Mitologia świata | Miłość | Miłość bliźniego | Miłość nie zawsze szczęśliwa | Miś Uszatek | Moc rytuałów | Monada nie ma okien | Mowa potoczna | Mowa ptaków | Mowa serca | Moze ktoś zrozumie, co teraz czuję | Może ktoś się ucieszy? | Może ktoś zrozumie, co teraz czuję | Może to trochę zbyt uszczypliwe | Musicology | Muza lekkich obyczjów | Muzyka przywraca ład serca | Myszoterapia dr Nezumi | Myśli prostego człowieka | Mądrość Natury | Mądrość jak z gazety | Mądrość narodów | Młot na faryzeuszy i hipokrytów | Męstwo bycia | Mówił sen do snu | NIe ma na świecie dwóch takich samych liści, ni kropel deszczu | Na jawie (lecz to, co niejawne pozstaje) | Na stos rzuciliśmy szcześcia los | Na stos rzuciliśmy szczęścia los | Na szczytach hipokryzji | Na zdrowie! | Nad piekną rzeką | Najokrutniejsze zwierzę | Najsłodsza tajemnica | Narastająca senność | Nic dzisiaj ciekawego nie napisałem | Nicość | Nie am dwóch takich samych liści, ni kropel wody | Nie bój się - najwyżej cię rozstrzelają! | Nie czas żałować burz, gdy płoną oczy | Nie czas żąłować burz, gdy płoną oczy | Nie każde szczere złoto jest szczerozłote | Nie ma na świecie dwóch takich samych liści ani kropel wody | Nie ma na świecie dwóćh atkich samych liści lub kropel deszczu | Nie ma takiego smutnego, co by na wesołe nie wyszło | Nie ma zazdrości bez miłości | Nie oddamy nawet guzika | Nie tylko dzielenie włosa na czworo | Nie wiem, ja w ogóle nie myślę | Nie zabijaj! | Nie zabijajcie drzew! | Nie zawsze urocza dzecinada | Niebiańskie szczyty głupoty | Niech pani będzie dzielna! | Niech zapłaczą na moim pogrzebie | Nieco drapieżny wpis | Niekoniecznie ptasi móżdżek | Nienawiść bliźniego | Nieosobiście | Nieprzesłane przesłanie | Niestworzone rzeczy | Nieszkodliwe głupotki | Niewczesna melancholia melomana | Niewczesne rozważania | Niewielka profanacja | Niewielkie przekłamanie | Niskolotnie | No No! Teatr No | No comments! | No no! | Nowa poezja lingwistyczna | Nędzne kabareciarstwo | O Leonardo, po cóż się tak trudzisz? | O dzieleniu włosa na czworo, czyli metodzie scholastycznej | O dzieleniu włosa na czworo, czyli o metodzie scholastycznej | Obciachy | Obscenia i parafrenalia | Obsesja dobrego biustu | Ojej! | Oko w oko z zębem mądrości | Okropieństwa | Okruchy odgrzebane z lawy | Okruchy życia wygrzebane zlawy | Okruchy życia wygrzebane z lawy | Okrutna losu ironia | Orientuj się na orient | Owczarek | Owczarki afgańskie | Owocożerni | PL jak piekło | PO PiS | POeci wszystkich krajów dzielcie się | Pan Tadeusz | Panie pośle, po chrześcijańsku panu wybaczam | Pańska satyra polityczna jest niegramatyczna | Pendant do pewnego przypisu | Perlikowski | Pewna elastyczność zasad | Pewne jak w banku | Piorunujący piorun! | Po owocach poznacie ich! | Po upadku | Pobożne życzenia | Podpatrywanie Natury | Podroby i inne podróbki | Pokolenie Kainowe | Pokorne ciele | Pokorne cielę | Pokusa | Polak potrafi | Polak potrafi! | Politolog i Politowska | Politycznie niepoprawne! | Polonica | Polonika rycerskie | Polucje i ablucje | Pomarańcze i mandarynki | Pomarznąć dobra rzecz | Pomarznąć dobra rzecz! | Pomoc psychologiczna | Poranna kawka z Kafką | Porąbane marzenia | Potężne i głębokie warstwy pierwotnego mitu | Powieść brukowa | Powszechna życzliwość | Powtórka z cynizmu | Poznaj samego siebie | Prawda | Prawda jest jedna i piękna, ale złożona | Prawda popłaca | Prawdziwa metropolia | Prawi i sprawiedliwi | Prawiezmartwychpowstanie | Prawiezmarwtychpowstanie | Prognoza pogody | Pruski smutek | Przecież cię zjem! | Przedagonalny polski agon | Przegląd sportowy | Przeinaczenia | Przez pychę do pokory | Przeżyjesz to, a pote już tylko grób | Przeżyjesz to, a potem już tylko grób! | Przminęło z wiatrem | Prztyczek | Psiapowiednia Majów | Psubrat | Pustka | Pytanie dość retoryczne | Raczej to nie będzie hit | Radosne gonitwy śnieżnych tygrysów | Radość wędrowania | Rejterada Rejtana | Religie nauczą cie pokory | Res Sacra Pecunia | Romans z pop kulturą | Roots, Rock, Reggae | Rozkosze reinkarnacji | Rozmowa nie na telefon | Rozpacz | Rozpacz na wieki wieków | Rozpacz, która podpełza pod gardło | Ruch i świeże powietrze... | Rybołówstwo cudzołożnika | Rycerz pokalany | Samokrytyka | Samotność egzystencjalna | Sekrety pewnego domu handlowego | Seraphic Flames and Heavenly Love | Siedź na dupie i potakuj! | Somatyka | Somatyka logiczna | Spełniona przepowiednia | Spleśniały ser | Sponsorem tej opowieści jest wydawnictwo Błękitny Wieloryb | Sport to zdrowie | Spowiedź morskiego wilka | Stary Sącz i Nowy Sącz | Stary mafioso | Stołeczne stołki | Stratyfikacja społeczna | Suma sumarum | Sumienie rachunku | Sweet Music and Poetry | Sygnały podprogowe | Szalchetne zdrowie | Szczęśliwa pomyłka | Szekspir do żadnej nie należy epoki | Szkarady | Szlachetna gravitas | Szlachetne zdrowie | Słodycze grafomanii | Słówka | Słówko do słówka, a uzbiera się sówka | Tadeusz Bój Jeleński | Taia chińska podróbka | Takie będą rzeczpospolite jakie tego blogu chowanie | Takie tam, pierdoły | Talking Heads | Tania chińska podróbka | Tatiana | Teorie świata nauki | Terapeutyczie | Terapeutycznie | Thames | The Doors. Uchylone drzwi | The Lion cub | The fruit of beauty and despair | To na pewno nie Lec | To nie żadna filozofia | Tragiczne pożegnania | Transformacja duchowa | Trudna sztuka dialogu | Trudno czasmi coś sklecić | Trzylogia | Trója z polskiego | Twarda rzeczywistość | Ty mi tutaj nie filozuj | Tygrysologia stosowana | Tysiac i jeden ptaków | Tysiąc i jeden kotów | Tysiąc i jeden ptaków | Tysiąc różowych kroliczków | Tęsknica | Tęsknota duchowa | Ubekistan | Ucone księgi | Uczeni ludożercy | Uderzenia losu | Uduchowienie | Umrzeć z miłości | Upadek Pierwszego Człowieka | Uroczy wegetarianin | Uszczelnienie systemu podatkowego | Utrata uzębienia | W czym mogę panu pomóc? | Wciąz powtarza się ta sama historia | Wciąż powtarza się ta sama historia | Wdzieczna muzyka przywraca ład serca | Wesola grafomania z morałem | Wiecej broi dla szaleńców w Teksasie | Wieczne powroty | Wiedza radosna | Wielka wygrana | Wielomówstwo, czyli plaga opowiadania | Wierzba płacząca | Wiosny i jesienie | Witch | Więcej broni dla szaleńców w Teksasie | Wojna totalna | Wpis o kształcie piramidy | Wprowadzenie do kruczków prawnych | Wrzucam wszystko do kosza | Wrzątek | Wspomneinei pewnego wspomnienia | Wspomnienie pewnego wspomnienia | Wspomnienie pewnego wspomnienia | Współczesny filister | Wszystkie rybki | Wszystko na A | Wszystko na sprzedarz | Wszystko na sprzedaż | Wygrana | Węzłowato | Wólka Węglowa | Xin Lu, typowa brunetka o granatowych oczach | Z Nietzschego nic nie powstaje | Z księgi wulgaryzmów | Z rupieciarni myśli | Zaczarowany świat zen | Zanim mnie wrzucą do dołu | Zapowiedź Apokalipsy | Zaraz wracam! | Zasada domniemanej winy | Zaskroniec | Zastał Polskę drewnianą... | Zatrzaśnięte drzwi | Zbaw mie Buddo Amido | Zbaw mnie, Buddo Amido | Zdrowy egoizm | Zegar dziejów | Zestrzelenie księżyca | Zginął z rąk słabej kobiety | Zima się nas nie ima | Zjawiskowe | Znak jaskółki | Zrozumieć wartość tego, co nieużyteczne | Zuch zawsze ochoczy! | Zwierzęta pod postacią ludzi | Zwyciestwo konsumpcjonizmu | Ząb mądrości | ie zabijajcie drzew! | ieosobiście | kosmos | Łagodne prawo, ale prawo | Łagodność tygrysa | Śmiechotki, chichotki | Śmiertelna powaga | Śmierć | Światełko w mroku | Świętość, wziętość, nadętość | Życie jest tragiczne | Życie samo | Życzliwe spojrzenia na całość ogródka | Żyć, nie umierać
RSS
wtorek, 31 stycznia 2012

