Kategorie: Wszystkie | "Dziewczyny, bądźcie dla nas dobre na wiosnę" | ...bez końca | 0 | 100O i jeden Rabinów | A Puszkina też zapuszkują? | A moze to tylko pomieszanie zmyslow | A nie lepiej być purystą? | Aaaaaaaaaaaaaa...aalfabeta | Ach, gdzież jest litość lub wspolczucia pozór? | Ach, gdzież jest litość lub współczucia pozór? | Adam Mic - Kiewicz | Adaś i Ewka | Aforystyka | Amerykański sen | Autopsychoterapia | Bez sensu to to! | Bez szaleństwa... | Bezmyślne okrucieństwo | Bezradność | Biedna Szymborska | Biedny Kapturek! | Bliźni miłości | Bliźniego miłość... | Blondyn | Blue Bossa | Bojaźń i drżenie | Bratnie dusze | Bruner, ty świnio! | Buddyzm w życiu codziennym | Bóg mi poskapił tej anielskiej miary... | Bóg mi poskąpił tej anielskiej miary... | Bójstwo samo | Caritas | Chiziofrenia | Choroba na śmierć | Chwila ułudy | Chwila wytchnienia | Chłodne upojenie | Cierpienia i radości | Cierpienie i radość | Cleen feed | Cnota niedoli | Co slina na język przyniosła | Co tam panie w polityce? | Co w niebie piszczy | Co ślina na język przyniosła? | Corrida | Coś dla duszy... | Coś tak wulgarnego | Cudotwórstwo | Czarna Perła Tao | Czarny tulipan skrzyżowany z czarna różą | Czarny tulipan skrzyżowany z czarną różą | Czary Mary | Czego nie przysięgał Hipokrates? | Człowiek nie jest rzeczą | Człowiek to brzmi dumnie, ale nie u mnie | Często chowa | Częstochowskie rymy | Deficyt aniołów | Delightful! | Demokratyczne wybory w Oczodołach | Diabłoterapia | Dla wszystkich i dla nikogo | Dnieje | Do samego siebie | Dodatek | Dowcipas dnia | Duma narodowa | Dusze drzew | Dyskretna mgiełka autoironii | Dzielność | Dziki kapitalizm | Dzisiejsza młodzież | Dzisiejsza młodzież nosi ładną odzież | Egzystencjalizm jest chumanizmem | Ekonomia zbawienia | Elegancja Francja | Elegijnie | English gentelman | English gentleman | Epicurus | Ewa tylko ziewa | Falochron | Female | Filozofia bez uczoności | Forever Loving Jah | Gadu, gadu | Gadu, gadu, trochę więcej jadu | Gal Anonim | Gaz dla pedałów | Gaz dla pedałów, młot dla sierpów | Gdy rozum śpi... | Gendarme | Genek, gienialny gieniusz | Geno Typ | Gorący uczynek | Grabarz | Grabarz nonsensu | Gry i zabawy literackie | Głupota przysłowiem narodów | Głębie i tajnie Podświadomego | HIstoria nauczycielką bicia | Herbatka zen | Homo economicus | Homo sapiens czy Homo politicus | Humor absurdalny | Humor nieco absurdalny | Humor, satyra, panie... | I rekiny w oceani mają zębów cały rząd | I rekiny w oceanie mają zębów cały rząd | Indie Wschodnie i Zachodnie | Industrial | Istnieje również wrodzony brak poczucia humoru | Ja tam bynajmniej nie wiem | Jak długo będę jeszcze żył? | Jak uprawiać agresywne dziennikarstwo? Poradnik dla początkujących | Jakże cżęsto powtarza się ta historia | Jakże trudno czasami coś sklecić! | Jan i Małgorzata | Jan z Czarnolasu | Jesienna muzyka | Jeszcze smutniej! | Jeździec Apokalipsy | Językologia | Kaczuszki mandarynki | Karawana idzie dalej | Katedra Adamowego Żebra | Kawa z Kafką | Każdemu według naszych chęci | Każdemu według potrzeb | Każdemu, o czym tylko zamarzy | Kiciuś Miciuś! | Kicuś Micuś! | Kiedy człowiek staje się bestią | Kiedy owce nie milczą | Kij w mrowisku | Kniaź Wiktor | Kochani ludożercy | Kolacja Pani Sowy | Kometa tylko głownia nie ta | Konkwista | Koryfeusz nauki, milośnik sztuki | Koty i inne zwierzęta | Koty, głupoty, palikoty | Kości rzucone są | Kość słoniowa | Kto pierwszy był człowiekiem, kto będzie nim ostatni | Kto pisze teraz historię? | Kuchnia szamańska | Kwiatki Św. Franciszka | Kwiatostan śmierci | Kwitnienie kultury | Kwitnąca wiśnia | La colombina i ciche ukojenie | Lekarzu - lecz się sam! | Lenin wiecznie żywy | Leśmianiada | Lichwiarstwo polskie | Liryki i prztyki | Logika dziejów | Londyńska mgła niepamięci | Londyńskie przygody | Los ofiary | Los puka do moich drzwi | Lotosowy wpis | Ludzie ludziom... | Lunatyzm | Lęk społeczny | Made in Japan | Maligna | Marność nad marnościami | Marność nad marnościami. Rekoleksje Wielkopiątkowe | Marzenia senne | Marzeniologia stosowana | Maszkary i senne dziwadła | Maszkary i senne widziadła odbite w lustrze | Mała czarna z Kafką | Medycyna naturalna | Meine Liebe Augustin! | Melancholia | Melancholia stosowana | Memorabilia | Meszreiw | Meteo | Mgiełka autoironii | Mglisty dzień. Mgła | Mikołak | Mistrz i Małgorzatka | Mistycyzm lunarny | Mistyka i miłość | Mitologia osobista | Mitologia świata | Miłość | Miłość bliźniego | Miłość nie zawsze szczęśliwa | Miś Uszatek | Moc rytuałów | Monada nie ma okien | Mowa potoczna | Mowa ptaków | Mowa serca | Moze ktoś zrozumie, co teraz czuję | Może ktoś się ucieszy? | Może ktoś zrozumie, co teraz czuję | Może to trochę zbyt uszczypliwe | Musicology | Muza lekkich obyczjów | Muzyka przywraca ład serca | Myszoterapia dr Nezumi | Myśli prostego człowieka | Mądrość Natury | Mądrość jak z gazety | Mądrość narodów | Młot na faryzeuszy i hipokrytów | Męstwo bycia | Mówił sen do snu | NIe ma na świecie dwóch takich samych liści, ni kropel deszczu | Na jawie (lecz to, co niejawne pozstaje) | Na stos rzuciliśmy szcześcia los | Na stos rzuciliśmy szczęścia los | Na szczytach hipokryzji | Na zdrowie! | Nad piekną rzeką | Najokrutniejsze zwierzę | Najsłodsza tajemnica | Narastająca senność | Nic dzisiaj ciekawego nie napisałem | Nicość | Nie am dwóch takich samych liści, ni kropel wody | Nie bój się - najwyżej cię rozstrzelają! | Nie czas żałować burz, gdy płoną oczy | Nie czas żąłować burz, gdy płoną oczy | Nie każde szczere złoto jest szczerozłote | Nie ma na świecie dwóch takich samych liści ani kropel wody | Nie ma na świecie dwóćh atkich samych liści lub kropel deszczu | Nie ma takiego smutnego, co by na wesołe nie wyszło | Nie ma zazdrości bez miłości | Nie oddamy nawet guzika | Nie tylko dzielenie włosa na czworo | Nie wiem, ja w ogóle nie myślę | Nie zabijaj! | Nie zabijajcie drzew! | Nie zawsze urocza dzecinada | Niebiańskie szczyty głupoty | Niech pani będzie dzielna! | Niech zapłaczą na moim pogrzebie | Nieco drapieżny wpis | Niekoniecznie ptasi móżdżek | Nienawiść bliźniego | Nieosobiście | Nieprzesłane przesłanie | Niestworzone rzeczy | Nieszkodliwe głupotki | Niewczesna melancholia melomana | Niewczesne rozważania | Niewielka profanacja | Niewielkie przekłamanie | Niskolotnie | No No! Teatr No | No comments! | No no! | Nowa poezja lingwistyczna | Nędzne kabareciarstwo | O Leonardo, po cóż się tak trudzisz? | O dzieleniu włosa na czworo, czyli metodzie scholastycznej | O dzieleniu włosa na czworo, czyli o metodzie scholastycznej | Obciachy | Obscenia i parafrenalia | Obsesja dobrego biustu | Ojej! | Oko w oko z zębem mądrości | Okropieństwa | Okruchy odgrzebane z lawy | Okruchy życia wygrzebane zlawy | Okruchy życia wygrzebane z lawy | Okrutna losu ironia | Orientuj się na orient | Owczarek | Owczarki afgańskie | Owocożerni | PL jak piekło | PO PiS | POeci wszystkich krajów dzielcie się | Pan Tadeusz | Panie pośle, po chrześcijańsku panu wybaczam | Pańska satyra polityczna jest niegramatyczna | Pendant do pewnego przypisu | Perlikowski | Pewna elastyczność zasad | Pewne jak w banku | Piorunujący piorun! | Po owocach poznacie ich! | Po upadku | Pobożne życzenia | Podpatrywanie Natury | Podroby i inne podróbki | Pokolenie Kainowe | Pokorne ciele | Pokorne cielę | Pokusa | Polak potrafi | Polak potrafi! | Politolog i Politowska | Politycznie niepoprawne! | Polonica | Polonika rycerskie | Polucje i ablucje | Pomarańcze i mandarynki | Pomarznąć dobra rzecz | Pomarznąć dobra rzecz! | Pomoc psychologiczna | Poranna kawka z Kafką | Porąbane marzenia | Potężne i głębokie warstwy pierwotnego mitu | Powieść brukowa | Powszechna życzliwość | Powtórka z cynizmu | Poznaj samego siebie | Prawda | Prawda jest jedna i piękna, ale złożona | Prawda popłaca | Prawdziwa metropolia | Prawi i sprawiedliwi | Prawiezmartwychpowstanie | Prawiezmarwtychpowstanie | Prognoza pogody | Pruski smutek | Przecież cię zjem! | Przedagonalny polski agon | Przegląd sportowy | Przeinaczenia | Przez pychę do pokory | Przeżyjesz to, a pote już tylko grób | Przeżyjesz to, a potem już tylko grób! | Przminęło z wiatrem | Prztyczek | Psiapowiednia Majów | Psubrat | Pustka | Pytanie dość retoryczne | Raczej to nie będzie hit | Radosne gonitwy śnieżnych tygrysów | Radość wędrowania | Rejterada Rejtana | Religie nauczą cie pokory | Res Sacra Pecunia | Romans z pop kulturą | Roots, Rock, Reggae | Rozkosze reinkarnacji | Rozmowa nie na telefon | Rozpacz | Rozpacz na wieki wieków | Rozpacz, która podpełza pod gardło | Ruch i świeże powietrze... | Rybołówstwo cudzołożnika | Rycerz pokalany | Samokrytyka | Samotność egzystencjalna | Sekrety pewnego domu handlowego | Seraphic Flames and Heavenly Love | Siedź na dupie i potakuj! | Somatyka | Somatyka logiczna | Spełniona przepowiednia | Spleśniały ser | Sponsorem tej opowieści jest wydawnictwo Błękitny Wieloryb | Sport to zdrowie | Spowiedź morskiego wilka | Stary Sącz i Nowy Sącz | Stary mafioso | Stołeczne stołki | Stratyfikacja społeczna | Suma sumarum | Sumienie rachunku | Sweet Music and Poetry | Sygnały podprogowe | Szalchetne zdrowie | Szczęśliwa pomyłka | Szekspir do żadnej nie należy epoki | Szkarady | Szlachetna gravitas | Szlachetne zdrowie | Słodycze grafomanii | Słówka | Słówko do słówka, a uzbiera się sówka | Tadeusz Bój Jeleński | Taia chińska podróbka | Takie będą rzeczpospolite jakie tego blogu chowanie | Takie tam, pierdoły | Talking Heads | Tania chińska podróbka | Tatiana | Teorie świata nauki | Terapeutyczie | Terapeutycznie | Thames | The Doors. Uchylone drzwi | The Lion cub | The fruit of beauty and despair | To na pewno nie Lec | To nie żadna filozofia | Tragiczne pożegnania | Transformacja duchowa | Trudna sztuka dialogu | Trudno czasmi coś sklecić | Trzylogia | Trója z polskiego | Twarda rzeczywistość | Ty mi tutaj nie filozuj | Tygrysologia stosowana | Tysiac i jeden ptaków | Tysiąc i jeden kotów | Tysiąc i jeden ptaków | Tysiąc różowych kroliczków | Tęsknica | Tęsknota duchowa | Ubekistan | Ucone księgi | Uczeni ludożercy | Uderzenia losu | Uduchowienie | Umrzeć z miłości | Upadek Pierwszego Człowieka | Uroczy wegetarianin | Uszczelnienie systemu podatkowego | Utrata uzębienia | W czym mogę panu pomóc? | Wciąz powtarza się ta sama historia | Wciąż powtarza się ta sama historia | Wdzieczna muzyka przywraca ład serca | Wesola grafomania z morałem | Wiecej broi dla szaleńców w Teksasie | Wieczne powroty | Wiedza radosna | Wielka wygrana | Wielomówstwo, czyli plaga opowiadania | Wierzba płacząca | Wiosny i jesienie | Witch | Więcej broni dla szaleńców w Teksasie | Wojna totalna | Wpis o kształcie piramidy | Wprowadzenie do kruczków prawnych | Wrzucam wszystko do kosza | Wrzątek | Wspomneinei pewnego wspomnienia | Wspomnienie pewnego wspomnienia | Wspomnienie pewnego wspomnienia | Współczesny filister | Wszystkie rybki | Wszystko na A | Wszystko na sprzedarz | Wszystko na sprzedaż | Wygrana | Węzłowato | Wólka Węglowa | Xin Lu, typowa brunetka o granatowych oczach | Z Nietzschego nic nie powstaje | Z księgi wulgaryzmów | Z rupieciarni myśli | Zaczarowany świat zen | Zanim mnie wrzucą do dołu | Zapowiedź Apokalipsy | Zaraz wracam! | Zasada domniemanej winy | Zaskroniec | Zastał Polskę drewnianą... | Zatrzaśnięte drzwi | Zbaw mie Buddo Amido | Zbaw mnie, Buddo Amido | Zdrowy egoizm | Zegar dziejów | Zestrzelenie księżyca | Zginął z rąk słabej kobiety | Zima się nas nie ima | Zjawiskowe | Znak jaskółki | Zrozumieć wartość tego, co nieużyteczne | Zuch zawsze ochoczy! | Zwierzęta pod postacią ludzi | Zwyciestwo konsumpcjonizmu | Ząb mądrości | ie zabijajcie drzew! | ieosobiście | kosmos | Łagodne prawo, ale prawo | Łagodność tygrysa | Śmiechotki, chichotki | Śmiertelna powaga | Śmierć | Światełko w mroku | Świętość, wziętość, nadętość | Życie jest tragiczne | Życie samo | Życzliwe spojrzenia na całość ogródka | Żyć, nie umierać
RSS
sobota, 21 lipca 2018

