Blog > Komentarze do wpisu

Nie całkiem bez sensu

 

(Znowu było "seminarium." Sporo się działo,

a i powrót do domu mógłby być tematem

dość zaskakującego opowiadania.

Ale przed chwilą, dzięki Bogu oczywiście,

wróciłem, ku radości mojej Mitsuko, choć

ktoś jeszcze zapraszał mnie na wódkę).

........................................................................

    

    "Jakże dziwna jest synteza życia

i śmierci w porywistych wichrach i

opadających liściach jesiennego dnia!"

                              (Coleridge)

   

    Ciepłe dni odwodzą trochę od myśli,

że to już jesień. Ale już niedługo synteza

przypomni sobie o nas.  W przeciwieństwie

do wielkiego poety nie uważam jej jednak

za coś dziwnego.  Dawno już oswoiłem się

z jej istnieniem.

    To, że jesteśmy jak liście, jest odczuciem

starym jak Homer czy Mimnermos (twórca

greckiej liryki miłosnej), a romantycy

sporo fantazjowali o poczuciu wolności

tego niesionego wiatrem listka.  Ale ta 

wolność to czysta iluzja...Leci sobie taki

listek nad wielkim oceanem i nie troszczy

o to, gdzie upadnie.  

     Śmierć może nas zasmucać, kiedy

myślimy, że za mało kochaliśmy, albo, że

nie potrafiliśmy komuś pomóc, albo

kiedy zdajemy sobie sprawę z tego, że

naszą twórczość czeka zagłada, a życie

skazane jest na zapomnienie i że od 

zapomnienia nie uda nam się też ocalić

tego, co kochaliśmy.

     Ale z tym zapomnieniem o nas nie

musi być aż tak dramatycznie. Pamiętam

sierpniowy wieczór dwadzieścia

parę lat temu, kiedy siedzieliśmy na wsi:

Moja żona, sławny profesor filozofii z

małżonką, profesorem biologii i ja - Wujaszek

Wania, jak żartował Profesor. Pogoda była

przepiękna, za oknem izby słychać było

muzykę świerszczy i koników polnych, ale

zbliżał się zmierzch. I wtedy Profesor uczynił

swe wyznanie, które pogłębiło jeszcze

melancholię tego wieczoru.

     - Ja nie chciałbym, żeby ktoś pamiętał

o mnie i o moim życiu. Cieszę się, że wszystkie

te głupoty zostaną zapomniane. -

    Profesor był znany na świecie i nie mówił

tego z powodu jakiejś fałszywej skromności.

Taki był po prostu jego stosunek do życia.

    Koty tuptały po strychu, na którym suszyły

się orzechy włoskie, wprowadzając tym łoskotem

tak pożądany w tej sytuacji element komiczny.

Harcowały tam jeszcze długo jak czarne diabły.

Jednak koteczka Kropka wolała spacerować

po dworze i polować na żaby.

    Czułem, że się z nim zgadzam i że myślimy

podobnie. Ale jego życzenie spełniło się chyba

zbyt dosłownie.  Na jego pogrzeb przyszło tak

mało osób, że choć stał się on okazją dla

popisów krasomówczych, było to jednak dość

przygnębiające. Jego największy przyjaciel

nie mógł przyjść, bo był chory.

    Nie było nikogo z młodych ludzi. A kiedy na

seminarium w Instytucie wspominałem

jakieś jego myśli (w końcu to jeden z

największych filozofów) nikt ze studentów

o nim nawet nie słyszał. 

     Na kilka lat przed śmiercią wydano trzy

tomy z jego filozoficzną twórczością.  Ale

zrobił to ktoś, kto przede wszystkim chciał,

aby kojarzono go z tym wybitnym i mądrym

człowiekiem.  I choć niewątpliwie jest to

jego zasługa, to intencje nie były całkiem

bezinteresowne. W optyce utylitarystycznej

nie ma to niby żadnego znaczenia, bo liczy

się jedynie skutek.  Ale skutek ten mógłby być

dobry, gdyby książki te polecano studentom

i dyskutowano.

     Kiedyś, na tej samej wsi, Profesor spotkał

moją matkę i powiedział jej (o czym mama stale

mi przypomina): "Pański syn jest człowiekiem

wybitnym, niezwykle uzdolnionym i wrażliwym,

i czeka go wielka kariera." ;-)

     Przysiadałem się do niego, kiedy siedział

na podwórku na wielkim kamieniu (ja siedziałem

na mniejszym obok) i rozmawialiśmy o wszystkim,

tylko nie o filozofii:

     - Czy ciągnie pan swą powieść? - pytał na

przykład, zauważając przy tym, że mam bardzo

żywe poczucie cudowności świata i życia.