                                                        Ogromnej wielkości ważka

                                                        Okazuje się nieważka!

                                                        Spójrz no!  jak jej główka trupia

                                                        Oczy na mnie wciąż wyłupia!

                                                        Warczy groźnie i  furkocze

                                                        Tnie powietrze i warkocze.

                                                        Lekka jest jak gilotyna,

                                                        Groźna jest jak twoja mina.

                                                        Jutro ważki tej nie będzie

                                                        Krótki żywot jej się przędzie!

            To moje ulubione z  instrumentalnych dzieł Bacha obok jego cudownych Suit na wiolonczelę solo.  Wróciłem właśnie do pokoju przemarznięty i bez szkła od okularów (dwa razy zgubiłem ostatnio te okulary i odnalazłem, jednak teraz wypadło z nich szkło), co pewna bliska mi osoba uznała za przejaw mojego chorobliwego lunatyzmu, mając na myśli moją miłość do osoby, która nie może teraz znaleźć dla mnie dość czasu.  Szkło do okularów można oczywiście wprawić, ale trzeba mieć na to pieniądze...W moim pokoju jest bardzo zimno a działa tylko jedna kolumna. Siedzę teraz i piszę o swoich muzycznych i egzystencjalnych wrażeniach.  Słucham nagrania tego utworu na CD, które dzisiaj kupiłem w muzycznym antykwariacie za 20 złotych (uzyskane dwa dni wcześniej z tego samego antykwariatu).  CD ma trochę zniszczoną okładkę. Samo nagranie jest "stare", bo z 1983 roku (wydała je niemiecka firma Capriccio, ale wyprodukowano je w Japonii -  techniczna jakość nagrania jest bardzo dobra).  Gra "Das Leipziger Bach-Collegium" a nagrania dokonano w Poczdamie, w pokoju koncertowym Fryderyka Wielkiego, czyli tam, gdzie swą muzyczną ofiarę złożył królowi pruskiemu Sam Bach.  Po kilkunastu wybitnych nagraniach "Muzycznej Ofiary", jakie jak dotąd poznałem słucha się go z wielką przyjemnością. Odznacza się powolnymi raczej tempami i pewnym majestatem a istotne jest także to, że jednym z instrumentów jest dawny fortepian Silbermanna z 1746 roku. 

          Pierwszy raz usłyszałem te cudowną muzykę we wczesnej młodości, kiedy przeżywałem swoją pierwszą miłość, w udanym nagraniu czeskiego zespołu Milana Munclingera.  Z tej samej mniej więcej epoki pochodzi także nagranie Gustawa Leonhardta i braci Kuijkenów (wznowione później na CD przez wytwórnie Seon).  Jest ono zademonstrowane przez owych muzyków z taką geometryczną jasnością i precyzją, że trudno o nagranie bardziej wzorcowe...Istnieją jeszcze dwa wspaniałe nagrania mojego ulubionego Bachowskiego arcydzieła w wykonaniu braci Kuijkenów z innym już klawesynistą Robertem Kohnenem, jedno na CD - może najlepsze ze wszystkich znanych mi nagrań MO  (Deutsche Harmonia Mundi 1995) i drugie na DVD. Film warto obejrzeć, bo istotna w nim jest wyłącznie sama muzyka i nieprawdopodobna wręcz koncentracja artystów.  W podobnym duchu szacunku dla kompozytora utrzymane jest nagranie kanadyjskiego (o ile pamiętam) zespołu "Arion", które jako pozbawione wszelkiego efekciarstwa i muzycznie czyste budzi sporą moją sympatię.

         Jednak Sigiswald Kuijken (skrzypce), Wieland Kuijken (viola da gamba i wiolonczela) i Barthold Kuijken (flet) - to tak cudowni instrumentaliści, że na świecie nie można już prawie spotkać dorównujących im barokowych muzyków.  Najpiękniejszą częścią MO jest Trio Sonata, której przymglone mistyczne i liryczne piękno w tak doskonały sposób potrafią wyrazić owi muzycy.  Nawet tacy mistrzowie jak Savall (AliaVox 2001) czy Enrico Gatti (Arcana 2001) nie zaprezentowali tego utworu w równie skoncentrowanej i pięknej formie.  Stare i poczciwe nagrania Harnoncourta czy Goebla ustępują im wyraźnie, chociaż również są bardzo dobre.  Oprócz wymienionych warto z pewnością posłuchać orkiestrowego nagrania Nevilla Marrinera (wydał je niegdyś Philips), w którym wstępny Ricercar a 3 cudownie wykonuje na małym instrumencie organista Kremer.

        Istnieją też dwa wyjątkowe nagrania, które z pewnością warto polecić przyjacielowi.  Jedno w wykonaniu "Ensemble Sonnerie" Moniki Hugget (Virgin Veritas 1996), które znacznie rozszerza kameralną instrumentację tego utworu (o trzy rodzaje obojów i fagot), co nadaje samej muzyce dodatkowego kolorytu. Co więcej, nagranie to jest w niektórych swoich fragmentach niesłychanie swobodne a nawet w jakimś sensie jazzowe. Znakomicie brzmią w nim zwłaszcza bachowskie kanony.  Drugie natomiast -  holenderskiego zespołu "Het Collectief" (Fuga Libera, 2005) nie tylko rozszerza instrumentację o fortepian i organy a także klarnet, ale również kończy się w dość ekstrawagancki sposób.  Oba te nagrania są przy tym muzycznie bardzo udane i słucha się ich z przyjemnością.  Musikalisches Opfer to nie tylko utwór sofistyczny i pełen dystansu do świata i życia, lecz także elegancka i przyjemna muzyka.       

       "Dlaczego chcesz słuchać jednego utworu w tak wielu wykonaniach?" - mógłbyś zapytać drogi Czytelniku.  "Czy nie lepiej byłoby pozostawić na swej półce wyłącznie nagranie zbliżone do wyobrażonego ideału i już nawet go nie słuchać?"  i "Czy nie jest jednak przerażająco nudne słuchanie tego samego utworu przez całe życie?"   Nie jest, bowiem życie zmienia się i my się zmieniamy, zmienia się też czasami nasz muzyczny ideał.  Poza tym piękne wykonanie to jak gdyby nowa suknia pięknej kobiety. Czy naprawdę chciałbyś, żeby chodziła ona przez całe życie w jednej, choćby i najpiękniejszej,  sukience?  "Dobrze" - powiesz - "ale to przecież tylko marność i gonienie za wiatrem"...Może w jakimś sensie tak.  Mistycy mówią przecież, że przez zmysły przychodzi do nas także niewola ducha i to, co demoniczne i że cisza jest najpiękniejsza muzyką. 