 

........................................................................

 

     Meszczyzna  u kresu średniego wieku,

(tzw. wiek przed-starczy),  źle sytuowany,

bez nieruchomości, nie bardzo przystojny

i mało towarzyski, prawdę mówiąc odludek,

niezbyt inteligientny i trochę apodyktyczny,

cierpiący na chorobę stercza, poszukuje

nieodpłatnie młodej i pięknej partnerki o

czystym sercu, która poprzez odpowiednią

pielęgnację zaopiekuje się jego duszą i ciałem

ze szczerej, bezinteresownej miłości,

a w odpowiednim momencie, po odbyciu

gehenny szpitalnej, pięknie pochowa.  

    Ze mną nie będziesz się nudzić!  Preferuję

seks analny w środku nocy, kiedy partnerka

jeszcze śpi.  Lubię też dawać dziewczynie

lanie moją laską. Ale jeśli jesteś maso, 

to pomyliłaś adres!  Nie znoszę hedonistek!

      Jest więcej jak pewne, że kiedyś

zostanę lotto milionerem. Gram

w lotto systematycznie od 30 lat i szczęście

musi się do mnie uśmiechnąć!  Związek

ze mną będzie dla Ciebie testem

człowieczeństwa i odporności psychicznej.

Wyrobisz w sobie cechę pokory, ustępliwość,

panowanie nad własnym językiem i

umiejętność cieszenia się drobiazgami. 

     Kobiety kwiatem nie biję!  Mam do tego

odpowiedni sprzęt.

     Zainteresowania: brak.

     Bez nałogów. (Raz w tygodniu nie pije!

Pale wyłącznie cygarteki).

     Rozrywki: cyrk, boks, gra na automatach,

msze święte, podglądanie staruszek,

przypalanie mysich ogonków na mikrofali,

testowanie specyfików na porost prącia.

Zasada korzystania z telewizora: Kiedy

oglądam mecz, nie ma żadnego przełączania!

     Pluję zawsze pod prąd!

     Jestem Bi - od czasu do czasu muszę

mieć chłopca. To Cię trochę odciąży!

     Polityka mnie nie interesuje. Ale nikt

nie wmówi mi, że małpa jest człowiekiem!

     Jeśli masz chrapkę na głośne chrapanie,

ta oferta jest dla Ciebie!  Nie przegap swojej

szansy!  Będę Twoim panem i władcą!

    Rada ogólna: Nie próbuj mnie denerwować.

     Uwaga - oferty z aktualnym zdjęciem

przyjmuje według kolejności zgłoszenia. 

Zastrzegam sobie prawo nie czytania ofert

powyżej setnej.

........................................................................... 

piątek, 20 lipca 2018

 

    Ostatnio ktoś zapytał, dlaczego nie

napisałem książeczki o taoizmie. Mogę

na to tylko odpowiedzieć słowami z

"Tao miauczenia":

  

     "Mądry kot przez większą część dnia śpi.

     Wie, że jeśli poczeka, rzeczy same doń przyjdą.

     Nie musi wprawiać rzeczy w ruch,

     Po prostu leży i czeka aż się pojawią."

 

     Mówiąc poważnie sceptycznie odnoszę

się do tych kocich interpretacji, podobnie

jak do relacji o kocie, który został Mistrzem

zen i objaśniał, czym są buddyjskie paramity.

Może dlatego, że w kontakcie z moją Mitsuko

bardziej przydaje mi się książeczka "Jak żyć

z neurotycznym kotem." 

 

      Samo napisanie książeczki o taoizmie

nie zajęłoby mi zbyt wiele czasu. Ale pewne

rzeczy dojrzewają powoli.  Popularnych

streszczeń taoizmu jest wiele, podobnie jak

opracowań naukowych i dowcipnej i mądrej

literatury w rodzaju "Tao Kubusia Puchatka." 

Jeśli miałbym pisać o taoizmie, to musiałbym

powiedzieć o nim coś innego niż Watts

lub Feng Youlan.  Prawdopodobnie o tym,

jak ja sam go w różnych sytuacjach

życia doświadczam.

      Niektóre osoby nie rozumieją, że

nazywanie tao drogą, w znaczeniu jakiejś

praktyki duchowej, może prowadzić na

manowce. Wolę mówić o tym, że życie

jest wędrówką po bezdrożach.  Taoizm

Zhuangzi i Laozi jest, w moim odczuciu, 

o wiele bardziej konsekwentny niż zen

dlatego właśnie, że takiej praktyki nie

narzuca. Pojawia się ona w rozwoju, 

czy raczej "zwoju" taoizmu później,

w okresie kiedy utracił on swą pierwotną

moc i wszedł w sferę magii i alchemii.

Pojawiło się wtedy wiele rzeczy uroczych

i wartościowych, ale nie należących do 

filozofii.

     Chociaż taoizm jest najbliższą mi 

filozofią życia, ja sam nie czuję się taoistą. 

Moje poczucie tragiczności życia jest zbyt

żywe i nie wydaje mi się, abym chciał roztapiać

je w mistycznej pustce.  Ktoś słusznie

zauważył, że taoizm w ogóle nie odnosi

się do kwestii cierpienia i że jest to

przejaw pewnej, bynajmniej nie pogodnej,

rezygnacji.

      Poza tym źle bym się czuł z etykietką

taoisty. Ktoś może to położyć na karb słabości

ducha, czy też niechęci do narzucenia

sobie jakiejś dyscypliny. Ja widzę w

tym raczej wierność własnemu sposobowi

myślenia i odczuwania życia.

 

     - A co jeśli nie zdążysz jej napisać? -

     - Jest to bardzo prawdopodobne, ale

gdyby w życiu chodziło jedynie o słowa  

to wszyscy byliby być może niesłychanie  

mądrzy, a już na pewno tacy jak Puchatek. -

 

     





 

      

    

czwartek, 19 lipca 2018

 

    Uwielbiam tego człowieka i piosenkę. 

 

     Keith Hudson nie miał tak wyćwiczonego, ani ładnego głosu

jak wielu jamajskich wokalistów i działał głównie jako producent.

A mimo to kilka płyt jakie pozostawił (choć nie ta, z której

pochodzi piosenka), to najlepsze płyty reggae, wyjątkowe

i unikalne. Muzykę tworzą talent, determinacja i przesłanie, a

przede wszystkim swoboda posługiwania się środkami muzycznymi.  

Hudson pisał teksty, które coś wyrażały, komponował piosenki

oparte na wyrazistym rytmie i do tego świetnie je aranżował.

Jednak to, co mogłoby być jego piętą achillesową, czyli tzw. wokal

nie tylko nią nie jest, ale to właśnie on tworzy niepowtarzalny,

mroczny i poważny nastrój. Nie sposób go nie pokochać!

Hudson eksperymentował, łącząc czasem reggae z funkiem,

albo tworząc posępne dabowe brzmienia. 

      "Rasta Communication" (1978) to jego najbardziej

konsekwentna twórcza kreacja, mroczna, ale z momentami

pięknych przejaśnień. Jednak najbardziej eksperymentalną

jego płytą jest "Flesh of My Skin, Blood of My Blood" (1974).  

(Wypada tylko żałować, że nie mogła być ona lepiej

akustycznie zrealizowana i jej brzmienie jest trochę

spłaszczone, "garażowe"). Tu też mrok bywa głęboki, jak w

krótkich utworach instrumentalnych i w pieśni "Darkest Night"

(która ma jeszcze lepszą wersję na innej płycie). Oba te nagrania

są cudowne - o ile oczywiście ktoś lubi roots reggae ;-)

(Prezentowane są też na Yutube). Przedwczesna śmierć Keitha

Hudsona sprawiła, że stał się prawdziwą legendą reggae,

choć należy go zaliczyć do wykonawców ezoterycznych,

znanych jedynie wtajemniczonym (nie zawsze tak było).