     Lubił siadać o wschodzie i zachodzie

słońca w sadku i oddawać się kontemplacji.

I wtedy z człowieka o nienagannych manierach,

z powodu których go podziwiano, zmieniał się

w kogoś niezwykle mi bliskiego, choć ani na

chwilę nie tracił swej szlachetności

i dostojeństwa.

    Pamiętam egzamin z logiki, który 

kilka lat wcześniej u niego zdawałem.

Ponieważ w nocy wracałem od mojej

ukochanej z Lublina, na wykładzie o teorii

modeli byłem często nieprzytomny.

Zdawałem więc z podręcznika

Ajdukiewicza i teorii prawdopodobieństwa.

Ale nie był to wcale łatwy materiał,

szczególnie, kiedy na jego opanowanie było

tak niewiele czasu, więc jak wszyscy tego

egzaminu bałem się.

      Ale Profesor uśmiechnął się przyjaźnie,

widząc, że nauczyłem się chyba tekstu na

pamięć i zauważył:

       - To co pan powiedział, nie było całkiem

bez sensu. - i egzamin oczywiście zdałem ;-)

      Później mówił mi, że bardzo nie lubi

egzaminować, co ja też zwykle mówię swym

studentom. 

      Na kilka lat przed śmiercią podarował

mi swą książkę, dziękując w dedykacji za moją

słowami:

      "Z podziękowaniem za piękne...(tu następował

tytuł mojej książki)." Te skromne wyrazy uznania

ze strony tego dobrego i rozumnego człowieka

znaczą dla mnie bardzo wiele...Może więc i moje

życie, choć kariery nie zrobiłem, nie było całkiem

bez sensu?    

 

      

 

 

    

       

      

 

 

 

 

sobota, 15 września 2018, nazumi13

Polecane wpisy

Komentarze
2018/09/15 11:42:40
Sens życia, a może właściwie jego brak, to niewielu ludziom spędza sen z powiek, wierzą, że tym sensem jest to co głosi ich religia i tyle. Wygodne, ale niewiele w tym wartości poznawczej, jak dla mnie niedowiarka. Kontemplując naturę wnioskuję, że życie biologiczne ma sens w każdej formie, choć nie każda forma ma takie samo znaczenie i nie każda forma jest rozwojem, bywają też ślepe uliczki. Z naszym życiem biologicznym jest związane, moim zdaniem nierozerwalnie, nasze życie "duchowe", czyli nasza świadomość i to co się z nią w ciągu całego życia dzieje. No, a jeżeli jest ono nierozerwalnie połączone z naszym życiem biologicznym, to logicznie również posiada sens tego życia.
Wszyscy jesteśmy liściami unoszonymi przez wiatr, piszesz, a ja dopowiem, że tak jak liście są konieczne, żeby drzewo się rozwijało, tak i my jesteśmy potrzebni żeby świat się rozwijał, nasz świat. A, że nie wiemy tak naprawdę dokąd to zmierza... a czy musimy wiedzieć, przecież liście też nie znają celu w jakim drzewo rośnie, może na deski, a może tylko po to żeby szumieć swoją opowieść.
To tak ogólnie, trudniej to zrozumieć biorąc pod uwagę poszczególnego człowieka, ja też próbuję zrozumieć siebie, świadomość przecież zobowiązuje. :)

Mówisz o swoim zyciu tak jakby w czasie przeszłym, dopuki żyjesz to jest nieuprawnione.
-
2018/09/15 23:43:57
Jest tak, jak o tym piszesz...

W czasie przeszłym noże rzeczywiście
nie powinienem pisać. Trochę to
przypomina słowa Hume' a z "Mojego
żywota." Pisał o sobie: "Jestem, a
raczej byłem..." To był wyjątkowo
pogodny człowiek i śmierci się nie
bał, a cierpienie dzielnie znosił, mimo,
że nie miał żadnego oparcia w religii.
Ale wtedy był już bardzo chory...
W moim życiu jest tyle bolesnych
strat i rzeczy, które przez innych zostały
zniszczone, że to narzuca taką optykę.
Ale patrząc z większym dystansem
można powiedzieć, że coś dobrego
może się w nim jeszcze wydarzyć...