     Mnie chyba jednak najbardziej przekonały słowa największego muzyka XX wieku Alego Akbara Khana (jak Go słusznie nazwał Menuhin).  Piękna Ragi nie poznasz w ciągu pięciu minut - powiedział kiedyś ten Mistrz - podobnie jak nie poznasz w ciągu pięciu minut piękna swojej żony lub ukochanej. Czasami trzeba na to całego życia.  Mówił to oczywiście przede wszystkim o wykonywaniu muzyki, które w przypadku interpretacji ragi jest także jej współtworzeniem.  Jednak można to odnieść również do słuchania i podziwiania ukochanej muzyki w najlepszych istniejących wykonaniach.   

     "Muzyczna Ofiara" Bacha to jeden z najbardziej kontemplacyjnych utworów w dziejach muzyki.  Żałosne może się dzisiaj wydawać, że ofiarę tę złożył Bach Fryderykowi Wielkiemu, władcy wprawdzie oświeconemu i lubiącemu pewien rodzaj muzyki ( który sam był jak wiadomo kompozytorem i namiętnym flecistą), ale poza tym człowiekowi raczej despotycznemu i lichemu...Jednak nie należy zapominać o inteligencji pruskiego króla (który poza tym musiał być chyba melancholikiem w stylu pruskim).  Król bowiem zadał  Bachowi do opracowania tak niezwykle niewdzięczny muzyczny temat, że Bach musiał dokonać cudów aby muzyka jego doszła do uszu Pana Boga i żeby Ten się nią zachwycił.

     Moje życie przemija...a może nawet kończy się? Tak szybko?  Już nieszczęsny  Hiob narzekał, że życie pędzi do przodu jak czółenka tkackie!...Wycierpiałem w nim wiele fizycznego bólu i psychicznego niepokoju a jednak kiedy słyszę w jakimś naprawdę dobrym wykonaniu "Largo" z Sonaty triowej  "Musikalisches Opfer" czuję jak muzyka ta koi mój smutek i budzi we mnie prawdziwą miłość istnienia.  A jedynie ta miłość nie przemija nigdy.  

    Pamiętam jeszcze ten piękny pokój w Kazimierzu, gdzie spędziłem z moją pierwszą Miłością i przyjaciółmi (także z moim bratem) swoje pierwsze dorosłe wakacje.  I moją pierwszą (i na szczęście ostatnią - "samobójczą próbę") i owo poczucie nadziei, które uratowało mi wówczas życie, nadziei jaką daje miłość, nadziei Zmartwychwstania duszy...gdym wracał rankiem owego wrześniowego dnia przez cmentarz do pokoju, w którym spodziewano się ujrzeć raczej trupa niż żywą osobę...

...nadziei całkowicie wtedy zgodnej z moim panteistycznym poczuciem rzeczywistości.

  Czasami spotykam jeszcze na swej drodze tamtego smutnego chłopca, jakim wtedy byłem.  A on uśmiecha się do mnie i pyta: "Byłeś już tam? Na tamtym świecie? Jak tam jest?"

  

 

 

 

poniedziałek, 30 stycznia 2012

             Mroźna zima sprawiła, że wyszedłem z domu trochę później niż zamierzałem.   Zwykle o piątej byłem już w katedrze a o szóstej w pracy.  Tym razem jednak jakiś koszmar senny zawładnął moim znękanym umysłem.  Nie potrafiłem się z niego przebudzić nawet wtedy, kiedy Hortensja zadzwoniła do moich drzwi. Otworzyłem jej obijając się przedtem boleśnie o napotkane w korytarzu przeszkody.

            "Jak zwykle przyniosłam ci wieczorną gazetę i pięć funtów" - powiedziała - "Będę na Ciebie jak zwykle czekać w irlandzkim pubie...na pewno domyślasz się w którym.  No to pa!  Moje ty lwiątko! Pamiętaj...bądź dzielny i pisz!"

           Po tych słowach Hortensja ucałowała mnie w policzek rozmazując na nim nową szminkę koloru różowego i natychmiast znikła za drzwiami. Wyglądała jak Marylin Monroe w okularach a przy tym była jakoś dziwnie zawstydzona.  Pocałunek był jednak jak zwykle zimny.  Od wielu już tygodni Hortensja przeszywała me serce tymi chłodnymi pocałunkami rozszarpując przy tym mą znękaną duszę swoimi pazurami, którymi wczepiała się w moje ramiona. Kiedy jednak zajrzałem do zawiniątka było w nim coś więcej niż ten szmatławiec i przeklęte pięć funtów.  Jakaś przedarta karteczka z telefonem. 

           Próbowałem przez chwilę ciągnąć moje opowiadanie "Wariactwo domu Scofildów".  Jednak scena, w której główny bohater wiesza się w zimowy poranek na framudze okna, która urywa się, po czym kochanek spada z trzeciego piętra pałacu na ziemię, jednak po drodze zaczepia przy tym o ośnieżoną gałąź magnolii, ta zaś łamie się i bohater upada wprost na siedzenie białego kabrioletu szpetnej Laury a ona w przypływie namiętności przysuwa się do niego i wówczas nieszczęśnik wyskakuje i wpada w paszczę rozwścieczonego bulteriera, podczas gdy samochód Laury wpada w poślizg i kobieta dusi się kremowym szalikiem, który wkręcił się pod koła pędzącego wozu...wyczerpała trochę moje siły.  Hortensja na pewno powie, że to za bardzo skomplikowane a historię z szalikiem skądś już zna.  Ale przecież tak naprawdę było! ...Tak mi się przynajmniej wydaje.  Dlatego musiałem natychmiast wyjść z domu, żeby ratować się przed kolejnym atakiem przygnębienia.

          Hortensja, olśniewająco piękna blondynka o niebieskich oczach, była od pewnego czasu moim wydawcą.  Błagałem ją wiele razy o zaliczkę, jednak wolała wypłacać mi 5 funtów dziennie - suma za którą nie można kupić nawet dobrej książki! "Jeżeli dam ci więcej, wszystko wydasz i nie będziesz miał na trójkątną bułkę ani na herbatę. A wieczorem postawię ci piwo".  Hortensja nie lubiła inwestować w miłość, twierdząc, że "to się źle sprzedaje!"  "Mam nadzieję, że się jeszcze przebudzisz, mój ty ślimaczku!...a wtedy może nawet zaproszę cię na kawę!  Chociaż ślimaki to podobno obojnaki...Nie, nie, przecież nie powiedziałam chyba nic złego.  Jak zwykle przesadzasz, kochanie!"

         Tak więc cały mój plan spędzenia dnia zawalił się.  Nie byłem w katedrze i  i tak spóźniłbym się do pracy a szef jak wiadomo nie czeka!  Postanowiłem więc rzucić pracę i zerwać z Hortensją.  Od kilku dni bowiem głodowałem a i tak nie mogłem sobie odłożyć na piękne wydanie "Szalonej Kobiety z Kioto"...Miałem nadzieję, że tym razem Hortensja w przypływie macierzyńskiej dobroci da mi 10 funtów.  A przecież nigdy przedtem tak nie było!

        Spadł pierwszy zimowy śnieg i było potwornie zimno. Nawet wody w kałużach zamarzły.  "It' s terrible!" - pomyślałem o tym wszystkim wchodząc między parkowe drzewa.  Miałem zamiar dojść do Kenwood House i napić się herbaty w tamtejszej kawiarence a potem może nawet, kto wie, obejrzałbym autoportret Rembrandta...Nagle jednak przypomniałem sobie o karteczce z telefonem. Ciekawość jak zwykle zwyciężyła i po chwili dzwoniłem już z czerwonej budki telefonicznej nastawiając się na rozmowę z zazdrosnym kochankiem Hortensji.  Telefon odebrała jednak kobieta o miękkim jak jedwab głosie dziewczynki: " - Witam. W czym mogę panu pomóc.  Prywatna Szkoła Zabójców, West Hampstead -".  "Chciałbym umówić się na spotkanie" - wysapałem.  "Ależ naprawdę proszę.  Może za godzinę. Wie pan, gdzie jest Kenwood House? Najlepiej w kawiarni. Łatwo mnie pan rozpozna.  Jestem brunetką o dużych piwnych oczach i wyglądam na osiemnaście lat...chociaż mam tylko piętnaście.  Niech pan uważa!" 