      Kiedy myślę o takich przedwczesnych odejściach, to

przypomina mi się gorzkie pytanie genialnego perskiego

poety Omara Chajjama: Dlaczego Bóg tworzy ludzkie

życie po to, żeby je zniszczyć?  Jest jak garncarz, który

rozbija własne wytwory.

      

środa, 18 lipca 2018

              

               nie było nocy ani dnia

               światła ciemności

               snu i przebudzenia

               marzeń i bólu

               piękna i brzydoty

               było tylko nieistnienie

               w nie-miłości  

                                

              

 

 


           

wtorek, 17 lipca 2018

 

- Gdybym był ślimakiem, albo żółwiem

to droga do pałacu zajęłaby mi tydzień. -

powiedział król. - Żółwie morskie pływają

beztrosko w wodzie, ale kiedy wypełzną

na ląd stają się nieruchawe. Ale mój

rączy koń poniesie mnie tam lotem

błyskawicy! -

     Wiedźma popatrzyła na niego z

politowaniem.

     - A skąd wiesz, że nie jesteś ślimakiem? -

zachichotała - Przyjrzyj się sobie! - 

     Król zsiadł z konia i spojrzał w lustro.

To była prawda!  Zamiast ludzkiej twarzy

zobaczył oślizłą ślimaczą głowę z różkami.

     - To ty? - spytał. - W takim razie

zasłużyłaś na śmierć!

     Mówiąc to chciał dobyć miecza, ale

poruszał się tak ślamazarnie...

     - Nie, to nie ja!  Nikogo jeszcze tak

nie skrzywdziłam. Choć mogłabym...

Postradałeś życie, Panie. Zabił cię

podstępnie twój najlepszy przyjaciel

i teraz nie żyjesz!...Co ja mówię?

Żyjesz! Ale jesteś tym oto ślimakiem

i nieprędko dopełzniesz do stolicy.

A wiesz kto jest teraz królem? 

Twój morderca! -

       - W takim razie muszę pomścić 

mą śmierć i odzyskać tron!  -

wykrzyknął Ślimak.

       - He, he!  Zajmie ci to trochę

czasu! - zachichotała Wiedźma.-

Lepiej wsuń się do muszli i trochę

prześpij, ty obojnaku! -

       - A nie znasz na to jakiegoś

remedium albo antidotum? -

       - Na to nie ma lekarstwa! -

odpowiedziała Wiedźma i zrobiła się

trochę smutna.

       - Ale może wiesz chociaż,

dlaczego spotkał mnie taki los? -

       - A kto ci powiedział, że być

ślimakiem nie jest przyjemniej

i piękniej niż być królem? Zakosztuj

swego życia, a potem pogadamy. -

       - Teraz każdy może mnie

rozdeptać, a moja małżonka dzieli

pewnie łoże z moim oprawcą. -

westchnął Król.

        - Tak już jest na świecie -

rzekła Wiedźma. - Ale za tysiąc

lat wszystko może jeszcze się

zmienić! -

        Ślimak wpełzł w leśne 

pokrzywy, a Skrytobójca żył

i królował długo i szczęśliwie,

i kazał nazwać swą tyranię

Złotym Wiekiem.

       Czasem w księżycową

noc Wiedźma widzi jak ślimak

próbuje dojść do pałacu,

szorując brzuchem po drodze,

aż w końcu przykleja się do

trawy. Cóż za pocieszny widok!

       - Pokaż rogi ślimaku!

Jesteś jak Księżyc!  Znikasz,

a potem się zjawiasz. - śmieje

się.

      Ale tak naprawdę nie jest

jej do śmiechu.


      

poniedziałek, 16 lipca 2018

 

    - Dlaczego? - spytała Midori.

    - Nie wiem. Czuję to...Kiedy

    dzisiaj patrzyłem na Górę

    wydawała mi się ośnieżona,

    chociaż zakwitły wiśnie.

    Wszystko zależy chyba od

    tego, w jakim miejscu jesteśmy.

    - rzekł Toru.

     - Nie mów tak! Chciałabym,

     żebyś żył!  Nie jesteś przecież

     duchem. Nawet nie jesteś

     stary.  A wiosna jest dla wszystkich! 

     Mówiąc to Midori zatłukła

     komara.

     - Dlaczego to zrobiłaś? - spytał

     Toru. 

     - Bo wpędzasz mnie w rozpacz! - 

           Pojechali nad morze. Toru

     nie lubił chodzić po piasku, ale

     zdjął sandały. Plaża była prawie

     pusta. Morze szumiało i jakieś

     ptaki latały z głośnym krzykiem.

     - Lubisz wróżyć z chmur? - spytała

     Midori.

     - Uwielbiam! - powiedział.

     - To, co teraz zobaczyłeś? -

     - Nic!  Patrzyłem na morze. -

     - Nie wykręcisz się! - 

        Przystanęli i Toru spojrzał w niebo.

     Kontemplował je łapczywie z błogim

     wyrazem twarzy. Midori bardzo się

     to podobało.

     - I co? - spytała.

     - Widziałem twarz...-

     - No jasne!  Zawsze widzimy twarze. -  

        Ale rozmowa urwała się.  Dziewczyna

     poczuła, że Toru zauważył coś, co go

     zaniepokoiło. Postanowiła przerwać

     milczenie. Miała już nawet gotowe

     kłamstwo.

     - To, co widzimy patrząc na chmury,

     to tylko wytwory naszej wyobraźni.

     Nawet jeśli sfotografujesz to smartfonem

     i ktoś inny powie, że widzi dokładnie

     to, co ty, bez żadnej sugestii z twej

     strony, to jest to tylko dowód na to,

     że nasza psyche jest podobnie

     uwarunkowana. W gruncie rzeczy jest

     to zabobon! -

          Toru zatrzymał się. Powiedział jej

     kiedyś, że w smutku potrafimy ocalić

     własną godność, a teraz miał minę

     porzuconego kociątka. Cały trochę

     surowy wyraz jego twarzy znikł, ale

     nie pojawił się na niej nawet cień

     uśmiechu. Wyglądał, jakby przed

     chwilą stracił matkę.

         Midori pogłaskała go po policzku,

     a potem zapytała:

         - To ona przyszła po ciebie? -

         - Tak! - powiedział.

         - A nie mógłbyś jeszcze raz

     popatrzeć? To na pewno minęło!

     Chmury są wesołe i beztroskie.

     Nawet chmura gradowa ma wiele

     wdzięku. -

        - Jakoś nie zauważyłem! -

        Ta rozmowa przypominała się

     zawsze Midori w rocznicę jego

     śmierci. Przez cały rok nie myślała

     o nim, ale ten dzień dosłownie

     zwalał ją z nóg. A w nocy patrzyła

     na jego zdjęcie oświetlone płomykiem 

     świecy. 

          Midori lubiła teatr. Więc, kiedy

     padał deszcz, wychodziła

     do ogrodu i zza szyby widać było

     całe jej nieszczęście. Deszcz płakał,

     a Akyo musiał ją fotografować

     klęczącą na trawie z dłońmi ułożonymi

     tak, jakby prosiła:

         - Błagam, wpuść mnie! -

         Z pewnością tego właśnie życzyłby

     sobie duch Toru. Ale od świata żywych

     oddzielała go twarda szyba. Często

     pytała Akyo, dlaczego Toru odebrał

     sobie życie.  Ale ten zbywał ją zawsze

     słowami:

         - Nieszczęśliwa miłość! -

         - Przecież i tak niewiele mu zostało. -

     mówiła wtedy Midori, która nie wiedziała,

     czy mówi to poważnie.

         - Czuję się winna...Gdybym nie pokazała

     mu wtedy nieba... -

         Akyo wiedział, że ta kwestia należy

     do jej roli i że trudno byłoby jej z niej

     zrezygnować. Dziwił się tylko, że ta rola

     jest tak uboga w treść.   

         - Gdybyś mnie pogłaskała po policzku

     tak, jak jego, to nigdy nie przyszłoby mi

     do głowy się zabić. - upewniał ją.

        Ale to ją tylko złościło!  Akyo był taki

     delikatny, ale kiedy rozmawiali o Toru,

     zachowywał się jak słoń w składzie 

     porcelany. Podejrzewała, że jest o niego

     zazdrosny. A przecież Toru jest teraz

     duchem i nigdy już nie pojawi się wśród

     żywych inaczej niż jako duch. Co może

     być warta taka widmowa egzystencja?

     Akyo nigdy nie zrozumie takiego człowieka

     jak Toru. Toru jest dla niego zbyt głęboki.

           - Wiesz. Od tamtego czasu odwracam

    głowę od nieba. Tam jest tylko śmierć!

    Wydaje mi się, że widzę jego twarz w każdym 

    obłoku.  Myślisz, że powinnam powiedzieć o

    tym swojemu psychiatrze? -

         Ale to już dla Akyo była scena komediowa. 

         - Rozumiem, że dzisiaj musimy być we

    troje. - zauważył. 

         - Dlaczego? - spytała Midori.

         - Wszystko zależy chyba od tego w

         jakim miejscu jesteśmy. -

        

    

       

       

        

    

       

 

niedziela, 15 lipca 2018

   

    Dawno nie byłem w Niebytowie. Była

tam dzika plaża, którą jednak zamieniono

w plażę strzeżoną.  Rozwinął się też

interes turystyczny.

    A kiedyś było tam tylko morze i w porze

jesiennych ulew przed zachodem 

słońca błądziły najbardziej wytrwałe odludki.

W nieprzemakalnej kurtce z kapturem

nie czuje się aż tak bardzo słoty i wichury.

Można wyjść poza horyzont lub wejść w

morze i roztopić się w nicości.

     Zjawy i widma snują się sennie w 

milczeniu. I jest tak błogo i dobrze, choć

na niebie nie widać już granatowych

chmur. A gdyby nawet się pojawiły,

byłyby tak zasolone, że przypominałyby

brzuch wieloryba.  

    I co z tego, że nie zobaczę już pewnie

morza?...Kiedyś tego wszystkiego nie

będzie!  I nawet z właściciela smażalni ryb

pozostaną tylko ości.  A morze wyschnie

i zamieni się w pustynię. A Ziemia

rozpadnie się ze starości.

     Zostanie tylko tabliczka z napisem

Niebytów 444 km.

    


sobota, 14 lipca 2018

 

     Znużony zgiełkiem i kurzem tego świata

mnich stłukł lustro, które rozbiło się na

miliardy okruchów, z których powstała

Droga Mleczna. Gwiazdy były tak ostre,

że przez niebo płynęła krew.

    Może dlatego jesienią tyle klonowych

liści czerwieni się na ścieżce, którą

przechadza się zamiatacz liści. Stara się

uprzątnąć wszystkie kawałki szkła,

które mogłyby zranić w stopy

przechadzające się Piękności.

    Gdzie jest ta pustka, której nie ma

wśród miliardów świateł rozbłyskujących

nocą?  Nie ma jej też w umyśle, ani w

dłoniach mnicha.  Ani na łące przed

zmierzchem, ani w krzyku ptaków,

ani w porannej mgle. Ani w splataniu się 

tych wszystkich rzeczy i w ich 

przemianie...