        "Aale..." - zapytałem - "czy nie chodzi tutaj o jakieś zabójstwo? Mam dziewczynę i nie chcę być w to uwikłany"

        "Niech się pan nie obawia. To raczej ja potrzebuję pańskiej pomocy.  Moje życie jest, jak to się pisało w XIX wiecznych powieściach, w niebezpieczeństwie!"     

        "To może jednak nie spotykajmy się" - zaproponowałem.

        "Niestety. Już pan się nagrał.  Idąc w stronę Kenwood House proszę trochę obejrzeć się za siebie. Być może będzie panu ktoś towarzyszył...Och proszę się nie bać. Zapewne będzie to Jovanka.  To całkiem miła dziewczyna.  Zaprosiłam ją na romantyczny spacer z tobą. Wiem, że Hortensja nie ma dla ciebie czasu.  See you!"

       Słysząc to postanowiłem natychmiast uciekać, jednak wychodząc z budki poczułem, że ktoś kładzie mi rękę na ramieniu:

       "Inspektor Hopkins.  Jest pan podejrzany o zabójstwo japońskiej studentki, które miało miejsce w tym parku tydzień temu.  Nie aresztuję pana. Na razie wszystko jeszcze sprawdzamy. 

       "Aale ja ja...jej nie zamordowałem. Nie mogłem tego zrobić.  Nie było mnie w tym czasie w Londynie! Poza tym...ona nie była w moim typie!"

       "Był pan. Śledzimy pana od ośmiu lat...Miłego dnia! I niech pan idzie do tego parku. Ta Jovanka to niezła sztuka. Ma dwadzieścia lat i już piętnaście zabójstw na swoim koncie.  Nie aresztujemy jej.  Czekamy aż popełni błąd a wtedy nie uniknie już stryczka.  Wiem, wiem...nie ma już kary śmierci.  To tylko taki żarcik z Agaty Christie i z tego co pan pisze, młody człowieku.  Niech się pan wyluzuje. Na razie nic panu nie grozi. Jest pan pod dobrą opieką".

       "Więc według pana z premedytacją zamordowałem studentkę..."

       "A to już pan powiedział, nie ja!  Żegnam pana".

       Po chwili już biegłem do siedziby Lorda Mansfielda...A kiedy atm już dobiegłem, zdyszany zamówiłem herbatę i ...wpadłem na Hortensję.

       "Chciałam ci tylko dostarczyć tematu do twojego opowiadania" - zachichotała - A to moja przyjaciółka Amandina.  Zobacz jakie to słodkie stworzenie!  Czy wiesz, że ona pracuje w jakimś biurze zabójstw, czy coś w tym rodzaju?...No dobrze, wiem, że wolisz blondynki".

 

       CD (być może)N

 

 

 

 

 

       

 

            J. M. zawsze bardzo mnie poruszał a "L. A. Woman" to doskonała płyta....Ale mam już kilka jej wydań... 

W tej sytuacji zainteresowało mnie tylko dołączone do niej drugie CD z odgrzebanym materiałem sesyjnym.  Przesłuchałem go kilka razy. Trochę w trakcie się zdrzemnąłem...Przyjemnie się "tego" słucha, ale niewiele tu jest pomysłów dorównujących tym, które ostatecznie zostały zrealizowane. materiał jest wyraźnie mniej udany, tak jakby ktoś zamiast trafić w dziesiątkę trafił w szóstkę, czasami może w ósemkę.  Nie zawsze musi tak być. Zdarza się nawet, że tego rodzaju nagrania są w sposób zaskakujący lepsze od ostatecznej produkcji.  Świadczy to jednak o tym jak wiele jeszcze później chłopcy z "The Doors" zrobili...Nawet jeśli trochę przesadzam w swej ocenie, to jednak jest ona wyrazem mojego zniecierpliwienia wobec utworu "Riders on The Storm" w tej wersji, mimo świetnego pomysłu Morrisona, żeby nagranie zilustrować odgłosami burzy.  Morrison, jak prawie każdy intuicyjny geniusz, miewał też chwile odmóżdżenia...przez dwie minuty musimy niestety tego słuchać jako największej atrakcji.  Tak więc nie dam zarobić jego kolegom, którzy zresztą nie bardzo go jak wiadomo kochali...ale gdyby mi ktoś ofiarował to CD to chętnie je przyjmę z miłości do tego idola.      

         "Dziś w nocy po ciężkich cierpieniach odszedł od nas Nezumi13, jeden z największych samotników i wizjonerów XXI wieku, człowiek niezwykle światły i prawy, o niezrównanej wrażliwości artystycznej oraz niezwykłej głębi filozoficznego umysłu. Znaleziono go martwego na wysypisku śmieci w okolicach miejsca zamieszkania jego matki.  Od dawna już bezdomny Nezumi 13 z trudem wiązał koniec z końcem. Przyczyną śmierci autora "Złowrogiego snu Letycji Grave" i filozoficznych "Zapisków myszy domowej" było zamarznięcie.  "Gość położył się w nocy na ziemi i przymarzł do chodnika.  Nad ranem jego ciało obrabowano a następnie wyrzucono na wysypisko. Przypuszczamy, że sprawcy znaleźli przy nim jedynie jego ulubioną książkę: "Przepowiednie oszalałego z Lu".  Książeczka zamykała się na Czarną Perłę oprawną w szczere złoto, którego blask zwabił rabusiów, nigdzie nie pracującego Adama G. ksywa "Bosman" i nigdzie nie uczącego się nieletniego Patryka J. ksywa "Ludojad".  Obaj od dawna już obserwowali wieczorami swoją ofiarę" - powiedział nam nadkomisarz sztabowy Tadeusz Denat, z Komendy Straży Morskiej w Pucku.  "Mąż przez całe życie marzył o morzu" - powiedziała nam była małżonka Świętego - "Ale mówiłam mu, żeby się tak nie włóczył po pustych plażach!  Nie słuchał się mnie.  Naoglądał się tego Caspara Friedricha i nieszczęście gotowe!"..."Naprawdę szkoda" - powiedział nam Eugeniusz Szarańcza z Domu Kultury w Plagach - jego niedokończona książka "Wężowisko żmij, czyli zmowa w Pewnym Wądole" miała szanse stać się niekwestionowanym arcydziełem gatunku. Podziwiałem jego talent, ale niestety nie mogłem mu już w niczym dopomóc. Od dawna wiadomo było, że się załamał...Wzruszenie nie pozwala mi mówić. Mogłem pożyczyć mu te pięć złotych. Nigdy sobie tego nie wybaczę".

       PLOTKI O WIELKICH LUDZIACH, oprac. Elżbieta Zadymska-Dmuchawa

 

 

           

                 Rzecz smutna.  Bowiem hasło solidarności okazało się jedynie instrumentem koniecznym do przejęcia politycznej władzy i restauracji XIX wiecznego kapitalizmu w Polsce.  Całkowicie utraciło ono swą ludzką treść.  Pracodawcy wolno wszystko i pracownika nic nie chroni, podobnie jak klienta banku, emeryta którego pozbawia się uskładanego latami prawa do ochrony zdrowia lub ofiary działalności pozbawionych jakiejkolwiek kontroli społecznej służb specjalnych.  W celi wieszają  się z rozpaczy wszyscy więźniowie, którzy mogą wyjaśnić pewną sprawę i dodatkowo strażnik owej celi...bo się zakochał.  "Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest, niczemu się nie dziwi, wszystko znosi..."

niedziela, 29 stycznia 2012

         "Dlaczego źli ludzie triumfują?  Dlatego, że ludzie dobrzy udzielili im swego poparcia lub nie przeciwstawili się im w porę, sądząc, że przecież nie mogą być aż tacy źli. A to oznacza okrucieństwo w skali domu i tyranię w skali państwa" - powiedział Pan Ogawa.