     Tym, którzy wciąż czyszczą

i polerują lustro można przytoczyć

porosłe kwiatami tradycji słowa: 

"Wszystko jest pustką od początku,

to gdzie miałby się odkładać kurz?"

- pytał mądry Huineng (patriarcha zen).

     Ale zamiatacz liści słyszy jak

szeleszczą..."Gdzie jest to życie,

którego za chwilę nie będzie?" -

pyta. Zeszłej jesieni przyjdzie tu

znowu.   

   

piątek, 13 lipca 2018

 

   To niestety nie jest tytuł piosenki

klasyka reggae Dillingera, znanego

z takich ostrych klimatów - w jego

pieśni "Caymans Park" słychać 

stukanie krokodylich ząbków, które

są ostre jak szpileczki.  ("Crabs in

My Paints" to inna jego pieśń). To

tytuł filmiku, który Piotr Ratyński

skomentował słowami: "Przyjdzie 

pora i na potwora..."

 

     Pewien krokodyl płynął sobie

rzeką, ale nie wiedział, że każdy

jego ruch śledzi z brzegu jaguar.

Krokodyl wypełzł na piaszczystą

łachę i zapadł w drzemkę. A wtedy

kotek wskoczył do wody i podpłynął

tam. Kajman zauważył to, ale było

już za późno. Jaguar wbił mu zęby

w szyję i następnie rzeką

przetransportował na ląd w celu 

konsumpcji.

 

      Takie są prawa natury, czy może

takie jest życie...Ale chociaż

mam znacznie większą sympatię dla

drapieżnych kotów niż dla drapieżnych

gadów, scena ta wstrząsnęła mną.  

     Krokodyle polują w sposób

niewyobrażalnie bezwzględny i pod

wodą są w stanie wykonywać obroty

w okół własnej osi jak korkociąg 

...A mimo to jest mi go szkoda. 

    

    Człowieku, nawet na chwilę nie

możesz się zdrzemnąć, bo zaraz ktoś

ci skacze do gardła!  Niestety mam

wrażenie, że te prawa natury dość

bezwzględnie przenoszone są do

naszego społecznego świata.

 

    Zawsze mi się wydawało, że

krokodyle są silniejsze niż jaguary.

(Jako chłopiec grałem z koleżankami

w wojnę kartami, które przywiozły z

Południowej Afryki. Na każdej karcie

był wizerunek zwierzęcia. A najciekawsza

część gry to spór o to, które zwierzę jest

silniejsze). Ale kot wyskoczył z wody jak

diabeł i chyba wgryzł się w tętnicę szyjną

kajmana. A ten był może czegoś

słabszy niż powinien i nie wykazał

dostatecznej czujności.

 

     W staroindyjskich "Puranach" jest

taka przejmująca scena, w której krokodyl

wgryza się w słoniową nogę. I słoń

wykrwawiłby się w sadzawce na śmierć,

gdyby nie boski orzeł Garuda, który

uwolnił go z opresji. W życiu trzeba

być uważnym i nawet ktoś bardzo silny

nie może czuć się bezpieczny. Nigdy nie

wiadomo, kto na nas zapoluje...

 

     Czy istnieje tzw. mądrość natury?

To rzecz bardzo dyskusyjna.

 

 

czwartek, 12 lipca 2018

 

    Smutny dzień. Słuchałem sporo reggae

(co ostatnio nie tak często mi się zdarza),

ale tym razem interesowały mnie słodsze

głosy, chociaż brzmienie było zawsze

solidne (nie "plastikowe"). To miła aura,

szczególnie przy upalnej pogodzie.

...Ale zrobiło mi się jeszcze smutniej.

 

    Później spotkałem się z przyjacielem

i znajomymi. Wracałem z nim autobusem 

i jak zawsze rozmawialiśmy trochę o tzw.

wartościach. I o tysiącach "gównianych"

książek zalegających w polskich

księgarniach, z pośród których nie mógł

wybrać ani jednej, która nadawałaby się

do czytania.  Ale mówił też, że jest

zmęczony i na nic nie ma czasu. Jest

niezmiernie towarzyski i jest tzw.

człowiekiem sukcesu, ale obie te rzeczy

zaczęły mu trochę ciążyć. Najchętniej

robiłby to, co ja (kończył ten sam 

wydział rok po mnie), ale nie byłby

w stanie utrzymać rodziny.

 

    Byłem już całkiem przygnębiony, kiedy

poszedłem oglądać mecz. Ale ponieważ

oglądam go z matką, darowałem sobie

większą część pierwszej połowy, a

drugą częściowo przegadaliśmy.

Mamie mecz się podobał i bardzo

chwaliła grę (co jeszcze nigdy

jej się nie zdarzyło).  Ma jednak

kłopoty ze zdrowiem, a to

napełnia mnie sporą troską...

 

     W ciągu dnia miało też miejsce

pewne psychiczne zranienie.

Niestety nie mogę tu o nim nic

napisać, ale poczułem się wstrząśnięty,

choć jest całkiem możliwe, że

interpretuję fakty w sposób 

niezgodny z rzeczywistością.

Nie mam możliwości

ustalenia jak jest naprawdę.

Nie spodziewałem się jednak, że

pewne moje przeżycia mogą być

aż tak żywe. 

   

    Dryfowanie ku śmierci, o którym

mówią egzystencjaliści, staje się

dla mnie coraz bardziej zrozumiałe

wraz z pogarszaniem się mojego

stanu zdrowia i pogłębianiem

samotności. 

     Z drugiej strony czuję się

niesłychanie witalny,pełen

energii i zainteresowania

życiem, twórczością, ludźmi. 

Pewne rzeczy widzę też

wyjątkowo jasno. Choć moje

życie zostało zmiażdżone i jak

rozdeptany owad staram się

jedynie dowlec do miejsca,

w którym przestanę istnieć. 

 

    Kilka dni temu matka zaskoczyła

mnie wręczając jakąś broszurkę

przestrzegającą przed braniem

narkotyków. Powiedziała, że

powinienem to przeczytać.

Próbowałem jej wyjaśnić, że

niczego nie biorę. (Nie robiłem tego

zresztą nigdy, wyjąwszy poczciwe

zioła).  Ale jakoś to do niej nie

dotarło.

 

 

 

 

      

 

środa, 11 lipca 2018

      Junior Delgado nie ukończył swej następnej płyty

dla Adriana Sherwooda. Ale chociaż umarł wspomnienie o nim

jest wciąż żywe...Ten oryginalny wykonawca roots reggae

znany jest z pieśni "Sons of Slaves", którą nagrała kiedyś

wytwórnia "Trojan" i oczywiście z wielu nagrań płytowych.

Warto posłuchać i obejrzeć film.

     Delgado śpiewał czasem w sposób forsowny i pełen

ekspresji, trochę szalony, ale potrafił też śpiewać ładnym,

łagodnym głosem. I nigdy nie uległ pokusie komercjalizacji.

     Inną legendą roots reggae jest Junior Byles.

To tragiczna postać. Uchodził za jednego z najzdolniejszych

jamajskich wokalistów, ale nie zrobił kariery, choć jego 

płyta nagrana z Lee Perrym jest podziwiana przez

krytyków muzycznych. Popadł w biedę i żeby przeżyć

wykonywał ciężką fizyczną pracę, która wraz z 

warunkami życia doprowadziła go do przedwczesnej

śmierci. Wielkie wytwórnie płytowe ignorowały wielu

artystów roots reggae, a z czegoś trzeba przecież

żyć.

      Gdyby prawdą były neoliberalne

brednie o cudownym działaniu wolnego

rynku, to Delgado i Byles byliby o

wiele bardziej znani, bo ludzie chętnie

słuchali ich muzyki. Ale niestety nie

wszyscy mogli ją poznać. A na nagrania

trzeba mieć pieniądze.

    Tak więc niewolnictwo nie skończyło

się wraz z zakazaniem go przez prawo

w większości krajów świata. I nadal

istnieje "economical slavery."

     A w Libii np. ludzie sprzedawani

są na targu jak zwierzęta i właściciel

ma prawo nie tylko zmuszać ich do

najcięższej pracy, ale także zabić.

Tego nie było za czasów Kadafiego,

z którego reżimem walczył Zachód

w obronie demokracji. ;-)  A teraz

jakoś się tym nie interesuje. Politycy

są cyniczni, a ludzie dają się

ogłupiać.

      W wielu krajach świata także

dzieci zmuszane są do ciężkiej pracy

w nieludzkich warunkach.

03:23, nazumi13
Link Komentarze (4) »

 

- Deszcz, deszcz i deszcz!  Kiedy

wreszcie przestanie padać? -

- Nie wiem, Słońce...Może nigdy.

Musisz chyba wyjrzeć zza chmur. 

Ja tam lubię moknąć!

- Ja też, ale kto będzie nosił parasol

nad naszą Kiciakocią? -

- O ile wiem, nie jest z cukru. -

- Ale koty są ciepłolubne i nie lubią

moknąć. -

- A co mnie to może obchodzić?

Niedługo zejdę. -

- To z kolei mnie nie obchodzi!

Śmierć to temat tabu. Kiedyś

spytałam ojca, co zrobi, jak dowie się,

że wypadłam z okna. Mruknął tylko:

"To cię z matką pochowamy...I wyjmij

tę gumę jak ze mną rozmawiasz!" 

Zero uczuć...Ale Kiciakocia to co innego...- 

- Kot ważniejszy jak człowiek! No nie?-

- Pamiętasz Gruby jak się kochaliśmy

w Mokranach. Zrobiło mi się mokro.

A teraz co, chcesz być sztywny?

A mówiłeś, że mnie kochasz! -

- To nie ode mnie zależy Słoneczko.

Po prostu choroba się rozwija. -

- No cóż!...Trzeba mieć pecha! 

Myślałam, że jeszcze zarobisz dla

mnie trochę kasy. -

- Słuchaj!  Załatwmy to polubownie.

Zrobisz mi loda - zapraszam cię!

A ja będę przez cały tydzień nosił

parasol nad Kiciąkocią! -

- Łaski mi nie robisz!  Zresztą mi się

nie kalkuluje...A co, jak deszcz jutro

przestanie padać? Wtedy stracę! 

Lepiej idź na siłownię. Nie byłeś już

tam trzy dni. Sflaczeje ci! -

 - A ty mi od trzech dni nie robisz laski

Bożenko...-

- Powiedziałeś Bożenko? Przecież

ja jestem Jola! Całe życie! -

- Boże!...Przejęzyczyłem się, co

tak na mnie patrzysz? Jestem ci 

wierny aż po grób! -

- No to ja też się Gruby przejęzyczyłam

i poszłam na lody z Marianem!...

 

(W następnym odcinku Mira

poznaje Rafała, a Jola odchodzi

od Kamila. Bożenka otwiera studio

wizażu. Na klatce schodowej 

śpi narkoman. Matka Joli postanawia

wezwać policję. Nie wie, że to jej

własny syn).

 

wtorek, 10 lipca 2018

 

     Miałem znajomego, młodszego

ode mnie o połowę mojego życia,

który zapraszał mnie do kawiarni,

a potem dzwonił do różnych kobiet,

z którymi chciał mnie zapoznać.

Obaj kochaliśmy muzykę - ja barokową,

a on romantyczną, choć romantykiem

nie był. (Ja jestem romantykiem,

co znaczy, że w kobiecie

kocham przede wszystkim duszę,

a on jak w baroku wielbił kobiece

ciała).

      Piliśmy dość ostro, a ja nie

zawarłem żadnej znajomości,

bo kobiety, choć niekiedy ładne,

trochę tracą, gdy są mocno pijane.

To kwestia fizjologii, ale czasem

i inteligencji.

     Znajomy, a właściwie nawet

może i przyjaciel przedstawiał

mnie zawsze tak:

    - To jest Nezumi, wrażliwy poeta,

awangardowy artysta i wybitny filozof.

A jaki człowiek! -

     Czasami jeszcze dodawał, że

moja twórczość jest zbyt niepowtarzalna

i cenna, aby mogła być szerzej znana.

(Wtedy jeszcze nie pisałem bloga ;-)

A ja sam jestem człowiekiem

szlachetnym i skromnym, i nie

zabiegam o rozgłos.

    Jeśli dziewczyna upijała się

na smutno, to dochodziła do

poważnej refleksji nad życiem:

    - Nie uważasz, że wszystko to

chujnia?  Całe to pojebane życie! -

    To dawało mi sposobność do

podjęcia wywodu na temat potrzeby

bezinteresownej afirmacji życia.

Życie bywa tragiczne lub absurdalne,

ale mimo to warto cieszyć się

każdą chwilą istnienia.  Nie można

jednak radości życia mylić z jego

używaniem. (Ale przedtem oczywiście

współczułem jej bardzo, bo przecież

empatyczny ze mnie chłopak).  

    - Myślisz, że ja kurwa, maluję

dla pieniędzy?  Nie! -  ja maluję dla

siebie! - mówiła dziewczyna w

przypływie szczerości, a potem

szła puścić tzw. pawia. (Bardzo nie

lubię, kiedy się tak mówi, bo

uwielbiam pawie).

     A kiedy upijała się na wesoło,

to dawała mi swój numer telefonu.

ale jakoś nigdy nie zadzwoniłem.

Czekałem chyba na prawdziwą

miłość :-)

    Przyjaciel (w miarę pisania

tego wspomnienia staje mi się

coraz bliższy), jak powiedziałem,

romantykiem nie był.  Na widok

kobiet reagował czasem epitetem:

"Niezła świnia!", a w przypływie

czułości "Słodkie stworzenie!"

     Ale gust muzyczny miał

cudowny!  Zwykł się jednak ze

mną nie zgadzać. Kiedy mówiłem

z uznaniem o jakimś wykonaniu

Requiem Mozarta, od razu

zauważał:

     - To jest akurat najgorsze

ze wszystkich wykonań! -

    Choć, gdyby powiedział

"Średnie", byłaby to znacznie

większa obelga.

    Kiedy natomiast krytykowałem

coś, odpowiadał przekornie:

"Mistrzostwo świata!" i wychwalał

nagranie, dodając: "Wspaniała

sprawa, piękna rzecz!"

     Dziewczyny różnie na to

reagowały. Czasami uznawały,

że to on jest samcem dominantem,

czasem, że ja.

    Jednym słowem miło powspominać! 

Choć nie wiem, czy kolega (dla

podkreślenia dystansu) nie zapił się

przypadkiem na śmierć...I to mnie

zasmuca.

 

  

 

   

 

   

 

 

poniedziałek, 09 lipca 2018

 

 

                        mroki Hadesu

                        cienie Szeolu

                        skrzyp wioseł

                        Charona łodzi

                        plusk wody

                        kiedy słońce

                        znika w morzu

                        tajemne znaki

                        bóstwa z głową

                        zwierzęcia

                        krzyk który zamarł 

                        a ty posępny                        

                        tulisz Rozpacz

                        Jasnowłosą

                        i choćbyś zebrał

                        wszystkie deszczu

                        opadłe krople

                        twarz pozostanie

                        n i e   m a

 

                       

                       

                                

                       

niedziela, 08 lipca 2018

 

"Wyobrazić sobie można nawet

z a w i s t n y  kwiat."

 

(Emile Cioran)

 

   Cioran zauważa też, że "jakakolwiek

wyższość jest czymś niewybaczalnym."

   Ciekawe, że nawet ja, osoba raczej

skromna i pełna pokory (nie w

słowach, ale w życiu)cierpię z powodu 

zawiści i resentymentu. ("Nazywanie 

się skromnym i pokornym jest już

przejawem braku skromności i pychy!" 

ucieszy się może ktoś. Ale zapewniam,

że nie musi tak wcale być). Co prawda

nie zauważyłem, aby kwiaty coś do

mnie miały...A przecież ludzie rodzą

się różni i wszelka równość jest

fikcją. Przykładem mogą tu być

uzdolnienia. Co jednemu przychodzi

łatwo, od innego wymaga wysiłku, a

i rezultat nie zawsze ten sam.

Ludzie różnią się inteligencją,

wrażliwością, siłą fizyczną, urodą.

To samo dotyczy innych istot - koliber

czy delfin potrafi robić coś, o czym

nam nawet się nie śniło, a rośliny

są czasami nieprawdopodobnie piękne.

    Kiedy czyjaś twórczość jest

pomijana,ignorowana,zbywana milczeniem, 

łatwo żartować sobie,że ten ktoś uważa

się za geniusza.

    Z twórców, którzy osiągnęli

tzw. sukces nie szydzi się.A kiedy

się od nich coś bierze wypada

być wdzięcznym, a nie pouczać:

"Tworzysz dla siebie!" Po cichu jednak

i o nich myślimy często z zawiścią.

Przecież to zwykli ludzie. Czym się

od nas różnią? Mickiewicz oddawał

mocz, kopulował,wypróżniał się, aż

wzięła go cholera.

    Jeśli koniecznie chcemy porównywać

się z innymi, co na ogół zatruwa naszą

duszę, to niech będzie w tym szczery 

podziw. U mnie na podwórku młodzi chłopcy

jak na wsi siadywali przed domem i

brzdąkali na gitarze "Dom wschodzącego

słońca." Ale gdyby zjawił się wśród     

nich np. mistrz flamenco, to pewnie

doceniliby jego grę. Ścigaliśmy się na

rowerach dookoła domu ("naobkoło domu"),

ale gdyby zjawił się wśród nas prawdziwy

kolarz, to by nam zaimponował. Graliśmy

w piłkę i kiedy mecz stawał się brutalny

ktoś zawsze mówił: "Spokojnie, nie gramy

przecież o złote kalesony!"

   W społeczeństwie opartym na rywalizacji

skrywa się głęboka patologia. Nie ma

współczucia dla chorych i słabych, a

każda osoba, która coś robić potrafi,

jest potencjalnie niebezpieczna, o ile

czyni lub tworzy coś, z czego sami

chcielibyśmy czerpać korzyść lub uznanie.

 

   

 

sobota, 07 lipca 2018

 

     - Królowa wątpi, aby mogła panią przyjąć

w najbliższym czasie i kiedykolwiek. -

     Głos sekretarza brzmiał jakoś nieprzekonywająco.

     - Nalegam. - powiedziała Lucinda. 

     - Obawiam się, że będę musiał zrzucić

panią ze schodów. A tego nie lubię...- 

     - Ale od tego zależy życie Jej Królewskiej

Mości... -

     - Jeśli tak, to wyznasz to, ale na torturach!

Zabierzcie ją! - 

     - Ja nie chcę do lochu! Tam jest dużo

wilgoci i pająków. Zresztą jestem 

przeziębiona. -

     -  Możesz mi zrobić dobrze, to ci daruję! -

zaproponował sekretarz.

     - Tutaj? A nie lepiej w komnacie...- 

westchnęła dziewczyna z nadzieją, że

się jakoś wykręci.

     - Chcę, żeby wszyscy widzieli, jak to

robisz. Niczego nie trzymam w tajemnicy.

Wyjmij no mi ptaka z tej klatki...

     - Wolę umrzeć! -

     - Słyszeliście, Pani woli umrzeć...

Zaprowadźcie ją zatem do chlewa. Niechaj

żyje z knurami! -

     Tak też się stało.  Knury wprawdzie jej

nie tknęły, ale pożarły. Tragedia ta

wstrząsnęła sumieniem ludu. Śpiewano

o tym ballady, a po wsiach i w

tawernach mówiono, że sekretarza

powinien spotkać ten sam los. Królowa

wezwała go do siebie.

      - Panie Ox, sekrety twego rozporka

znają już wszyscy. Ale dlaczego byłeś

taki okrutny wobec tej młódki?  -

      - To zwykła procedura w takich

sprawach. Chodzi o to, aby petent,

zanim stanie się penitentem, poczuł,

że jest nikim. To skutecznie uwolni

go od grzechu pychy, początku

każdego spisku. -

      - Ale przecież ci stanął! -

      - Zrobiłem sobie ręką, Wasza

Królewska Mość! -

     - Kłamiesz! Wszyscy wiedzą, że

to ta krwawa kurwa Mary cię

obsłużyła. I jeszcze nadstawiła

tyłek...Okłamujesz królową? -

     - Ale nie zrobiła mi dobrze. -

jęknął sekretarz.- Nie chciałem

cię Pani martwić. Wiem, jak

bardzo cenisz jej przyjaźń i

usługi!  Wszak nazywasz ją

swą Safoną. -

    - Tak nazywam też mojego kota.

...Wiesz, że za udział w spisku

czeka cię stryczek, albo topór? 

Ale przedtem muszą zmusić cię

do wyznania twoich grzechów.

Wykastrują cię Ox, a przy okazji

wyjmą prawe oko.  I wyrwą ci

język, żebyś nie gadał głupot! -

     - Czy mogę jeszcze uratować

twą dobrą opinię o mnie, Pani? -

     - Owszem Ox...Wyliżesz mi

hemoroidy.  Ale jeśli poczuję

najmniejszy ból... -

     - Zrobię to z najwyższym

pietyzmem, Pani. Mój język 

w niczym nie przypomina języka

ropuchy. Jest miękki jak jedwab. -

     - A teraz idź stąd!  Robi mi się

niedobrze na twój widok, ty

stary wieprzu. -

     W wieczór po leczeniu hemoroidów

królowa nie mogła zasnąć.  Czytała

dzieło Platona oprawione w czerwony

półskórek. A o dwunastej jęła

wypatrywać jakiego ducha. Ale ten

sprawił jej zawód. Męczyła się tak

do rana. A przecież o piątej miał

się u niej stawić francuski ambasador.

I dopiero na krótko przed świtem

z mroku sypialni wyłoniła się

jakaś postać.

     - To ty Lucindo? - spytała królowa.

     - Tak, Pani...Wciąż słyszę ten kwik

i głośne mlaskanie. -

     - Daruj sobie te niepotrzebne

szczegóły. Mam migrenę!  

Powiedz mi tylko, dlaczego nie

zaspokoiłaś chuci tego knura

Oxa?  Czy postąpiłaś tak ze

względu na cnotę, czy wygląd

tej opasłej świni? -

     - Pozostanie to moją tajemnicą

Pani! -

     - Wiesz zapewne, że moi wrogowie

rozpuścili plotkę, że schrupali cię

nie wieprze, tylko parowie Królestwa.

Czy teraz, kiedy już nie żyjesz,

mogę coś dla ciebie uczynić?

Rozumiesz chyba, jak współczujące

jest me serce...Ono krwawi. -

    - Tak...Możesz dać mi czekoladkę.

Jestem strasznie głodna. Nikt mnie nie

karmi. Zjadłabym nawet ziarenko

ryżu. -

    - Czekoladka, to może za dużo

powiedziane. Trzymam je dla siebie.