         "Ach, niech pan nie przesadza" - pisnęła Mysz 228 - "Wszystko na pewno samo się wyjaśni i lalka Pani Etsuko nie utraci rąk i nóg a suknia, która osłania jej ciało nie zostanie podarta. Przecież jest jakiś rozum na tym świecie".

         "Mylisz się - powiedział na to Pan Ogawa - nie ma rozumu. Jest tylko zawiść, złość, zawziętość, rywalizacja i inne niskie pobudki.  Jeśli nikt nie stanie w obronie lalki Pani Etsuko, Pani Etsuko zrobi dokładnie to wszystko, czego twoim zdaniem, nie zrobi. A ponieważ lalka Pani Etsuko jest piękna, wielu chciałoby ją upokorzyć, bowiem nie mogą jej posiadać na własność". 

         Nezumi13, zakochany w lalce Pani Etsuko przysłuchiwał się tej rozmowie z narastającym zainteresowaniem.  "Nikt sam w sobie nie jest ani dobry ani zły, jednak pewne społeczne sytuacje oznaczają przyzwolenie na dominację i przemoc, choćby tylko w wymiarze psychicznym.  Być może Pani Etsuko szczuje swą lalkę, ponieważ chce ją w ten sposób upokorzyć i zniechęcić, aby sama zapragnęła stąd odejść.  Ale chciałbym przede wszystkim wyjaśnić podstawowe nieporozumienie, lalka Pani Etsuko to tak naprawdę księżniczka a nie żadna lalka i Pani Etsuko nie ma prawa robić z nią co chce. Tylko łagodność i skromność Księżniczki sprawia, iż tak łatwo można widzieć w niej ofiarę. Zwłaszcza, że jest sama i musi opiekować się następcą tronu" - rzekł.   

       Ponad tysiąc lat zgoła minęło od tamtych czasów a na świecie, wśród ludzi, wciąż jest to samo.  Osoby bardziej delikatne padają ofiarą podejrzanych intryg a żadna mysz nie piśnie w ich obronie ani słowa.   

 

sobota, 28 stycznia 2012

                     Sapie głośno tak chociaż nie wydrapie oka kotce kot.  

                                              "Kiedy księżyc za chmurami już się nie kryje,

                                              Wychodzę ze swej jamy i głośno wyję!

                                              I chociaż zimno nocy owej ze mnie drwi

                                              Ja tylko chcę jednego - łaknę krwi!"

 

                                              "Ach Panie Wilkołaku, łaku

                                              Przejdź pan już do ataku

                                              Wszystkie tu już czekamy

                                              I niecierpliwie wołamy!"

                                            

                                              "Ja jednak trochę poczekam

                                              Ukryję się i pozwlekam

                                              Im bardziej się przegłodzę

                                              Tym lepiej sobie dogodzę"

 

                                              "Ach co my biedne zrobimy,

                                              My nudów się tak boimy,

                                              Kto nas teraz zabawi,

                                              Gdyś ty nas pozostawił"

 

                                              "Nie martwcie się miłe moje

                                               Są takie leśne zdroje

                                               Gdzie spokój odnajdziecie,

                                               Jakiego pragnie dziecię!"

 

                                              "Ach my jesteśmy niewinne,

                                               Na pewno wolisz inne,

                                               Dlatego nas nie chcesz ruszyć

                                               Ale nas tym nie wzruszysz!"

 

                                               "Nie moje drogie dziatki,

                                                Oszczędzę wam tej jatki,

                                                Niech pluskwa krew wypije

                                                Kiedy zranicie się w szyję.

 

                                                Ja zaś się trochę polenię

                                                Mam Boże przyzwolenie

                                                Choć krwi tej łaknę nadal,

                                                To diabeł mi ją nadał.

 

                                                Dlatego do oceanu pobiegnę być może

                                                I z pragnienia owego połknę całe morze

                                                I do wukanu wrzącego podbiegnę,

                                                Lecz waszej żądzy nigdy nie ulegnę"

 

                                               "Ach smutne my, Niemoty,

                                                Giniemy z braku psoty,

                                                Zlituj się, Jaśnie Panie

                                                I zjedz nas na śniadanie!"

 

                                               "OJ, na śniadanie nie mogę,

                                                Bo cierpię na niedomogę.

                                                Ani tym bardziej na obiad

                                                Nie cierpię takich objat!

                                      

                                                A zjeść was na kolację

                                                Oznacza profanację.

                                                Wygodnie sobie poleżę,

                                                Mam takie miłe leże"                                                        

 

 

                                             

piątek, 27 stycznia 2012

             Do mysiej dziurki oczywiście (Nezumi to bowiem Mysz).  Numer trzynaście po lewo od wysokiej topoli...W zimie można się wyspać, sąsiedzi nie hałasują wiertarką ani nie imprezują...Przytulniejsze jest owo miejsce niż krypta grobowa (zajęta przez wiewiórki) i niż Świątynia Opatrzności Bożej (ulubione miejsce Moich Braci Większych Szczurów)...Mam tu niewielkie łóżeczko, w którym mogę chrapać niesłyszany przez nikogo.  A zapas jedzenia na przebudzenie jest już przygotowany przez skrzętne gospodynie.  Kiedyś na pewno przyjdzie wiosna...Jednym słowem, jakby powiedział zapomniany trochę wieszcz "nasza mała stabilizacja".

          Henry Purcell (1659-1695) to chyba mój ulubiony kompozytor (jeden z kilku podobnych), oczywiście nie licząc mojej miłości całkowicie spełnionej do muzyki (i osobowości) Bacha i Schuberta. Miałem szczęście wysłuchać chyba wszystkich najlepszych wykonań jego instrumentalnych i wokalnych utworów. I jest to jedna z najsłodszych i nieprzemijających przyjemności mojego życia. 

          Czasami zapomina się o tym, że Purcell to nie tylko twórca doskonałych semi- oper (moje ulubione to "Dioclesian", "The Fairy Queen" i "King Artur", wszystkie "pod" Gardinerem)  oraz nieśmiertelnej (jak powiadają) "Dydony i Eneasza" ("Dido and Aeneas"), ale przede wszystkim żarliwej muzyki religijnej o niespotykanej intensywności.  Semi-opery lubię szczególnie ponieważ to gatunek o wiele bardziej strawny niż tradycyjna opera włoska, ze względu na obecność miniaturowych arcydzieł instrumentalnych oraz żywszą sceniczną akcję.  "Dioclesian" ukrywa w sobie na przykład tyle subtelnych i zwiewnych utworów instrumentalnych... Podobnie jest  z "The Fairy Queen", gdzie najpiękniejsza jest chyba nastrojowa "Symfonia odlatujących łabędzi".  Jeszcze piękniejsza jest jednak jedna z symfonii w niedokończonym arcydziele "The Indian Queen".  No i ta słodka muzyka i poezja ("sweet music and poetry"),  którą tam odnajdujemy.  A ile przy okazji miłosnych westchnień pytań, na które nie ma odpowiedzi...Na przykład: Jeśli miłość jest tak słodką namiętnością, to dlaczego tak z powodu niej cierpimy?  Nieco mniej znana, choć również wspaniała  jest kameralistyka Purcella z "Fantazjami" na consort viol na czele (polecam gorąco wykonanie zespołu "Phantasm") oraz jego muzyka teatralna, z której wywodzi się między innymi cudowna aria "Music for a while" i suita "Abdelazer", najczęściej chyba wykonywane arcydzieło instrumentalne kompozytora (odnaleźć je można między innymi w "pudełku" wytwórni Decca w wykonaniu orkiestry mistrza Hogwooda). 