Ale mam tu okruszek chleba. Karmię

nimi czasami szczury...Skoro już

umarłaś to na pewno nie umierasz

z głodu. Chcesz? -

      - Zjadłam go ze smokiem,

Wsza Wysokość! - wyszeptała

Lucinda.

      - No a teraz zabieraj się stąd!

Twoje miejsce jest w Hadesie. -

      Zjawa znikła.

      Niestety Ox zjawił się o poranku

i straszliwie nudził.

  

 

 

 

 

    

      

 

      ...tańczy.  Tak, testują tysiące tatuaży, talizmanów. Tandeta!...Ty twórz tetraktys!  

     

 

piątek, 06 lipca 2018

 

        "Jedyny sposób postępowania z kobietą

   to kochać ją, o ile jest ładna, lub inną,

   o ile jest brzydka."

 

        (Oscar Wilde)

       

        Księżyc był tej nocy pomarańczowy.

        - To dla mnie te kwiaty? - spytała Mitoko. 

        -  Mogą być dla ciebie. - odburknął

    Hidemi.

         Mitoko posmutniała. Zeszła mu po prostu

    z oczu.

         Mężczyzna usiadł na fotelu i postanowił

    zaczekać aż przyjdzie jej siostra. Właściwie

    Mitoko bardziej mu się podobała jako osoba,

    ale Etsuko miała trochę więcej wdzięku.

         Etsuko długo nie przychodziła i Hidemi

    zaniepokoił się. "Może spędza z kimś

    wieczór." - przemknęło mu przez głowę.

    Mitoko weszła do pokoju i spytała go, czy

    ma ochotę na kawę z koniakiem.

        Hidemi wstał i powiedział:

        - Późno już!  Chyba już pójdę. -

        W tym momencie zjawiła się Etsuko.

        Hidemi zapytał, czy może jeszcze chwilę

    zostać.

        - Mnie pytasz? Zapytaj lepiej Mitoko!

        Nie śpi przez ciebie w nocy. -

        Etusko była wyraźnie rozbawiona.

     Zauważył, że nie jest całkiem trzeźwa. 

     Była w jakiejś euforii. "Na pewno wróciła

     ze spotkania."

        Potem wszystko stało się tak szybko,

     że nawet inspektor Nezumi, mimo swej

     niezawodnej intuicji, nie nadążał za

     biegiem wypadków.  Ciało Etsuko 

     leżało na podłodze. Obok niego leżał

     pistolet. A Mitoko zabrało pogotowie

     psychiatryczne. Co się stało z mordercą

     nikt nie wiedział.

          Dopiero po tygodniu mnich Masayuki

     wskazał miejsce, w którym odnaleziono

     jego ciało. Hidemi skoczył z mostu do

     rzeki.

          - Czasami lepiej, kiedy ktoś nas nie

     kocha. - rzekł Nezumi.

          - Spokojnie! - zauważył mnich. -

     Twoje rozumowanie opiera się na

     przekonaniu, że lepiej jest postradać

     zmysły niż umrzeć. Ja tak nie uważam!

     Budda wziął do ręki uschnięty liść

     i powiedział: "Nic na świecie nie jest

     trwałe!"  -

          - No cóż, Ameryki nie odkrył! -

     uśmiechnął się Nezumi. - Ale,

     kto o tym myśli?  Mądry człowiek

     nie martwi się, że jego żona ma

     pierwsze siwe włosy. Kocha ją

     jeszcze bardziej. -

         - To chyba odpowiedziałeś na

     pytanie, dlaczego mnisi nie mają

     żon. Kochamy piękno! -

         Żartowali, ale Nezumi kątem 

     oka zauważył, że mnich ma w oczach 

     łzy.

           - Nie tak często widzi się

     płaczącego mnicha. - powiedział -

     Miałeś kiedyś żonę?

          Mnich umilkł.  

         

 

     

    

 

 

  

        

czwartek, 05 lipca 2018

 

       Mitsuko po całych dniach

siedzi sama, a kiedy wracam

wtula się we mnie i jest to

jej potrzeba silniejsza nawet

od pragnienia urozmaicenia

sobie diety.

    Pająk nie jest już sam. 

Ma towarzysza. Słowo to

zresztą kiedyś coś innego

znaczyło. Uświadomiłem

to sobie, kiedy ktoś dał

mi dzisiaj w prezencie

broszurę Kautsky' ego na

temat religii.

     Lenin uważał tego

niemieckiego socjaldemokratę

za renegata. Tak, czy owak, znam

jego teksty, podobnie jak

utwory Plechanowa i wcale

tego nie żałuję. Podobnie jak

lektur Spencera, czy Taine' a. 

Zapominamy często, czym

był XIX wiek i jak ukształtował

nasze myślenie.

     Moja babcia Eleonora Fuks

użyła kiedyś słowa "natura". 

Miałem pięć lat i nie rozumiałem,

co to znaczy. Myślałem, że chciała

powiedzieć "matura." Było to

na wczasach w okolicach Nowego

Sącza. Jako chłopiec jeździłem

bowiem zawsze na wakacje w

jakieś piękne miejsce.

      "Kiedy byłam małą

dziewczynką..." zaczęła babcia.

"Nieprawda!" - wykrzyknąłem 

- "Babcia oszukuje!  Jak mogła

babcia być małą dziewczynką!"

      Na tych samych wczasach

siedziałem przy stoliku z

mamą, bratem i babcią. Ale

dosiadła się do nas jakaś

staruszka. Była bardzo umalowana

i trochę chyba...stara, jak to

staruszka.  Zaczęła wdzięczyć

się do mnie, bo byłem ładnym

dzieckiem. Spytałem mamę:

     - Dlaczego ta pani ma taką

pomiętą twarz? -

     Staruszce płakać się chciało,

a ja nie wiedziałem, dlaczego

mama jest niezadowolona.

    Dwa lata wcześniej też

musiała się za mnie wstydzić,

bo kiedy inna staruszka

w pociągu uśmiechała się

do mnie i coś trajkotała

nie wytrzymałem i

powiedziałem do niej

    - Ty alfonsie! -

    Takie to miewałem jako

dziecko towarzyszki

podróży.

    Mówiono w tamtych

czasach, że komuniści nie

żenią się, tylko mają

towarzyszki życia, czy

tam wspólne żony i nie

umieją posługiwać się

nożem i widelcem.

     Czy, mając tak blisko

siebie kota i dwa pająki

tęsknię za towarzystwem

ludzi, albo za Towarzystwem

Jezusowym?  Lojalnie

nadmienię, że studiowałem

również Ignacego Loyolę. 

     Zastanawiam się czasami

nad różnymi ideami, które

ludziom przez wieki

przychodziły do głowy, ale

żadne chyba nie były tak

debilne, jak poglądy głoszone

współcześnie przez różnych

coachów rozwoju osobistego.

A Loyola był autorem wybitnym

i jego ćwiczenia duchowe

niejednemu by się przydały.

     Ale my teraz jesteśmy

na poziomie trzy i pięciolatków.

I jak ktoś mówi nam coś

mądrego, to nie rozumiemy 

sensu jego słów albo myślimy,

że nas oszukuje. Poza tym,

większość tęskni za tatusiem,

nawet, kiedy ma to być

Ojciec Narodu, albo chociażby

Szanowny Pan Kukiz! 

Samemu lepiej nie myśleć.

Ważna jest jedynie wspólnota,

bo daje poczucie bezpieczeństwa.

 

 

środa, 04 lipca 2018

A

.....................................................................

 

 

 

 

                                .

 

 

 

 

.....................................................................

 

B

......................................................................

 

 

 

 

 

 

 

 

 

.........................................................................

 

      Czy ktoś w ogóle zauważy, kiedy stąd

zniknę?  Albo, kiedy zniknę z realnego życia?

Jestem pewien, że nie każdy od razu zauważył

różnicę miedzy A i B.  Przestrzeń jest ta sama.

Znikł tylko pyłek, na który klikano setki

tysięcy, czy nawet miliony razy.

     Czasami ktoś pozostawi tutaj jakiś 

życzliwy lub mądry komentarz. Ale moje

wirtualne życie jest raczej samotne.

     Wittgenstein pisał, że filozof jest

jak dziecko - rysuje coś i pyta, co to

znaczy.  Dorosły natomiast rysuje coś

i mówi: to znaczy to a to...Na przykład

znak drogowy.

     Ja nie wiem, co oznacza moja

wirtualna samotność. 

wtorek, 03 lipca 2018

 

      

     Dlaczego ludzie, których życie

jest tak krótkie, pragną tworzyć

sztukę?  Dla przyjemności? Dla

piękna? Dla rozrywki? Dla prawdy?

     Rano przed pójściem do lekarza

przypomniałem sobie książkę Jacka

Westrupa o Purcellu.  Tak niewiele

wiemy o jego życiu. (To, co wiemy,

pochodzi jedynie z  oficjalnych

dokumentów).  Westrup, choć

podziwia Purcella, jest też czasami

dość krytyczny. "Dydonę i Eneasza"

wypunktował jak bokser przeciwnika 

na ringu: "Dydona  jest arcydziełem,

lecz nie jest, jak to się niekiedy uważa,

arcydziełem bez skazy."

      Ja też niezbyt lubię czarownice

i burzę, które brytyjski Orfeusz

potraktował w sposób nieco

konwencjonalny.  Ale ten element

groteskowy i radość z tego, że się

kogoś doprowadza do ruiny, zguby

- tego nie sposób było w utworze

pominąć...Gdyby to zrobić, czyste

piękno zyskałoby wprawdzie, ale

realizm stracił. 

    Miłość zawsze wzbudza resentyment

i zawiść, i chichot złych mocy.

Ale rozumiem młodego Purcella,

który nie wykazał w ukazywaniu

tej destrukcji zbytniej inwencji

i raczej powielał istniejące wzory.

...Co do tego, że akcja utworu

toczy się zbyt szybko, też zgadzam

się, ale oceniam nieco inaczej.

Westrup jest zdegustowany tym,

że Eneasz nie mówi prawie nic

o swych uczuciach. Chyba nie

zdążył. ;-)  Ale mnie się to akurat

podoba.  To portret tragicznej miłości

kobiety. To ona i jej przeżycia

i słowa kierowane do powiernicy

Belindy są tu ważne.

     Poza tym istnieje ulotne piękno

muzyki i jej niedookreśloność. 

Opery, których libretto

drobiazgowo charakteryzuje

portret psychologiczny postaci

i cały operowy plot, dopowiada

czasem zbyt wiele.  Życie to

nie laboratorium sceniczne.

Tu wszystko dzieje się za szybko.

      W piękny sposób autor pisze

o atmosferze i nastroju zakończenia

utworu:

    "Lament Dydony słusznie zasłużył

sobie na opinię jednego z największych

osiągnięć w muzyce. W ramach

narzuconych sobie skromnych środków

wyrazu Purcell osiąga tu monumentalną

wielkość. Ta krótka aria odznacza się

miltońską godnością; ostatnie powtórzenie

"zapomnieć chciej" stanowi jakby wezwanie

samego muzyka, który uciekając od

sztuczności dworu i teatru napisał swe

własne epitafium. Następujący potem 

mały fragment chóralny kończy dzieło

tą samą tragiczną nutą nieodwracalności

losu, jaką spotykamy w ostatnim chórze

Pasji według Św. Mateusza. A zaśpiewany

raz, musi zostać powtórzony ponownie,

tak, aby opadające kadencje zachowały się

w pamięci."