Dzięki dobroci mojej londyńskiej przyjaciółki Miss Barbary zanurzałem się kilka razy w atmosferę Westminsteru, gdzie kompozytor był katedralnym organistą.  Za czasów Purcella katedra była lżejsza i piękniejsza, nie skażona jeszcze ciężkim gustem epoki wiktoriańskiej. Kiedy myślimy o wielowiekowej i godnej podziwu tradycji angielskiej muzyki religijnej, warto jednak dla kontrastu przypomnieć cytowany przez Jacka E. Westrupa rachunek kompozytora przedstawiony Jakubowi II.  "Organy są obecnie w tak złym stanie, że wyczyszczenie, nastrojenie i doprowadzenie ich do porządku będzie kosztować 40 funtów, utrzymanie ich w tym stanie będzie kosztować rocznie co najmniej funtów 20. Za wypożyczenie klawesynu, transport i strojenie do trzech prób i wykonań każdej pieśni dla króla po 4 funty za pieśń, przy czym wykonać ma się co najmniej cztery pieśni. Wobec tego, ze pensja za czasów poprzedniego króla wynosiła 60 funtów rocznie, dodatkowo za dozór i fatygę...Dlatego pokornie proszę o przyznanie mi rocznej pensji w wysokości 56 funtów od Bożego Narodzenia 1687 a zważywszy, że naprawa organów jak powyżej wspomniano będzie kosztować..." W końcu stanęło na 81 funtach.  

Kiedy słucham nagrania zmarłego niedawno "wielkiego" (to jedno ze stereotypowych słów wyrażających podziw) Gustava Leonhardta z utworami organowymi i klawesynowymi Purcella (wydała je firma Philips) to czuję w okół siebie mrok niektórych miejsc owej świątyni... Ale bardziej jeszcze skupiam się na tym wrażeniu, kiedy słucham religijnych anthemów Purcella lub jego "Music for Queen Mary" -  cudownej muzyki żałobnej, tak pięknej, że być może tylko sam Bach komponował równie piękne utwory. "Angole" jak ich pogardliwie często nazywamy w 1995 roku czcili 300 rocznicę śmierci Purcella między innymi wykonaniami tego utworu ze specjalnie zrekonstruowanymi barokowymi trąbami.  Nic nie jest w stanie opisać wrażenia jakie wywołuje we mnie ta muzyka (szczególnie w obu znanych mi wykonaniach "pod" Gardinerem), która kilka już razy ratowała mnie z największej melancholii.  A okoliczność, że sam Purcell zmarł niedługo po jej napisaniu, przypomina trochę legendę dotyczącą powstania "Requiem" Mozarta, któremu jako jedyny chyba z barokowych kompozytorów dorównywał "lekkością pióra", ulotnością nastroju i finezją.  Nie wiem naprawdę, co warte byłoby moje życie, gdybym owej muzyki nie poznał. Chyba tylko "Actus tragicus" Bacha mógłby przynieść mi podobne ukojenie.   Oboje z Miss Barbarą byliśmy, ze względu na okoliczności naszego życia, "cmentarnikami" i  sporą część czasu spędzaliśmy na zarośniętych wysoka trawą londyńskich cmentarzach gdzie najłatwiej można odnaleźć spokój. 

      Największą zasługę w popularyzowaniu muzyki Purcella ma zespól Roberta Kinga "King' s Consort". Zespół ten nagrał bowiem w komplecie całą muzykę religijną Purcella oraz wszystkie jego ody napisane dla rodziny królewskiej.  Czekam na chwilę, kiedy Pan King opuści już więzienie (do którego trafił za rzekome molestowanie chórzystów, z którymi zdarzyło mu się pić wino) i zaszczyci nas równie namiętnym religijnie wykonaniem utworów Purcella.  Jego zespół nie zmienił nazwy. To nadal znany wszystkim melomanom i cieszący się znakomitą opinią "King' s Consort". Nie sądzę aby Pan King w swej, mam nadzieję wygodnej celi, przypominał sobie tekst  strofy "O visit me, o vistit me, with thy salvation", który śpiewa tak cudownie sopranowy dziecięcy głosik a następnie jego chór...że słuchając trudno nie uronić łzy...także nad nieszczęsnym werdyktem sądowych hipokrytów.       

     Chociaż najwspanialsza oda Purcella "Hail! Bright Cecilia" stała się prawdziwym cudem nie w wykonaniu zespołu i solistów Roberta Kinga, lecz w bardziej genialnym nagraniu "English Baroque Soloists" Gardinera z takimi doskonałymi śpiewakami jak Jennifer Smith, Paul Eliott, Stephen Varcoe i David Thomas a przede wszystkim z najlepszym barokowym chórem świata jakim jest jak dotąd "Monetverdi Choir".  W odzie tej poza wspaniałymi chórami nie ma nawet jednego "słabszego numeru" a pieśń "Wondrous Machine", poświęcona urokowi gry na organach, instrumencie patronki muzyki Św. Cecylii udręczonej niegdyś "pod"  Markiem Aureliuszem (tak, tak!) jest wprost olśniewająca, podobnie jak poświęcony magii fletu i skrzypiec utwór "Hark each tree" (na kontratenor i bas) oraz  "Tis Nature's voice" i słodkie "In vain the am'rous flute".  Ten ostatni utwór jeszcze piękniej brzmi jednak w nagraniu Kinga, ze względu na soczysty i słodki śpiew "boskiego" Jamesa Bowmana oraz delikatność i finezję Michaela Chance'a (również wybitnego kontratenora).  Ostatnio odę te nagrał również Marc Minkowski wraz z podobnymi odami Haendla i Haydna.   

     Świeckie, przede wszystkim miłosne, pieśni Purcella są w wykonaniu Jamesa Bowmana niezwykle słodkie, bowiem jego głos jest pełen melancholii właściwej nieszczęśliwie zakochanemu. Bowman śpiewa taką manierą nawet "Agnus Dei" z "Mszy h-molll" Bacha.

    Z pewnością jednak warto też posłuchać nagrania Scholla oraz nagrań tak cudnych nimf jak Sylvia McNair o głosie miękkim jak jedwab, jak pełna wdzięku Nancy Argenta lub równie wdzięczna i inteligentna Emma Kirkby albo w ostatnim czasie ciepła i finezyjna Carolyn Sampson.  Pieśni te wykonuje też pewna popowa piosenkarka (na wydanej niedawno płycie wytwórni ECM).  Jej trochę naiwne wykonanie  nie jest wprawdzie stylowe, jednak już przy drugim słuchaniu można jej to wybaczyć i przyjąć  z uznaniem choćby jej emocjonalne zaangażowanie w śpiew oraz w nie mniejszym stopniu to, iż wykonuje owe utwory z towarzyszeniem wspaniale brzmiącej harfy i innych barokowych instrumentów.  Stinga (który śpiewa jak wiadomo pieśni Dowlanda) dziewczyna owa bije na głowę!   Są na tej płycie takie muzyczne perły jak pieśń "O Solitude, my sweetest choice",  "Music for a while" oraz aria "The Plaint".  Ta ostatnia znana jest z wielu wspaniałych wykonań, ale żadne chyba nie jest tak magiczne i słodkie jak śpiew Sylvii McNair, podczas nagrania na żywo semi-0pery Purcella "The Fairy Queen" ("pod" Harnoncourtem).  Inne sławne pieśni i arie Purcella "If music bee the food of love", "Strike the viol", "One charming night", "Sweeter than roses", "Fairest Isle"  mają też wiele wspaniałych i słodkich wykonań.  Na CD Scholla pojawia się też słynny lament Dydony z najsławniejszej z oper Purcella "Dido and Aeneas" nie wykonywany na ogół przez kontratenora oraz basowa aria "Wat power art thou" ("Cold Song")  z "Króla Artura".  W porównaniu z poruszającym wykonaniem S. Varcoe'a (w nagraniu Gardinera) brzmi ona niestety nieco karykaturalnie...Ale dość już tych rekomendacji.  Krytycy muzyczni z pewnością znają się na tym lepiej...Ja zaś chciałem jedynie jakoś wyrazić swój zachwyt dla tej muzyki przypominając sobie niektórych z jej znakomitych wykonawców. 

       Jakże marny w porównaniu z Purcellem wydaje się jego błyskotliwy poprzednik Lully.