      Na pogrzebie Purcella, który

zmarł w osiem miesięcy po śmierci

nieodżałowanej królowej Marii,

wykonano tę samą muzykę,

którą napisał na jej uroczystości

pogrzebowe. Podobno zaczął 37

rok życia...Umierając napisał

jeszcze pieśń, która wyrażała

jego uczucia w owej chwili.   

     Trochę dziwi mnie to, że

w opisie muzyki żałobnej

Westrup nie wspomina o

piękniejszych jeszcze nawet 

niż "Thou knowest..." utworach.

Może ich teksty są zbyt

tragiczne w wyrazie? 

      Purcell słusznie napisał

w dedykacji zamieszczonej w wydaniu

swych trio sonat, że muzyka

wyraża więcej niż poezja.

 

poniedziałek, 02 lipca 2018

 

    Trzymam w dłoni muszelkę, którą ktoś

mi dał lata temu i myślę o tym, że być

może nie zobaczę już tej osoby ani morza.

Ale świat będzie istniał nadal.  I może

nawet pająk, który przycumował w mojej

kuchni uroni nade mną łzę.  W końcu

kilka razy go nie zabiłem, choć mogłem.

Nie warto zabijać marzeń, ani opuszczać

najbliższych, jeśli nie są demonami. Nie

trzeba niszczyć życia.

     Tarantula ma bardzo ładne oczy,

ale pająk z kuchni jest za mały, abym

mógł je zobaczyć.  Czasami jednak

widzę na jego sieci kropelki rosy. 

A może przebywa  w zupełnie

innym miejscu, na przykład w ogrodzie,

bo kto widział rosę obok pojemnika

z solą?  (To jedyny produkt jaki

jest w mojej kuchni, a raczej wnęce,

która ją zastępuje).

      Ze smutkiem przeczytałem, że

koty domowe są wrażliwe (bardziej

niż psy) i po umieszczeniu w przytułku

żyją około dwóch tygodni.  Znałem ludzi,

którzy musieli w przytułku mieszkać

przez lata. Niektórzy byli profesorami

filozofii. Ale Mitsuko nie jest zbyt

uczona. Zna tylko jedno miejsce na

świecie, w którym przebywa od

dzieciństwa i jedną osobę.

      Myślę czasami o tym, co człowiek

wie o życiu.  Czy więcej od Mitsuko?

Na pewno? 

niedziela, 01 lipca 2018

........................................................................................

        W filmie "Leon zawodowiec" jeden z zabójców z dreadami

na głowie docenia gust człowieka, którego rodzinę właśnie

mordują. Ma on bowiem w swej kolekcji płyt legendarny

longplay Burning Speara  "Marcus Children Suffer", wydany

później w Anglii przez "Island" pod tytułem "Social Living"

(i z inną okładką).

 

Wartość nagrania

    

     Winston Rodney (Burning Spear)

stworzył tutaj wyjątkowe brzmienie

i duchowy klimat nawiązujący do

tradycji rastafarianizmu i poglądów

Marcusa Garvey' a, intelektualisty

walczącego o prawa czarnych.

    Teksty są wizyjne, a brzmienie

przenika głęboki dub. Muzyka po

prostu płynie. Szczególna jest też

szlachetna powaga tej płyty i jej

minorowy nastrój.  Jest mroczna

i melancholijna (z piętnem niewolnictwa 

w tle), ale oświeca ją duchowe światło.

To niezwykle autentyczne nagranie.

      W nagraniu tym uczestniczą m. in.

Earl "China" Smith, Aston "Familyman"

Barrett, Robbie Shakespeare, Lowell

"Sly" Dunbar  i Rico Rodriguez (najlepsi

jamajscy instrumentaliści) oraz

członkowie brytyjskiej grupy "Aswad."

    Wprawdzie fani reggae często

jeszcze wyżej cenią płytę "Marcus

Garvey" (1975), na której jest kilka

sławnych nagrań, jak utwór tytułowy,

"Slavery Days" czy "Invasion", ale

kiedy rozmawiam o reggae z osobami,

które słuchają wielu rodzajów muzyki,

(w tym rock i jazz) to często zauważają

od razu, że jest to najlepsza studyjna

płyta Burning Speara. Zdarza się też,

że uważają ją także za jedną z najlepszych

płyt w dziejach całej muzyki (oczywiście

tzw. muzyki rozrywkowej).

    Płyta ma wyjątkowy "feeling", a głos

Speara jest uduchowiony i ma piękną

barwę. Znakomita jest też płynąca

aranżacja tych nagrań. Wyrazista pulsacja

basu.  Chłodno i przestrzennie brzmią

instrumenty blaszane.

     Fani roots reggae często kochają

też "Hail H.I.M", następną w kolejności

płytę z dyskografii Speara, z udziałem

członków zespołu "The Wailers", nagraną

w studio Boba Marley' a (producentem jej

był Aston Barrett).

 

Człowiek i artysta. Winston Rodney aka

"Burning Spear."

  

    Winston Rodney, który od początku

chciał tworzyć "świadomą" muzykę,

przybrał jako swój pseudonim

artystyczny imię, którym posługiwał się

pierwszy prezydent niepodległej Kenii

Jomo Kenyatta. 

    Burning Spear jest autorem utworu

"Door Peep", nagranego jeszcze w 

legendarnym "Studio One" (1969). To 

jedna z kultowych pieśni roots reggae.

   W filmie "Rockers" śpiewał a capella,

siedząc nad brzegiem oceanu, mistyczną

pieśń "Jah No Dead." 

     Jest też podziwiany za swe koncerty,

które czasami wręcz hipnotyzują

publiczność. Jego dwa koncerty

w Londynie w 1977 r przyczyniły się

ogromnie do spopularyzowania tego

gatunku muzyki. (Surowe w brzmieniu,

oparte na linii basu, niemal pierwotne

w swym wyrazie).

     W Polsce był w 2008 r na festiwalu

Globaltica w Gdyni, gdzie dał bardzo 

dobry koncert. 

     Pochodzi z tej samej miejscowości,

co Bob Marley i Marcus Garvey.  To

Marley zarekomendował go w legendarnym

"Studio One"  - istnieje urocza legenda na

temat ich przypadkowego spotkania - w

którym Spear nagrał dwie płyty. Marley

jechał na osiołku, a Burning Spear szedł

i sobie podśpiewywał...A może to Spear

jechał na osiołku i podśpiewywał? Nie

pamiętam już...;-)

     Burning Spear siedmiokrotnie

był nominowany do nagrody Grammy w

kategorii muzyki reggae i dwukrotnie ją

otrzymał (w tym za zdecydowanie

najsłabszą ze swych płyt). Ale powiedział

kiedyś słusznie: "Nie tworzę muzyki dla

Grammy, tworzę ją dla ludzi."

     Jedna z najbardziej znanych książek

na temat muzyki reggae rozważa kwestię,

dlaczego Burning Spear nie zdobył

popularności na miarę Boba Marleya. Autorzy

zauważają, że był bardziej bezkompromisowy

w brzmieniu i trafiał głównie do czarnej

części publiczności, choć stał się też kultową

postacią dla wielu białych (np. słuchaczy

post-punka i nowej fali).

      Winston Rodney, który od dawna

mieszka w Stanach, jest dzielnym człowiekiem.

Założył tam własną wytwórnię płytową, 

odrzucając oferty sprzedaży swych nagrań,

troszczy się o swój rozwój duchowy i jest

życzliwy dla ludzi, którym przekazuje pozytywną

energię. Miarą jego męstwa jest to, że

dał koncert następnego dnia po śmierci

ukochanego syna, który po długiej

chorobie zmarł na raka, prosząc jedynie

publiczność o "sekundę ciszy".

 

Inne najbardziej polecane

oryginalne albumy płytowe:

 

"Burning Spear" (Studio One, 1970)

"Marcus Garvey" (Island, 1975)

"Man in The Hills" (Island, 1976)

"Dry and Heavy" (Island 1977)

"Live" (Island 1977)

"Living Dub" (1978)*

"Hail H.I.M" (EMI 1980)

"Farover" (EMI 1981)

"Fittest of The Fittest" (1983)

"Resistance" (Heartbeat 1985)

"People of The World" (Slash 1986)*

"Live in Paris" (Slash 1989)*

(*reedycja w wytwórni Burning Music)

 

Mała kompromitacja          

   

    Jedna z płyt Sinnead O' Connor nosi

tytuł jego piosenki i zawiera 5 jego pieśni.

To udana płyta. Ale grzeszna O' Connor

umieściła nazwiska wykonawców reggae

tak malutkimi literkami, że wielu jej fanów

jest przekonanych, że to jej własne

piosenki.  (Później koncertowali razem).

 

Wersje na CD:   

   Nagranie to ma trzy znakomite wersje na CD, wydane

przez wytwórnie: "Blood and Fire" (1995), "Island" (2003)

i "Caroline" (2015).

    Oprócz nich istnieje jeszcze wydanie japońskie (raczej trudno

dostępne) i nagranie w serii "Reggae Refreshers" ("Mango"/"Island"

1993).

     Najlepiej brzmi remastering brytyjskiej

wytwórni "Blood and Fire", który jest po

prostu cudowny.  Wydobywa całą głębię

brzmienia oryginalnego longplaya, wszystkie

pogłosy i proporcje między instrumentami,

dając wrażenie akustycznej głębi. To

prawdziwe arcydzieło remasteringu.

CD brzmi nawet lepiej od oryginału (którego

słuchałem przez ponad ćwierć wieku). Ale

wytwórnia ta, która niestety już nie istnieje,

jest z tego znana.

      Wersja "Islandu" z 2003 r jest trochę

bardziej "miękka".  Jej zaletą jest to, że

jest na niej dłuższa wersja pieśni "Civilized

Reggae", co w przypadku tego utworu ma 

swoje znaczenie (ponieważ powinien on

długo wybrzmiewać) i dwa niezwykle cenne

bonusy: "Social living" (extended mix)

i "Civilized Reggae" (extended mix). 

      Wersja "Caroline" jest szczególnie

atrakcyjna, ponieważ na jednym CD mieści

materiał "Social Living" i równie legendarnej

i uwielbianej przez fanów roots reggae

płyty "Living Dub."  (Label zainwestował też

w estetyczną książeczkę).

 

 

   

 

 

     

      Louis Vert skończył już dwadzieścia

lat, a wciąż nie miał posady muzyka,

ani nie uszczknął nic z wielkiej sławy.

Napisał wprawdzie muzykę opery

"Hesperydy" (libretto sklecił jego

przyjaciel literat), ale nikt nie chciał

na nie nawet spojrzeć.  A przecież

córki Gwiazdy Wieczornej to wdzięczne

postaci, a w muzycznym dramacie 

występował też Herakles i Atlas,

i oczywiście małżonka Zeusa - Hera.

Kiedy Herakles posłał Atlasa

po złote jabłka z ogrodu Hesperyd,

musiał podtrzymać przez pewien

czas nieboskłon. Vert napisał piękną

basową arię do słów:

            

             "Dla złotych jabłek

              trzymam tu nieboskłon.

              Dla jabłek złotych

              nieboskłon tu trzymam.

              Ale nie dłużej nim Atlas powróci,

              bo wtedy ciężar się na barki zrzuci

              tego tytana!...Wytrzymam!" 

 

       Udało się w końcu wcisnąć utwór

znajomemu znajomego znajomego

wielkiego Lully' ego. Ale ten powiedział

tylko:

       - Nie sądzę, aby Mistrz chciał na to

rzucić okiem!  Jest zajęty, a ostatnio 

spadł jeszcze z konia. I może nawet

zaraz umrze. -

      - A ta aria Heraklesa? - spytał

Vert.

      - Nic szczególnego. Poezja marna,

a melodia...No cóż!  Chyba już wszystko

powiedziałem. -

     - A czyja to opinia? -

     - Znajomego znajomego znajomego...-

     Chcąc nie chcąc Louis Vert zrezygnował

z komponowania i zaciągnął się do jakiegoś

pułku, w którym doglądał koni szlachetnie

urodzonych.  Ciężka to była praca.

Przypominała jedną z prac heraklesowych. 

Ale wkrótce przyszło niespodziewane

uwolnienie. Na polu jednej z bitew kartacz

urwał młodzieńcowi obie ręce i nogi,

pozostawiając jedynie głowę i korpus. 

Louis stracił też wzrok i gdyby nie

starsza siostra, która z czułością zajęła

się tym, co z niego pozostało, zapewne

oddałby duszę Bogu.

      Atoli los płata czasem figle. Bo oto

kochanka króla przypadkowo posłyszała

rzeczoną arię z "Hesperyd." (Wyśpiewywał

ją pewien garbus na miejskim targu).

I tak się nią wzruszyła, że postanowiła

odszukać jej autora i fizycznie mu się

oddać. Aż dziwne, że to nie kastrat ją

wzruszył! 

       Biedny Louis robił, co mógł, a

hrabina była kontenta. Wyprosiła więc

u króla dożywotnią pensję dla

nieszczęśnika oraz zezwolenie na

wykonywanie opery...Niestety, wkrótce

popadła w niełaskę i dzieła nie wystawiono.

Pensję jednak, przez jakieś przeoczenie,

wypłacano nadal.  

      Podobno hrabina odwiedzała czasem

Louisa i zwykła mawiać:

      - Gdyby nie to, że utraciłeś swe członki,

za wyjątkiem oczywiście jednego, z 

pewnością bym cię pokochała. Gdyby zaś

król nie wypierdolił mnie z Wersalu, może

nawet wystarałabym się dla ciebie o kanapę

w jego pobliżu. Ale nielitościwy los

wszystko zniszczył. Zeus raczy wiedzieć

- dlaczego! -

      A Louis tylko śmiał się i płakał na

przemian. A kiedy zmarła jego siostra

pozostał na tym świecie jedynie trzy

tygodnie. Hrabina osobiście zamknęła

mu oczy.

    Trzeba mieć trochę szczęścia w

odmianach losu...

 

 

 

 

 

sobota, 30 czerwca 2018

   

    Uwielbiam tego trochę

zapomnianego Bacha, 

kompozytora, który dokonał

prawdziwej rewolucji w

dziejach nowożytnej muzyki.

W drugiej połowie wieku XVIII

mówiąc "Bach" z taką samą

oczywistością, z jaką my mamy na

myśli jego ojca Jana Sebastiana,

miano na myśli jego najstarszego

syna. 

     Twórczość Carla Philippa

Emanuela Bach cenili klasycy

Haydn i Beethoven, a Mozart

swą wdzięczność wyraził słowami:

"Emanuel Bach jest ojcem; my

jesteśmy dziećmi."  Powodów

tej wdzięczności jest wiele, jednak

mój tekst w zamierzeniu nie jest

analizą muzykologiczną. (Wpłynął

znacząco na rozwój formy sonatowej

i symfoniki).

     C.P. E. Bach uznawany jest

najczęściej za najwybitniejszego

kompozytora epoki przejścia od

baroku do klasycyzmu. (Niezwykle

cenił go już Charles Burney).

A owo przejście polega na

kształtowaniu nowej formy,

która nie ma jeszcze późniejszej,

ani wcześniejszej doskonałości,

ale jest odkrywaniem, twórczym

eksperymentem. Styl muzyczny

Emanuela Bacha zmieniał się, ale

zawsze był pełen ekspresji i 

swoistej retoryki, opartej na

wyrazistych kontrastach. Kulturę

muzyczną zawdzięczał ojcu, ale

nie pozostał jego cieniem czy

epigonem.

     Ale "przejście" to jeszcze nie

"rewolucja."  Ta dokonała się nie

tyle w sferze samej muzycznej

formy, ile w rozumieniu, że muzyka

ma być swoistą mową uczuć.

Romantyzm przyzwyczaił nas do

tego, że w muzyce poszukujemy

nie tylko klasycznego piękna formy,

ale także wyrazu głębokich przeżyć.

C. P. E. Bach nie poprzestawał na

swoistym sentymentalizmie. Był

niewątpliwie prekursorem

romantyzmu.

      Rewolucji nie dokonuje nigdy

jeden człowiek. Tak więc również

burzliwy styl "Sturm und Drang",

podobnie jak "Empfindsamkeit",

odnajdujemy również w innych

utworach z epoki, ale to właśnie

Emanuel Bach najbardziej

konsekwentnie te muzyczne idee

w swej twórczości realizował.

      Jan Sebastian dostrzegał

wybitne zdolności swego

najstarszego syna i zapewnił mu

posadę na dworze Fryderyka

Wielkiego. Ale też z pewną

rezerwą odnosił się do "pruskiego

smutku" niektórych jego głęboko

melancholijnych utworów i nie

wiadomo czy cenił go również

jako kompozytora.

      Z drugiej strony Emanuel

Bach szanował twórczość Ojca,

ale wypowiadał się o niej czasami

w sposób, który przywołuje

na twarz uśmiech. O preludiach

i fugach z WTK mówił np. że

dobrze się ich słucha nawet po

upływie 50 lat od chwili, kiedy

zostały skomponowane. Brzmi

to dość dziwnie biorąc pod

uwagę ponadczasową wartość

dzieła Bacha.  Ale w chwili,

kiedy bardziej od niego

sławny za życia syn wypowiadał

ten pogląd, styl jego ojca wyszedł

z mody i uchodził za anachroniczny,

a J. S.Bacha ceniono bardziej z

powodu jego muzycznej

i pozamuzycznej wiedzy oraz

umiejętności gry na instrumentach

niż jako kompozytora.

      Wybitny znawca twórczości

Bacha Albert Schweitzer rozprawił się

z twórczością jego synów. Najbardziej

zdolny miał być Wilhelm Friedemann,

który jednak nadużywał alkoholu.

Owszem, byli oni wybitnie uzdolnieni,

ale żaden z nich nie był geniuszem. 

W twórczości Emanuela Bacha jest

"zbyt wiele pospolitej miernoty", aby

można go uznać za wielkiego 

kompozytora...Opinia ta jest mocno

przesadzona i dla mnie osobiście

wielkość Emanuela Bacha nie

podlega (mimo istnienia utworów

mniej wartościowych, które i mnie

czasem irytują, jak np. orkiestrowe

sonatiny) żadnej wątpliwości.

Schweitzera szczególnie

zgorszyły rzekomo mdłe i

sentymentalne sonaty organowe

Emanuela, w których nie ma nic z

wielkości podobnych utworów ojca.

Oczywiście nie stworzył też równie

wyrazistej muzyki religijnej, w której

był raczej naśladowcą stylu Ojca. Ale

w tym miejscu warto wspomnieć o

jego przepięknych pieśniach na głos

(sopran/bas) z towarzyszeniem

fortepianu.

     Status dworskiego muzyka

nawet na dworze flecisty i

kompozytora amatora Fryderyka

Wielkiego nie był zbyt wysoki.

(Choć codziennie w godzinach

wieczornych odbywały się tam

koncerty). A Emanuel Bach, w

berlińskim okresie swej twórczości,

nie był przez niego faworyzowany,

ani doceniany. Jednym z powodów

tego dystansu mogła być twórcza

niezależność Emanuela Bacha.

     Jakie muzyczne cuda stworzył

Emanuel Bach?  Na przykład

fantazje fortepianowe (instrumentem

na którym grał był klawikord, klawesyn,

ale także fortepiany Silbermanna) .

Jego "Fantazja fis-moll" jest bardzo

piękna. Do tej muzycznej formy nawiązał

później Mozart, tworząc swe minorowe

utwory. To wybitnie kontemplacyjna,

głęboka muzyka.

     Genialna jest jego Symfonia

e-moll, jedna z wielu doskonałych

w wyrazie i dramatycznych krótkich

symfonii. (Do formy tej nawiązywał

jako chłopiec Mendelssohn w swych

wspaniałych symfoniach

smyczkowych. Chociaż nie zawsze

spotykały się one ze zrozumieniem.

Poeta Lessing nazwał je "muzycznymi

monstrami." Nie podobało mu się to, 

że wyrażają uczucia). A także sporo

koncertów, jak koncert na klawesyn

i orkiestrę d-moll, lub koncerty na

wiolonczelę i orkiestrę A-dur

i a-moll (które istnieją też w równie

pięknej wersji na flet i orkiestrę).

"Largo con sordini, mesto" z

pierwszego z tych utworów jest w

swej melancholii cudownie piękne.

Podobnie jak środkowe części

niektórych sonat fletowych.

Wykonywane na fortepianie,

klawesynie lub na klawikordzie

sonaty Emanuela Bacha są

niezwykle wyraziste w swej

ekspresji. Piękne są jego 3

sonaty na wiolę da gamba

(w których nawiązuje do

stylistyki 3 podobnych utworów

Ojca) i sonaty skrzypcowe,

ze słynną sonatą "Sangwinik

i melancholik" (o której już

tu kiedyś pisałem).  A podobnych

przykładów można by przytoczyć

wiele. Znacznie trudniej

byłoby znaleźć jego utwory

całkiem nieudane.

     Popularny flecista Emmanuel

Pahud zauważył słusznie: "Jestem

przeświadczony, że Carl Philipp

Emanuel Bach zawsze postrzegał

muzykę jako formę bardzo

szczególnej ekspresji." Nie była

to jego zdaniem jedynie pełna

powabu muzyka dworska. 

Wyrażała coś z realizmu przeżyć

i cierpienia ludzi żyjących w

okresie drylu i okrutnych wojen.

I on zwraca uwagę na romantyczne

motywy w twórczości najstarszego

syna Jana Sebastiana Bacha.

Choć niekoniecznie w tak dosłowny 

sposób interpretowałbym pewien

realizm muzyki Emanuela Bacha,

to jednak najczęściej odbiega ona

od typowego wzorca dworskiej

muzyki. W późniejszym okresie

twórczości był on zresztą

bardziej kompozytorem

mieszczańskim niż dworskim.

      Uważam za swe osobiste

szczęście to, że twórczość tego

Bacha dla siebie odkryłem i że

poświęciłem jej tyle serca i czasu,

z a n i m zacząłem słuchać sonat

fortepianowych Haydna, Mozarta

i Beethovena, i ich symfonii.

Choć wydaje się to nieprawdopodobne

przez lata o wiele lepiej znałem

twórczość Emanuela Bacha niż

Beethovena. Zwykle perspektywa

jest inna - słucha się klasyków

wiedeńskich i kręci nosem, nie

zauważając oryginalności

i ogromu eksperymentu w muzyce

Emanuela, bez którego twórczości

ich twórczość nie była by tym, czym

była.

  

 

 

           

 

 

 

 

 

     

 

 

 

 

 

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 191