      Jeszcze nie tak dawno rozmawialiśmy z pewnym zmarłym już niestety Profesorem o najlepszych wykonaniach lamentu Dydony ("When I am laid in earth").  Ja uwielbiam w tej roli przede wszystkim Lynn Dawson, ale tyle jest znakomitych...i nawet Jessie Norman "to" śpiewa. "Tyle jest tego" - mówił Profesor "a przecież jedne wykonania poruszają nas bardziej niż inne"...Opera kończy się jednak tak cudownym elegijnym chórem, że jedynie intensywność i piękno samej arii mogą udźwignąć ciężar owej wspaniałej muzycznej tragedii (z elementami "szekspirowskiej" groteski i farsy).  Dido umiera z miłości i prosi świadka swego odejścia: "Remember my but ah! forget my fate".  A czarownice i wiedźmy chichoczą już i tańcują od dawna z zawistnej radości, bowiem piękno prawdziwej miłości jest niewybaczalne!  Trzeba więc je zohydzić, wykryć na nim plamy i cieszyć się z przyszłego nieszczęścia kochanków. 

      Znam trochę i ja owo uczucie, chociaż zapewne tamta moja miłość nie zasługiwała na miano tragicznej...Kiedyś bowiem, ze wstydem i zlękiem o tym wspominam, uciekłem od Miss Barbary przerażony Jej zagadkowym i groźnym zachowaniem, pozostawiając ją na jednej z alejek naszego ulubionego parku Hampstead Heath.  Przebiegłem setki metrów do jej mieszkania, otworzyłem drzwi, zabrałem część rzeczy i pojechałem na przystanek autobusów odjeżdżających do Polski (przy dworcu Victoria).  Zabrał mnie autobus do Wrocławia, skąd udało mi się dotrzeć nocnym pociągiem do Karkowa a potem stamtąd już do Warszawy...Czując się opuszczona a może nawet w chwili rozpaczy Basia zadzwoniła do mnie następnego wieczoru i musiałem wysłuchać przez słuchawkę w automacie telefonicznym lamentu Dydony i końcowego chóru ("pod" Gardinerem oczywiście).  Wprawdzie uciekłem od niej w trosce o własne życie po jej wyznaniu iż pragnie mnie z zazdrości zamordować, jednak już w połowie drogi jakieś potworne współczucie dla niej schwyciło mnie za gardło   W przeciwieństwie do boskiego Eneasza ja, bohater raczej niepozorny, wybrałem nie obowiązek, lecz miłość...I wróciłem!...na samo-zatracenie (dlaczego?...to skomplikowana i dość przerażająca historia i nie chciałbym jej w tym miejscu opowiadać)...Wybacz mi Czytelniku tę nieco patetyczną stylistykę oraz następującą po niej maksymę.  Miłość odbiera nam wprawdzie wolność, ale jakże słodka bywa owa niewola!...Chociaż, mówiąc całkiem trzeźwo, skutki w postaci ruiny mojego życia, widziane z buddyjskiej perspektywy, wyglądają dość strasznie...A mimo to dzisiaj, chociaż minęła ledwie 10 letnia chwila od czasu naszego późniejszego, definitywnego rozstania, potrafiłem jeszcze raz odnaleźć w sobie miłość.  Chociaż tak się zwykle lękamy tej trzeciej miłości...o której pieśń Okudżawy mówi, że "ucieka jak tchórz i walizki ma spakowane już"...Największa jest jednak we mnie mimo wszystko miłość istnienia i to ona sprawia, że mimo trudnego czasami do zniesienia cierpienia nie rzucam się w wir samobójstwa.  

     Co jeszcze mogę Ci powiedzieć, drogi Czytelniku? Chociaż powiedziałem już być może i tak zbyt wiele...Wiedzy o muzyce nie nauczysz się z internetowej encyklopedii i z recenzji z pism muzycznych, ale jedynie przeżywając ją samemu i to w różnych sytuacjach swego życia możesz odkryć jej pełne wdzięku lub majestatu, piękno.  Cierpienie i radość, nadzieja i zwątpienie, pożądanie i tęsknota to los zakochanego w miłości miłośnika muzyki. To dość banalna prawda, jednak warto o niej przypominać w naszych przeintelektualizowanych i  bezdusznych czasach... 

     Ponieważ moje impresje dotyczące muzyki Purcella wydaję mi się teraz dość poważne i ciężkawe zakończę może przypomnieniem nieco żartobliwych słów jednej z arii Purcella: "One charming night gives more delight, then a hundred lucky days..."

 

 

 

 

 

 

      

 

  

środa, 25 stycznia 2012

              Przygotuj 3 ziemniaki, 2 cebule, dużą marchew, pietruszkę.  Pokrój drobno - z wyjątkiem cebuli wrzucając do garnka kolejno w kilkuminutowych odstępach: marchew, ziemniaki i pietruszkę, cebulę.  Tę ostatnią gotujemy w całości.  Przelej ugotowaną zupę do 2 miseczek i pozwól jej nieco ostygnąć.  W tym czasie odmawiaj modlitwę:

                             "O Afrodyto, Pani Knidu i Pafu, któraś z morskiej narodziła się piany...", itd.

             Zjedz zupę zatapiając się całkowicie w kontemplowaniu jej łagodnego smaku.  Pomyśl o rozłące jakiej doznajesz nie widząc od tylu dni swojej ukochanej.  Wizualizuj Jej twarz, ze szczególnym uwzględnieniem nosa i płatków usznych

             A będziesz miał dużo zdrowej energii!

                                            Wawawar wreu gha leu phodp gugtu eraf

                                            Wawawar wreu lerde bawar gheu minaf

                                            Wawawar wreu masti lavar dema rilaf

                                            Wawawar wreu migo tamaran gop alaf

wtorek, 24 stycznia 2012

          "Zgodnie z europejską normą co trzecia osoba na kasie powinna być biała a co dziesiąta powinna być transwestytą. Poza tym na kasie raz na 10 godzin przysługuje 35 sekundowa przerwa na załatwienie potrzeby fizjologicznej" - powiedział nam Poseł. 

                    Nowy Sezon w Operze Głuchołazkiej.  Program: "Halka" Moniuszki (wszystkie bilety do końca roku wyprzedane)

                    - A na "Straszny Dwór" coś jeszcze tego? " - zapytaliśmy dyrektora artystycznego Opery

                    - Nie kupuj pan biletu. Wejdziesz pan na wejściówkę!

                    - A plany na przyszłość?

                    - W marcu "Zemsta Nietoperza". Jak dobrze pójdzie w maju "Księżniczka Czardasza"...

                    - To już chyba raczej operetka?

                    - Co się pan tak zaperzasz! 

                    - Bo proponuję "Kuplety ciepłej kobiety"

                    - A czyje to?

                    - Moje...Strach Waści, zażyj tłabłaki!

                   

                  To na pewno nie działo się w Polsce...może na Rusi?  W Polsce ktoś chce być zły a tam musi...Tam człowiek człowiekowi wilkiem!

                  I teraz im głupio. Poza tym okazało się, że jedna noga stonogi to vacat!

                          Kuba Gminny:  - No i jak tam dupa po upadku, boli?

                          Adam, chłopak Ewy:  - Dupa? Znaczy się ona, czy moja?

                          Kuba Gminny:  - Gdyby tu była Ewunia to bym przecież ciebie nie obmacywał -

                          (Śmiech na sali. Niektórzy wołają: Dajcie trumnę, bo ja umrę! Inni: Śmiej się pajacu!)

                          Adam: A tak a propos! to słyszałem, że bara bara?

                          Kuba Gminny:  - Ja. Człowieku. Ja już mam tyle lat, że dawno zapomniałem.

                                                 A powiedz co ty żeś zgrzeszył?  Miałeś chociaż czym?

                          Adam:  -  Po upadku wiedziałem już, że raczej nieśmiertelny nie jestem.

                                      Zacząłem chodzić na siłownię, uprawiać aerobik i oglądać twoje programy w                        

                                      Pefałen...

                         Kuba Gminny: - A co na to Ewa? Pewnie więdnie z tęsknoty za mną?

                         Adam: - Nie martw się wąż był lepszy od nas obu!  Tylko szkoda tego mojego ...erdzielonego Ziobra.

 

 

 

 

 

 

              "Drogie Gdowy i Wężatki.  Jedyna i niepowtarzalna okazja! - możecie kupić dla swych pociech strój Adamowy.  Nawet sam Pan Bóg się nim nie gorszył!  Ale podobno teraz do raju wpuszczają tylko gości pod krawatem i wodą sodową a panienki wyłącznie lekkich obyczajów, bo "heavy manners" to już przeżytek!  Chętne zapraszam do rajskiej zabawy - gra kapela Małego Józia i inne zespoły weselne!  Na salę wpuszcza Piotr Zaparty, ten który trzy razy się zaparł...a ten drugi to bodajże Szaweł Kamieniarz.  Dziewczyny przed 18-tką wstęp gratis!"

              Oprac: Towarzystwo Weselne Świętego Ducha

           Wspomnienie przedśmiertne Andrieja Sołowjowa:            

           "Droga Lizawieto Prokofjewna!  

           Wyobrażasz sobie, jeszcze raz zgubiłem dzisiaj okulary. Tym razem już chyba "na śmierć".  Idąc wieczorem na przystanek pisałem do najbliższej mi Osoby, która nie znalazła czasu, żeby się ze mną spotkać. To Ona pomogła mi przedtem znaleźć te okulary.  Ale teraz...jakiś młody, wysoki człowiek przyglądał mi się jakby się na mnie zaczaił i nagle przeszedł obok mnie...a potem okularów już w mojej dłoni nie było. 

           Dlaczego to zrobił, Kochana, skoro nie były mu one potrzebne i nie można ich było nawet sprzedać? (Chociaż niby sprzedać można u nas  wszystko)...Obawiam się, że z tej samej czystej złośliwości dla której chłopak, który zobaczył że oglądam wyniki swoich badań, powiedział do swojej dziewczyny, że zapewne mam rzeżączkę i wszy, i niestety niedługo wyzdrowieję (pisałem już o tym zdarzeniu, które do tej pory mnie przygnębia)  Zapewne to jakiś diabeł, oczywiście, po cywilnemu.  Diabły muszą się trochę ukrywać, żeby ich nikt nie złapał za rękę, chociaż wolno im przecież wszystko.  W zeszłym roku jeden z nich strącił mi okulary, kiedy siedziałem na siedzeniu w autobusie i później z pewnej odległości przyglądał mi się z zimnym zadowoleniem. A to mnie ktoś potrąci na ulicy a to zelży?  Przyjemnie, co?  Diabły są jak wiadomo sadomasochistyczne, jednak nie mogą chodzić w swoich uniformach...A właściwie, dlaczego nie mogą?  Albowiem są tutaj incognito, chociaż  odór ich mowy wyczuwa się z odległości stu metrów. Nieprawdopodobna wprost buta!

           Niestety nie mam pieniędzy, żeby kupić sobie nowe okulary.  To normalne kiedy jest się profesorem, samotnym wędrowcem i poetą.  W końcu po to człowiek tyle studiował i sam napisał, tylu poznał ludzi i tyle krain zwiedził od Czukotki po Bajkał...przecież nie po to chyba aby stać go było na taki luksus jak okulary (minusy - plusy są tanie)...albo na książki?  Tfu, co z fanaberie!  Diabeł zaraz po studiach zarabia teraz więcej niż ja.  No, ale na to trzeba się urodzić diabłem.  Nie każdy jest predestynowany do absolutnej władzy nad duszami swych ofiar zanim z dobrodziejstwa naszego jedynie słusznego systemu trafią do kolonii karnej lub do kamieniołomów...Niech ich Stalin im wybaczy! bo nie wiedzą, co czynią...

          Jak będziecie u mojej Matki, skosztujcie choć trochę ciasta. Ucieszy się staruszka!  Tylko nie rozmaczaj go w herbacie, bo mamasza pomyśli, żeś nisko urodzona! Ot liaguszka z ciebie (znaczy się jak mówią Polaki - żabka).

          A to, co napisałem możesz wszystko wyrzucić...albo napal tym w piecu, niech ogień na chwilę buchnie, dzieci sobie ręce pogrzeją.  Przecież to już styczeń! 

          Kłaniam się przed Tobą, Elizawieto Prokofjewno, do ziemi, jak bezlistny klon...A ten list też spal, żebyś sama nie miała kłopotów, bo pociechy jeszcze małe...a Kozakom ruchać się chce...mogą coś spsocić!

          Twój Andriej Pawłowicz 

   

          

 

 

 

 

 

 

sobota, 21 stycznia 2012

         "Bywa - napisał Nezumi13 na swym blogu  - że nonkonformizm jest w istocie rodzajem konformizmu a konformizm rodzajem nonkonformizmu...Weźmy na przykład głośną sprawę Jezusa z Nazaretu..."

         Wpis opracował: Aurelio

                   Jeżeli jest Szabat, to Żyd (Oby Go to nie spotkało!) powinien raczej zaczekać z objawami do niedzieli a potem szukać pomocy i koszernych lekarstw.  Kiedy Polak cierpi na chorobę wieńcową, to może załatwić sobie wizytę za pół roku - to wielka oszczędność dla budżetu służby zdrowia i zarazem przejaw miłosierdzia (możemy bowiem szybciej "spocząć w Panu")...A Pani Kopacz i tak już nikt z nowego stołka nie wykopie!

        "Tylko przez 15 sekund Malediwianki stawiały opór naszym Polskim Witaminom.  W 16 sekundzie Agata Bomba-Żelazo powaliła piłką bramkarkę Malediwów a w trzy sekundy później dumne reprezentantki egzotycznej republiki po raz pierwszy wyciągały już piłkę z siatki...Polki zadowoliły się wynikiem 50:0. a trener Kablobetonu Eugeniusz Mięśniak mógł sobie pozwolić na wystawienie trzeciego garnituru szczypiornistek. W środę nasze sympatyczne dziewczyny czeka pojedynek z czarnoskórymi reprezentantkami Gabonu. "Jestem raczej spokojny o wynik!" - powiedział trener"

         Co się od tamtego czasu zmieniło?   Smutni panowie nie robią już dziur w gazetach, żeby lepiej widzieć, kto powiedział, że "muchy obsrały portret najjaśniejszego pana", bo mają do dyspozycji doskonalsze urządzenia.  Poza tym Szwejk to symulant i trzeba mu zrobić lewatywę! 

        (Określenie smutny pan może być trochę mylące - to przecież znani "jajcarze"!  Czyż nie jest przyjemnie pożartować z kogoś z pistolecikiem w ręku?)

          Chociaż jeden i drugi to Azjaci, Budda jednak szanował każdego człowieka i każdą czującą istotę... Natomiast towarzysz Mao wysyłał do obozów reedukacyjnych tych, którzy mieli nieszczęście grać na fortepianie, nosić okulary lub krytykować aparat przemocy - nawet jeśli nie skończyli 10 lat.  Mao wprowadził surową moralność potępiającą wszelkie przejawy zepsucia - zwątpienie w misję aparatu przemocy, nadmierne poczucie humoru lub pragnienie wolności i kilka innych rzeczy. W miejsce tradycyjnej zdrowej moralności seksualnej wprowadził skrajną ascezę, czyniąc jednak wyjątek dla samego siebie i swoich znanych z jurności ubeków.  Tak więc towarzysz Mao nigdy nie zbaczał z wytyczonej innym drogi.  Budda natomiast sądził, że każdy powinien troszczyć się przede wszystkim o własny wewnętrzny rozwój.  "Zacznij od siebie!" - mawiał.  "To Ty jesteś chory i musisz leczyć swą świadomość. Zostaw innych w spokoju"...Budda, podobnie jak później władca Indii i prawodawca Asioka wiedział, że "ryba psuje się od głowy" i że regulację prawa należy rozpocząć od wyeliminowania bezmyślnego okrucieństwa! ...Dlatego mimo wszystko wolę Buddę niż towarzysza Mao.         

 
1 , 2 , 3 , 4